O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

piątek, 31 maja 2013

Pyton się wkurzył na mnie. 

Przypomniałam mu o codziennej porcji kaligrafii - ponieważ jest leworęczny, więc pisanie mu trudniej idzie i dołożyłam mu dodatkowe ćwiczenia. Nie jest tym zachwycony, oj nie...

Młody człowiek zaprotestował. Najpierw w miarę normalnie, ale błyskawicznie doszedł do (całkiem skądinąd słusznego) wniosku, że nie wyglądam, jakbym chciała ustąpić i trzeba wyciągnąć grubsze działa. Powrzeszczał troszkę.

Nie działało. Na mnie to rzadko kiedy działa, ale jeszcze tego nie zapamiętał.

Wkurzył się jeszcze troszkę bardziej. 

I jeszcze...

Usłyszałam, że jestem najgorszą mamą na świecie i już mnie wcale nie kocha. 

W końcu już w ostatecznej furii zagroził:

- Jak nie przestaniesz się nade mną znęcać (to niby ta kaligrafia, którą napisać kazałam), to ci powiem to, co Jezus powiedział Piotrowi!!!! Nim ranek nadejdzie trzy razy się ciebie wyprę!!!!!!

W tym momencie lekko się zapowietrzyłam. Dzielnie jednak opanowałam czkawkę i chichot narastający w trzewiach i spokojnie uświadomiłam potomka starszego:

- Po pierwsze, kochanie, to ty chyba jednak nie masz kwalifikacji na Jezusa, jakoś wątpię, żeby On tak wrzeszczał na rodziców. Po drugie, coś chyba pokręciłeś....

Po trzecie nie było, bo musiałam uciec do łazienki, żeby się wyśmiać chowając twarz w ręcznik. Ale obawiam się, ze i tak mogło być słychać.

I jak w takich warunkach udzielić dziecku poważnej reprymendy??? 

A dokładniej - umówił się Pyton. Poza tym wszystko się zgadza. Na razie co prawda nie kupuje jej żadnych róż, ani nie przychodzi po zaliczki, ale umawia się przy każdej okazji - i ganiają razem na rowerach. 

Powodzenie facet ma, przy każdej okazji jakieś dziewczyny się znajdą - zwykle starsze od niego, co im wcale nie przeszkadza. 

Aż się boję myśleć, co będzie za 8-10 lat. jak będziemy mieli dwóch przystojnych ( już widać, te oczy, te rzęsy... sama bym miała takie...), inteligentnych, oczytanych, pogodnych  i życzliwych chłopaków w domu. Kraty w oknach będzie chyba trzeba założyć, bo będą włazić wszystkimi szczelinami...

 

Skorupiak ma głupawkę. 

Gania po pokoju z pęsetą i usiłuje upolować komara.

Chyba mu te pół lampki wina zaszkodziło....

środa, 29 maja 2013

Rozmawiamy o kimś znajomym, nie pamiętam nawet o kim i w jakim kontekście. Tyle, żę to jakaś jednostka płci żeńskiej. Młody postanowił sie włączyć w rozmowę:

- Mamo, a ile ta pani ma lat?

- Synu, nieważne. To nieuprzejmie wypominać wiek, kobiety tego nie lubią. Nie zagląda sie im w metrykę.

- A co to jest metryka? czy to miejsce intymne?

 

Wyjaśniliśmy mu... Jak już sie przestaliśmy śmiać. Chociaż akurat w tym kontekście to można powiedzieć, zę nawet miał w pewnym sensie rację...

poniedziałek, 27 maja 2013

Doroczny jarmark dominikański był wczoraj. 

Impreza była fajna - jak zawsze. Za głośna jak na moje potrzeby - jak zawsze, ale to niestety standard, niezależnie od imprezy. Czasem mam wrażenie, zę jestem przedstawicielką ginącego gatunku, który myje uszy i jeszcze słyszy. Piotrek zresztą też na to narzekał, mimo waty profilaktycznie wetkniętej w uszy. Przed następnym jarmarkiem kupię mu klasyczne zatyczki do uszu.

