O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

niedziela, 31 maja 2009

jakiś czas temu na bazarku widziałam rzecz, która ucieszyła mnie niebywale.

Otóż ktoś sprzedawał sukienki, takie najzwyklejsze, bawełniane, na lato. Reklamowała je wielka kartka z napisem: 120% bawełny. Ja jeśli chodzi o nauki ścisłe, to jestem Miś O Bardzo Małym Rozumku, ale tak mi dzwoni, że to jednak coś się komuś pokręciło :)

Niestety nie miałam aparatu fotograficznego....

czwartek, 28 maja 2009

Ponieważ podpowiedź okazała sie niewystarczająca, a młodemu w tak zwanym międzyczasie pasałom przekształcił się w parasol, konkurs kończę. 

Co do podpowiedzi - bije sie w piersi, ale to zboczenie z dzieciństwa. Ukochaną rozrywką moją i mamy było (i jest nadal) rzucanie sobie wzajemnie jakiegoś cytatu - i czekanie, czy ta druga rozpozna. Cytaty bywały mało charakterystyczne, wiec czasem potrzebne były podpowiedzi. A te nie mogły być zbyt proste, wymyślenie dobrej podpowiedzi - podającej informacje z danej książki, a równocześnie nie będącej prostym naprowadzeniem - było czasem trudniejsze, niż rozpracowanie cytatu. 

Moim chyba największym sukcesem z tej dziedziny było, jak kiedyś rodzicielka moja przy jakiejś okazji rzuciła mi tekstem "sam złowiłem" - i patrzy na mnie z wyczekiwaniem. A ja nic, pustka w głowie. Ale po chwili zaczęłam myśleć - ciągiem skojarzeń. Zimno było. Śnieg i ciemno. Coś schowane. pudełko. śmierdzące. i tak w końcu sobie przypomniałam, chodziło o książkę Liv Balstad "pod biegunem kwitną kwiaty", a konkretnie o jej męża, który był niezmiernie dumny z własnoręcznie złowionych sledzi.... które trzymał w pudełku pod łóżkiem.

Wracając do tematu podpowiedzi do pasałoma - przedobrzyłam, to było obliczone na kogoś z wieloletnią wprawą w rozpracowywaniu moich zagadek. Następnym razem postaram sie bardziej.

Piotrek dostał od mojego taty myszkę. Sporą, szarą , z długim ogonkiem. Piotrek jest zachwycony. Nosi myszkę na ręku, głaszcze, wyprowadza na spacer, przykrywa kołderką. Myszka towarzyszy mu przy myciu siusianiu, jedzeniu... wszędzie.

Piotrek i jego myszka :)

środa, 27 maja 2009

Młody mnie wkurzył na maksa. Wróciłam z pracy ok 21 - siedział juz w łóżeczku, umyty i opiżamkowany. Rozdarł sie na mój widok - mamusia jest! Poszłam, przytuliłam, pogadałam, utuliłam. Wyszłamz pokoju - pora późna, młody dawno powinien spać. Po chwili słyszę jakieś podejrzane dźwięki - smarkacz bezczelny złapał książkę, którą dostał ostanio od mojej kuzynki i drze. Celowo, złośliwie. A książka świetna, o maszynach które on bardzo kocha, z ruchomymi kawałkami - super po prostu. I drze na strzępy, gad jeden. Zabrałam książkę, pozbierałam strzępki, zgasiłam światło i wyszłam. A ten sie drze, jak syrena w czasie strajku co najmniej. Mama, paluszek boli (faktycznie, boli, w niedzielę sie wyłożył i zdarł sobie pół paznokcia), mama siusiu, pić, chodź, cokolwiek. Poszłam parę razy, podałam chusteczke,bo zasmarkany do imentu, posiedziałam chwile, a ten znowu w ryk i z żądaniami - mama na ręce. O niedoczekanie twoje, na ręce po czymś takim nie ma mowy. Ostatni koncert był pod hasłem mama pić, ale jakoś juz spokojniej, bardziej zrezygnowany był, więc poszłam. Dostał łyk wody i zapowiedź, że ma już spać i nie chcę siedzieć przy Piotrusiu, który tak sie zachowuje, drze książkę i wrzeszczy. I zasnął.

