O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

wtorek, 31 maja 2011

Głupieję kompletnie.

Mój kochany synek od paru tygodni ma fazę "do niczego sie nie nadaję, jestem najgorszy, nie zasługuję na nic, nikt mnie nie kocha" itd. 

Nie wiem, skąd to sie wzięło, próbuję z nim rozmawiać. Przecież zapewnień o naszej miłości miał zawsze dużo, myślę, że to po prostu mógł też wyczuć. Ale i otware komunikaty "bardzo cię kocham , synku" były i są częste.  Poświęcamy mu sporo czasu, zajmujemy sie nim, poważnie traktuję czasem naprawdę trudne pytania - i już nie wiem, co robić. 

Co i rusz przynosi mi z przedszkola informacje, zę koledzy się śmieją (to z powodu nowej fryzury jak go ostrzygłam na jeżyka. Po paru dniach sie przyzwyczaili), że dokuczają, Karol wyzywa, Ewa nie chce sie bawić.... Z rozmowy z wychowawczynią wynika, ze trwa ustalanie hierarchii w stadzie i się troche ścierają. 

Przyznam sie ze już mi ręce i skrzydła opadły, jestem po prostu bezradna. często słyszę "nie kocham cię", "chcę, zebys umarła", "wyprowadzę sie od was".... Już pomijam, ze to strasznie boli, jak sie słyszy takie coś od wałasnego dziecka, ale skąd mu sie to wzięło???? Jaki błąd popełniliśmy, co trzeba zmienić zeby to znikło??? Mimo całej mojej wiedzy zawodowej naprawde nie wiem. 

Pomocy....

poniedziałek, 30 maja 2011

Miała byc notka, ale będzie później. teraz trzeba już budzić potomka i gnać do przedszkola.

A wszystko przez to, zę mi sie głupoty śniy i siedzę tu już od piątej rano.

po południu

Usiłuję usiąść i dopisać kawałek, korzystając z tego, ze Piotrek w przybytku samotności :). Za chwilę trzeba będzei wyjść z nim na plac zabaw - upałr sie osobnik, nie wiem, czemu nie chce zaczekać  godzinkę, aż sie zrobi nieco chłodniej. Jak pomyślę o tym, co będzie latem, to mi sie słabo robi. Precież to dopiero maj....

A miało byc o weekendzie.

W sobotę nie robiliśmy generalnie nic. Pogoda do bani, młody smarczący i kaszlący, a ja uznałam, ze nie mam wcale ochoty  na tłumy na Pikniku Naukowym. Impreza fajna, ale nienawidzę takich tłumów w jednym miejscu, zwłaszcza, jeśli to miejsce jest duże. Innymi słowy, jesli nie  ma możliwości szybiego opuszczenia zatłoczonego rejonu. lekka klaustrofobia, nie da sie ukryć. Za żadne skarby nie wlezę do ciasnej jaskinii, nie sprawdzonej dziury, w żadne miejsce w którym mam poczucie, ze może mi zabraknąć powietrza i możliwości wyjścia.

Do tego stopnia, że w wieku mocno smarkatym, jak właziliśmy z bratem pod łóżko rodziców bawiąc sie w wilczą norę, to zawsze głową wystaawałam na zewnątrz.... Ale to taka dygesja na boku.

W niedzielę za to poszliśmy na Jarmark Dominikański. O tyle fajnie, zę byliśmy dość wcześnie, przed tłumem i upałem, a potem wieczorem na losowanie kponów z loterii. Oczywiście nic nie wygraliśmy, ale kilka razy było blisko - np. my mamy kupon nr 798, a prowadzący czyta po woli siedemset.... dzeiwięćdziesiąt....-  my sie robmy fioletowi z emocji - sześć.

Za to kupiłam sobie leknią torebke - taki koszyczek pleciony i bluzkę - w sumie za całe 5 zł.

ogólnie było fajnie, to , co bardzo mi sie podobało, to fakt, że nie było ani jednego straganu z typowym odpustowym chłamem, za to było mnóstwo rzeczy naprawde ślicznych.

CDN, młody domaga sie kolacji :)

 wieczorem

 Właściwie wysypałam, co miałam, a teraz pędzę sprzątać, jak Pietruszek wreszcie zasnął. Gdyż jutro u nas Wielki Dzień: przychodzi wreszcie pani z  Działu Technicznego Spółdzielni mieszkaniowej obejrzeć nasz balkon. Sąsiedzi nad nami jak parę lat temu kupili mieszkanie, to zrobili sobie remont, a w ramach tego remontu zmienili gresy na balkonie. I coś przy tym sknocili, bo od tego czasu przy każdym deszczu kapie nam z góry. Dokładnie w miejscu, gdzie zamonowaliśmy dodatkową suszarke na ciuchy - takie pręty podciągane pod sufit. Teraz własciwie z nich nie korzystam, chyba że jest upał, schnie błyskawicznie, a prognozy nie przewidują deszczu, bo nie dość, ze mokre, to jeszcze cholera wie z jakimi osadami mi tam ciurka. U nas na suficie wiszą już całkiem ładne dwucentymetrowe stalaktyty...

 

Rany, porobiło mi sie zaległości kronikarskich.....

A że zaległości wszelakie mają brzydki zwyczaj nawarstwiania się aż do stanu przypominającego stajnię Augiasza, to jednak zacznę trochę odkopywać. Nie mam pod ręką odpowiedniej rzeczki, żeby  ja przepuścić przez własną pamięć. Chociaż z pamięcią też kiepsko, to i tak samo spłynie....

Dzień Matki postanowiliśmy uczcić przyrodniczo. Fundacja Ja Wisła zaprosiła mamy z dziećmi (a z okazji Dnia Dziecka dzieci z mamami) na darmowe rejsy po Wiśle. I popłynęliśmy. Młody miał oczy dookoła głowy,  nie wiedział, w którą stronę patrzeć.

No bo co tu wybrać - rybitwy i siewki na piasku, skif przepływający obok, widok na most od spodu, ujście kolektora ściekowego, Przemka Paska opowiadającego o dziejach rzeki, Grubą Kaśkę i Chudego Wojtka, psy  - załogantów, jeden - piękny czarny seter, wyglądał  bardzo dostojnie, jak węszył na dziobie, a drugi - śmieszne małe coś, mniejsze od naszej Agry - takie na oko  5 kg. Pieseczek, bo na psa za małe. W kapoku dopasowanym do gabarytów, porządnie zapiętym i z uchwytem jak od starego czajnika na grzbiecie. Nie, żebym się czepiała tego uchwytu, stanowił integralną cześć kapoka, porządnie zrobiony i w żadnym stopniu nie zamierzam kwestionować konieczności jego istnienia. Ale jakoś mnie rozczulił....

