O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

środa, 30 kwietnia 2014

Znalazłam wreszcie świetny sposób na zapamiętanie, która forma jest poprawna - w cudzysłowie czy w cudzysłowiu. 

Tak poza tym jednym kwiatkiem to ja mówię raczej poprawnie, nie mam problemów z popularnym "wziąściem", ani paroma podobnymi - tylko ten nieszczęsny cudzysłów.

A tu - proszę, taki piękny sposób - skoro mówi sie w dupie, a nie w dupiu, to będzie w cudzysłowie, a nie w cudzysłowiu, prawda?

Analogiczny chwyt, usłyszany lata temu spowodował zapamiętanie na wieki poprawnej formy "wziąć" - panna jest do wzięcia, a nie do wzięścia. Najlepsze są takie absurdalne zdania, trzyma sie to pamięci i od razu wiadomo, jak mówić, żeby było po polsku a nie po polskiemu...

A wszystko dzięki notce z bloga. Dziękuję!!!

wtorek, 29 kwietnia 2014

Nie tylko ja uwielbiam nasz zegar.

Wielbicielem konkurencyjnym jest Grzechot. Nieważne, co robi, w chwili, gdy zegar zaczyna bić, mały odwraca się w jego stronę i z zachwytem w głosie powtarza: Ga!

Ma dziecko dobry gust. 

Robiąc porządki i odstawiając różne rzadziej używane naczynia na swoje miejsce dokonałam odkrycia.

Znalazłam jeszcze jeden zakamuflowany w szafce mazurek pomarańczowy!

KOmpletnie o nim zapomniałam, niespodzianka pełna.

Lubię tak, może posprzątam jescze parę szafek - a nuż też coś tam znajdę?

Skorupiak wychynął z odmętów, przyodział sie nieco i stwierdził uprzejmie - wskakuj pod prysznic, zajmę sie przez ten czas Grześkiem.

Takich rzeczy nie trzeba mi dwa razy powrtarzać, popędzilam do łazienki. Powiesiłam sobie ręczniki na drzwiach brodzika, odkręciłam wodę i... niespodzianka. Wody niet.

Dmuchnęłam w słuchawkę prysznicową, ale nie pomogło. Wylazłam, sprawdziłam, jak to wygląda w wannie. Podobnie. To znaczy, coś tam ciekło, krótkie badanie wykazało, zę jest tylko zimna.

ZImną to ja sie nie będę myć, nie ma mowy.

Wydelegowałam Skorupiaka, by sie dowiedziął, co jest grane, węzeł cieplny jest w naszej klatce, więc jeśli coś sie stało, to będą robić na dole.

A na dole smutny pan poinformował go, zę ma zakaz rozmawiania z lokatorami!!!!

No ja nie mogę, coś komus odbiło, facet nie może powiedzieć, do której nie będzie ciepłej wody!!!

A ja mam w domu dwójkę dzieci z biegunką i właśnie miałam puścić kolejne pranie...

 

PS. Całe szczęście, że się jeszcze chwilę grzebałam, o co zresztą Skorupiak fukał gniewnie, bo brak ciepłej wody zastałby mnie z głową w pianie...

niedziela, 27 kwietnia 2014

Grzesiek jest chory.

Basował delikatnie od kilku dni, ale lekkie obniżenie głosu to był jedyny objaw. Mimo, że to mało konkretne, zapisałam go wczoraj do pediatry na poniedziałek.

Obbudził mnie przed chwilą (2 w nocy) - nie zauważyłam, kiedy wlzał nam do łóżka, natomiast był zdecydowanie za ciepły. Przyssał się, a po chwiili zwrócił to co zjadł.
Teraz Skorupiak go inhaluje - zeszłam z horyzontu, bo mały przy inhalacjach ładnie zasypia, nie chcę go rozpraszać.  

Cholera, pytanie, czy jechać jutro na dyżur /zamawiać wizytę domową, gdzie będzie obcy lekarz, czy czekać do poniedziałku, kiedy zobaczy go nasz pan doktor, który już Grześka i jego pomysły oskrzelowe zna?

 

Biuletyn poranny:

O szóstej rano przyszedł do nas Piotrek, płacząc że go boli brzuch i głowa. Miał temperaturę. Wezwałam w końcu lekarza, i mieliśmy nieprawdopodobnego fuksa, bo pani doktor była 20 minut po telefonie - krążyła akurat po Ursynowie.

Diagnoza - obaj mają jakśą pokarmówkę wirusową...


sobota, 26 kwietnia 2014

W związku z jutrzejszymi wydarzeniami - kanonizacją dwóch papieży - coraz mocniej plącze mi sie po zwojach mózgowych pytanie - jaki to ma sens?