Jak co roku wiodącym tematem rozważań przedjarmarkowych była pogoda. Co było w prognozach, wszyscy widzieli, parę dni temu było ładnie, a potem zaczęło lać. Chmury kłębiły sie nad całą Europą, niż kręcił sie gdzieś tuż za wschodnią granicą - no nie ma siły, powinna byc zlewa  na całego.

W sobotę - potoki wody z nieba.

Dziś - leje od rana.

Przez całą niedzielę było ładnie - nie za gorąco, bez wiatru. Dopiero ok. 18 zaczęło kropić, ale tez nie jakoś dramatycznie, losowanie nagród sie odbyło, nawet nie wszystkim chciało sie otwierać parasole. Jak było podczas koncertu Turnaua - nie wiem, bo juz musiałam kłaść Węże spać.

Dominikanie jednak wyraźnie mają chody na górze.

Tak ostatnio popatrzyłam na Grzechotka i wyszło mi, że mnóstwo kawałków ma długości mojego palca. No, mniej więcej, jak wpadłam na pomysł tej notki to było to bliższe prawdy, ale zanim napisałam, to mi urósł. Bezczelny, nie wiem, po co mu to, tylko ciuchy coraz większe muszę wyjmować z szafy.

Jednakowoż proces ten nie zmienił (na razie...) faktu, że stopę ma niewiele dłuższą od mojego palca. No dobrze, niewiele to dwa cm, a ja te palce też mam dosyć długie. Już pediatra przy pierwszym spotkaniu mówił, że będzie wielki, bo ma duże stopy. Ale w porównaniu z płetwami Pytona i Skorupiaka to nadal malutka, delikatna stópka.  (nie żebym sama miała małą, drobna kobieca stópka w rozmiarze 41).

Kości przedramienia - analogicznie, na długość palca. Udowa - takoż. Piszczele również. W ogóle jak patrzę na Węże Dwa razem, to Grzechot jest malutki.... Do czasu. To znaczy, do momentu, gdy spotkamy jakiegoś rówieśnika. Tak jak wczoraj - kolega starszy o trzy tygodnie, lżejszy o dwa kilo prawie, a na długość chyba to samo. Centyl 90 cały czas, byczek jeden.

Tę różnicę czułam szczególnie wyraźnie wczoraj, kiedy dużo go nosiłam w chuście. Mama tego chłopca starszego o trzy tygodnie - też. Jak ja jej zazdrościłam tej dwukilogramowej różnicy....

A po co mi w ogóle ten wpis? 

Ano po to, żebym, jak kiedyś  popatrzę na moje drągale, miała gdzieś czarno na białym, że były jednak malutkie i słodkie. Choć przez chwilę.

piątek, 24 maja 2013

Zachowanie Pytona wymagało pogawędki wychowawczej. 

- Pyton, co sie dzieje, że ostatnio tak rozrabiasz na lekcjach, pani Kasia mówiła, że dziób ci sie nie zamyka, mimo jej próśb. 

- No bo ja sie nudze na lekcjach... Ale to wasza wina, twoja i taty. Jakbyście mnie tylu rzeczy nie nauczyli, to bym  sie nie nudził i wtedy bym słuchał a nie gadał.

Gem, set i mecz. I co ja mam powiedzieć, skoro on ma rację????

Jedzie sobie metrem paru młodzieńców. Wszyscy przyodziani w charakterystyczne spodnie opadające nisko do połowy tyłka i z krokiem na poziomie kolan.

W pewnym momencie starsza pani wstała z siedzenia, podeszła do jednego z nich i... podciągnęła mu spodnie na zadzie mówiąc:

- tak nisko je miałeś opuszczone, że obawiałam się, że ci spadną.

Dziki ryk śmiechu w wagonie.

Kurtyna.

czwartek, 23 maja 2013

Skorupiak uwielbia nasze Węże. Co za tym idzie, przejmuje sie stanem ich zdrowia, martwi i tak dalej. Jak każdy normalny tatuś (pomijam egzemplarze, które nie zasługują na to miano).

