O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

czwartek, 30 kwietnia 2015

Grzechotnik uważa sie juz za zbyt dorosłego, by spać w dzień. Kłóci sie i awanturuje, jak próbuję go położyć, co zwykle kończy sie tym, że zasypiamy razem wtuleni w siebie. Taki smacznie posapujący w ucho maluch jest lepszy od najlepszej kołysanki.

Niestety, jego organizm jest odmiennego zdania i młody człowiek, który nie przespał swoich dwóch godzin w porze około obiadowej, padł jak  ścięty o 17.30. 

Śpi do tej pory. Zmieniłam mu przez sen pieluchę, przebrałam w piżamkę. Nie drgnął.

Tylko obawiam się, zę wyśpi się i zacznie dzień w środku nocy...

 

 

PS. Jestem w szoku. Młody przespał do rana, co prawda nie całą noc u siebie - około 4.30 jak sie obudziłam, to już spał u nas w łóżku, ale żadne z nas nie wie, kiedy tam wlazł. czyli się nie kłócił, tylko przytulił i zasnął dalej. Coś niesamowitego, chyba sie wyspałam...

Zbliża się I Komunia Piotrka, a mi aż sie pod czaszką gotuje. 

Po pierwsze - oczywiście w kwestii organizacyjnej, zaproszenie naj-najbliższej rodziny oznacza blisko pięćdziesiąt osób - odpada. mam nadzieję, zę ci nie zaproszeni się nie obrażą, ale priorytetem jest ochrona mamy, która silna nie jest.

Po drugie - nieśmiertelna kwestia prezentowa. 

Tu mam dla odmiany zgryz ideologiczno-psychologiczno-społeczny.

Bo tak:

  1. Nie zachwyca mnie obecne częste podejście, sprowadzające właściwie całość do imprezki i prezentów, kto-dostał-więcej i liczenia kasy. Oj, bardzo nie zachwyca. jakby nie było, to jednak nie prezenty powinny być sednem i osią dnia. 
  2. Z drugiej strony - żeby dobrze wytłumaczyć dzieciakom czym ten dzień jest, a czym nie jest, trzeba by znacznie lepszych katechetów niż większość obecnie pracujących. I przystępowania do Komunii tylko tych, którzy naprawdę widza w tym sens, a nie dla świętego spokoju, żeby babcia/ciocia nie marudziła, albo żeby sie obłowić. Bo wypada.
  3. Dalej - przegięcia w żadną stronę nie są dobre, czasem sie trafi ktoś, kto uważa, że z tej okazji nie należy dawać nawet paczki chusteczek do nosa, bo to Sakrament a nie prezentownia. Tylko taki ktoś nie bierze pod uwagę, zę ma do czynienia z dziećmi... Dziewięciolatki potrzebują czegoś namacalnego, czegoś, żeby mogły się cieszyć. Jeśli tego elementu zabraknie, to dzieciaki bbęda miały najpierw długą mszę, w goroących sukienkach/albach (no, chyba, zę akurat jest zimno przypadkiem...) a potem nudną rodzinną nasiadówę. Efekt - skojarzenie delikwenta najgorsze z możliwych, "no, odwalone i z głowy". Chyba nie o to chodzi...
  4. Jeśli sie czegoś dziecku zakazuje/nie daje/odbiera w sytuacji, gdy w otoczeniu większość jednak to coś ma, to dana rzecz urasta do rangi całkiem nieadekwatnej do rzeczywistości - dzieciak myśli tylko o tym, co dostali koledzy i jak to zrobić, żeby nie śmiali sie z leszcza, któy nie dostał nic.
  5. Dlaczego właściwie tacy ortodoksi (przynajmniej ci, których znam) nie mają takich zastrzeżeń do prezentów ślubnych? Nie słyszałam nigdy marudzenia, że ślub to Sakrament i nie można "przykrywać" go prezentami.
  6. Niezrozumiałe dla mnie zupełnie "taryfikatory". Chrzestny powinien dać tyle, niechrzestny może mniej, ale też bez przesady, kurczę, ludzie, ktoś tu zwariował? Na forach co chwila pytania z serii "ile trzeba dać", "co kupić"...
  7. Prezenty-wytrychy. Bo wypada coś dać, więc kupimy delikwentowi Biblię dla najmłodszych w wersji komunijnej. To, że prawdopodobnie na ten sam pomysł wpadnie co najmniej kilka osób, a można sie spodziewać, że przynajmniej jeden egzemplarz w domu jest, to potem powstaje pytanie, co zrobić z siedemnastoma egzemlarzami dodatkowymi. Na makulaturę czy do antykwariatu troche głupio....
  8. No i całkowicie powala mnie, gdy ksiądz opowiada o duchowym przeżyciu, prosi, żeby dzieci nie dostawały prezentów, żeby nie wariować w tym kierunku, ale skrupulatnie pilnuje prezentu dla siebie... Żeby było jasne, z tym ostatnim punktem nie mamy do czynienia, dominikanie mają zdrowe podejście do tematu, kasa nie jest warunkiem czegokolwiek.

