O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

poniedziałek, 31 maja 2010

Wieczór. Piotrek już dawno śpi, my sobie siedzimy w pokoju  i słuchamy szant. Małż grzebie po sieci wyszukując teksty i mp3, puszcza mi kawałki. Podśpiewujemy sobie ulubione - Requiem dla nieznajomych przyjaciół z "Bieszczadów" (posłuchaj), Farewell, Mona. Potem zaczął szukać po tekstach rzeczy dotychczas nam nieznanych. Tą metodą usłyszałam wreszcie Navigare necesse est, (posłuchaj) której to szanty tekst widziałam juz nie raz, ale nigdy nie słyszałam, Nawigatora (posłuchaj) - i tu sie zaczęło....

Otóż Małżon najdroższy stwierdził, że ta melodia coś mu przypomina, tylko za jasną cholerę nie wie, co.

W ten sposób zapewniliśmy sobie rozrywkę na następne półtorej godziny. Po jakimś czasie Małżyk skojarzył, że to jakieś dominikańskie klimaty i zaczął mi wmawiać, że muszę sobie przypomnieć, bo sama to kiedyś śpiewałam. Fakt, przeszłam przez scholę, ale to było jakieś pół wieku temu i nic mi w głowie nie dzwoniło, więc sie uparłam, że na pewno nie znam. Skorupiak dalej kombinował, szukał -  i w końcu rozpracował. Zwrotka jest ściągnięta z psalmu 116 a refren z pieśni na wejście "Wejdźmy do Jego bram z uwielbieniem" i to do tego męski głos - nieco różniący się od wiodącego żeńskiego. Faktycznie, śpiewałam to, ale kiedy to było...

A całość jest o tyle zabawna, że z nas dwojga to ja śpiewam zdecydowanie lepiej, za to on ma o niebo lepszą pamięć muzyczną (jak widać). Ale fałszuje niezgorzej - z wyjątkiem melodii kościelnych, z kolei ja kompletnie nie pamiętam melodii, jesli nie ma tekstu. Efekt jest uciążliwy, bo najbardziej znane melodie owszem, kojarzę, ale za żadne skarby nie potrafię podać tytułu ani kompozytora - i czuję sie w takich sytuacjach jak muzyczno-kulturalna ćwierćinteligencja.

W sumie razem to jesteśmy muzycznie całkiem nieźli, on jest obcykany w operach, które lubi - dla mnie to katorga, ja gram lepiej na gitarze i trochę na flecie.  Słyszę, jak on fałszuje, ale sama często mam problem z zapamiętaniem i powtórzeniem melodii - jak juz chwycę, to idzie.

Słowem - jego ucho i pamięć oraz mój głos i możemy występować. Najlepiej w balecie.

 

PS. Navigare... też nam coś przypomina, tylko nie wiemy, co.

podczas porannej pogawędki z mamą doszłyśmy (już nie wiem, którędy, ale to nieważne) do poważnego pytania: Czym jest patriotyzm?

I bardzo mi sie spodobało to, co mama gdzieś usłyszała na ten temt - jednym z elementów patriotyzmu jest dbałość o poprawność, kulturę i elegancję języka.

Ostatnio słowo "patriotyzm" słychać często, ze wszystkich stron i odmieniane przez wszystkie przypadki. Ludzie są oceniani jako patrioci lub nie-patrioci w zależności od tego, w którym miejscu byli podczas różnych wydarzeń - pod Pałacem Prezydenckim, na placu Piłsidskiego, tam gdzie ZOMO - i tak dalej.