Skorupiak jednak nieco przesadza. Co chwila przepytuje mnie nerwowo, czy nie uważam, zę Grzechotowi dolega to czy tamto. O Piotrka zresztą też tak pytał, ale już mu trochę przeszło, bo widac na pierwszy rzut oka, zę najwyżej dolegają mu siniaki na nogach i poobcierane kolana.

Usłyszałam juz całą serię pytać zaczynających sie nieodmiennie od "Słuchaj, czy nie uważasz, że Grzesiek ma....".

Na liście był już różne zaburzenia neurologiczne, zaburzenia motoryki, opóźniony rozwój,  nierówne źrenice, autyzm, ADHD i parę innych kwiatków. No i oczywiście dyżurna zmora - SIDS, czyli zespół nagłej śmierci łóżeczkowej. Tu za cholerę nie pomagało prz\edstawianie listy czynników sprzyjających temu - niska waga urodzeniowa (4130 sie na pewno nie kwalifikuje do tej kategorii), wcześniactwo (40 tydzień jak w pysk dał), matka paląca (w życiu papierosa w ustach nie miałam), bierne palenie matki w czasie ciąży - też nie. No ni hu hu, nie ma szans. Dzieciak wielki, silny (waży już 8 kg, a przedwczoraj skończył 4 miesiące. I jest karmiony biustnie, czyli mną, modyfikowane dostał parę razy, sporadycznie, jak np. musiałam wyjść i nie stawiłam sie w porze karmienia.)

Dzisiaj do listy dołączył zespół dziecka wstrząsanego. Bo przecież on Grzechota podrzucał - to znaczy podnosił i opuszczał powoli trzymając cały czas i podtrzymując główkę. Bo  potrząsał nim - czyli trzymając w objęciach delikatnie sie z nim kiwał.

Grzechotowi nic nie jest, ten autyzm już mnie położył dokładnie.

Za to Skorupiak cierpi na SOP - Syndrom Ojcowskiej Paranoi.

wtorek, 21 maja 2013

Piotrek stoi przy łóżku Grześka i rzuca w niego kurczakiem.

Grzesiek zarykuje się ze śmiechu. Jak Piotrek przestaje na chwilę rzucać, to Grzesiek zaczyna wydawać dźwięki bardziej rozkazujące. Przekaz jest jasny - do roboty, bracie!

Z ogromną przyjemnością patrzę na tych dwóch. Pyton przychodzi często - czasem przed szkołą zdąży zajrzeć, pouśmiechać sie, pogłaskać, przytulić. Pocałować w czółko bądź inny łatwo dostępny kawałek.

Fajny starszy bray z fajnym młodszym bratem. Zazdroszczę.

poniedziałek, 20 maja 2013

Miałam ambitne plany na dzisiaj - wykorzystać czas, kiedy Grzechot zaśnie i napisać kawałek, który wisi nade mną.

Niestety Grzechot miał inne poglądy na kwestię dnia dzisiejszego.

Przede wszystkim miał w nosie spanie. Zamiast tego miamlał własną łapkę, ślinił się na potęgę i marudził. 

Czasem udawało mi sie go uśpić  - ale natychmiast przelatywał nad głową samolot, ktoś zaczynał kosić tu pod oknem, jakiś ^&%*&%&* dzwonił domofonem i uciekał a pies zaczynał drzeć pysk. 

Dzieć sie budził. 

I płakał. 

Jak wykończona matka dochodziła do wniosku, ze jedynym sposobem na uciszenie jest wetknięcie cyca w dziób - to sie niestety okazywało, ze miała rację. Nic innego nie działało. 

W rezultacie moje plany poszły się gwizdać, lewe ramię mam solidnie nawilżone - było regularnie opluwane, a tyłek płaski od siedzenia z małym w objęciach.

Zęby ruszyły.

Podsłuchane w tramwaju:

- Bo wiesz, teraz to do wszystkiego dodają mikroonanizmy...

 

Strach się bać!

czwartek, 16 maja 2013

Wybrałam się dzisiaj na imprezę. 

Wręczenie nagród w konkursie na plakat, w którym moja kuzynka zdobyła wyróżnienie. Tak fajnie wyszło, że dziś są jej imieniny - dostała prezent imieninowy, dyplom opatrzony milutką sumką.