Dowiedzieliśmy się, że woda w Wiśle jest całkiem czysta - to dla mnie spore zaskoczenie, zostało mi  w świadomości, że tu płynie syf i malaria i lepiej nie wchodzić, bo nie wiadomo, czy mięso z kości nie odpadnie. A tu - nic z tych rzeczy, raki żyją, można pić po przegotowaniu, kąpać się... Byle w Warszawie abo powyżej, stolica naszego kraju nadal nie ma porządnej oczyszczalni... Wstyd i tyle.

A ja z przyjemnością posłuchałam znowu chlupania wody o burtę. To jednak niepowtarzalny dźwiek, jedyny w swoim rodzaju....

Dobra, zacznę od Darwina.

Wiem, że przynajmniej dwie osoby rozpracowały / znały wcześniej łańcuszek. Tak czy inaczej - gratulacje najszczersze.

A rzecz idzie następująco:

Stare panny lubią trzymać koty. Jak jest tuzo starych panien - jest dużo kotów.

Koty łowią myszy - czyli dużo kotów oznacza mało myszy.

Myszy zżerają gniazda trzemieli ( i innej drobnicy zapylającej) - mało myszy => duo trzemieli.

Jak jest duzo trzmieli, jest komu zapylać, koniczyna sie rozsiewa.

Proste? Proste. Ale trzeba było być Darwinem, żeby samemu na to wpaść.

piątek, 27 maja 2011

Obiecałam odpowiedź na zagadkkę darwinowskiego łańcuszka. Prawdę mówiąc mam ochotę jeszcze trochę poczekać - jak na razie jedynie Mama dwójki rozpracowała ciąg - gratulacje najszczerszze!!!!!.

No bo nie wiem, czy ktokolwiek jeszcze sie tym interesuje, czy nie miał pomysłu na rozwiązanie czy czeka na gotowca. Ale chyba będe wredna i poczeka jeszcze trochę. Skoro już mam informację zwrotną, że to sie da znaleźć w necie, to mam nadzieję, ze jeszcze ktoś poszuka i sie postara :). Odroczenie do jutra - a może do niedzieli. :)

czwartek, 26 maja 2011

 cholera, wcięło mi wpis. A byl taki długi.... trzeba patrzeć, na co sie klika.

Wczoraj po dłuższej zabawie na placyku poszliśmy z Piotrkiem na spacer - tacie na spotkanie. Pięknie było, pachnąco - bzy, czeremcha, gdzieniegdzie nieśmiało już oczka otwierały jaśminy.... szaleństwo. A my sobie szliśmy i gadaliśmy o różnych różnosciach. i w pewnym momencie mnie trochę zatchnęło - nie pierwszy raz zresztą, jak zobaczyłam, do czego można dojść, zaczynając od spraw zupełnie niewinnych....

W pewnym momencie bystre oko matki zauważyło, ze młody pcha do dzioba brudne łapy wraz z równie brudnym niebieskim ukochanym stworkiem. Moja wredna pedagogiczna dusza zamiast normalnie powiedzieć, ze ma wyjąć to wszystko z dzioba uświadomiła dziecko w kwestii istnienia tzw. chorób brudnych rąk. W szczególności gadaliśmy o żółtaczce. Nie wiem, czemu akurat tak, do dyspozycji z tego zakresu jest jeszcze na przykład czerwonka - też piękny kolor, albo rotawirusy różniste - może mniej kolorowe w nazwie, ale za to dają barwne pawie... w każdym razie dalej poszło łańcuszkiem następującym:

brudne łapki - choroby brudnych rąk - żółtaczka - badania nieprzyjemne - pobieranie krwi do celów diagnostycznych - honorowe krwiodawstwo - cykl menstruacyjny....

Przy tym ostatnim pytaniu nieco sie zapowietrzyłam, ale sie nie poddałam. Wzięłam głęboki wdech i w miarę przystępnie wytłumaczyłam, o co biega. A wierzcie mi, nie jest to łatwe, tłumaczenie takich rzeczy facetowi niespełna pięcioletniemu!!!! Nawet jak ma już niezbędną podbudowę w zakresie zakochanych komóreczek i dziecka u mamy w brzuchu. Zapewne byłoby mi łatwiej odpowiadać na takie pytanie, gdyby ta rozmowa odbywała sie w domu, bez podsłuchu różnych nieznanych nam osób, z których co najmniej niektóre patrzyły ze zgrozą.

Prawdę mówiąc, jak Piotrek po raz pierwszy zahaczył mnie o "te sprawy", to sie zapowietrzyłam znacznie bardziej. Pierwsza myśl: "o rany, to za wcześnie, on jest jeszcze za mały na takie tematy, nie teraz!!!!!" Na szczeście myśl druga była już rozsądniejsza: "Kto tu jest za mały, jak pyta, to znaczy, że chce wiedzieć. I jak nie teraz, to niby kiedy? Myślisz, że potem będzie łatwiej???" Wymierzywszy sobie w ten sposób kopniaka w odwrotną stronę nabrałam powietrza i zaczęłam tłumaczyć.

I wiecie co? Pierwszy raz był najgorszy, potem już z górki. Musiałam przełamać w sobie opór - kompletnie niezrozumiały dla dziecka, które jeszcze nie nauczyło sie fałszywej pruderii, hipokryzji i innych takich nieciekawych zagrań. Bo niby czemu dorośli bez oporów mogą gadać długo i ze szczegółami (a niektórzy nawet za długo i z nadmiarem szczegółów) o funkcjonowaniu układu pokarmowego, a dziwnie czerwienią się, milkną i przypomninają sobie o odrabianiu lekcji w przypadku pytań o funkcjonowanie układu rozrodczego???

Tak czy inaczej, młody oprócz paru informacji, o które pytał, uczy się w ten sposób czegoś znacznie ważniejszego. Zaufania do mnie. Tego, ze może przyjść z każdą sprawą, a ja odpowiem, jesli tylko będę umiała. Albo poszukamy odpowiedzi wspólnie. I last, but not least - myślenia przyczynowo-skutkowego. A to ostatnie w naszych utestowionych szkołach jakoś nie jest w cenie....

Swoją drogą, ta rozmowa idealnie trafiła w temat wiodący z ostatniego numeru Tygodnika Powszechnego - jak rozmawiać z dziećmi o seksie. Polecam bardzo, ułatwia przemyślenie temaztu i daje trochę narzędzi....  

tak na deser darwinowski przykład na taki przyczynowo-skutkowy łańcuszek: Jaka jest zależność między ilością starych panien a zbiorami koniczyny? odpowiedź jutro wieczorem, a może ktoś wpadnie na rozwiązanie wcześniej :)))

środa, 25 maja 2011

Idziemy spacerkiem. Młody nagle popatrzył na mnie poważnie i stwierdził:

- Mamo, ja nie lubię chodzić do kościoła z Mi i Dużym (czyli z moimi rodzicami).

- A dlaczego , synku?

- Bo Duży brzydko śpiewa...