Tak mi sie kotłuje po mózgu i ogarnąć nie mogę...

środa, 29 kwietnia 2015

Piotrek wrócił ze szkoły świecąc własnym światłem.

Są już wyniki turnieju szachowego - weszli do finału!!! W dzielnicowych rozgrywkach brało udział 70 szkół z całej Warszawy, przeszło dalej 19.

30 maja będzie ciąg dalszy. Czekam z niecierpliwością i bardzo ci synku kibicuję.

A może kiedyś ograsz mojego brata, a twojego chrzestnego?... Tak mi sie zamarzyło, bo ten bezczelny szczeniak kosił w szachy równo wszystkich, aż w końcu nikt nie chciał z nim grać. Należy mu się solidne lanie.

Zrobisz to dla mnie?

wtorek, 28 kwietnia 2015
Znalazłam wierszyk w sam raz dla Grzesia:). 

Denerwuje się pan Słowik… już prawie dwunasta,
A tu pani Słowikowa wciąż nie wraca z miasta.
On już sprzątnął, pozamiatał i pościerał kurze,
Lśni czystością całe gniazdko! (G2 – niezbyt duże).
Czas najwyższy, by się wreszcie zabrać do obiadu,
A tu pani Słowikowej ciągle ani śladu.

Co tu robić? Co gotować? Rozpacz go ogarnia.
Wczoraj byli Wróbelkowie – i pusta spiżarnia!
Wreszcie wraca Słowikowa:
„Nie gniewaj się stary,
Ale straszna dziś kolejka była po komary.
O motylkach szkoda marzyć, a muszki mrożone,
Więc komary tylko wzięłam. Proszę – oto one.

Weź je oskub i wypatrosz i ugotuj w garnku!
Ja nie mogę – mam dziś koncert w Łazienkowskim Parku.
Wszystkie miejsca wyprzedane, gałązki i loże,
Prasa będzie, recenzenci, sam pan Waldorff może …
Jednym słowem wielka gala – nie jakaś chałturka,
Przygotować więc się muszę i przyczesać piórka!”

Westchnął tylko biedny Słowik, przypiął fartuch z listka -
I do garów! Taki los już, gdy żona artystka.
Znana, sławna, rozrywana i zarabia krocie …
A pan Słowik? Także śpiewa, ale przy robocie!
Jedną tylko ma dziś radość: tę chwilę upojną,
Kiedy czyta u Tuwima, jak to było przed wojną.

 

Autor: Marian Załucki

Grzesiek nie lubi hałasu urządzeń mechanicznych (niestety własne decybele nie przeszkadzają mu w najmniejszym stopniu...). Protestuje, narzeka, trochę się boi.

Nie wiem, jakim cudem, ale udało mi sie go przekonać, że jest wyjątek. Elektryczna szczotka do zębów. Pokochał sprzęt bardzo, domaga się mycia, sam mi włazi na kolana.

Całe szczęście, bo mycie zwykłą szczotką to było zawracanie głowy, gryzł ją i miamlał, a nie mył.

Będzie miał czym gryźć matkę.... (ten paskudny zwyczaj mu niestety nie minął, jak dziś mnie dziabnął w ramię, to wszystkie gwiazdy zobaczyłam).

- Wiesz, zapóźniona jestem w tym roku z przesadzaniem amarylisów - zamarudziła mi mama pokazując kolejny pąk wystający z cebuli. 

- Wiem, dwa miesiące szpitala... - przytaknęłam.

- Nie tylko, te dializy teraz też zabierają dużo czasu, trzy razy w tygodniu pół dnia....