Jestem z siebie dumna. Może można było to rozegrac z nim lepiej, nie wiem. Ale udało mi sie nie wrzepić mu w tyłek, mimo, że miałam na to wielkką ochotę. Wiem, że to nie rozwiązuje problemu, nie nauczy go niczego,. Byłoby to tylko rozładowanie mojej złości, frustracji, zmęczenia. Ale miałam na to dużą ochotę, tak przyrżnąć, żeby zapamiętał, że książek sie nie drze. i nie robi sie cyrków o 22.30, tylko dawno śpi.

Jest w tym troche naszej winy - pozwoliliśmy mu przesunąć porę spania - jakoś tak wychodziło, a to spacer, a to pojedziemy po tatę, a to fajnie sie siedzi u moich rodziców i gada - i tak Piotrek chodził spać coraz później. Trudno sie dziwić, że o 19 jak ktoś występował z propozycją typu - kolacja, kąpiel i spac, to był traktowany jak półgłówek, który nie wie, że dzień sie właśnie zaczyna, a nie kończy.

Nareszcie młody zasnął. A ja mogę przestać się trzymać za ręce, pilnując, żeby mi nie poleciały  z klapem w stronę małego kupra.

Piotrek postanowił być dobry dla mamy. Nie wiem, czemu, może dzień dobroci dla zwierząt. W każdym razie przyczłapał i hojną ręką zaczął wydzielać matce gotówkę. Uzbierało sie tego. A młody wylicza - to na pocziąg, a to na autobus, to na pociąg, a to na autobus. Nie wiem, skąd mu takie rozróznienie, ale tak jakoś.

Nie zdążyłam podliczyc tej kasy, musiałam wychodzić do pracy. Ale tak na oko było tego jakieś siedemset złotych.

Szkoda tylko, że przeddenominacyjnych.....

niedziela, 24 maja 2009

Pietruszek dba żeby rodzice się nie nudzili.

Zaczęło sie wczoraj w nocy -  około północy zorientowałam sie, że mamy sublokatora w łóżku. Sublokator bardzo płakał, ale dopiero po chwili dotarło do mojej nieco o tej porze zamroczonej świadomości, że jest cieplejszy niż powinien. I to dużo cieplejszy. Wpakował sie nam do łóżka, przytulił do mnie mocno. Małż potuptał po picie, o które Potrek prosił, Nurofen, termometr. pomiary pokazały, że mały ma prawie 39 stopni - podejrzewam, że miał wiecej, ale nie dawał sobie zmierzyć, z termometrem rtęciowym nie chciałam sie z nim szarpać, a ten elektryczny jest jakiś walnięty i nie potrafię sie z nim dogadac. Małż następnie zabrał kołderkę, poduszkę i i poszedł na wygnanie - we trójkę w łóżku jest już zdecydowanie ciasno i niewygodnie, a Piotrek nie rokował nadziei na szybką eksmisję. 

Rano było w miarę ok, ale jednak katar był znacznie solidniejszy niż wcześniej, ten skok temperatuury nie wiadomo z czego, troszkę pokasłuje - ani chybi jakas wirusówka, na wszelki wypadek pojechaliśmy na dyżur. Dostałam leki, mniej więcej to, co bym mu i tak dała, ale potrzebowałam recepty na eurespal, bo mi sie skończył.  Nie mówiąc o tym, że nie lubie sama włączać mu leków - zostało mi z dzieciństwa, kiedy po domu pętały sie straszne ilości różnych medykamentów - niestety rodzina gremialnie dbała o rozwój zawodowy lekarzy. 

Podwieczór - Piotrek jest chory, ma trochę gorączki, ale tak znośnie. Bardzo chciał wyjść na spacer z psem, co bylo zresztą zbieżne z poglądami psa na ten temat - poszliśmy. Piotrek złapał smycz, Agra pociągnęła - moja wina, bo zawsze pilnuję, żeby trzymał kogoś za rękę, jak prowadzi psa, a tu zapomniałam. I oczywiście się wyłożył - tak, że rozwalił sobie małyy palec prawej łapki i zdarł pół paznokcia. Zabrałam Piotrka do domu, obcięłam te wszystkie frędzle z paznokcia i skóry, zdezynfekowałam - Młody trzymał sie bardzo dzielnie. Owszem , płakał, ale jak poprosiłam zeby wyciągnął łapkę, i będzie teraz szczypało - podlewałam wodą utlenioną, to dzielnie trzymał i nie uciekał.  