Tato, wakacyjny kurs wokalny chyba Cię nie minie. :)

 

 A poza tym trzeba jednak sprawdzić jak  ze słuchem muzycznym u małego draba. Ale to pod koniec czerwca - już dogadane.

Szlag mnie trafia, wysmażyłam notkę, wstałam na chwilę od kompa (zdaje się,m że młody miał jakiś nie cierpiący zwłoki problem), a potem okazało się, że mi jakiś wirtualny chochlik komputerowy zeżarł notkę.

A notka była poważna. Rozpaczliwa, bym powiedziała. No bo co powiedzieć o sytuacji, kiedy człowiek spokojnie, niczego nieprzewidując loguje się na własnego bloga i widzi, że bloga nie ma????? profil dziewiczo czysty, żadnych blogów, komentarzy własnych ani cudzych, blogówm do których ma się dostęp.... Normalnie myślałam że mnie trafi, siedziałam sztywna z przerażenia, że wcięło moje drugie  dziecko, moje przemyślenia, emocje, kwiatki Pietruszki - nie do odtworzenia przecieź, bo sporo z nich to sytuacyjne... Na szczęście Skorupiak wróciłl wcześnie z pracy (no, powiedzmy, że nia przerwęm bo o 16 musiał znowu wyjść) i jakoś doprowadził wszystko do pionu moraknego.

Cóż ja byum uczyniła bez Was, drodzy Czytacze, nie mogąc nawet zawiadomićm co sie stało i dlaczego.... Poza tym, jednak celem podstawowym (oprócz opczywiściem dawania ujścia wściekłości w chwilach poważnych) jest zachowanie dla Piotrka i - mam nadzieję- kiedyś jego rodzeństwa, takich wspomnień.Żebyśmy mogli w przyszłości poczytać to razem i powspominać....

poniedziałek, 23 maja 2011

Już wielokrotnie ten temat sie pojawiał. I zapewne bedzie pojawiał sie dalej, ale co ja poradzę, czytamy mu stle, czytamy dziwne rzeczy... A młody wchłania to niczym gąbka, dopomina sie o kolejne, wybiera książki. Franklina juz nie czyta - wyrósł z niego. Ostatnio były opowiadania księdza Malińskiego, potem byczek Fernando, a od przedwczoraj... Sen nocy letniej.

Skorupiak starannie tłumaczy, kto jest kto, żeby sie mlodemu nie poplątało - i widać, zę Piotrkowi sie to podoba. Dziś wieczorem kładłam go przed powrotem Skorupiaka z pracy - młody poinformował, co ma być czytane, przekręcając jakoś śmiesznie tytuł, ale jednoznacznie chodziło o Szekspira.

i tak sobie wyobraziłam scenkę - klasa czyta na lekcji, dukając mozolnie, Sierotkę Marysię - a Piotrek pod ławka czyta Makbeta. I pytanie, co na to polonista....

Może być zabawnie.

Zarosło mi już dziecko solidnie. On w ogóle jest zwierzę futerkowe, za dziesięć lat będzie kosmaty aż miło. Juz teraz widać futro na nogach.

Tym razem jednak skupiłam sie na owłosieniu na łepetyne - nie bedę w końcu dziecku nóg depilować, nie zwariowałam, jak ta mamuśka z USA co to ośmioletniej córce botoks wstrzykiwała.

Zaczęło sie od negocjacji. Problem w tym, ze dotąd chodziliśmy do pani Małgosi, która od lat strzyże i mamę i mnie. Ja nie umiem nozyczkami mlodego obsmyczyć, wygladałby jak wygryziony przez mole. Wiem, bo kiedyś ćwiczyłam na naszym pierwszym psie i Bromba tak właśnie wyglądała. A tym razem chciałam młodego oblecieć maszynka dookoła łepetyny, w takie upały im krócej tym lepiej.  A on zaprotestował - pani Małgosia ma być i nie ma to tamto. Zawiesiłam temat na kołku, z nadzieją, że w miarę szybko zapomni, bo juz mu kłaki w oczy właziły. 

Dwa dni później wrócilam do sprawy. Odpowiednio przedstawiona propozycja to trzy czwarte sukcesu, młody zapalił sie do pomysłu golenia maszynką, jescze poganiał, żeby szybciej zacząć.

Ponieważ jestem istotą leniwą, w takich sytuacjach wręczam delikwentowi miske i zamiast strząsać włosy na podłogę, strzepuje je do miski. Mniej tego potem wala sie po podłodze i roznosi po mieszkaniu, zanim zdążę dojść do kuchni po szczotkę (zwłaszcza, ze jak ja jestem w łazience, to  zawsze jest tam również pies).

Ilość sierści z potomka przerosła moje oczekiwania. Wiedziałam, ze będzie tego dużo, w końcu nie był strzyżony już całe cztery miesiące, a on ma włosy po mnie - mocne i gęste. Ale tego, co było w misce, starczyłoby chyba na niewielki sweterek.

Zdązyliśmy przed powrotem taty z pracy, wiec jak Skorupiak wrócil, to został przywitany przez roześmianą mordkę każącą zgadywać, kto go tak obsmyczył. Tata stanął na wysokości zadania - nie odpowiedział głupio, ze mama, tylko posprawdzał najpierw wszelkie możliwe (i niemożliwe ) warianty - Agra Czort, Mimi (najukochańsza przytulanka), bakugan....

Młody człowiek dumny  i zadowolony z siebie umościł sie w łóżku i poprosił o wieczorną lekturę. A jaką? o tym nastęona notka.

niedziela, 22 maja 2011

Plany na sobotę mieliśmy od dawna ustalone. Wstajemy wcześnie (jak na sobotę), zjadamy śniadanie, pakujemy plecaczek wycieczkowy i jedziemy do Sochaczewa.

Dzięki uprzejmości A. (dziękujemy raz jeszcze!!!) dostaliśmy zaproszenie na otwarcie sezomu w Muzeum Kolei Wąskotorowej. W programie pokaz taboru w ruchu, przejażdżka zabytkowym składem do Tułowic, piknik i powrót pociągiem.

Piotrek szalał, łaził po lokomotywach, oglądał różne rodzaje drezyn... słowem - pełnia szczęścia. Na pikniku też fajnie - jedzonko całkiem dobre, o dziwo sporo zielenicy było - często jest samo mięso, a tu sałatki różne, pomidorki, ogóreczki, bigos, grochówka, różności z grilla... I oczywiście piwo, ale nawet tu ktoś pomyślał - jedonko było gratis, a piwo płatne. I dobrze, bo by sie towarzystwo zbetoniło na amen. Co prawda i tak sie niektórym udało, zwłaszcza, z e co co bardziej przedsiebiorczy przyjechali z własnym zaopatrzeniem z tego zakresu - widziałam parę flaszek, które bynajmniej nie zawierały soku jabłkowego....

Nawet komary nie żarły, co jak na Kampinos jest już niebywałą uprzejmością.

Słowem - sympatyczny dzień.