Spojrzałam krzywo na własną rodzicielkę:

- A nie sądzisz, że te dializy DAJĄ ci dużo czasu? Cztery całe dni w tygodniu i  trzy połówki. Bez tego raczej wcale byś nie sadziła kwiatków...

- Wiesz, masz rację! - ucieszyła się.

 

Grunt to popatrzeć z odpowiedniej strony.

niedziela, 26 kwietnia 2015

Widziałam pierwszego jeża!

Wiosna w pełni.

A swoją drogą, to fantastyczne, że wystarczy wyjść na wieczorny spacer z psem i można spotkać takie różności - płomykówke też parę razy już tu widziałam :)

Zmieniam Grzechotowi pieluchę. Jak zwykle zwiał, zanim zdążyłam go ubrać. Nie będę go ganiać, zwłaszcza, ze na łóżku leży i dogorywa Skorupiak z bolącą głową - trzeba sposobem. Obolały Połówek przytulił mnie demonstracyjnie, wygłaszając jeszcze jakieś teksty, ze wreszcie może, bo Grzesia nie  ma. Oczywiście mały natychmiwast się zmaterializował i zaczął wpychać pomiędzy nas.

- To moja żona, chciałem ci przypomnieć! I ja tu byłem pierwszy!  - prychnął oburzony Skorupiak.

- Moja kolej! - odwrzasnął Minor.

Skorupiakowi włosy dęba stanęły, zawył boleściwie w poduszkę, a ja zaczęłam się dławić. Identyczną scenę widziałam parę lat temu... W genach mają pewne teksty zakodowane, czy co????

Im naprawdę nie ma co robić testów na pokrewieństwo, chłopaki sa identyczne, a rodzinne teksty mają we krwi. I zamiłowanie do pomidorów też.

piątek, 24 kwietnia 2015

Piotrek się naciął.

Ostatnio bardzo chętnie nocuje u moich rodziców - bardzo ich kocha, a ostatnio  ma tam jeszcze swój pojazd, na którym z zapamiętaniem uczy się jeździć i coraz lepiej mu to wychodzi.

Z mojej strony warunki były proste  - udział w pracach domowych i możesz jechać. 

Piotruś zaczął marudzić, że jest zmęczony, nie ma siły - popatrzyliśmy na siebie ze Skorupiakiem i zgodnie powiedzieliśmy:

- Kochanie, to może się  połóż, odpocznij...

Skorupiak posunął się do tego, że zaproponował zdechlaczkowi, że go zaniesie, na co Pyton chętnie przystał. Został otulony kocykiem, zabraliśmy Grzesia i poszliśmy, zastanawiając się, ile czasu zajmie mu zorientowanie się, co jest grane, bo na razie to łyknął haczyk ze spławikiem, wędką i motorówką.

Jakieś pół godziny później wstał. Pobawił się klockami, zaczął robić podchody o jazdę do Mi i Dużego - a tu zonk! Usłyszał, że skoro nie ma siły, jest taki zmęczony, to powinien się porządnie zregenerować, możemy mu darować karmienie psa, a on się położy do łóżka i solidnie wyśpi.

I tu już wiedział, że wdepnął. Zaczął się wściekać, że on wcale nie jest zmęczony na jazdę, tylko na sprzątanie, a w ogóle to po prostu mu się nie chciało nic robić. Nie udało mu się wyprowadzić mnie z równowagi, Skorupiaka również - w końcu poczłapał wściekły do łazienki. Wyszedł po chwili rzucając w przestrzeń - "pewnie nikt mnie nie przytuli" i zakopał się w swojej norze. Poszłam, przytuliłam, pogadaliśmy - widać było, jak kotłują się w nim sprzeczne emocje, ale w końcu zaczęło wypływać na wierzch to, co było sednem problemu.

Piotrek źle się czuje w swojej klasie. Odkąd półtora roku temu wyjechał jego najlepszy przyjaciel, został sam. W klasie istniały już grupki, pary i układy, a on został bez przydziału, do tego jest jednym z najlepszych jeśli nie najlepszym uczniem w klasie, dużo czyta, mało gra na komputerze - idealny kandydat do dokuczania. Poziomem finansowym też paru kolegów przerasta go znacznie i starannie tę przewagę demonstrują. Jest paru niesympatycznych osobników, a wychowawczyni nie bardzo sobie radzi w sytuacjach konfliktowych. W rezultacie Piotr, który szkołę uwielbiał, odlicza dni do wakacji. 