A ja sobie myślę, ze to wszystko są sytuacje jednorazowe, może i ważne, ale nie stanowiące istoty rzecy. Obecność pod Pałacem - cóż, to był gest, poświęcenie kilku godzin z życia. Nie chcę odbierać nikomu prawa do wykonania takiego gestu - jeśli komuś był potrzebny - prosze bardzo. Ale nie zgadzam sie na narzucanie tego jako patriotycznego obowiązku. Ludzie różnie przeżywają, różnie reagują. Jedni wolą być w tłumie, inni - sami, jedni krzyczą - inni milczą. Dzielenie narodu "ten z nami, ten przeciw nam" według sposobu przeżywania jest zawłaszczaniem emocji, naruszeniem mojego podstawowego prawa.

Nie lubię tłumnych imprez, czy to ma być msza na pl. Piłsudskiego, czy hałaśliwy piknik w przedszkolu. Nie uważam, żeby to mnie od razu skreślało. Wręcz przeciwnie, mam wrażenie, że to, co robię w pracy jest - górnolotnie i wzniośle, ale trudno - więcej warte dla kraju niż odstanie kilkunastu godzin w kolejce. Moja troska o poprawną polszczyznę u Pietruszka - też. To, że staram sie, żeby wyrósł na samodzielnie myślącego, dobrego, życzliwego innym człowieka. Mimo, że to wszystko nie da sie pokazać w telewizji, to jestem zdania, że to własnie jest fundament patriotyzmu.

A co Wy o tym myslicie?

 

Trudno dla Ojczyzny umrzeć, jeszcze trudniej - walczyć, ale najtrudniej - żyć.

piątek, 28 maja 2010

Poszłam po Pietruszka do przedszkola. Wzięłam ze sobą psa, jak zwykle - zawsze okazja do rozprostowania łap. Jak dochodziłam na miejsce to mnie zmroziło. Na rondzie przed bramą stoi radiowóz. Wiklinowy parawan. Na ziemi leży za parawanem duży, czarny worek.....

Nie mogłam tu nic pomóc, więc tylko szybko zabrałam Piotrka z przedszkola, zagadałam go, mimo, ze zainteresował sie radiowozem i poszliśmy do domu. Nie chciałam, żeby sie spotykał ze śmiercią w taki sposób, wystarczy ostatnich wydarzeń jak na trzylatka.

Potem dowiedziałam sie nieco więcej. Podobno to starszy pan, który przyjechał rowerem po dziecko - pewnie wnuka. Miał zawał, a do tego spadając z roweru chyba jeszcze uderzył głową o barierkę. Mimo długiej reanimacji nie udalo sie go uratować.

Był piękny dzień. Maluchy szalały na pobliskim placu zabaw, harcerze odbywali jakieś ćwiczenia terenowe, sroki skrzeczały na mojego kota. Wszystko wydawało sie takie normalne. A rónocześnie takie jakieś... nieprawdziwe. Jakby sie świat zatrzymał.

Tej rodzinie zatrzymał sie na pewno.

Wieczny odpoczynek racz mu dać Panie...

Zasiedliśmy sobie wygodnie. Młody rozłożył sie w fotelu, popatrzył na kubek z piciem i stwierdził:

- Nie ma jak dobre, zimne piwo....

Dostaliśmy prawie czkawki ze śmiechu, w kubku mial napój zdecydowanie nie zawierający procentów, a piwo w domu ostatni raz było chyba w marcu, poprzednio w listopadzie. Ja piwa jak nie lubiłam, tak nie lubię. I nie zanosi sie na zmiany.

nie wiem, skąd on wziął taki tekst, ale jeszcze trochę a odbiorą nam dziecko za rozpijanie nieletnich.

 

środa, 26 maja 2010

Postanowiliśmy wpaść do moich rodziców. Niespodziewanie, bo środa jest dla mnie najcięższym dniem roboczym, Małż też ostatnio ledwo dycha, ale jest okazja, jest prezent - jedziemy. Prezent zapakowany w gazetę, zgodnie z tradycją. mama na ten widok zapiszczała prawie z ciekawości -  i potem jak otworzyła, też.  Lubię takie sytuacje, kiedy wiem na sto procent, że prezent jest trafiony.