W końcu organiatorzy dali sygnał do odjazdu. Pozbieraliśmy zabawki i z Piotrkiem popędziliśmy najpierw do łazienki, a potem do pociągu - byliśmy ze znajomymi, w sumie sześć osób i chodziło o zajęcie miejsc siedzących razem. Reszta doszła do nas po chwili, usiedliśmy sobie w wagonie i czekamy na odjazd.

W pewnym momencie Pietruszek pociągnął nosem i pełną piersią stwierdził:

 - Mama, tu śmierdzi, ta pani pali papierosa.

Miał stuprocentową rację, pani siedząca obok kopciła jak komin. Na uwagę Piotrka warknęła nieuprzejmie, ze pali za oknem, wiec mamy sie odczepć. Faktycznie rękę z papierosem miała za oknem, ale w końcu nie o to chodzi, zeby papierosa trzymać o 5 cm za oknem, a zaciągać sie i dymić w środku, prawda? Poprosiliśmy, zeby zgasiła, ale nic z tego. Pani zaczęła sie kłócić, pytać, co nam to przeszkadza. Tu juz sie zjeżyłam i spokojnie powiedziała, ze owszem, przeszkadza, bo to zwyczajnie śmierdzi. A poza tym jest zakaz palenia w miejscach publicznych, a środek transportu takim miejscem niewątpliwie jest.

Dalszej pyskówki streszczać nie będę, pani przeszła do argumentów z serii "Pan nie wie, gdzie ja pracuję" i zamachała z własnej woli legitymacją Ministerstwa Infrastruktury - niestety, któryś z trzeźwiejszych znajomych szybko jej zasugerował, zeby to jednak schowała. Wulgaryzmy leciały na potęgę, zwyzywała nas od ostatnich. Jak w pewnym momencie któryś z jej towarzyszy (nieco mniej pijany, ale trzeźwy to on nie był) stwierdził, że w Polsce taka bieda, bo mamy takich kapusiów - to o Skorupiaku, który poszedł po obsługę pociągu. Jasna chiolera, dopóki będziemy tolerować drobniejsze łamanie prawa, to dlaczego ktokolwiek ma sie zawahać przed grubszym szwindlem?????

Skończyło sie tym, ze to my musieliśmy sie przenieść do innego wagonu, bo to towarzystwo było tak zalane, ze prawdopodobnie próba ruszenia ich skończyłaby sie dla obsługi bardzo nieprzyjemnie - niestety były to osoby jakoś powiązane z instytucjami decydującymi o istenieniu muzeum, przydzielaniu funduszy i tak dalej... Nie dziwię się, ze ovsługa pociągu nie była bardzo wyrywna do działań bardziej energicznych. Ale to wcale nie znaczy, ze my skończyliśmy.... Baba się co prawda nie przedstwiła, ae była dość charakterystyczna, a dzięki jej uprzejmości wiemy, gdzie pracuje, więc mamy ułatwioną robotę.

Jeszcze jeden powód, dla którego poziom mojej wściekłości szybował pod niebem był taki, ze w składzie pociągu była salonka dla VIPów, a tam mieli bar znacznie lepiej zaopatrzony niż wagon barowy dostępny dla ogółu. I niech sobie mają, ale to, ze kumple z salonki wynosili wódę kolesiom (czyli tej właśnie pani i jej ekipie) do innych wagonów, to już przegięcie.

Widać tu było parę rzeczy. Wszystkie wkurzające:

  • Urżędnikom państwowym (nie wszystkim, ale przynajmniej części) wydaje sie, ze stoją ponad prawem i wolno im znacznie więcej, niż szaremu przedstawicielowi społeczeństwa.
  • Korzystanie z nienależnych uprzejmości jest w tym towarzystwie na porządku dziennym.
  • Urzędowa impreza musi być pijana, inaczej w ogóle sie nie liczy. (Tam było całkiem sporo przedstawicieli różnych urzędów, ministerstw, samorządowych i innych takich.
  • Społeczne przyzwolenie na alkohol jest przerażające.
  • Jak ktoś łamie przepisy, to jest ok, wręcz jest bohaterem, bo pokazuje, ze sie nie boi. Za to jak ktoś oczekuje respektowania tychże i w celu wyegzekwowania ściąg stosowne służby - to kapuś. Ludzie, to na głowie stoi!!!

Ostatni punkt boli mnie o tyle, że to jest jeden z najgorszych spadków komunizmu w Polsce. I obawiam się, ze zmiana tego chorego sposobu myślenia będzie wymagała wymarcia jeszcze kilku pokoleń, żeby zaczęło być pod tym względem normalnie. Może wnuki Piotrka nie będą od razu słysząły okrzyku "skarżypyta" jak taki w przedszkolu pójdzie po pomoc do pani, zamiast walnąć dokuczającego kolegę fangą w nos tak, żeby sie tamten rozplaskał na ścianie.

Tak sie zastanawiam, jak to sie dzieje, ze zawsze, jak coś planujemy, to włażą nam w paradę jakieś idiotyczne wydarzenia. Czy naprawdę takim dzikim wymaganiem byłoby, żęby raz, tak dla odmiany, coś było normalnie, bez awantur z pijanymi babami, wykłócania sie o różne dziwne rzeczy?...

piątek, 20 maja 2011

... i poszłam dziś do kina.

W przypadku wiekszości społeczeństwa nie jest to żadne dziwo, ale jak na mnie  - owszem. Zwłaszcza, ze to już drugi raz w tym roku.

A wszystko przez młodszego brata. Zadzwonił do mnie w poniedziałek, że potrzebuje mnie dziś na pl. Wilsona o 14. I wysłał do kina z mamą.

Cieszę się bardzo, bo film rzeczywiście wart zobaczenia. Co prawda za żadne pierniki nie jestem w stanie zgadnąć, czemu "Jak zostać królem" zostało zaklasyfikowane przez kino jako komedia, ale trudno. Chyba, ze chodzi o to, ze gawiedź może rechotać widząc, jak on sie męczył usiłując coś powiedzieć. Strrrasznie śmieszne. Albo o sceny ćwiczeń rozluźniających. Cóż, głupia jestem i nie rozumiem takich rzeczy. Dla mnie to był przejmujący film o odpowiedzialności i przekraczaniu własnych ograniczeń.

Przy okazji po raz kolejny zaczęłam się zastanawiać nad tłumaczeniami tytułów. Który geniusz wymyślił, żeby "King`s speech" przetłumaczyć jako "Jak zostać królem", pojęcia nie mam. Ale może to i lepiej.... Swoją drogą kwestia tłumaczenia w pewnym sensie wyjaśnia, przynajmniej częściowo, czemu tak rzadko chodzę do kina. Otóż wszystkie opisy filmów traktuję podejrzliwie, bo w wiekszości przypadków sa kompletnie od czapy. Jakby je pisał ktoś, kto nie widział filmu, tylko usłyszał streszczenie w poczekalni u lekarza. I potem powstają takie gnioty, jak ten z tłumaczeniem tylko nieco bardziej rozbudowane. A że do tego w kinie zwykle jest dla mnie za głośno - chyba ustawiają dźwięk dla publiki złożonej z samych głuchaków, to trudno sie dziwić, że rzadko docieram na jakikolwiek film....

czwartek, 19 maja 2011

W ramach spędzania czasu na świeżym (powiedzmy) powietrzu poszliśmy z Piotrkiem do ogródka na ciag dalszy porządków.