Potem poszliśmy jednak na spacer - w końcu Piotrek o to sam prosił, a to byla okazja, żeby  zrobić coś razem, co nie było związane z ranami bojowymi. 

I tylko chciałabym bardzo pozbyć sie go wreszcie znaszego łóżka - a on jak na złość, jak coś sie dzieje, jest chory czy coś go boli, to przyłazi, przytula sie do mnie  i tyle. A ja mam noc w plecy, bo nie bardzo mam sie jak ruszyć, ugniatana z jednej strony przez Małża, z drugiej przez Piotrka, z trzeciej przez psa. I wszystko mnie rano boli. A z drugiej strony - jak tu powiedzieć takiemu zapłakanemu czy rozgorączkowanemu człowieczkowi, że ma spadać do siebie?

Dobrze, ze kot sypia osobno.

 

sobota, 23 maja 2009

Babcia bez mohera skądinąd całkiem słusznie zwróciła mi uwagę, że bez kontekstu to ten Piotrkowy pasałom jest nie do odgadnięcia. Nie da się ukryć, święta prawda. Więc żeby trochę ułatwić powiem, że Piotrek już z odmianą sobie radzi całkiem przyzwoicie i końcówki czasowników są zwykle całkiem prawidłowe.  To po pierwsze. Po drugie.... hm, jak by to powiedzieć, żeby jednak za dużo nie powiedzieć... obiekt, którego słowo dotyczy jest nieco podobny w brzmieniu - melodia słowa jest podobna (mało zrozumiale to może zabrzmieć, ale nie mam pojęcia, jak to ująć, żeby wyszło to , o co mi chodzi. Rytm, rozkład akcentów, no, kurczę, proszę wysilić wyobraźnię!). A w ogóle to ostatnio prowadziliśmy długą dyskusje na temat chmur różnorakich....

Tyle tytułem podpowiedzi, jak nie pomoże, to pomyślę, co by tu jeszcze. 

Byliśmy dziś z Małżem na warsztatach w żłobku. Młody do dzieci, a my sie szkolilismy. Fajnie było, najlepsza część była z Panią Ratownik. Celowo piszę to wielką literą - ta Pani na to z całą pewnością zasługuje. Mówiła przystępnie, konkretnie, podawała zasady postępowania bez rozmydlania ich w sosie ideologicznym, dołożyła parę drastycznych filmików - tak, żeby nikomu nie przysżło juz do łba przewożenie dziecka bez fotelika, jeżdżenie bez zapinania pasów, opowiedziała parę makabrycznych historyjek przemawiających do wyobraźni na temat tego, co dzieci potrafią  zrobić z zamknięciami dziecioszczelnymi - a wszystko to okraszone sporą dawką życzliwego poczucia humoru i na dodatek zdrowego rozsądku też.

Za tydzień - warsztaty o zdrowym żywieniu dzieci. Bedziemy gotować :) a potem to jeść...:(

 

 

 

piątek, 22 maja 2009

Pojawiło sie nowe słowo - pasałom. I podobnie  jak w przypadku "Guncie" ogłaszam konkurs - kto zgadnie, co to oznacza?

Guncie dobrze się trzyma, Piotrek świetnie wie, kiedy należy podziękować i nie ma z tym problemów. Ale nie wszyscy go rozumieją właściwie... Byliśmy ostatnio na urodzinach kuzynki. Piotruś   powiedział "mama, chcę ciasto", więc natychmiast zapytałam, czy dobrze słysze, dlaczego mam dac mu to ciasto. Mały na to sie poprawił  i dodał "posę". Kuzyn pyta - czy on powiedział - bo chcę? Piotrek dostał ciastko, powiedział "guncie" i ok. Odwróciłam sie do kuzynki, a ona chichocze z bratem - zrozumieli, że Piotrus powiedział "goń się"... I tak uprzejmość mojego dziecka została uznana za teksty z lekka zalatujące chamstwem i prostactwem, mimo, że Piotrek naprawdę był tu w porządku.... 

Tu mogłam przetłumaczyć z Piotrkowego na nasze, ale nie zawszze jest taka możliwość. Dlatego proponuję, żeby zanim ktoś sie oburzy nieparlamentarnym zwrotem u osóbki niezbyt jeszcze sprawnie gadającej, żeby sprawdził u rodziców tejże, co naprawde dziecko powiedziało. 