Ale tak w ogóle to ja nie o tym.

Wracaliśmy sobie samochodem Piotrek pogadywał i w pewnym momencie przeraźliwie siorbnął. Zgodnie zaprotestowaliśmy przeciwko takim manierom, a nasz kochany wygadany synalek stwierdził:

- Poniosło mnie.

Nie da sie ukryć....

 

 

wtorek, 25 maja 2010

i to bynajmniej nie z powodu mojego niechlujstwa, niewyniesionych śmieci czy zapomnianej pod szafką nogi z kurczaka.

Sprawa jest prosta.

Bierze się z mojego starego marzenia. Otóż zawsze chciałam mieć roślinkę, którą będę mogla rozpiąć na linkach w coś na kształt zielonego baldachimu.

I mam. Rośnie jak wściekła, ostatnio puściła kolejne kilometry wąsów. I kwitnie.

I tu jest pies pogrzebany. Moja ulubienica kwitnie hurtowo, czyli nie ogranicza sie do pojedynczego kwiatka. Skądże znowu, ona wpuszcza je w pęczkach. I to nie w jednym pęczku, tylko licznych. Kiedyś, jeszcze w czasach panieńskich, jak mi gadzina zaczęła kwitnąć w lutym, to musiałam spać przy otwartym oknie, bo bym sie udusiła (to był mroźny luty, a ja jestem zmarzlak).

Proszę państwa, przedstawiam:

 

Oto hoja, zwana woskownicą

Tak mi się jakoś nazbierało. Różnych drobnych scenek, obrazków, czasem trudnych do uchwycenia nawet, a co dopiero opisania.

 

Piotrek, który ostatnio mości mi się na kolanach i po prostu patrzymy sobie w oczy.  I widzę, że nasza milośc jest dla niego czymś tak oczywistym, jak oddychanie, nie ma cienia wątpliwości, że jest bardzo kochany. A to nie zawsze jest regułą w relacjach rodzice-dzieci, widzę to w pracy na co dzień....

Psia zazdrość - Agra jest zdecydowanie zazdrosna o Czorta, jak kot włazi mi na kolana i zaczyna mruczeć, to spod krzesła rozlega  się ciche burczenie, takie trochę płaczliwe. To w ogóle jest trudny pies, bardzo stara się dominować, my jej na to nie pozwalamy - prawdę mówiąc, nie wiem, jak jej to wytłunaczyć skutecznie, żeby wreszcie poczuła sie pewnie, bezpiecznie i spokojnie. Ona NIE jest przywódcą stada, więc NIE musi wszystkiego pilnować. Ale kota stara się podporządkować sobie cały czas, z resztą już chyba wreszcie daje spokój. Nawet polecenia Piotrka zaczyna wypełniać.

Kiedyś nie znosiłam grzebania w ziemi, jak miałam ziemię za paznokciami - nie do uniknięcia w takim przypadku, to mi ciarki po plecach chodziły, nudziło mnie i już. Od jakichś trzech lat polubiłam. Mam z tego coraz więcej frajdy, jeszcze nie bardzo wiem, co na działce rodziców mogę wyrwać, a co  - wręcz przeciwnie, ale już się coraz lepiej orientuję. I bawię się tym. W zeszłym roku wymyśliłam i zagospodarowałam kawałek przed płotem - wzdłuż alejki przejazdowej. Nie mogło to być nic bardzo delikatnego, bo samochody czasem zahaczają kołem, ale miałam dość perzowiska. Wywaliłam wszysko, co tam było (głównie perz i resztki trzykrotki, która tam kiedyś rosła) i posadziłam marcinki. Niewysokie, ładna zieleń, nie do zdarcia. I ładnie kwitną jesienią. Teraz trzeba jeszcze zająć się drugą częścią płotu po przeciwnej stronie furtki i zrobić to samo. Ale tu potrzebuję męskiego wsparcia, to perzowisko jest poprzerastane odrostami wiśni i ja nie dam fizycznie rady sama tego ruszyć. Ale w końcu to zwalczę.