Porządkujemy już od jakiegoś czasu, wiader róznych badyli wynieśliśmy nie wiem, ile, a czeka jeszcze dużo. Ale mamyy z tego zabawę i trochę ruchu, Piotrek to lubi, a zawsze to lepsze, niż gdyby mi gnił przed telewizorem. Na szczęście, jeśli tylko ma jakieś zajęcie, to telewizor może nie istnieć.

Po skończonej robocie rzucilam narzędzia na balkon (nie takie to proste, balkon jest na poziomie 2 m), przypięłam psa na smycz, wzięłam wiadro z zielskiem i poszliśmy. Daleko nie zaszliśy, bo po drugiej stronie furtki Agra dostała amoku, weszyła jak oszalała przy krzakach w ogródku sąsiada, tuż przy naszyum płocie.

Ponieważ w tych rejonach koty sie często kręcą - łaącznie z naszym w bloku na parterze jest chyba cztery albo pięć wychodzących, w pierwszej chwili myślałam, ze to jakiś mruczek, ale nie - żaden kot z wyjątkiem naszego by nie wytrzymał tego psiego natręctwa i zwyczajnie przeniósłby sie w spokojniejsze rejony. Albo dałby psu po pysku, tak dla rozrywki. A tu nic.

Czyli to nie kot. Szybka, acz wytężona praca umysłowa doprowadzila mnie do jedynego możliwego wniosku - jeż. A że jeże bardzo lubię, o czym już zresztą pisałam nie raz, to zajrzałam.

I był! Spał sobie spokojnie w barwinku nie przejmując sie dziamganiem głupiego kundla. Piotrek sobie popatrzył na kolczaka, a potem cichutko  poszliśmy dalej - w końcu nie można nikomu przeszkadzać w nocnym (dziennym) wypoczynku :)

środa, 18 maja 2011

Poranne pogaduszki z Piotrkiem. Usiłuję przekonać go do wylezienia spod kołdry, przybrania pionu i przyodziania się w strój nieco bardziej stosowny do przedszkola niż piżamka z dinozaurem.

Mlody sie kręci, chichocze, gada - jak to on. Z definicji gada dużo, ale tym razemm mnie zaskoczył okrzykiem:

- Piotr, Edmund, piwo na was czeka!

Nie zrozumiałam w piewrszej chwili.

- Co i na kogo czeka????

- Piwo. Na piotra i Edmunda. - Dobra, punkt drugi już rozumiem, dzieci z Narni, a nie sam siebie wzywa na zalewanie robaka. Tylko skąd to piwo, oni tam raczej wino pili jak już.

- A co dla Zuzanny i Łucji? One piwa nie piją?

- Nie. One są dziewczynkami, to dostaną sok.

Szowinista i sknera.

poniedziałek, 16 maja 2011

Od jakiegoś czasu zastanawiałam sie nad jedną kwestią.

Chodziło o znalezienie Piotrkowi jakiegoś fajnego, wartościowego towarzystwa, innego niż szkoła - takiego na lata. W szkole - wiadomo, ludzie są różni, a nawet jak się trafi na bardzo fajną klasę, to po kilku latach następuje przejście na kolejny poziom edukacji i skład się zmienia.

A ja chciałam, żeby było coś stałego, dobrego, wartościowego...

Wymagania mam i tyle.

Jedną z opcji, jakie zaczęłam rozważać, był Klub Inteligencji Katolickiej. Czyli KIK.

W pierwszym rzucie nawet sie zapaliłam do pomysłu. Wielu moich krewnych sie tam kręci, tata tez kiedyś tam intensywnie bywał... Słowem, związki jakieś są. Do tego jeszcze różne opinie, ze tam naprawdę wartościowi ludzie, że przyjaźnie na całe lata, potem wspieranie sie zawodowe, wzajemna pomoc... takie tam zachwyty.

Ale... Zawsze musi być jakieś ale, więc jak się dokładniej przyjrzałam, to tu tez je znalazłam. I przestało mi sie tak podobać.

Po pierwsze - zapisy. Dowiedziałam sie, ze aby Piotrek mógł wejść do grupy najmłodszej - czyli 7-8 latków, to musze zapisać go już teraz do kolejki. A siebie do KIKu, co oczywiście wiąże sie z płaceniem składek.

Po drugie - nie ma tak, ze zapisuje sie każdy, kto chce i poczuje wolę bożą, nie ma tak dobrze. Trzeba mieć dwóch wprowadzających, całkiem jak do loży masońskiej. Kłopotu by z tym nie było, zebrałabym bez trudu i dziesięciu, ale zjeżyłam sie dla zasady.

Po trzecie - ekskluzywność rozrywek. Towarzystwo dużo jeździ w różne ciekawe miejsca, ale ktoś za to musi płacić. Przy naszej sytuacji może sie okazać, że nas zwyczajnie nie stać, a nie wyobrażam sobie powiedzenia dziecku, ze nie jedzie z całą grupą na obóz do Włoch, bo nie ma kasy. jedzenia przez cały miesiąc suchego chleba po to, by mógł pojechać, też nie. Zwłaszcza, jeśli by nam sie udało wyprodukować jeszcze jedno dziecko - co, jedno jedzie, a drugie oszczędza na ten wyjazd? Mowy nie ma.

Po czwarte wreszcie - przyglądam sie moim kuzynom działającym tamże i jakos nie jestem zachwycona. Działalność pro publico bono jest chwalebna, jak najbardziej, ale znaj proporcyjum, mocium panie. Jesli ktoś ma czas na wyjazdy, szkolenia, prowadzenie grup, wycieczek i diabli wiedzą, czego jeszcze, a nie ma czasu na nauke i dom traktuje jak hotel, do którego sie wpada przespać, zjeść i zostawić ciuchy do prania, to coś jest nie w porządku. Oczywiście, nie jest to wina tylko KIKu, w końcu rodzice tez mają swój udział, bo pozwolili na takie zachowanie. Ale trudniej jest wprowadzić granicę  - dotąd mogłeś jeździć, a teraz już nie, bo musisz zakuwać. Jak tych wyjazdów po prostu jest dużo, to zwykle sie człowiek budzi z ręką w nocniku, jak jest już zwyczajnie za późno.