A ja chciałam jej kupić bukiecik jakiegoś ładnego zielska. Najchętniej - taki zwykły mix, polno-ogrodowy. Innymi słowy - bukiet typu śmietnik. Takie, co to można kupić od starszej pani na ulicy, a nigdy w eleganckiej, wyfiokowanej kwiaciarni. Taki mi najbardziej pasował do kuzynki. 

Myślałam, że  kupię po drodze, gdzies u ulicznej kwiaciarki.

Jakież było moje zdumienie, gdy dotarłam na miejsce nie spotykając ani jednej. No ani śladu, wcięło, wyparowały wszystkie, co do jednej. 

Przypomniałam sobie w końcu.

W ramach poprawy estetyki miasta pani prezydent postanowiła walczyć z handlem ulicznym. I co do zasady nawet sie z nią zgadzam, stoliczki ze sznurówkami i gaciami nie poprawiają wizerunku stolicy. 
ALe czego chciała od kwiaciarek?  te stoiska - mniejsze i większe - stanowiły miłe dla oka kolorowe plamy, oazę zapachu w miejskim zaduchu. Do tego odpadał koszt pielęgnacji tych kwiatów, a jakby miasto ustaliło  rozsądne placowe, to jeszcze by zarobiło. Ale nie, HGW jest ekonomistą i nie dostrzega różnicy, handel jest handel i kropka. Szkoda, że prezydent miasta czuje wyłącznie kwestie finansowe, a te trudniej mierzalne, międzyludzkie, estetyczne, edukacyjne - dające efekt za dwadzieścia lat, jak obecne (niedoszłe) przedszkolaki pójdą do pracy, już są jej całkiem obce.

Czasem wystarczy niewiele - ot, wyznaczyć miejsca, gdzie mogłyby wrócić kwiaciarki - byłoby przyjemniej. I bez żadnych nakładów...

wtorek, 14 maja 2013

W niedzielę ochrzciliśmy Grzechotka.

Udało się całkiem fajnie, ale ponieważ u nas nic nie może być całkiem normalnie, to nie obyło się bez paru wpadek. Najgrubsza była taka, że Wuj, który miał udzielić Sakramentu, zapomniał i pojechał gdzieś poza Warszawę... 

Całe szczęście, źe to było u dominikanów, bo był jeszcze zaprzyjaźniony o. Krzysztof, który znienacka został celebransem:). Mimo zaskoczenia dzielnie sobie poradził.

Wyszło tak, jak chcieliśmy - rodzinnie, z przyjaciółmi i bliskimi krewnymi (to  ostatnie pojęcie jest mało precyzyjne, bo m.in. była kuzynka, z którą pokrewieństwo jest bardzo dalekie - o ile czegoś nie pokręciłam, to jej babcia była cioteczno-cioteczną siostrą mojego pradziadka Za to bardzo ją lubię).

I przy okazji tak sobie pomyślałam, że takie spotkania rodzinne urządzane w domu - tak jak to przedwczorajsze - dużo mocniej wiążą niż ta sama impreza urządzana w restauracji. Tu można było pośmiać się z O. przy nakładaniu rozpadającej sie szarlotki (ale za to była pyszna, choć faktycznie "niewyględna"), pogadać z A., która w pewnym momencie zaczęła zmywać na bieżąco talerzyki, z Ciotką Królik karmiącą naszego psa kapustą pekińską, z Z., pomagającą przy roznoszeniu pomidorówki...

Tego wszystkiego by nie było w knajpie - pomidorówkę roznosiliby kelnerzy, szarlotka by sie nie rozpadała, nie byłoby z nami psa do podkarmiania... A to też tworzyło atmosferę. 

Narobiłyśmy sie z Mamą faktycznie  chociaż dobre rozplanowanie pozwoliło nam sporo rzeczy zrobić wcześniej, więc nie musiałyśmy całą sobotę i w niedzielę od świtu tkwić przy garach.  Za to koszt takiej imprezy na trzydzieści osób był wielokrotnie niższy niż wersji knajpianej. I do tego o ileż przyjemniej :).

Mi - dziękuję. Po prostu. Za całokształt.