W związku ze zbliżającym sie ślubem mojego brata przypomniała mi sie komiczna historia. Zbliżał mi się termin porodu. Piotrek byl wielki, więc miałam ustaloną cesarkę - przy takich gabarytach nie miałam najmniejszej szansy, żeby urodzić sn.  Termin wyliczony miałam na 9 października, cesarka zaplanowana na 11.10. A 9 wieczorem miał być w Warszawie koncert Jacka Kowalskiego. Niewiele myśląc wrzuciłam do samochodu torbę szpitalną i popędziłam.Małża koszmarnie rozbolała głowa, więc zostawiłam go, żeby się spokojnie przespał - ostatnia okazja....

Nie było to takie szaleństwo, na jakie wygląda - koncert jednak spokojny, do słuchania na siedząco, a nie szalejące hip-hopy. Do tego co prawda Małż spał w domu, ale na koncert pojechali też moi rodzice, więc wsparcie było. Szpital dwie przecznice dalej - jakby się coś zaczęło dziać, to bym zdążyła dojść na piechotę, nie tylko dojechać samochodem.

Przed koncertem była jakś część literacka, którą sobie darowaliśmy, przesiedzieliśmy z Jackiem i rodzicami w kawiarence gadając na różne tematy. W pewnym momencie Jacek - widząc mój wielki brzuch - uprzejmie zapytał, na kiedy mam termin porodu. I lekko zzieleniał jak usłyszał radosną odpowiedź - "Na dziś"....

Mam nadzieję, ze Jacek będzie mógł przyjechać na ten ślub.

 

Cieplej mi się robi na sercu, jak widzę takie scenki jak wczoraj - reportaż powodziowy. Ratowanie zwierzaków, które zostały w gospodarstwach. Wywożenie w bezpieczne miejsca psów, kotów, królików, świń, krów, owiec... I nagle - koło łódki płynie przebierając łapkami kret. Ktoś podstawił mu czapkę i wyłowił malucha.

A ile takich maluchów utonęło, bo nie było nikogo z czapką w okolicy....

 

W sumie ten wpis nie ma specjalnie sensu - poszatkowany i tematycznie i chronologicznie. Ale właściwie czemu nie - przecież nie piszę na konkurs, nikt mnie nie rozlicza - czasy wypracowań szkolnych są na szczęście za mną. To niech tak zostanie....

 

poniedziałek, 24 maja 2010

Przyjrzałam sie wąsom mojego Kota. (Nie wiem, czy określenie "mojego" jest tu właściwe - koty nie uznają zwierzchności. Ale ten sie ze mną przyjaźni i naprawde na wiele mi pozwala. NIech zatem będzie - mojego przyjaciela Kota.)

Okazja była - leżałam sobie w łóżku, a Kocisko przyszło i ułożylo mi sie na piersi, nadstawiająć pyszczek do miziania.

I zauwazyłam śmieszną rzecz. otóż Czort ma z jednej strony wąsy czarne, a z drugiej białe.

Kiedyś miał tylko jeden biały wąs (nie mylić z karaluchem Poręby), teraz jest ich juz więcej. Stale po tej samej stronie.

Cóż, nie ma co sie dziwić, Kot ma już dziesięć lat. Jest bardziej dostojny i godny i nie wariuje tak jak dawniej. Nadal jest panem podwórka, włóczy sie po okolicy, psy go omijają.

Ale widać już po nim, że nie jest młodzikiem....

niedziela, 23 maja 2010

Kiepsko jest. Młody zasmarkolony do imentu, kaszle, marudny i słaby.