Suma summarum doszłam do wniosku, ze nie będę sie zapisywać do KIku. Mam wrażenie, ze tamto towarzystwo strasznie zesnobowaciało. Do tego sądząc po tym, co do mnie dociera, jakoś wątpię, zeby byli tak otwarci na inność, jak kiedyś. Za czasów taty były tam osoby również innych wyznań, niekatolicy, i nikomu to nie przeszkadzało. Teraz jakoś obawiam sie, ze takie osoby może i formalnie zostały by przyjęte, ale chyba nie czułyby się dobrze....

Do tych przemyśleń skloniły mnie ostatnie chrzciny w rodzinie. Chrzczonych była czwórka dzieci, wszystkie KIKowskie. I z jednej strony  raził mnie brak zainteresowania rodziców dziećmi wariującymi po kościele, a z drugiej właśnie izolowanie sie od reszty świata, takie dawanie do zrozumienia, ze my jesteśmy lepsi. Nawet termin był wybrany tak, zeby nie było innych dzieci, msza w sobotę, pozarozkładowa. Nie wymagam, zęby dwu-trzy letnie dzieci stały karnie przez całąmszę, Piotrek też nie wytrzymuje. Ale rodzice powinni to jakoś skanalizować, zająć, moze zaproponować inne zajęcie niż bieganie wokół ołtarza - naprawdę jest to możliwe.

Zraziłam sie do tej instytucji. Miałam nadzieję, ze bedzie to dla mnie wsparcie wychowawcze, że tam pomogą mi w przekazaniu Piotrkowi tego, co dla mnie samej jest trudne - ale nie. Poszukam czegoś bliższego ludziom, bardziej stąpającego po ziemi i nie tak zadętego.

czyli - Dominikanie....

niedziela, 15 maja 2011

...przynajmniej z niektórymi krewnymi.

Tak ogólnie to jeste m w szoku. A wszytko przez jedną moja kuzynkę.

Jak wiadomo, kuzynek mam jak psów, nawet nie wiem ile i nie chce mi sie liczyć. Dużo. Co ma tę zaletę, ze mogę sobie wybierać, z którymi chce utrzymywac kontakty, a z którymi nie.

I ta, a którą widziałam sie dziś - zdecydowanie widnieje na liście drugiej. I to na samym jej szczycie.

Może ja mam jakieś dzikie wymagania, sama już nie wiem. niech mi ktoś powie, czy ja sie czepiam nie wiadomo czego?

nawet nie bardzo umiem to wszystko opisać, bo mnie zatyka ze zdumienia, jak można być tak bezczelnym, wiec będą gołe fakty w punktach.

  • Jakiś miesiąc temu - telefon do mojej mamy, czy D. wraz z partnerem i dziećmi może zanocować - przyjadą na jakieś wesele. Mama sie zgodziła, staneło na tym, zę szczegóły dogadają w późniejszym terminie.
  • Potem długa cisza.
  • na 5 dni przed zapowiedziana datą przyjazdu dzwoni ciotka, matka D (cudowna, dobra, kochana kobieta). Z trudem wydobyła od córki, jak ona sobie wyobraza całość. Ano tak, ze po uroczystości w kościele D. z partnrem i wspólnym dzieckiem (sześciolatkiem) są zaproszeni na obiad, a matka D. ze starszą dwójką (14 i 16 lat) przyjeżdża do mojej mamy (zaproszony jest tylko najmłodszy, gdyż tylko on jest synem obecnego partnera D., a to wesele kogoś z jego krewnych). Potem koło 19 D. przyjeżdża, wymienia dzieci, zostawia malucha matce pod opieką, zabiera dwójkę starszych i jadą na tańce. wrócą w nocy (rodzice mają psa - nie da sie wejść cicho). Jej matka robi za niańkę i obsługę.
  • Wczoraj przyjechali - w okrojonym składzie, starszy syn D. sie wymigał. Reszta zgodnie z założeniami.
  • Z wesela D. Z dziećmi (partner miał nocować gdzie indziej, bo już ciasno) wróciła o 3 w nocy. Jeszcze długotrwałe ablucje w łazience, to, ze łomocze gospodarzom w środku nocy za ścianą jej absolutnie nie przeszkadzało.
  • Rano rodzice z matką D. i najmłodszym  dzieckiem pojechali do kościoła. ona z córką odsypiała.
  • około 12 przyjechaliśmy my - Piotrek jest o jakiś rok młodszy od synka D, niech sie chlopaki pobawią.
  • D. spakowała sie i stwierdziła, ze ona wychodzi coś załatwić, wróci za jakieś dwie-trzy godziny. Wróciła po chyba ponad czterech. 
  • Wyjechali dopiero około 18.
  • Dziś były imieniny chrześniaczki taty, o czym w pewnym momencie wspomniał - ale pytanie, czy rodzice nie mają jakichś planów na dziś w ogóle nie padło.
  • Wczoraj tata miał cały dzień wykładów, o czym D. wiedziała, i wrócil późno i bardzo zmęczony.

Ludzie, czy ja jestem nienormalna, czy jednak ta dziewczyna jest rozpuszczonym, bezczelnym bachorem, który widzi wyłącznie czubek własnego nosa????????

 

Generalnie nie lubię takich imprez - tłum to jest to, co skrzętnie omijam. Ale mnie chłopaki namówiły....

- Pamiętaj Piotrek, zasady są jasne. Jak sie zgubisz, to masz tu wizytówkę taty z naszymi telefonami. Łapiesz najbliższą dorosłą osobę, najlepiej taką, która przyszła z dzieckiem, mówisz, ze sie zgubiłeś, i prosisz, żeby sie z nami skontaktowała. A w ogóle to za łapkę. Dasz radę? Bo wrócimy późno.

- Jasne!!!!

No to poszliśmy. Na wariata kompletnie, bo właściwie bez sprawdzenia programu -  po drodze były jeszcze chrzciny mojego najmłodszego (bardzo chwilowo) siostrzeńca. Chwilowo dlatego, ze następny miał termin rozpakowania sie na dziś, ale chyba mu sie nie spieszy....

A poza tym zwyczajnie nie dotarło do nas, że to dziś. Jakoś tak życie kulturalne stolicy przepływa sobie poza zasięgiem mojej świadomości i dobrze mi z tym. Takie spędy są stanowczo nie dla mnie..

Po przejrzeniu na szybko dostępnych w sieci informacji (a nie było tego zbyt wieleinformator papierowy rozdawany na pl. Bankowym byl bogatszy...) postanowiliśmy ograniczyć sie do imprez w rejonie Starego Miasta i Powiśla - Czyli Centrum Kopernik, Tańczące Fontanny i zobaczymy co dalej.

Przytomnie samochód zostawiliśmy na parking P+R, wychodząc z założenia (jak sie okazało, absolutnie prawidłowego), że w centrum będą tłumy, ograniczenia w ruchu i stado geniuszy, którzy musza samochodem wjechać do łóżka, a co dopiero na imprezę. Czyli mega korek.