W mediach - wszędzie papież, na co drugim murze wokół kościoła ogłoszenia o wycieczkach, w sklepach coraz bardziej absurdalne gadżety z JPII... Wiadomo, każdy chce zarobić, ale może trochę umiaru?

Osobiście nie mogę sie w tym odnaleźć. Wkurza mnie cały ten cyrk, to wielkie słowa, za którymi kryje sie wielka pustka, głowę dam sobie uciąć, zę przeogromna większość tych wszystkich podekscytowanych jutrzejszą imprezą nie ma zielonego pojęcia o tym, co Jan Paweł II napisał - nie czytała i nie przeczyta ani jednego jego tekstu w całości, możę tyle, co  gdzieś dziennikarze zacytują jakieś dwa zdania.

Denerwuje mnie w ogóle katolicka koncepcja świętych. A ściśle nie sama świętość, tylko fakt, zę do uznania tejże niezbędny jest proces biurokratyczny, jak nie ma - toś przepadł. Bez etykietki akcyzowej się nie liczysz. Został co prawda na otarcie łez dzień Wszystkich Świętych - notorycznie mylony przez niedouczonych wiernych z dniem Zadusznym, ale jakoś brakuje mi zaakcentowania, że nie trzeba mieć stempelka kurialnych gryzipiórków, by być świętym.

Nie rozumiem w ogóle, jakim prawem ludzie sobie uzurpują prawo do decydowania, czy ktoś był czy nie był świętym. W mojej ocenie to nie ta instancja, bo cóż my możemy wiedzieć o drugim człowieku? Ilu jest świętych z nominacją, którz są gdzieś postrzegani drastycznie odmiennie? Przykładem może być Andrzej Bobola - przez Polski Kościół Autokefaliczny postrzegany jako symbol prześladowań wobec prawosławwnych, którzy nie chcieli przejść na katolicyzm, oskarżany o prozelityzm i o to, że jego starania przeciągnięcia prawosławnych na katolicyzm były jedną z przyczyn ruchów odśrodkowych w postaci m.in. powstań kozackich i w rezultacie upadku państwa.

Nie przemawia do mnie to wszystko. Nie wiem, w czym ma być lepszym świętym taki etykietowany od dobrego człowieka, który przez całe życie postępował uczciwie, najlepiej, jak potrafił? Nie przemawia do mnie taka religijność, mam poczucie fasadowości. 

NIe odmawiam tu zasług obu kandydatom na ołtarze - ale po co ta cała szopka? 

piątek, 25 kwietnia 2014

wróciolam z tygodniowych zakupów. Przytachałam siaty i drzemiącego mi na ramieniu Grześka. 

W chwili, gdy usiłowałam poodlkładać te milion pięćset rzeczy, które mialam w rękach (plus Grzesiek, oczywiście), zawyła mi w torebce komórka. Żeby udusić - muszę znaleźć, inaczej obudzi mi dziecia. 

Nie zdążyłam, obudziła.

Szlag.

Opanowałam sytuację, Grzechot się skupił. Zbieram sie, żeby go umyć, a tu domofon. Pan hudraulik do piwnicy. Cholera, zawsze do nas dzwonią, już nawet na tę okoliczność zamontowaliśmy sobie wyłącznik domofonu, ale akurat był włączony.  Gorzej, że pan poinformował, iż właśnie idzie odciąć wodę - niech pani sobie nałapie, poradził z ojcowską życzliwością. 

Sprint, Grześka pod kran, woda do wanny sie leje, z obiadem mogę sie na razie pożegnać, nie będe go pichcić w takiej pomarańczowej zupie, która leci z kranu. 

Odczekałam przerwę w dostawach wody, poszłam robić obiad, Grzechot za mną. I uznał, ze najlepszą rozrywką jest grzebanie w szafce ze słoikami. Stłukł, na szczęście jemu nic się nie stało.

Niech ktoś tu przyjdzie i przejmie dzieci, ja chcę sie urwać!!!! Na pół dnia, na babskie ploty, zakupy, do fryzjera, na basen, cokolwiek, żebym mogła sie znowu poczuć jak człowiek - a może nawet przypomnieć sobie, żę jestem kobietą - a nie matkobotem!!!!

czwartek, 24 kwietnia 2014

Mój wkurz najwyraźniej dotarł tam, gdzie miał, bo odpowiedź ze szkoły dostąłam po trzech godzinach. ALbo jeszcze prędzej. 

Tempo reakcji zaskoczyło mknie pozytywnie, natomiast treść odpowiedzi nie zaskoczyła mnie wcale. Standardowe przeprosiny numer siedem, przyznanie, zę takie coś nie ma prawa w szkole zaistnieć i obietnica bliżej niesprecyzowanych działań w celu wyeliminowania takich sytuacji.