Pocieszeniem jest to, że teraz ci najgorsi pewnie i tak odejdą - jest podział na klasy sportowe i zwykłe, większość kolegów chce do sportowej, a Piotrek uznał, że nie. Nie da się pogodzić tego z treningami i zawodami judo, które kocha i w którym odnosi sukcesy, a w klasie sportowej udział w zawodach jest warunkiem sine qua non. W ten sposób jest nadzieja, że za dwa miesiące będziemy mieli tych kolesiów z głowy...

Nie zmienia to faktu, że biedny zmęczony Piotruś nie mógł pojechać do dziadków - nie zabroniliśmy mu tego, tylko zatroszczyliśmy sie o jego stan. 

Możze się zastanowi następnym razem... ;)

 

środa, 22 kwietnia 2015

Spływam po ścianie.

Od wczoraj boli mnie głowa, Grzesiek urządza koncerty i jedyne, co mogę, to przetrzymać gościa, żeby się przekonał, że ze mną się w ten sposób nie wygrywa.

Zierzyłam sobie w końcu dziś ciśnienie. 112/74.

I wszystko jasne....

niedziela, 19 kwietnia 2015

Dziś mijają dwa miesiące od śmierci Czorta. Nie wiem, dużo, czy mało, ale brakuje nam ciebie kocie, bardzo...

Piotrek  dzisiaj miał dzień pełen wrażeń.

Został pełnoprawnym ministrantem.

Najmłodszy w grupie, egzamin zdał najlepiej. Przeżywał mocno,  zależało mu tak bardzo, że ostatnio był nie do wytrzymania - nie dawał sobie rady z nadmiarem emocji. 

Dzisiaj świecił własnym światłem, dostał wreszcie wymarzoną komżę i to z rąk przeora - akurat tak wyszło.

Synku, cieszę się bardzo z Twojego sukcesu. Ale pamiętaj - to jest również - a może nawet przede wszystkim - zobowiązanie.

Tata rozkłada na podłodze prasowanie swojej alby - za duży kawał szmaty, żeby się bawić na desce do prasowania. Staram sie zabrać Grześka, żeby nie przeszkadzał i się nie poparzył, ale mały gromko protestuje.

- Pacę tata pasuje!!!!!

- Dobrze Grzesiu, ale nie wolno podchodzić. Siądziesz na swoim krzesełku?

- Tak jest! 

Faktycznie, usiadł. Pilnie patrzył, A ja siedziałam obok na fotelu z książka w łapie pilnując małego, żeby nie właził pod żelazko. W końcu wstał. Już miałam złapać gościa, ale on bardzo uważnie przeszedł wąskim przejściem koło koca do prasowania i dopiero potem popędził na korytarz. Pobawił sie chwilę, przejechał na hulajnodze tam i z powrotem i wrócił, tak samo ostrożnie stawiając nogi.

-  Więksy będę pasował!

A proszę cię bardzo, dziecko, ale faktycznie musisz jeszcze urosnąć, zanim ci dam żelazko do ręki. 

Podoba mi się taki podział zadań. Skorupiak prasuje, Grzesiek go pilnuje a ja pilnuję Grześka. :)

Zagoniona jestem  ostatnio, czasem udawało mi się tylko machnąć szkic notki - żeby nie uciekło, ale napisać całą - bez szans.

Dzisiaj jest pierwszy od nie wiem jak dawna spokojny wieczór - Piotrek nocuje u moich rodziców, Grześka Skorupiak właśnie usypia, a ja nie mam żadnej dramatycznie pilnej rzeczy do zrobienia na wczoraj. Owszem, mogę pójść zmywać gary, ale to za chwilę. Na razie zajmę się tymi notkami, które tupią za mną w kolejce, zanim uciekną:)

Od świąt chodzi mi po głowie jedno pytanie. 

Jak to sie dzieje, że w polskim kościele katolickim różne ważne święta są tak często wykorzystywane jako okazja do politykowania przez najwyższych dostojników? Zamiast mówić o tym, co jest esencją danego święta, czy to Zmartwychwstanie Pańskie, Boże Narodzenie czy cokolwiek innego, większość biskupów nawija o polityce. In vitro, związki homoseksualne, konwencja przeciwko przemocy, gender (jakkolwiek by tego nie rozumieć, bo mam wrażenie, że ci, co tak głośno krzyczą nie mają pojęcia, o czym mówią)... Rozpacz w kwiatki normalnie.