W wyniku rodzinnej narady i omówienia stanu spraw wyszło nam, ze to chyba jednak na tle uczuleniowym, bo:

1. pojawiło sie całkiem niedawno, jakoś tak zbieżnie z pyleniem topoli

2. Młody kaszle koszmarnie jak leży, w pionie wcale - może po prostu katar ścieka do gardła i podrażnia

3. Po deszczu solidnym trochę sie uspokoiło.

4. Jak nie kaszle, to całkiem żywiutki i wesoły, jak kaszle - więdnie niczym niepodlewana sałata.

 

Wniosek:

Próbujemy sie dostać do pani dr alergolog. Ciekawe, kiedy sie uda....

 

 

Syn mi sie naraża. Drugi dzień z rzędu (czyli niedziela dziś) budzi sie świeżutki jak skowroneczek o godzinie straszliwie wczesnej. To znaczy o 6.15.

Nie ma co liczyć, ze jutro też tak wstanie. Prrzecież do przedszkola trzeba.

Chyba go jednak zamorduję.

sobota, 22 maja 2010

Kampania wyborcza leci, kandydaci prezentują piórka, równocześnie kopiąc się wzajemnie po kostkach.

Jednym z głównych elementów kampanii są sondaże przedwyborcze. Codziennie pada hasło "Gdyby wybory były dziś, to wygrałby...."

I tylko jedna rzecz mnie intryguje.

Różnice między sondażami w zależności od tego, kto je przeprowadza. Te w wydaniu TNS OBOP, CBOS czy Gfk są w miarę zbieżne, różnice są na tyle nieznaczne, że mogą wynikać z błędu statystycznego. W Homo homini dziwym trafem są zawsze znacznie przesunięte, i zawsze w tym samym kieunku - na korzyść Jarkacza. Różnica między kandydatami jest tam mniejsza, Komorowskiemu uszczkną, Kaczyńskiemu dodadzą....

Ja rozumiem, że sondaż to potężne narzędzie do przekonywania nieprzekonanaych - zawsze znajdzie sie grupa niepewnych, którzy postanowią przechylić szalę, czy to na korzyść potencjalnego zwycięzcy czy przegrywającego. Ale w sytuacji, gdy kilka ośrodków ma podobne wyniki, a jeden - znacznie od nich odbiegające, to jednak węszę myślenie życzeniowe i manipulację na zamówienie.

Nieładnie. Ale kto powiedział, że polityka jest czystą grą?

Czy ktoś mi wyjasni to dziwne zjawisko?

W tygodniu Piorek budzi sie ok 7.15. Czasem musze go budzić sama, czasem wstanie słysząc, ze ja sie kręcę.  Najchętniej by pospał dłużej.

W sobotę, kiedy można by pospać nawet do 9 - nie ma co na to liczyć.

Dziś młody człowie obudzil sie ok. 6.30. Poprzytulaliśmy sie troszkę, teraz jest 7.15, a on juz jest ubrany i chce na rower. Do jasnej cholery, nie mógłby tych czynności przesunąć na nieco później???????

czwartek, 20 maja 2010

młody wykąpany, odchodzi wieczorne przytulanie. Przyniósł sobie przytulanki, po czym postanowil zadbac o ojca, zeby mu smutno ie było.

- To ja wezmę mimi, bo ona jest dziewczynką, a ty taot dostaniesz Małpisia - on jest chłopczykiem, a tata musi mieć chlopczyka!

No nie wiem, jak mam to rozumieć.....

Dyskusja na temat przydziału zadań wieczornych. Piotrek rozdziela:

- Mama, ty myjesz, przebierasz i czytasz. Tata spłukuje, przenosi i kolanka.

Po chwili cos nam sie poplątało, kto co mial robić, więc mały tłumaczy:

- Mama, ty myjesz, bo twoje kapcie ładniej pachną.

 

Nie ma jak dobre uzasadnienie!

 

wtorek, 18 maja 2010

Przerażające jest to, co sie dzieje w Małopolsce i okolicach.

Przerażające i wkurzające.