Mimo wszytko mam nadzieję, że podpędzilam im nieco kota, zwłaszcza, że poszło z kopią do wydziału oświaty. A potem na forum naszej klasy udostępniłam ten tajny / poufny adres, który szkola tak kryje. Jka ktoś będzie potrzebował, to będzie jak znalazł.

Jakiś czas temu Piotrek wrócił ze szkoły dzierżąc w łapce ulotkę reklamową zachęcającą do udziału w obozach letnich. Cokolwiek drogich - to tak na pierwszy rzut, za dwa tygodnie chcieli 2300-2400, w zależności od lokalizacji (dla porónania, obóz judo, w dobrym ośrodku, z masą atrakcji, to 1750).

Punktem, który doprowadził mnie do wrzenia była jednak nie cena, a sposób prowadzenia marketingu. Otóż jakaś pani weszła na lekcje i zaczęła opowiadać o obozach, tłumacząc dzieciom, zę mają "zmusić" rodziców, by wysłali je latem akurat tam. PO czym rozdała rzeczoną makulaturę.

No ja nie mogę, po pierwsze, szkoły od dawna narzekają, zę programy przeładowana i nie nadążają z realizacją programu, ale na coś takiego to czas mają.

Po drugie - co to ma znaczyć, zę dziecko ma mnie do czegoś zmusić? Jakim prawem taki tekst wygłasza osoba obca? A do tego chodzi o zmuszenie mnie do wydania naprawdę dużych pieniędzy? No bez jaj, proszę państwa.

Wściekłam sie solidnie, postanowiłam obsobaczyć szkołę mailowo. A tu zonk, szkoła adresu email do kontaktu nie udostępnia... Cwany pomysł, dyżur dyrekcji raz na tydzień skutecznie zniechęci większość wkurzonych rodziców - nikt nie będzie miał czasu latać do szkoły, nie mówiąc o tym, zę zawsze szkoła może sie potem wyprzeć wszystkich ustaleń, bo nie ma śladu.

na trochę odwiesiłam sprawę na kołek, ale nie na długo. DOwiedziałam się, ze każda szkoła ma  adres mailowy  z urzędu nadany przez biuro edukacji, wszystkie według tego samego schematu. No to posprawdzałam w kilku innych okolicznych szkolach, zmodyfikowałam stosownie wstawiając właściwy numer placówki i zadałam parę niewygodnych pytań, wysyłając z kopią do gminnego wydziału oświaty i wychowania. I ciekawa jestem efektu.

Jak dostanę odpowiedź, to sie pochwalę.

środa, 23 kwietnia 2014

Właśnie usunęłam z paszczy Węża Młodszego ślimaka. Takiego ogrodowego, w skorupce.

Bueeee.....

 

PS. To jak w starym kawale

- co jesz?

- mięsko.

- a skąd masz?

- przypełzło....

zapisałam się na zajęcia z samoobrony. Gmina organizuje już którąś edycję, zajęcia są darmowe - zebrałam się w sdobie. Przy okazji zmusiło mnie to wreszcie do zakupienia sobie porządnego stanika sportowego - to jednak bardzo nieprzyjemne, jak majtający biust wybija zęby. Ból polegał na tym, ze od dawna nie udawało mi sie znaleźć takiego sportowca, który by naprawdę trzymał wszystko na swoim miejscu. Latało mniej niż normalnie, ale latało.

Tym razem wybrałam sie na poszukiwania do Decathlona. Obejrzałam wszystkie staniki na parterze i klęłam coraz bardziej - było nieco lepiej niż w zwykłym, ale to cały czas nie to. Po czym tknęło mnie i zapytałam panienkę z obsługi działu, czy może mają jeszcze gdzieś taki asortyment. Mieli! Tyle że na I piętrze, gdzie pewnie bym nie poszła - skoro są na dole, to na górze już sie nie spodziewałam. Ale były, w dziale dla biegusów. I tam poczułam sie jak u jubilera - bezbłędnie wybrałam ten najdroższy - ale też był to jedyny spełniający moje wymagania. Faktycznie nic w nim nie lata, ba, nie drgnie nawet! Mogę sobie skakać, biegać, zwisać głową w dół, biust jest cały czas na swoim miejscu. 

Dzięki temu wczorajszy trening przetrwałam. Na początku zwiędłam nieco, ale pan trener zabrał mnie na bok, pokazał, jak wyrównać oddech i po chwili już śmigałam z resztą dziewczyn. I nawet mnie dzisiaj mięśnie nie bolą, a zapowiadali, ze będą. Wiem, ze je mam, ale mogę sie spokojnie ruszać. To może z moją kondycją nie jest aż tak tragicznie, jak myślałam?

święta mminęły nam... sennie. W skrócie oznacza to minimum imprez rodzinnych, nieprzesadne obżarstwo (hitem absolutnym była galaretka z kurczaka, żadne tam mazurki, ciasta czy inne frykasy). I codziennie przynajmniej dwugodzinna drzemka. W efekcie jesteśmy już tylko trochę niewyspani, a nie kosmicznie padnięci :).