 

sobota, 16 maja 2009

Dziecko mnie znokautowało. Ze dwa dni temu, chyba w czwartek. Bawiliśmy sie na łóżku - trochę mu czytałam wierszyki, trochę sie przytulaliśmy, trochę kotłowaliśmy. I w trakcie tej kotłowaniny Pietruszek, machając łapkami przyłożył mi książką. Książka w twardej oprawie, porządnie wydana - zdaje sie, że to były "Wiersze że aż strach!" Małgorzaty Strzałkowskiej. Faktycznie, strach, i wszystkie gwiazdy zobaczyłam przed oczami jak dostałam kantem w nos.

Ponieważ takie przypadkowe trafienia w różnbe części ciała przy dziecku to norma, więc szybko zapomniałam. Ale nos nie dawał mi spokoju,  następnego dnia był spuchniety i bolał, tylko za żadne pierniki nie mogłam sobie przypomnieć, dlaczego. W końcu poszłam do pani doktor, która zasugerowała, żeby sie jednak pokazać na dyżurze laryngologicznym. Pojechałam z duszą na ramieniu - moje dotychczasowe kontakty z Izbą Przyjęć zawsze oznaczały wiele godzin czekania, średnio ciekawe towarzystwo, awantury w kolejce - zawsze ktoś sie pieklił, że za długo czeka. Ogólnie nieprzyjemnie. Do tego szpital dyżurujący był na Szaserów - czyli drugi koniec miasta. A tu niespodzianka - mimo, że była pora powrotów z pracy, dojechałam w dwadzieścia minut. W szpitalu sprawę załatwiłam w 45. Ekspres normalnie. Pan dr obmacał mi nos i radośnie stwierdził, że potomek mi przyłożył zdecydowanie za słabo, żeby z tego był jakiś efekt - faktycznie, nawet siniaka nie mam, tylko spuchnietą paszczę, ale to się tak nie rzuca w oczy pod okularami. Przykładać lód, za jakieś dziesięć dni pokazać laryngologowi w rejonie i tyle. I uważać, jak mały macha łapkami.

I staraj sie tu, człowieku, pilnuj, żeby nie bić dziecka. Opanowuj nerwy, panuj nad łapami. A dziecko i tak przyłoży....

 

Wieczorem...

Kładę młodego spać. Siedzi mi na kolanach i przekomarzamy się o włażenie do łóżeczka. A ten jak mi nie przysunie głową w nos....

Pożegnaliśmy się z pieluchami. Na razie tylko na dzień, nocne jeszcze zostały - Pietruszkowi nadal zdarza  się przesiusiać ją przez sen. Ale w dzień chodzi w majteczkach, dzielnie meldując co należy.

Popatrzyłam sobie dziś rano na moich chłopaków i mi sie smutno zrobiło. Stali obok siebie, obaj w majtkach tej samej firmy (przypadek absolutny!!!). i tak sobie pomyśląłam, że życie niepotrzebnie tak pędzi. Jeszcze niedawno stukałam do Piotrka do brzucha, a on podpowiadał machając nóżkami. Potem uśmiechaliśmy sie do siebie przy karmieniu, jak ssał. A teraz stanął przede mną mały mężczyzna. Jeszcze chwila, a będzie całkiem dorosły, przyjdzie któregoś dnia i powie - mama, chciałem ci przedstawić moją dziewczynę. AMoże wyjedzie na studia gdzieś daleko, potem wyprowadzi sie z domu, będzie miał własne dzieci.... To wszystko są naturalne etapy, byłoby mi bardzo ciężko, gdyby z jakiegoś powodu ten cykl się zablokował w jego życiu. Ale z drugiej strony - nie nadążam. Cieszę się, patrząc na jego rozwój, słuchając, jak coraz lepiej mówi, patrząc, jak rośnie, jest coraz sprawniejszy. Ale chciałabym zatrzymać na chwilę czas, nacieszyć sie tym, że jeszcze jest taki malutki, że wtula się we mnie tak cieplo, obejmując mnie za szyję, daje lepkie buziaki i pakuje sie na kolana.

Ten blog jest właśnie po to - żeby zatrzymać chwilę, te drobiazgi które stanowią istotę życia. I które najszybciej zapominamy. Pamięta sie WYDARZENIA - takie jak ślub, przeprowadzka, zmiana pracy, narodziny dziecka. A te drobiazgi, usmiechy dnia codziennego - przepadają w mrokach niepamięci. WYDARZENIA same w sobie są krótkie,  - parę godzin, jeden dzień, czasem kilka tygodni - ale cóż to jest na przestrzeni całego życia. One dzielą czas na "przed" i "po", a tkanka łączna wypełniająca czas pomiędzy nimi - ginie najszybciej, mimo, że stanowi istotę życia. 