Pierwsza przykra niespodzianka - pod Kopernikiem, czego należało sie właściwie spodziewać. Tam trzeba było wysłac umyślnego z książką do kolejki o 18, to może o 21, jak zaczynali wpuszczać, warto by dojechać z młodym. Szkoda, ze na ten genialny pomysł wpadłam tak około 19.30, do tego w domu. Jak sie do tego okazało, ze wpuszczają - przynajmniej wedle zeznania ochroniarza, bo organizatorów tam w ogóle nie było - w grupach po 10 osób i następne, jak tamci wyjdą (a nie wiadomo, kiedy im sie znudzi...), to grymaśna i marudna matka  (czyli ja, jakby sie ktoś pytał) stwierdziła, ze chrzani takie kolejkowanie, to nie te czasy. Żeby jeszcze dawali taki ładny naszyjnik z papieru toaletowego jak kiedyś, albo talony na malucha, to można by. A tak to nie warto. I sobie poszliśmy.

Za to Tańczące Fontanny całkowicie zaspokoiły potrzeby estetyczne głowy rodziny (czyli nadal moje :). tylko ten tłum.... Piotrek miał dobrą miejscówkę, bo Skorupiak wziął go na barana. Ja nie miałam tak dobrze. Cóż, prawdę pieśń głosi, że nie ma szczęścia na tym świecie, ni sprawiedliwości....

Spacerek pod górkę, grochówka przy Długiej i już wydawało mi sie, ze będzie można wrócić do domu i paść w piernaty. Ale gdzie tam... Pierworodny dostrzegł (przy pewnej pomocy, niech już będzie...) po drugiej stronie ulicy migające koguty radiowozów wszelakich i zażyczył sobie zapoznać sie z nimi bliżej. No dobrze, rzadka okazja, zeby obejrzeć komisariat na kółkach dobrowolcem, a nie w charakterze przesłuchiwanego :). Połaził, pozwiedzał pojazdy różniste, tatuś cyknął fotkę na jakimś ścigaczu i do tego w czapce policyjnej (czy jak sie tam ten dekiel nazywa). I kolejna zmiana zdania. Mimo wcześniejszych deklaracji, ze jeszcze tylko jeden samochód  i idziemy do domu, młody człowiek postanowił wiedzić muzeum policji.

Weszliśmy, drapiemy sie po schodach i nagle słysze zdumione nieco , ale też pełne nadziei stwwierdzenie potomka:

 - O, mamo, ja tu jeszcze nie byłem?

Mam nadzieję... W Pałacu Mostowskich jednak rzadko sie bywa dla przyjemności....

Staranne zwiedzanie samochodu dowodzenia i można było wracać. nawet trzymał sie dzielnie w metrze, za to w samochodzie gadał, gadał i nagle w pół słowa ziewnął potężnie i zasnął.

Tylko na koniec, już w łóżku,, rozpakowany z większości garderoby zaczął sie dopominać o wieczorne czytanie. Na szczęście nie zdążył dokońcyć zdania, bo znowu spał :)

W sumie był to bardzo fajny dzień. Nie we względu na same atrakcje - tak naprawdę to było ich niewiele. Ale to, że młody zachowal się zgodnie z ustaleniami, nie było żadnego biegania, uciekania w tłum, marudenia. ustaliliśmy parę spraw, powiedzieliśmy mu, że mamy zufanie do niego. Że jesteśmy pewni,iż jest na tyle odpowiedzialny, zę można go bezpiecznie zabrać w taki tłum i do tego w nocy. I mieliśmy rację.

kochany dzielny facecik.

PS. Ale na następną noc muzeów idą beze mnie. jednak naprawdę nie znosze takich zbiegowisk.

poniedziałek, 09 maja 2011

Strzeliliśmy sobie samobója. Albo w stopę. Może być też kolano, do wyboru.

tak czy inaczej, chodzi o to, że sami, absolutnie dobrowolnie i bez żadnego przymusu zrobiliśmy sobie krzywdę.

A wszystko przez ekologiczny festyn na Polu Mokotowskim.

Pojechaliśmy w niedzielę oddać resztki elektrośmieci i starych baterii. Resztki, bo teraz można takie graty oddać omalże na kążdym rogu, imprezy typu elektrozłom za drzewko tez co chwila i pozbyliśmy sie juz zapasów.

NIc, oddaliśmy co bylo do oddania i poszliśmy  zobaczyć co proponują w ramach imprezy.

Różności były, to temat na następny wpis, ale niestety byly tez sprzęty do produkcji baniek mydlanych. Czyli marzenie Piotrka.

A Skorupiak zapewne z radości, ze będzie mógł sprawić frajde potomkowi, nie dopytał u pana sprzedającego o szczegóły.

I w ten sposób sami uszcześliwiliśmy się pistoletem, który:

  • produkuje bańki mydlane (zamierzone)
  • świeci (może być, do przeżycia)
  • hałasuje jak wszyscy diabli (absolutnie niedopuszczalne).

I co teraz? Przeciez nie zabierzemy młodemu najukochańszej zabawki.

Następnym razem trzeba będzie uwaniej patrzeć, co sie kupuje dziecku.

 

 

czwartek, 05 maja 2011

Jak chcesz rozbawić Boga, opowiedz mu o swoich planach.

Musieliśmy sprawić Mu sporo radości, jak planowaliśmy wyjazd na najbliższy weekend. I postanowił sprowadzić nas na ziemię. Zostajemy w Warszawie.

Przyczyn jest kilka - dzieć I. choruje i nie bardzo nadaje sie w warunki bojowe, zwłaszcza przy takich temperaturach. M. też zdrowotnie nie bardzo (bardzo nie bardzo, trzymaj się, kochana!). Zimno jak w psiarni, a jednym z pomysłów uatrakcyjniających wyjazd młodemu było to, ze miał spać w namiocie. Akurat, jak w nocy jest około zera!!!! Zamiast wracać do domu od razu by wylądował w szpitalu z zapaleniem płuc. To ja dziękuję.

W związku z powyższym siedzimy na kuprach w Warszawie.

Tyle dobrego, ze w sobotę sa urodziny Piotrka koleżanki z przedszkola i w związku z powyższym będzie jednak mógł pójść. Przynajmniej jakaś atrakcja.....

poniedziałek, 02 maja 2011

Wszystko zapowiadało taki miły, leniwy dzień, Piotrek w przedszkolu, Skorupiak w domu, zimno, wiec nie warto nigdzie łazić (oboje jesteśmy leciutko podziębieni, a zresztą, każdy pretekst dobry, zęby chwilke ponicnierobić).

Wstałam rano, Piotrek sie ubrał, dałam mu śniadanie, przypięliśmy psa i poszliśmy do przybytku edukacyjnego. Jakoś nieswojo sie czułam po drodze - cisza, pusto, nikogo kompletnie. Wiedziałam, zę szkoła mogła odpracować ten dzien w jakąś sobotę, ale przedszkle takich numerów  nie robi.