Za to w poniedziałek była wielka atrakcja - po mszy dziecięcej dominikanie, jak co roku (o ile pogoda pozwoli, bo w zeszłym roku miała jakieś , hm, wąty) urządzili wielką bitwę wodną.

Rzecz była zapowiedziana wcześniej, więc dzieciarnia przyjechała przygotowana - pe;lerynki, kalopsze, armatki  i pistolety najróżniejszego kalibru... Wystawiono wąż ogrodowy, czyli było zaopatrzenie w wodę, ojciec Michał przyodział sie w gustowną turkusową plastikową pelerynkę - i jazda!

Oczywiście głównym celem byli ojcowie - paru z nich brało udział w zabawie, przeor sprytnie zastosował kamuflaż miejski i wystąpił w dżinsach i bluzie - nie rzucał sie w oczy tak jak ojcowie w habitach. Ale też był uzbrojony. Widziałam, jak w pewnej chwili stanął za plecami o. Michała, którego opadła czereda dzieciaków, uprzejmie poklepał go po ramieniu, a jak tamten sie odwrócił, to dostał w twarz pół butelki wody :). 

Dzieciarnia była przeszczęśliwa, mokra jak szczury, roześmiana. A ja sobie pomyślałam, żę przecież tak niewiele trzeba, zęby te święta kojarzyły sie z radością, a nie tylko nudnym siedzeniem przy stole i czekaniem, aż dorosli wreszcie skończą jeść. Takimi akcjami buduje sie poczucie wspólnoty, tylko szkoda, zę zbyt wielu naszych duchownycj, ze szczególnym uwzględnieniem hierarchii, jest zbyt zadętych, żeby zejść z piedestału i po prostu sie cieszyć życiem razem z ludźmi. A już pomysł, żęby w taki sposób "nadszarpnąć" włąsny autorytet dla większości z nich jest nie dp przyjęcia...

piątek, 18 kwietnia 2014

Na wieczornym spacerze z psem spotkałam jeża! 

Bardzo lubię te zwierzaki - sentyment do Filipa

Wiosna na całego.

wtorek, 15 kwietnia 2014

Jutro czeka mnie najazd Tatarów. Hunów. Czyngis Chan ze swoją Ordą to pikuś w porónaniu z tym, co ja tu jutro będe miała. 

Jutro przychodzi do Piotrka T. - przyjaciel największy, który w styczniu wyemigrował do Irlandii na trzy lata.  Przylecieli na święta i chłopaki korzystają. T. Pójdzie do szkoły, pogadać z klasą (zdaje się, zę początkowo podszedł do tematu całkiem bez entuzjazmmu, ale potem mu sie odmieniło. Może zrozumiał, jaką przysługę zrobi kolegom, gdy zajmie kawał lekcji), a potem przyjdą do nas. I zostaną do wieczora (czyli do treningu judo, na które T chodził przed wyjazdem i pójdzie gościnnie jutro też), albo do jutra - jeszcze nie ustaliłyśy dokładnie. 

Jestem z lekka siwa na samą myśl o dniu jutrzejszym, gdyż oni razem wydają z siebie koszmarne ilości decybeli. A mnie hałas bardzo męczy...

Do tego oczywiście mam standardowo Grześka. Powinnam sprzątać - okna cały czas czekają na umycie, podobnie jak część podłóg. Resztę umyłam wczoraj, ale jeszcze pół mieszkania czeka. 

Piotrek wdał się w moją mamę. 

Niestety.

Pojechaliśmy dziś wreszcie na testy skórne, zlecone wieki temu. Połowę, tę pokarmową.

I co? I psińco.

Wyszła mu próba histaminowa - tak jak powinna, i wyszła mu identycznie kontrola ujemna. A nie powinna. Wyszła mu również masa innych rzeczy, na przykład jabłka, ale wobec kontrolki (-) nie ma co tego brać pod uwagę. 

Pani doktor stwierdziła, ze takie dziwo to ona pierwszy raz widzi. 

Nieodrodny wnuk swojej babci, dba, żeby lekarze w rutynę nie popadli.

Nie mógł po niej odziedziczyć czegoś innego?

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Skoro zostałam wywołana do tablicy w komentarzach pod poprzednim wpisem, to będzie historia z czasów zamierzchłych.

Jako się rzekło, miałam wówczas 12 lat. 12,5 gwoli ścisłości, gdyż jam grudniowa, a to lato było.

Pojechałam na obóz. Na doczepkę do istniejącej grupy - drużyny harcerskiej. Krakowskiej drużyny harcerskiej. Co oczywiście skutkowało między innymi tym, że jak obóz się skończył, to wróciliśmy do Krakowa, gdzie na Dworcu PKS wszyscy się rozeszli. 