Pietruszek ostatnio jak mantrę powtarza jedno mądre zdanie: "mama, maś jację".

Mam nadzieję,  że to zapamięta na dłużej....

poniedziałek, 11 maja 2009

Udało się! Od 1 czerwca mam pracę!!!!! Pół etatu w pozarządówce co prawda finansowo nie jest rewelacją, ale   doświadczenie i praca w świetnym zespole nie wiem, czy nie są w tym momencie ważniejsze. Cieszę się jakby mi kto w kieszeń napluł, od razu potężny zastrzyk energii - a ostatnio miałam takiego doła, że juz sie zastanawiałam, czy nie poszukać pomocy, bo coraz bardziej zalatywało depresją. W tej sytuacji sobie odpuszczę, bo u mnie zawsze takie doły  były mocno powiązane z brakiem pracy i poczuciem nieprzydatności ogólnospołecznej. A to mi minęło jak ręką odjął :)

W związku z tym, zamiast bezproduktywnie tracić czas przy komputerze, idę sprzątać, na co od dawna nie miałam energii!

niedziela, 10 maja 2009

proszę się nie emocjonować, nie zamierzam rzucać wulgaryzmami i to do tego nieortograficznie. Po prostu Piotrek ćwiczy rozpoznawanie marek samochodów. Jest fak, honka, beemwu, opel, nisan, mama (czyli toyota, bo to już niepodobne do orginału), deju, fonk, jeno, pejo i dużo innych. Ale fak jest przedmiotem naszej nieustającej radości, a ponieważ nie chcemy, żeby Piotrek sie zorientował, zę nas ta wersja cieszy - bo zacznie powtarzać na potęgę - to tylko możemy na siebie popatrzeć z rozbawieniem w oczach.

Tego rozbawienia to dziś było sporo, bo postanowiłam wyciągnąć rolki. Nie umiem na nich jeździć, a zawsze chciałam. Do tego kiedyś kupiłam jakieś tanie i wyjątkowo kiepskie - cóż, nieuświadomiona byłam i nie wiedziałam na co zwrócić uwagę, więc po pierwszej jeździe miałam nogi pocięte do krwi na krawędzi obu butów - zamiast porządnej żelowej wyściółki miały jakąś kiepską skarpetę. Potem sie na długo zraziłam, ale uznałam, że jak są, to trzeba spróbować. Zwłaszcza, że Piotrek za dwa lata też będzie pewnie chciał jeździć, a takie maluchy łapią technikę jazdy w parę dni. I go nie dogonię... Więc zaczęłam ćwiczyć teraz. Obandażowałam sobie  nogi, żeby nie powtórzyć kłopotów z poprzedniej próby i jazda! Chłopaki szły ze mną, Piotrek wyliczał samochody, małż łapał, jak zaczynałam robić wiatrak,  i tak sobie tuptaliśmy wspólnie.

Nieźle było, tylko jestem solidnie zmęczona - to jednak zupełnie inna technika, niż chodzenie i nogi mnie bolą. Ale mogę się pochwalić, że sie ani razu nie wywaliłam :) Będę teraz jeździć częściej - mam z tego frajdę, a jest to jednak znakomite ćwiczenie odchudzające, rusza wszystkie znane mięśnie i kilka tych nieznanych też.

 

czwartek, 07 maja 2009

Nie miałam pomysłu, co zrobić z Pietruszkiem po przyjściu ze żłobka. Na działkę  zdecydowanie za zimno. W piaskownicy - zwariuję z nudów. Chciałam wyciągnąć koleżankę na spacer, ale okazało sie, że ona w czwartki w pracy, a z potomkiem siedzi babcia. No to wymyśliłyśmy z mamą, że pojedziemy do Zoo. Piotrek tam był, zachwycony, rozróżnia coraz więcej zwierząt. Tylko pytanie, czy zdążymy, bo osttnio jak rodzice go tam zabrali, to sie okazało, że wpuszczają do 17. A my to wymyśliłyśmy o 16, trzeba odebrać gościa ze żłobka i dojechać. Na styk. Ale próbujemy. Gnając na wariata dotarłyśmy na miejsce 17.02 i u miła niespodzianka - od 1 maja Zoo otwarte godzinę dłużej. Czyli kasyy zamykają o 18. 