Dlaczego prawosławny arcybiskup Sawa mógł mówić o Zmartwychwstaniu, a nasi biskupi jakoś o tym temacie zapomnieli? Nie był tak ważny jak gender?

Ktoś mi to wyjaśni?

wtorek, 14 kwietnia 2015

Aaaaaaa!!!!! Blokadę na lodówkę poproszę w trybie natychmiastowym! I drugą na mikrofalówkę.

Dziecię me młodsze nauczyło się włazić na stołek i otwierać lodówkę, wygrzebując z niej co smakowitsze kąski. Zwykle tuż przed posiłkiem, albo w innym niestosownym momencie.

Starszy nie robił mi takich numerów, więc blokady nie posiadamy na razie. ALe wkrótce będziemy!

Tata podpuszcza Grzesia:

- Grzechot, idź, zawołaj windę.

- Windoooo! psyjechaj!!! - drze się potomek.

 

Ktoś przy nim ostatnio opowiedział ten kawał o blondynce...

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Piotrek wrócił ze szkoły z szarym pyszczkiem.

Zaprosiłam na kolana, przytuliłam.

- Za sześć dni  miną dwa miesiące od śmierci mojego brata...

Bardzo tęskni za Czortem. Nic dziwnego,  Czortek od razu przyjął niemowlaka jak swoje kociątko, opiekował się nim, bawił, mruczał do ucha na poduszce...

Synku,  ja też za nim tęsknię. Oglądam się na boki, czy czasem nie mignie gdzieś czarny cień. Słyszę miauczenie i ciche kroki.

"...on wróci... Choć może w innym futerku.'

Tomek zanocował, my przetrwaliśmy,mieszkanie stoi. Wcale nie było tyle wrzasku, ile sie obawiałam, chyba chłopaki dorośleją ;).

Dziś przyszła pora na odprowadzenie Tomka do domu. Godzina była ustalona odgórnie, po prostu Piotrek wychodził do zkoły na 11.40. Chociaż raz przydała się ta idiotyczna druga zmiana.

Niestety we właściwym czasie lało równo. Ale co tam, "Choćby cały tydzień lało przecież kiedyś wyjdzie słońce", śpiewało sie przy ogniskach, więc nie będziemy sie przejmowac byle wodą. Grzechot w kaloszki, spodnie mu zawinęłam prawie do kolan - poszliśmy. 

Oddałam Tomka nieco zaskoczonemu tacie (ustalałam szczegóły z mamą, która była poza domem, a tata wcale nie wiedział, że ja wiem, iż będzie właśnie w sklepie z butami...) i wróciliśmy. 

Dla Grzechota zaczął sie raj.

Kałuże w wielkimwyborze i wszystkich wariantach.

Małe.

Duże.

Płytkie.

Głębokie.

Na asfalcie - z twardym dnem.

Błotniste.

 

Badał każdą po drodze. Niektóre przetuptał tam i z powrotem. Podskakiwał, biegał, śmiał się.

Koło domu znalazł wydeptany w trawniku skrót - dreptał tam i z powrotem, robiąc coraz większe błocko.

Wrócił mokry jak szczur - nie wiem jak, ale nalał sobie wody do kaloszy, skarpetki mokre, spodnie też. I co z tego, przecież mamy pralkę.

Spłukałam przemarznięte nogi ciepłą wodą, przebrałam w dres - i poszliśmy spać. 

niedziela, 12 kwietnia 2015

Dziś nocuje u nas Tomek, przyjaciel Piotrka. 

Wychodząc na wieczorny spacer z psem zaproponowałam im, by poszli ze mną. Na przynętę była stacja kosmiczna, którą od paru nocy widać na niebie.

Panowie entuzjastycznie przyjęli zaproszenie, po czym wyrwali z kopyta po okolicznych górkach i trawnikach. Stacja nie wzbudziła entuzjazmu - ot, jaśniejsza gwiazda i tyle, za to okazja bo pobiegania - jak najbardziej.

I tylko jedno zepsuło nieco tę przyjemność.