Tyle było mowy o niezabudowywaniu polderów zalewowych. I co? i psińco, zawsze się znajdzie paru geniuszy, którym tam ładnie i blisko na plaże, to oni się tam pobudują, potem sie da w łapę komu trzeba, zeby zalegalizował, a potem sie wrzeszczy o pomoc państwa, bo zalało. O ubezpieczeniu oczywiście nikt wcześniej nie myslał, bo po co, skoro państwo i tak MA DAĆ.

To tak na marginesie. prawdziwym powodem tej niotki nie są wcale ludzie.

Najbardziej mi szkoda zwierząt. Te gospodarskie zostaną ewakuowane, ale co mają zrobić zające, sarny, cała drobnica - myszy, jaszczurki itp.? Pisklaki, które uczą się latać?

Widziałam dziś w tv migawkę z przerażonym zającem, który rozpaczliwie usiłował przecisnąć sie przez jakiś płot. Jemu nikt nie pomoże....

poniedziałek, 17 maja 2010

... że nam odwołali lot z powodu strajku... Jak patrzę, co wyprawia ta piekielna chmurka, to myslę, że i tak byśmy nigdzie nie poleciały, a do końca byłaby nerwówka - wejdą, nie wejdą, niczym wojska sowieckie. I czy się uda wrócić.

Przełożyłysmy wycieczkę na wrzesień - i zobaczymy, co będzie....

 

Dostałam ostatnio smsa z sieci. Podziękowania z okazji trzech lat przynależności do Orange, i takie tam. Bonus, obiecanki, cacanki.

I nie byłoby w tym nic dziwnego - gdyby nie jedno ale. Z Orange rozstałam się rok temu.

Ale oni mają tam bałagan...

Wstaliśmy - nie ma rady, trzeba iść do przedszkola i pracy. Młody starał się jak mógł, żeby się spóźnić, ale jakoś się udało pozbierać towarzystwo do kupy. Podałam mu śniadanie - co prawda wiem, ze dostanie w przedszkolu, ale dopiero o 9, a zależy mi na wyrobieniu nawyku, ze bez śniadania sie nie wychodzi z domu. Wiec coś tam zjada.

Normalnie jak go odprowadzam, to biorę psa - dwa w jednym. Dziś leje jak z cebra, więc uznałam, ze nie będę taka okrutna. Pies został przypięty do smyczy w czasie, gdy Pietruszek wcinał. Kot podążył za nami na schody. Jak otworzyłam drzwi klatki schodowej, to pies myknął za róg, siknął i nura z powrotem z miną pełną obrzydzenia.

Sikundka to właściwe słowo, znakomicie oddające takie psie ( i nie tyko) działanie.

niedziela, 16 maja 2010

zajrzałam znowu w liczniki blogowe - fajnie tak od czasu do czasu. I zaczęłam się zastanawiać, kim są ludzie, którzy zaglądali tu do mnie zGrecji, Sudanu, Macedoii Norwegii...

Najbardziej mnie zastanawia kraj o nazwie - Nie wiadomo.

Ktoś wie, gdzie to jest? Bo ja nie mam pojęcia...

 

piątek, 14 maja 2010

Zaplanowałyśmy sobie babski wyjazd. We trójkę, z mamą i teściową h.c.  postanowiłyśmy porzucić na parę dni naszych facetów i wybrać się do Londynu. Szwagier h.c. tam mieszka, udostępniał chatkę, miałyśmy w planach zwiedzanie, szwendanie się po mieście, buszowanie po muzeach i kupowanie ciuchów. Żyć, nie umierać.

Opatrzność uznała, że za dobrze by było i postanowiła wyprostować nam poglądy.

Najpierw zaczął wulkan - od miesiąca nerwówka, czy nie walnie znowu i nie pozamykają przestrzeni powietrznej.