Połaziliśmy sobie solidnie, ponad półtorej godziny. Piotrek szcześliwy - rozpoznawał i nazywał kolejne gatunki. Przy pawianach wsiąkł na długo, zwłaszcz, ze miały chyba świeżo umyty wybieg - czyściutkie kanienie i tam, gdzie zazwyczaj atmosfera jest... powiedzmy gęsta, tym razem było przyjemnie świeżo. Dużą radość sprawiły mu kangury, sowy, żyrafy,  i foki.

 W drodze powrotnej Piotrek wylicza różne zwierzaki, jakie widział dzisiaj: mapki, soń, lew, gisia (żyrafa), grys (tygrys), babunia... W tym momencie mi szczęka opadła na kierownicę...

Do tego jak jechaliśmy, to Piotruś nagle zupełnie ładnie powiedział "pociąg". Do tej pory było "dada", a tu nagle taka zmyłka:)

Zasypiam kompletnie. Jak mi sie coś przypomnie, to jutro dopiszę. Jak nie to nie. Padam na dziób. Jutro mam kolokwium. Idę spać.

Dobranoc.

 

 

 

A cieszę się z tego, że więcej zapłacę. Brzmi, jakbym sie kwalifikowała do natychmiastowego leczenia i przymusowej izolacji od zdrowej części społeczeństwa. Ale proszę państwa, nie jest tak źle. Ja nie zwariowałam (chociaż co poniektórzy są innego zdania). Po prostu po raz pierwszy za żłobek płacimy pełną stawkę, bez odpisów za nieobecności. Co oznacza, ze Piotrek nie chorował w kwietniu!!!!!!

Wreszcie, po tylu miesiącach smarkania, gorączki, zapalenia ucha, rotawirusów i innych  nieprzyjemnych rzeczy jest normalnie.

Co prawda nie idealnie, bo mały katar ma permanentny, właśnie się umówiłam z nim do laryngologa.Pani alergolog kazała zrobić testy na psa i kota, zadając przy tym pytanie, czy jesteśmy gotowi oddac zwierzaki. Nie jesteśmy i nie oddamy. Piotrek nie jest na nie poważnie uczulony, bo jakby był, to przez dotychczasowe dwa i pół roku życia już bym o tym wiedziała, nie ma siły, Ani się nie dusi, ani nie dostaje parchów po kontakcie ze zwierzakami, a za to jest do nich ogromnie przywiązany, zwłaszcza do kota. Zresztą z wzajemnością, może z Czortem zrobić przwie wszystko, kocur najwyżej miauczy gniewnie i sie ewakuuje w bezpieczne rejony. Może dwa razy dał mu po nosie łapą ze schowanymi pazurami, a przecież zanim Pietruszek sie nauczył, zę sie nie ciągnie za koci czy psi ogon, to trochę potrwało....

Więc nie oddamy zwierzaków, niech sie pani dr wypcha. Podejrzewam, zę sama nie ma i nie miała, bo mówiła o tym tak jakby chodziło o oddanie krzesła, stołu czy innego mebla, a nie członka rodziny., Miałam ochotę zaproponowac jej, żeby oddała własne dziecko. W sytuacji, gdy nie ma bezpośredniego zagrożenia, nie ma uczulenia to wymiar emocjonalny jest szalenie istotny, a ona chyba o tym w ogóle nie pomyslała. 

Niestety nie da sie zmienić alergologa, musiałabym szukac innej przychodni,  łapać terminy, czekać nie wiadomo ile. Cytrk na wrotkach. Nic, na razie nie jest źle, u Piotrka stwierdziła wieksza podatność na alergie, ale jeszcze nie uczulenia samo w sobie. Będzie dobrze i tyle.

wtorek, 05 maja 2009

W sobotę byliśmy na grillu u koleżanki z forum. Dzieciarni w sumie sztuk cztery, Pietruszek, Szymek i dwie panienki - Basia i Krysia. Wszystko około dwóch lat. Piotrek po grillu nawija w kółko, basia to, Krysia tamto, a Szymek jeszcze co inego.