Zapowiedziałam, że jak któryś wdepnie w psie paniątki, to sam myje buty.

Tomek z ciężkim sercem przekonał sie, że mówiłam serio :)

Wredna jestem :)

Obiad. W charakterze zieleniny kapusta kiszona.

Grzesiek dobrał się do miski i zamiast nałożyć sobie trochę na talerz, wcina łapczywie z ogólnego naczynia.

- Grzesiek, podziel sie, sępie, tą kapustą, podaj miskę- woła tata.

- Nie! - pada stanowcza odpowiedź.

- Zamierzasz zjeść ją sam?

 - Tak!

- To może chociaż trochę mi dasz? - podpytuje Skorupiak.

- Tak. Posę - mały podaje w paluszkach... jedną nitkę kiszonej kapusty...

Szczodre dziecko.

piątek, 10 kwietnia 2015

Poszliśmy z Gzesiem na plac zabaw.  I oczka mi wyszły na wierzch.

Gorąco jak licho, ze dwadzieścia stopni. Grześkowi dałam bodziaka z krótkim rękawem, bluzę od dresu i wystarczy. Bluzę zresztą natychmiast zdjął, twierdząc, że mu za gorąco. Wcale się nie dziwię, też miałam krótki rękaw i było mi całkiem dobrze.

A w piaskownicy - dzieci. W czapkach. W ciepłych kurtkach. Z wystającymi spod kurtek sweterkami polarowymi.

Specjaliści potem narzekają, że dzieci za mało się ruszają. Jak mają się ruszać, skoro są spocone po zrobieniu trzech kroków, nie mówiąc o tym, że takie warstwy skutecznie ograniczają swobodę ruchu? Też bym siedziała jak słupek na ich miejscu. 

Przesąd, że dziecko ma mieć jedną warstwę więcej niż mama trzyma się mocno. Masakra.

Wąż Młodszy dorwał się dzoś do zapalniczki kuchennej.

Najpierw przestawił blokadę na off - całkiem niezłe posunięcie jeśli zaplniczka jest w jego rękach.

Po czym zgupił ten pypeć blokujący.

Zapalniczka pozostaje w stanie bezużytecznym.

 

Dobrze, że znalazłam jeszcze jakieś zapałki (co w domu, gdzie nikt nie pali wcale nie jest takie oczywiste), bo nie byłoby obiadu.

czwartek, 09 kwietnia 2015

Juhu!!!!

II miejsce w międzydzielnicowym konkursie szachowym! Brały udział szkoły z trzech dzielnic. Super, synku!

Piotrek właśnie popędził na kolejny turniej szachowy.

Bierze udział w większości konkursów szkolnych, zwłaszcza matematycznych - Kangurek, Pitagoras, ortograficzne... Bawi go to i już.

Powodzenia synku!

środa, 08 kwietnia 2015

Przyjechaliśmy do rodziców na wielkanocne śniadanie - a tam wszyscy paszcze mają niczym półksiężyce. Po prostu rżą jak konie.

Co się okazało.

Rano tata poszedł wyprowadzić psa. Ludzka rzecz, nieprawdaż?

Spotkał jakichś sąsiadów, znanych tylko z widzenia - no to sie uprzejmie ukłonił, zdejmując czapkę, czy co tam miał na łepetynie. I poszedł dalej.

Dwadzieścia minut później - dzwonek domofonu. Na pytanie kto tam? enigmatyczna odpowiedź- sąsiad.

Jak ktoś taki tajemniczy, to tata zszedł na dół, a nie wpuszczał do klatki. 

Na dole czekał tenże facet.

- Czy pan mnie zna? - zapytał.

- Nie - odpowiedział tata, w sumie zgodnie z prawdą, bo nic o tych ludziach nie wie poza tym, że mieszkają gdzieś w bloku obok.

-A czy zna pan moją żonę? - dopytywał dalej tamten.

- Również nie - odpowiedział grzecznie tata.

- Bo ja sobie nie życzę, żeby pan się jej kłaniał! i to ze szczególną galanterią! - wybuchnął gość.

 

Biedna ta żona, jeśli każdy, najbardziej niewinny ukłon sąsiada powoduje takie akcje...

U nas było z tego sporo śmiechu, ale obawiam sie, że ona miała cały dzień zatruty przez zazdrośnika.  

 
1 , 2