Ja zostałam - miałam w garści bilet na wieczorny expres do Warszawy, jak dziś pamiętam, na godzinę 19.10.

Czasu miałam trochę, poszłam więc do baru Smok - coś zjeść. Dalej nie chciałam łazić, żeby zdążyć na pewno na pociąg, więc jakieś dwie godziny snułam się po dworcu, objuczona plecakiem.

W końcu nadeszła pora odjazdu, więc poszłam na właściwy peron... by ujrzeć w dali tylne światła znikającego pociągu.

Mojego pociągu.

Zatkało mnie. Potem się wystraszyłam, ale szybko zaczęłam myśleć z powrotem.

Najpierw poszłam na lody - na pocieszenie.

Potem wrzuciłam plecak na garba i poszłam w miasto - do jednego ze stryjecznych braci mojego taty, który mieszkał niedaleko dworca. Nie pamiętałam adresu, ale wizualnie namierzyłam właściwy budynek i klatkę. Na moje szczęście nie były to jeszcze  czasy domofonów... Na miejscu okazało się, że stryja nie ma, wyjechał z rodziną. Była tylko   gosposia, która zaczynała pracę jeszcze u mojej prababci i zapewne mojemu tacie czasem pieluchy zmieniała. Przedstawiłam się, że ja to ja, wyłuszczyłam sedno problemu i poprosiłam o przenocowanie.

Julcia oczywiście mnie przygarnęła, nakarmiła i wręczyła telefon - wszak niedługo potem tata miał na mnie czekać na dworcu w Warszawie. Zadzwoniłam, powiedziałam, że nie ma co mnie szukać w pociągu, bo mnie tam nie ma i wrócę jutro, nie wiem, o której, bo nie wiem, na którą uda mi się dostać bilet. Dam znać jak będę wiedziała. 

Powstał jeszcze jeden problem - następnego dnia tata miał jechać nad morze po mamę z chłopakami i nie mógł równocześnie odbierać mnie z pociągu, ale od czego rodzina? Zadanie pozbierania  mnie zostało scedowane na dziadków.

Rano zjadłam solidne śniadanko przygotowane przez kochaną Julcię, po czym wzięłam plecak i poszłam - nie sprawdziłam dnia poprzedniego rozkładów jazdy, nie miałam więc pojęcia, kiedy będzie jakiś sensowny pociąg. Na który do tego uda sie kupić bilet. 

Pociąg spełniający powyższy warunek - dostępnośc biletów okazał sie być dopiero ok. 16. 

I cóż więc zrobiłam? Zamiast wrócić do Julci, zostawiłam plecak w przechowalni bagażu i poszłam w miasto. Zwiedzałam moją ulubioną metodą, idę przed siebie, a jak już będe miała dość, to sprawdzam, gdzie jestem i próbuję wrócić w znane rejony. Planu Krakowa nie miałam ze sobą, wszak nie przewidywałam takich atrakcji, a posiadana przeze mnie mapa Beskidu Niskiego była jakby niezbyt przydatna.

Włóczyłam sie po mieście, w końcu nogi zaczęły mnie boleć. A tu obok  tramwaj, który widziałam przy dworcu. No to wsiadłam. Niestety - nie w tym kierunku....

Wywiozło mnie za Nową Hutę. Po drodze stwierdziłąm, że teren wyglądda jakby znajomo, ja tu kiedyś byłam u jednej ciotki. Ale zanim przeanalizowałam dane, to byłam już hen, na peryferiach. Wysiadłam więc, poczekałam na tramwaj w kierunku odwrotnym, po czym postanowiłam sprawdzić, czy trafię na pamięć do owej ciotki - byłam u niej raz, ładnych parę lat wcześniej i oczywiście nie mialam adresu. Ale pamiętałam klatkę, piętro - trafiłam.

A tam okazało się, że już w całym mieście panika, rodzina, której w Krakowie jest sporo szuka mnie z obłędem w oku i nikt nic nie wie.

Obdzwoniłyśmy więc strapionych krewnych, że już sie znalazłam, przyjechał któryś ze zmotoryzowanych wujów i odwiózł mnie na dworzec, w międzyczasie któryś inny stanął w długiej kolejce do przechowalni, tak, ze jak dojechałam, to mogłam mu tylko wręczyć kwit i wsadzono mnie do pociągu. Sądzę, że z dużą ulgą, że pozbywają sie kłopotu.

Cały problem wziął sie zaś z pomyłki pani kasjerki, która sprzedawała mi bilet. To były czasy biletów kartonikowych, ręcznie wypisywanych - i kobieta sie pomyliła. Wpisała 19.10, a pociąg opdjeżdżał o 19.05. Oczywiście PKP zwrócil pieniądze, bo błąd był ewidentnie ich, ale co przygoda, to przygoda.