Dziś  oglądał  z moją mamą album z pięknymi zdjęciami różnych zwierzaków. Byłam zaskoczona, ile z nich Piotrek rozpoznaje  i umie nazwać: tygrys, sowa, sikorka, lis, słoń, miś, dzięcioł, orzeł, koala, panda, wąż, żaba, małpka. Przy małpkach mama pokazała mu goryla, potem szympansa. Wieczorem rozmawiamy o zwierzakach, jakie widział w albumie. Pytam, jakie były te małpki - podpowiadam troszkę, go... - Piotrek kończy - goryl, potem szy... A ten krzyczy - Szymek:). I tak zostało.

dowiedziałam sie dzisiaj, zę mój kuzyn miał wypadek. Poważny, jest mocno poturbowany, złamany krąg szyjny i różne inne nieprzyjemności. I mam w zwiażku z tym bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony oczywiście żal mi  i kuzyna i faceta, który był drugą stroną wypadku (tą winną). Z drugiej zastanawiam sie, co powiedzieć o człowieku, któy mając kilkuletnie dziecko bawi sie w skoki spadochronowe? bo przy takim właśnie skoku doszło do wypadku.

Oczywiście rozumiem, że potrzeba adrenaliny,  ciekawe życie, rozrywka, ile można siedzieć w domui tak dalej. Z drugiej strony - on nie jest odpowiedzialny tylko za siebie. Jeśli mu sie coś stanie - pozostawi małą istotkę, która nie będzie rozumieć, co sie stało, dlaczego, o co w tym wszystkim chodzi. I której będzie zwyczajnie o niebo trudniej, jak nagle się okaze, że poziom finansowy gwałtownie sie zmienił z powodu rozrywek tatusia. 

I tak sie zastanawiam. Bo nie uważam, ze z chwilą urodzenia się dziecka należy zajmowac sie wyłącznie rzeczami tak niegroźnymi dla zdrowia jak szydełkowanie. ALe z drugiej - kto sie zajmie tymi najmniejszymi, bezbronnymi, w razie gdyby jednak coś sie stało? 

I w zzwiązku z tym wszystkim nie moge odpędzić od siebie myśli, że kuzyn okazał sie jednak po prostu osobnikiem niedojrzałym. Który przez własną głupotę skrzywdził wiele osób. Ale co tam, najważniejszy był fajny skok, nieprawdaż?

 

 

 

piątek, 01 maja 2009

Jak Piotrek kladzize sie spać, to nieodmiennie jest w pewnym momencie dyskusja na temat wyłażenia z łóżeczka. I czasem pada argument - jak juz bardzo mamy dość - że jesli jakikolwiek kawałek Piotrusia dotknie podłogi, to wstawimy szczebelki. Ta karkołomna konstrukcja gramatyczna bierze się stąd, że kiedyś, gdy używaliśmy wersji skróconej o Piotrkowych nogach, to mały sobie poradził. mianowicie wystawił z łóżeczka przednie łapki i wypełzł na nich.... Teraz już ten numer nie przejdzie. Dziś do łóżka podjechal swoim rowerkiem (nawiasem mówiąc, sporo za małym). Zaparkował go obok łóżka, wlazł  i usiadł na kołdrze. Po chwili stwierdził, zę nie było wieczornego przytulania do mamy. Ja nie miałam siły na bujanie na kolanach piętnastu kilo żywca, więc przypomniałam o niedotykaniu podłogi. A mały? przysunął rowerek, prosto z łóżeczka wylazł na niego, i stamtąd susem rzucil mi sie w ramiona...

Wniosek jest jeden - małpa nie cielę, sobie poradzi. Piotrek też.

Mam zwyczaj robienia listy zakupów. NIe tyle ze względu na oszczedności (raczej nie mam zwyczaju kupowania wszystkiego, co popadnie), ale z powodu zaawansowanej sklerozy. Zwykle robię ją na kolorowych kartkach, które potem przypinam do lodówki. Nie recytuję tego, co zanotuję.

Dziś Piotrek wyspany po szleństwach działkowych zasiadł do obiadolacji i zobaczył mój bloczek do notatek zakupowych. Obok długopis. Rączka zaświerzbiała, złapał za wyżej wymienione i zaczyna gryzmolić. 

- Kakusiu, ja pise. chupki kup, i kubusia nie ma.

Tłumaczyc chyba nie trzeba....Padłam. NIE UCZYŁAM PISAĆ MOJEGO DWU I POŁ-LETNIEGO DZIECKA!!!!!!!!!

I skąd on wiedział, co ja spisuję na tych karteczkach?