Jak sie okazało, że chyba nie, to BA zapowiedziało strajki personelu pokładowego. Nie wiadomo było, które loty odwołają, ale znowu nerwówka. Nie mogę sobie pozwolić na manewr taki, że lecę i nie mam jak wrócić, całe wsparcie obstawiające odbiory Piotrka z przedszkola by tam ugrzęzło. Małż powinien czasem się pojawić w pracy, bo przecież w końcu go wyleją, jeśli by codziennie mówił, że on wychodzi wcześniej, bo musi po dziecko...

Dziś juz wiadomo - nasz lot TAM - odwołany, można próbować się wcisnąć na inny, ale jak z trzech samolotów został jeden, to tam będzie piekło. A powrotny - jest na liście zagrożonych, ale dokładniejsze informacje będą później....

Kicha.

Kombinowanie z przełożeniem wycieczki na później - też bryndzowato, bo po sprawdzeniu terminarzy wyszło, że te daty, które pasują szwagrowi, to za cholerę nie pasują nam.

Niech szlag trafi BA i ich pomysły.

Obejrzymy Londyn na zdjęciach.

 

wtorek, 11 maja 2010

Małż odebrał Pietruszka z przedszkola i zgodnie  moją prośbą potuptali dosklepiku po koncentrat pomidorowy. Bo postanowiłam zrobić pomidorówkę, zrobilam wszystko, a na koniec okazało sie, ze wyżej wymienionego brak.

Siedzę w pracy, przerwa między pacjentami, więc wcinam ze smakiem twarożek domowy a tu telefon. Małż pyta czy siedzę. No to przysiadłam, na wszelki wypadek.

Poszli do Grosika (okoliczny sklepik) po ten koncentrat. Dał Piotrkowi pieniądze, żeby mógł zapłacić (czasem sie tego domaga, a my korzystamy z okazji, żeby uswiadamiać dziecku, do czego to służy).A ta mała gadzina popatrzyła na ojca i mówi:

- I znowu ja będe płacić????? - z niesmakiem i dezaprobatą w głosie. Małż poległ....

-

Kuzynka parę dni temu wyszła za mąż. Zdarza się, a jak ktoś ma takie stada kuzynek jak ja, to tego typu imprezy są dosyć często.

Kuzynka poprosiła , zeby zamiast kwiatów goście przynieśli książki z dedykacją. Pomysł ładny, potuptałam do księgarni. Znalazłam książkę, która na oko wydawała się całkiem sympatyczna - autor mi nieznany, ale opis brzmiał dobrze. Nabyłam.

Po czym z przyczyn różnych na ślub nie poszłam i zostałam z książką. Oczywiście rzuciłam sie do czytania. I mnie wchłonęło na całego. Przeczytałam raz - jednym tchem. Potem drugi, trzeci i teraz czwarty - smakuję sobie.  I nadal sie zachwycam.

Jest to opowieść o młodym księdzu, który znienacka zostaje proboszczem na wsi pod koniec lat siedemdziesiątych. Piękna, pogodna, z dużą dozą humoru i ogromną sympatią do ludzi. Ci ludzie wcale nie są idealni. Nie, każdy ma i wady i zalety, słabostki, popełniaja błędy, sa ludzcy. Prawdziwi.

Czy jeśli powiem,że zakochałam sie w "Księdzu Rafale" to posypią sie na mnie gromy za niemoralne postępowanie?

Nawet jeśli, to trudno. Wracam do czytania.

poniedziałek, 10 maja 2010

No i nie wytrzymałam. Chciałam sobie dać spokój z komentarzami politycznymi, ale mnie znowu poniosło. Chociaż w sumie, tylko  tak dalej, byle ktoś narodowi tłumaczył, co ówże naród widzi, ba jak pokazują słupki sondażowe, naród czasem mało bystry jest i nie rozumie tego, co słyszy.

