O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Skorupiak zrobił wczoraj sałatkę na obiad. Rzodkiewka, ogórek i odrobina żółtego sera starte na tarce, do tego cebulka i sos śmietanowo-jogurtowy. Pyszota.

Potomek ostatnio miewa fazę na "nie", a do tego zrobił się słodyczożerny, więc zależało nam, żeby tej zieleniny podjadł. W związku z tym normalne sposoby nie wchodziły w grę.

Odbył się zatem następujący dialog:

S: Daj tę sałatkę bliżej, zanim Pyton zje.

Ja: Cicho, nie uświadamiaj go, może się nie zorientuje. 

S: dobrze by było, więcej dla nas.

P: A właśnie że zjem!

S: Kurczę, a już miałem nadzieję...

P: Zjem wam i jeszcze wezmę dokładkę!

Ja: to ja sobie włożę na talerz, póki jeszcze jest...

 

Jeszcze chwilę poprzerzucaliśmy się podobnymi tekstami, ponarzekaliśmy, że to jednak straszne, mieć inteligentne dziecko, bo zawsze się zorientuje, że taka pyszna trawa na stole.

Młody wsunął solidną porcję, a my po obiedzie przybiliśmy piątkę. Cel został osiągnięty, a do tego Pyton był zachwycony, że tak nas przerobił :)

 

 

sobota, 27 kwietnia 2013

... zwłaszcza te wściubiające nos w cudze sprawy, krytykujące i pouczające na każdym kroku. Oraz Zawsze Lepiej Wiedzące. Takie Wielepy - gdzieś podłapałam to cudne określenie i zamierzam używać.

A cały ten komentarz -  notkę - zawdzięczam pewnej starszej pani spotkanej w supermarkecie, gdzie pojechałam wczoraj na tygodniowe zakupy.

Grześka wzięłam ze sobą - jak zaczął marudzić w foteliku, to omotałam się chustą, zapakowałam w nią Grzechotka i już. Spał po pięciu minutach, a ja miałam wolne ręce i mogłam wrzucać dalej zakupy do wózka.

W pewnym momencie - gdzieś pomiędzy burkami a ogórkami - owa Pani popatrzyła na mnie uważnie. I zdecydowanie bez entuzjazmu. Rzekłabym, krytycznie. Po czym zapytała,m czy Grześkowi nie jest zimno.

Uprzejmie odpowiedziałam, że nie.

- Ale on ma przecież gołe nóżki, zmarzną mu.

U licha, wiem, że ma gołe nóżki, celowo nie wkładałam mu żadnych spodenek, ciepło jest na zewnątrz, proszę pani!!! Nie powiedziałam tego, uśmiechnęłam sie uprzejmie i powtórzyłam, że JEMU NIE JEST ZA ZIMNO.

Pani była nieprzejednana. Karcącym tonem pouczyła mnie niczym upartego pięciolatka:

- Jednak JA bym mu włożyła rajstopki...

A ja nie. Zwłaszcza znając podejście mojego młodszego syna do temperatur...

 

Dzisiaj na bazarku jakiś starszy  - dla odmiany - pan zapytał zaniepokojony  "Czy on ma jak oddychać?" Ma, dobrze mu było na ojcowskiej klacie, spał sobie posapując po swojemu. 


W ogóle nie sądziłam, że ta chusta wzbudza takie emocje w społeczeństwie. Co chwila ktoś zaczepia, albo zaciekawiony, czy to wygodne (bardzo!), albo właśnie zaniepokojony.  Bo o gołe nogi to by sie przyczepiła pani również gdyby był w wózku albo foteliku. Po prostu ten typ tak ma, a dzikie poglądy, zę niemowlak powinien być przegrzany trzymają sie mocno.

wtorek, 23 kwietnia 2013

Grzechotek dostał niedawno chustę  - nieco awansem w ramach prezentu z okazji chrztu.

Jestem zachwycona. Razem z chustą dostaliśmy książeczkę z instrukcją rysunkową do iluś sposobów wiązania. Parę dni temu przećwiczyliśmy na Skorupiaku - piał. Potem chusta powędrowała do prania - jednak przed pierwszym użyciem warto. Dzisiaj ściągnęłam ją ze sznurów i wgapiając sie w obrazki niczym sroka w drewniane pięć groszy omotałam wokół siebie.