Jadę sobie samochodem. Zwalniam, bo wiem, ze za chwilę będę przejeżdżała obok radaru z 50 ustawioną wyłącznie na cześć ratowania budżetu państwa. 

I mało nie umarłam ze śmiechu za kierownicą. Niestety nie miałam jak zrobić zdjęcia - nie miałam czym, komórka w kieszeni, a ja na środkowym pasie nie mogłam sie zatrzymać. 

Przed radarem (tym takim złośliwym, nie pudełko na nodze, tylko słupek, co to rejestruje wszystko co sie rusza) stoi biało-czerwony pachołek drogowy, taki do zastawiania wjazdu na stacjach benzynowych na przykład. 

Na wierzchu pachołka przymocowana kartka z następującym tekstem:

Awaria. Brak  prądu. Przepraszamy.

Jak rozumiem, przepraszają za to, ze dopływ prądu do radaru został odcięty i w związku z tym nie może robić zdjęć przejeżdżającym kierowcom. 

Aż takiego parcia na szkło to ja nie mam, żebym oczekiwała fotografowania mnie przez wszystko i wszystkich, nawet radary. Zwłaszcza radary.

Wspaniałomyślnie wybaczam w związku z tym,.

poniedziałek, 13 maja 2013

- Piotrek, pomóż proszę przy ....

- Nie chcę.

- Wynieś proszę śmieci.

- Później...

 W końcu te śmieci wyniósł.

Pyton ma ostatnio gorszy okres. Ewidentnie jest  to spowodowane zazdrością, wszystko się ostatnio kręciło wokół chrztu Grześka i Piotrek czuł się nieco zapomniany, mimo naszych starań. Pewnych rzeczy nie dało się przeskoczyć, doba miała - i ma nadal - tylko 24 godziny i nie chce więcej, zaraza jedna. A szkoda to by tyle spraw ułatwiło...

 

Parę godzin po powyższej serii próśb o pomoc słychać Pytona:

 

- Tato, czy mogę pobawić sie tabletem?

- Pyton, ja cię wielokrotnie prosiłem o pomoc, a ty to olałeś. Czemu oczekujesz teraz, że spełnię twoją prośbę?

- Ale ja w końcu te śmieci wyniosłem. Czy to znaczy, że jak poproszę cię o tablet tyle samo razy co ty mnie,  to mi w końcu pozwolisz?

Przygotowania do chrztu Grzechotka idą pełną parą.

Będzie kilkoro dzieci, więc Pyton dostał za zadanie przygotowanie zestawu zabawek do zabrania (spotkanie po mszy będzie u moich rodziców - mają większy metraż).

- Mamo, wybrałem mniejsze puzzle, tego ze 106 kawałków nie wziąłem, tak, żeby i młodzież mogła sie bawić.

 

Zaplułam się z radości na ten z powagą wygłoszony tekst. Młodzież to mieli być ci młodsi od Piotrka...

piątek, 10 maja 2013

Całkiem dosłownie, naprawdę.

Hormonki usiłują sobie przypomnieć, jak to kiedyś było i skutkiem tego od jakiegoś tygodnia garściami wyłażą mi włosy.  Za każdym razem zostaje na szczotce tyle, że gdybym osobiście nie zdejmowała z niej moich kłaków, to bym pomyślała, ze  to urobek z ostatniego tygodnia a nie z ostatniego czesania. 

 

Tak czy inaczej - będziem ciąć, jutro ide do fryzjera. Nie lubię, chodzę rzadko, ale nie ma wyjścia.

I tylko chciałabym wiedzieć, czy to się musiało zacząć na trzy dni przed chrzcinami? Chociaż z drugiej strony - przynajmniej będe miała na głowie coś, co może nie będzie przypominać miotły porażonej piorunem...

czwartek, 02 maja 2013

dzisiaj osobiście o 5 rano obudziłam Węża na karmienie. 

Po jedenastu godzinach snu potomka myślałam już, że biust mi eksploduje z hukiem.

Kolejne koleżanki - matki małych dzieci, przestają ze mną rozmawiać. A czy to moja wina, że mi dzieć ładnie śpi?????

 

.