 

Więc faktycznie, Piotrek takie akcje to może mieć w genach...

piątek, 11 kwietnia 2014

Wczoraj Pyton mi zaimponował.

Organizacyjnie dzień byl zwariowany, bo do standardowych zajęć doszło zebranie u Piotrka w szkole i jeszcze parę drobiazgów.

Pojechałam łańcuszkiem, basen, na którym Piotrek rano zostawił plkecak z mokrym ręcznikiem i całą resztą, odstawilam go na zajęcia na 16.30, wpadłam odebrać książki w księgarni wysyłkowej po drugiej stronie ulicy, zapomniałam podjechać pod kompresor, gdzie miałam napompować koła w Pytonim rowerze...

I na 17.30 do szkoły. 

Skorupiak został w domu z Grzechotnikiem.

W związku z całym tym obłędem napisąłam Piotrkowi kartkę, ze może samodzielnie wrócić do domu po zajęciach w Matplanecie. Firma jest tuż obok metra, dwie stacje - da sobie radę. Nie sprawdziłam tylkko jednego drobiazgu - czy młody człowiek ma ze sobą legitymację i bilety. 

NIe miał.

Zorientował się, że nie ma biletów, jak juz wyszedł z  zajęć. Pomyślał chwilę, po czym poszedł do ochroniarza pobliskiego sklepu i grzecznie wytłumaczył sytuację, po czym poprosił o pożyczenie telefonu, żeby mógł zadzwonić do taty - nasze numery zna na pamięć. A ponieważ tata chwilę wcześniej skończył rozmawiać z moimi rodzicami, którzy mieszkają bliżej Matplanety, to poprosił ich o zebranie Pytona. Piotrek z dziadkiem poszli jeszcze raz podziękować panu ochroniarzowi za pomoc i pojechali.

A ja chodzę i się cieszę. Cała ta sytuacja ma dla mnie tyle zalet, że aż się w nich gubię. 

No  bo tak:

  • Piotr potwierdził, że w sytuacji trudnej potrafi sobie poradzić,
  •  że można mić zaufanie iż zachowa się odpowiedzialnie, 
  • ma nauczkę, że trzeba pilnować takich rzeczy i myśleć z wyprzedzeniem,
  • przekonał się, że da radę, 
  • potwierdził słuszność naszego pomysłu wychowawczego i stosowanych metod.

A przecież on ma dopiero 7,5 roku!

Bardzo dzielny Pyton.

czwartek, 10 kwietnia 2014

ulubiona zabawka Węża Młodszego w dniu dzisiejszym:

 

 

I po co kupować te wszystkie wypasione fisher price za ciężkie pieniądze?

Wcześńiej bawił się pokrywką od garnka i moją skarpetką (świeżo upraną).

Gadzina robi sie nie tylko gadatliwa, ale też coraz bardziej mobilna. 

Wspina sie na wszystko, regały, fotel, ława w salonie, łazi po krawędzi kanapy, a mi wszystko zamiera, jak widzę, że sie chwieje, a ja nie zdążę dolecieć z drugiego końca pokoju.

Dzisiaj już trzy razy zleciał ( a jest dopiero 9 rano...). Raz gruchnął z ławy paszczą o kanapę, więc nieprzyjemnie, ale miękko, drugi - poleciał w stronę parapetu i zawiesił sie na firance, dopadłam, zanim sięgnął gruntu. Trzeci raz już nie był taki ulgowy, gruchnął z ławy na podłogę, zahaczając chyba o którąś ze swoich skrzynek z zabawkami, mieszkających pod ławą. Na nosie ma krechę, poryczał sie solidnie, ale nic wielkiego sie nie stało. Za to przestał łazić po meblach - przynajmniej na chwilę. 

Do tej pory bardzo go bawiło, jak ganiałam za nim łapiąc w locie (albo i nie). 

Dlaczego jedyna metoda na takiego kochanego drania, to pozwolić mu zrobić sobie krzywdę? bo żadne tłumaczenie do takiego malutkiego łepka nie trafi, na to jest jeszcze za wcześnie. A matka, która biega wokół i stara sie go uchronić  przed uszkodzeniami ciała to przecież  świetna rozrywka...

 

PS. Jak zleciał tak solidniej, to przestał włazić na wszystko i został na podłodze. Uffff..... Jednak się czegoś nauczył.

środa, 09 kwietnia 2014

Mały mi się rozgadał. Pojawia sie coraz więcej słów, na razie zrozumiałych tylko dla wtajemniczonych, ale są.

Pupta - spacer

Kuga - kawka (w sensie ptaka, a nie małej czarnej)

Ga - zegar - Grzesiek uwielbia, jak nasz zegar wybija godziny. Ja też.