Weszliśmy i okazało sie, ze moja dusza słusznie sie niepokoiła. Otóż Piotrek był pierwszym dzieckiem, które przyszło, za to była już seria telefonów odwołujących obecność dzieci zgłoszonych jako te, które miały przyjść.

Cóż miałam robić, zaklęłam pod nosem, ale przecież nie zostawię go samego tam. przedszkole jest fajne, lubi je bardzo, ale głównie dlattego, ze można sie tam bawić z innymi dziećmi... Włożył kurtkę i buty i wróciliśy do domu.

Szczegóły pominę, ale jak wymyślił, ze chce nocowwać u dziadków, to odetchnęłam z ulgą. Rodzice sie zgodzili na to - zwykle sie zgadzają, ale dla zasady młody ma za każdym razem sam zatelefonowac i zapytać. A my dzięki temu nie wylądujemy w psychiatryku albo zgoła w pudle za dzieciobójstwo.

Koniecznie musimy sie  postarać o rodzeństwo, tak mogliby sie bawić razem, a nie zawracałby głowy nam.

Do roboty!

 

dzisiaj bedzie dla odmiany kulinarnie.

Tak jakos mnie naszło na klopsiki z kasza - gryczaną albo pęczakiem.

W sumie niby nic, modyfikacje niewielkie i przypadkowe. Najpier znalazłam gdzieś w szafce zakopaną puszkę pomidorów bez skórki. Potem jeszcze w zamrażarce pudełeczko siekanej czerwonej bazylii. Kompletnie zapomniałam, ze jesienią w ramach eksperymentu postanowiłam zamrozić bazylię i oregano i sprawdzić, jak sie ma do suszonych ziół.

Wrzuciłam do mięsa sporo tej bazylii, a do garnka pomidory, rozciapciane jak sie dało. dalsza procedura klopsikowa była standardowa - obtoczyć w bułce, obsmaży i do garnka.

Wyszło lepiej, niż rewelacyjnie. nie wiem, czy bazylia, czy pomidorki, ale w sumie pyszotka...

Młody normalnie jada średnio nie za dużo, a teraz wrąbał dwie dokładki. I pewnie zjadłby więcej, ale mu przystopowałam dostęp do korytka, bo jak sie przeje, to go boli brzuszek. 

W sumie nie wiem, po co o tym pisze. Ale czemi nie?

niedziela, 01 maja 2011

Oczy całego świata zwrócone są dziś na Rzym, trudno znaleźć jakikolwiek portal informacyjny, gdzie pierwsza strona nie bylaby poświęcona beatyfikacji.

A ja mam mieszane uczucia. NIe, wróć. Nie mieszane, coraz bardziej jednoznaczne.

Innymi słowy, wkurza mnie cała ta impreza.

Nie z powodu braku szacunku i uznania dla tego, co Jan Paweł II zrobił. Wręcz przeciwnie. Ale mam poczucie, że komuś się coś pokręciło.

Moim zdaniem decydowanie o tym, czy ktoś jest, czy nie jest święty, nie należy do nas - ludzi. Nie ta instancja, proszę państwa. Nie mamy szansy wiedzieć wszystkiego, co jest niezbędne, by kogoś tak dogłębnie ocenić. To jest takie etykietkowanie.  I potem jakoś tak zostaje w świadomości, ze jak ma odpowiednią eytkietę, stempelek biurokraty, to święty jest, jak nie ma - to nie. A ilu jest cichych świętych, o których nikt nawet nie wie, a którzy w oczach Boga zrobili więcej dla bliźnich niż ci skatalogowani?

Innymi słowy - jest to biurokratyczna procedura dla kurialnych gryzipiórków przewiązana gigantyczną marketingową kokardą. taniec przed złotym cielcem. I kompletne zaprzeczenie tego, co w nauczaniu Chrystusa było ważne - pokory, miłości. Blichtr, przepych, ceremonie. Do tego jeszcze żeby chodziło o kogoś innego, ale akurat on. Człowiek wielkiej pokory, z tak dużym dystansem do siebie, ogromnym poczuciem humoru - trudno mi uwierzyć, że dobrze by się czuł widząc, co sie dzieje.

Jakoś bardzo wątpię, żeby choć z 10% osób obecnych dziś w Rzymie z tej okazji kiedykolwiek w życiu zapoznało sie dokładnie z papieskimi encyklikami, nie wspominając juz o innych tekstach - prozie, poezji dramatach...  Jasne, fajnie jest znaleźć sie w tak historycznym momencie w takim miejscu, miłe jest pławienie sie w cudzej chwale - to troszeczkę tak, jakbym sama była bardziej święta przez to, że tam pojadę. A guzik. Ilu z tych, którzy tam są, na co dzień drze się na małżonków, obija w pracy, czasem podprowadzi coś z firmy - młotek, długopis, wydrukuje sobie na firmowej drukarce kilkanaście e-booków, przyleje dziecku, bo przeszkadza oglądać mecz... Pobędą sobie tam przez dwa dni i wrócą do codzienności, w której JPII nie będzie im przeszkadzał.

Co więcej, mimo, ze Polska to taki strasznie katolicki kraj, katolików mnóstwo, to jakże często można sie spotkać z wypowiedziami i zachowaniami  nie tylko nie współgrającymi z nauczaniem papieża, ale dokładnie z nim sprzecznymi, choćby cała kwestia dialogu międzywyznaniowego.  Nie raz sama słyszałam od osób uważających się za gorliwych katolików, szermujących imieniem Boga na wszystkie strony, jak wieszali psy na osobach innego wyznania, ze szczegółnym uwzględnieniem Żydów - naszych starszych braci w wierze...

Żeby nie było, żem gołosłowna - przykład. Dawny, sprzed lat, ale za to jest to moje osobiste doświadczenie, a nie historia z serii "Jedna pani powiedziała".

Lekcja religii. Na poprzedniej ksiądz bardzo ładnie mówił o miłości bliźniego. A tu na katechezie wziął się za Żydów i motywem przewodnim bylo - na latarnie z nimi. Nie wytrzymałam, zapytałam, jak to się ma do nauki z zeszłego tygodnia. Wyleciałam za drzwi....

Potem było jeszcze parę podobnych kwiatków przy równie niestosownych okazjach - np. podczas pogrzebu.

I tak się zachowuje wielu księży i osób podobno głęboko wierzących. A ja sie zastanawiam wtedy, jak ci biedacy znoszą klękanie przed tym Żydem Jezusem i fakt, że Żydówka Maria jest Królową polski.

Wracając do tematu - dzisiejsza beatyfikacja nie jest dla mnie jakąś specjalną uroczystością. Jana Pawła II szanuję za to  co zrobił, i dostrzegam błedy. Nie oczekuję od niego - ani od żadnego papieża, że będzie nieomylny. W końcu to człowiek. Tylko i aż człowiek.