Zdaniem Łyskowskiego na razie to nie plakat najbardziej przykuwa uwagę, tylko zmiana wizerunku prezesa PiS. - Na następny miesiąc Jarosław Kaczyński nie będzie takim politykiem jakiego znamy. Tylko będzie to taki wyważony i spokojny polityk, który już teraz stoi ponad podziałami politycznymi - podsumował zaproponowane przez sztabowców Prawa i Sprawiedliwości zmiany.

I tu jest pies pogrzebany. Mamy czarno na białym napisane, że ta zmiana to tylko na miesiąc, a potem wróci stary, dobry Jaro, który warczy na wszystkich, nikomu nie ufa, rządzi twardą ręką decydując osobiście o podziale papieru toaletowego między poszczególne kibelki w urzędzie miasta w Pcimiu Dolnym.

Szanownym współobywatelom życzę takich decyzji wyborczych, za które nie będzie im wstyd w przyszłym roku.

Jednak nie jest tak źle, jak sie obawiałam.

Przynajmniej niektórzy zachowali zdrowy rozsądek i nie dali sie wciągnąć w polityczne rozgrywki (aczkolwiek pewien pan wrzeszczy, ze jest wręcz odwrotnie) i PKW ODMÓWIŁA REJESTRACJI Lepperowi!!!!! Hurra!!!!!

Wieczna chwała im za to. Pomijam już to , że ten facet to absolutna kompromitacja polskiej polityki i wszystkich, którzy go popierali, ale przynajmniej raz widać, że przepisy są po to, żeby je stosować, a nie żeby je omijać.

Oby tak dalej, przynajmniej jeden wstydliwy wrzód został skreślony.

piątek, 07 maja 2010

założenie było takie, że na blogu staram się nie komentować rzeczywistości politycznej. ostatnio jednak rzeczona rzeczywistość pokazuje, że ma swoje prawa i nie lubi byc lekceważona, w związku z tym pożabię sie jeszcze chwilę.

Przy porannym przeglądzie prasy trafiłam na coć, co spowodowało  u mnie ciężki wytrzeszcz. Chodzi mi o wypowiedź kieleckigo biskupa Ryczana :

- Manipulacja pana Pospieszalskiego [współautora reportażu "Solidarni 2010" nadanego w TVP 26 kwietnia] w porównaniu z manipulacją jednej i drugiej stacji telewizyjnej, toż to nawet i grzech lekki nie jest. A to jest zbrodnia w wykonaniu tamtych [stacji]

Dla mnie takie podejście do tematu jest niczym innym, tylko relatywizmem moralnym czystej wody. I ze strony hierarchy czegoś takigo się absolutnie nie spodziewałam.

 

dwa dni później...

 

Nie miałam za bardzo czasu, żeby usiąść do bloga, bo Piotrek wychodzący z zapalenia ucha jest absorbująca istotką. Ale już mogę wrócić do tematu.

Ja tam sie może nie znam, blĄdynka jestem, z Kościołem miewam na bakier, ale jakoś mi sie między uszami telepie, ze taka postawa to niekoniecznie ma wiele wspólnego z zaleceniami w/w instytucji. I dziwi mnie niezmiernie, że wysoki przedstawiciel tejże nie widzi nic niestosownego. Jeśli ówże przedstawiciel nie widzi związku, to możę podam mu inny przykład takiego rozumowania:

Aborcja jest przez Kościół uważana za grzech. Ale z drugiej strony, czymże jest usunięcie jednej ciąży w porównaniu z wymordowaniem tłumów ludzi w komorach gazowych, to dopiero jest grzech, przy takim tle tamto to nawet grzech lekki by nie był....

 

I co, podoba sie księdzu biskupowi? Bo mnie nie bardzo.

Ale jakoś nie mam złudzeń, niektórzy księżą zdecydowanie wierzą w innego Boga niż ja. Niektórzy to chyba tego swojego Boga widzą w lustrze....

 

 

 
1 , 2