Koko - kot

Ga  oznacza również gołębia - zależnie od kontekstu.

Pika - piłka

Ba, bate - brat

tata - wiadomo, 

 

Będę dopisywać w miarę, jak sie będą pojawiać (albo zidentyfikuję znaczenie). Oczywiście jest jeszcze cała masa różnych loliloliloli czy bliblibli - gadatliwe jest to dziecko, oj, gadatliwe. W sumie nie mam co sie dziwić, mamusia też do małomównych nie należy

Kolejny fajny okres sie zaczyna.

Ciekawa jestem, które z jego słów pozostanie nam w pamięci tak jak Piotrkowe "guncie". Dla wiernych czytelników konkurs - kto pamięta, co to oznaczało? I proszę nie oszukiwać, wiem, że można skorzystać z ctrl F, ale to niesportowo :)

Grzechot mlaszcze przy piersi. Robi sie z niego coraz bardziej komunikatywny osobnik i jak w jednej piersi robi się pusto, to informuje stanowczym "to" połączonym z wskazaniem paluchem, zę życzy sobie być przełożony do drugiego dystrubutora. 

Dzisiaj wydoił z jednej strony, wydoił z drugiej... I mało było. 

Zaczął szukać mi pod pachą trzeciej piersi, z nadzieją na ciąg dalszy śniadania. Niestety nie znalazł, więc musiał sie zadowolić kanapką z twarożkiem i szczypiorkiem.

Operatywne dziecko. Taki to nie zginie.

wtorek, 08 kwietnia 2014

Nogi wychodzą mi uszami.

Zaczął sie sezon spacerów Grzesia.

Oczywiście nie znaczy to, ze do tej pory przez ponad rok siedział w domu i oglądał świat zza okna, nie ma tak dobrze.  Po prostu na dwór był albo wynoszony w chuście, albo wywożony w wózku. I jechał, przypięty, gdzie zawieźli.

Teraz, proszę Państwa, Grzechot nie pozwala sie już tak traktować. On sobie życzy mieć wpływ na kierunek przemieszczania sie po świecie, szczególnie upodobał sobie trasy pod górkę. Jakąkolwiek, byle w górę. Pnie się dziecko na szczyty, chociaż dzisiaj na drodze do sukcesu uparcie stawał mu pewien płot, którym włodarze osiedla ogrodzili placyk zabaw. 

A matka drepcze za nim. Zaopatrzona w szelki - a właściwie uszelkowiony jest Grzechot, matka dzierży drugi koniec tej smyczy (co zresztą spowodowało juz parę oburzonych okrzyków "no jak można, dziecko jak psa na smyczy prowadzić!") i kręci sie w kółko. 

Szelki są wynalazkiem genialnym, gdyż piechur możę iść w nich całkiem samodzielnie, nie wykręcając łapki do góry - wszak dorosły kończyny górne ma na całkiem innym poziomie...,  utrzymując rónowagę własnymi siłami. Za to gdy grozi nieoczekiwane a gwałtowne spotkanie z gruntem, ów dorosły może zapobiec temu nieprzyjemnemu zdarzeniu. 

Dzisiaj najpierw wpakowałam Grześka w wózek i poszliśmy z dzieciakami na spacer - ukierunkowany, we wtorki odstawiam Piotrka i jego koleżanke na angielski. POgoda piękna, więc postanowilam pospacerować i odebrać Piotra samodzielnie - tym sie zwykle zajmuje tata tejże koleżanki, odbiera oboje i odstawia mi dziecia pod drzwi. Następnie z Wężami obbydwoma dotarliśy do domu, gdzie wpadłam na krótka chwilę i poszliśmy na plac zabaw. I tu Serpens Minor poinformował, zę chce wyjść. Chce chodzić. Chce wspinać sie na górkę. Chce bawić sie w piaskownicy. Huśtać na huśtawce. Zjeżdżać ze zjeżdżalni. 

I robil to wszystko. A z nim - coraz bardziej zmęczona mama w nieodpowiednich do takich akcji butach. Skutkiem czego mam w tej chwili wrażenie, że nogi wystają mi już przez uszy, a na pewno nie dadzą sie wcisnąć w nic mniejszego niż męskie kamasze w rozmiarze 45. Pożyczę od Skorupiaka, on takie właśnie posiada.

zabraliśmy sie ponownie za eksmitowanie Gada z naszego łóżka. Pierwsza próba poszła sie gwizać, bo jak już coś sie udało, to mały zachorował, musiałam mu robić inhalacje co 4 godziny i najwygodniej było mi go mieć pod ręką.

Może są osoby, którym nie przeszkadza taki dodatkowy (śpiący zwykle w poprzek materaca) lokaator  w łóżku, ale my mamy dość. Kopie, niedawno Skorupiak został obudzony ciosem twardej pięty w nos, rozpycha się - ja sie co rano budziłam obolała, plecy czułam przez pół dnia. Od czasu, gdy Grzesiek został wystawiony do siebie - przeszło. No, prawie, ale różnica jest kolosalna. 

Z drugiej strony ciężko, jak widzę takiego nieszczęśliwego malutka, piszczącego cichutko w łóżeczku i czekającego z nadzieją... Sama nie wiem już, co jest lepsze dla niego, ale naprawdę nie dajemy już rady. Chodziliśmy oboje niewyspani, połamani, wkurzeni, nie mówiąc już o tym, ze czasem naprawdę chciałabym móc sie spokojnie przytulić do własnego męża...A tu w dzień sie nie da - albo go nie ma, albo interweniuje zazdrosny Wąż, który natychmiast sie pojawia znikąd i odpycha tatę, a w nocy też się nie da, bo... No właśnie.

TRudne są takie chwile, kiedy trzeba maluchowi postawić granice. Najchętniej by się wzięło takiego na ręce, przytuliło... tylko potem taki mały drań oczekuje, zę to właśnie będzie norma, na rękach, przytulanie - a jak sie waży ponad 10 kilo wiercącego się Węża, to nie jest to już takie proste.

Jakoś damy radę.

A na razie idę przytulić - wyjmę szczebelki, usiądę na podłodze i przytulę leżącego w łóżeczku.

niedziela, 06 kwietnia 2014

Kolejne zawody w karierze Piotra - judoki. 

I kolejny złoty medal.

Walczył pięknie, właściwie od początku byłam pewna, że zwycięży - szedł jak burza. 

Oczywiście, na razie konkurencje są dopasowane dla dzieci, tor przeszkód, przeciąganie pasa i jedna "prawdziwa" - wychodzenie z trzymania. Pyton na torze na oko czas miął bardzo przyzwoity, w przeciąganiu pasa wygrał wszystkie walki jak leci, dopiero przy wychodzeniu z trzymania raz mu się nie udało. To imponujący wynik.

Jego koleżanka, z którą sie przyjaźni i chodzi razem nie tylko na judo, ale i na angielski, również w swojej kategorii wagowej zdobyła złoto. 

Brawo, Ryśki!

 

PS. Obejrzałam sobie w klubie wyniki poszczególnych zawodników.  Piotrek wywalczył maksymalną ilość punktów, jaką w ogóle można było zdobyć. Taka sztuka udała sie tylko pięciu osobom na cały turniej!

Teraz to już mama całkiem puchnie z dumy z synka!

sobota, 05 kwietnia 2014

Dzieci poszły dzisiaj przyzwoicie spać - postanowiliśmy ze Skorupiakiem zrobić sobie kolację we dwoje. Bez bajerów, świec i szampana - zamiast tego ostatniego było pół butelki wina, które nam sie pętało po lodówce od miesiąca - czyli od ostatniej popijawy. 

Wypiliśmy, zjedliśmy - łatwo policzyć, że na twarz, zarówno skorupią jak i moją wypadło po niecałe półtora kieliszka wina. Tyle było. Czyli raczej niedużo.

NIe zmienia to faktu, ze owo niedużo już spowodowało u mnie latanie głowy jak na luźnej nitce i nadprogramową wesołość u Skorupiaka - chciał mi suszarkę na pranie ustawić w korytarzu. Po czym grzecznie poszedł myć podłogę w kuchni, co miał w planach już wcześniej (tak wypadło z rozdzielnika, ja miałam parę innych czynności porządkowych). 

Zdecydowanie nie mamy kwalifikacji na alkoholików - to wino zalegało od miesiąca, poprzednio też interwały między kolejnym butelkami można było liczyć w tychże jednostkach. A właściwie między półbutelkami. Polski przemysł spirytusowy nie zarobi na nas zbytnio.

Ale za to świetnie się nadaję na kierowcę weselnego - w ogóle nie mam problemu z tym, że nie mogę wypić nawet tradycyjnego szampana, bo prowadzę. 

Grunt to odpowiednia interpretacja faktów i to, co wielu uznałoby za wadę można sprzedać jako zaletę. Bo dla mnie takie zużycie alkoholu w naszym domu to zdecydowanie zaleta :).

 

PS. Jak urodził sie Piotrek, to kumpel uznał, że koniecznie musi być pępkowe i  - całkiem słusznie - założył, że wysokooktanowego paliwa u nas nie zastanie. Przyniósł jakąś butelkę wódki. Większość  stoi nadal u nas w szafce, trochę zeszło jak musiałam sobie robić zastrzyki w brzuch - do dezynfekcji. Piotrek ma juz 7,5 roku. Ciekawe, czy ta flaszka dotrwa do jego matury?...

 
1 , 2