Wbrew pozorom jest to całkiem proste. minuta osiem, kilka machnięć wielometrową szmatą i jest.

Poszłam z Grzechotkiem w chuście do szkoły po Pytona, potem zabraliśmy sprzęt ogrodniczy i udaliśmy sie zrobić nieco porządku w ogródku. Nie wszystko, m,usze jeszcze pożyczyć od rodziców duży sekator - stale zapominam, a na przycinanie róż lep[iej sie wybrać bez Grzechotka. Po pierwsze, mógłby sie podrapać, a po drugie strasznie trudno jednak podnieść sie z klęczek z takim pasażerem. Ale kawałek podciągnięty.

Grzesiek w chuście darł sie przez chwilę - tradycyjnie, póki byliśmy w domu, jak się znalazłam za drzwiami, to zamilkł. Wszystko przez to, żę było mu za ciepło. Jednak musiałam mu włożyć spodenki, za chłodno na to, zęby i na dworze świecił gołymi łydkami, wystarczy, zę robi to w domu. Ale na dworze było mu całkiem dobrze. A mój kręgosłup też miał sie znakomicie....

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Grzechot skończył dziś trzy miesiące i z tej okazji pojechaliśmy na szczepienie. Akurat tak wypadło.

Młody człowiek został oczywiście zważony - no i już wiem, czemu mam coraz dłuższe ręce. Nasz Wąż Młodszy waży 7340g. Czyli 90 centyl, dla tych, co nie mają punktu odniesienia i nie wiedzą, czy to dużo czy mało. Dużo. 

Ale w sumie nie ma się czemu dziwić. Żre jak smok. Dużo śpi. To rośnie.

W tym tempie na następnych szczepieniach - czyli na początku czerwca będzie go już ponad 8,5 kg. i Trzeba będzie pomyśleć o przesiadce w większy fotelik....

środa, 17 kwietnia 2013

Nie jesteśmy tak do końca normalni.

Przekonałam sie o tym radosnym fakcie po raz kolejny dzisiaj rano. Oczywiście za sprawą Potomka. Tym razem Młodszego.

Na co najbardziej skarżą sie normalni rodzice dziecka trzymiesięcznego (no, prawie)? 

Na niewyspanie. Dziecko budzi sie co godzinę w nocy i chce jeść. Płacze. Marudzi. Domaga się zmiany zapaskudzonej pieluchy. Słowem - prezentuje cały repertuar dziecięcych pomysłów i możliwości uprzykrzenia życia skonanym rodzicom.

Z jakiego powodu Skorupiak zaczął mi dzisiaj panikować i juz chciał gnać z Grzechotkiem do lekarza?

Bo dziecko przespało ciurkiem jedenaście godzin. JEDENAŚCIE GODZIN BEZ PRZERWY. od 20 do 7 rano. Prawie zaspaliśmy przez to. Trzeba chyba będzie zacząć nastawiać budzik.

Przespał, po czym obudził sie wesolutkie jak szczygiełek i obżarł pękającą już z lekka matkę, ku jej wielkiej uldze zresztą. Po czym poszedł spać.

On ostatnio faktycznie śpi więcej, ale to jest okres sporego skoku rozmiarowego - mały rośnie, to śpi, bo nie starcza mu mocy przerobowych. Procesor mu sie przegrzewa, proste.

I to jest kolejny dowód na dziwactwo, żeby nie powiedzieć poważne odstępstwo od normy naszej rodziny. Bo naprawdę, proszę mi znaleźć rodziców z takimi zmartwieniami - zakładając, zę chodzi o dzieci zdrowe, a nie o malutkie wcześniaki, które po prostu nie mają siły na samodzielne obudzenie siei wyegzekwowanie karmienia. Grzechot siły ma, płuca tez pierwszej jakości, co słychać, jak jest zły albo czegoś chce. Na przykład jedzonka...

wtorek, 16 kwietnia 2013

Pytona spotkała dziś przykra niespodzianka. 

A wczoraj też.

Dzisiejsza może nie była bardzo przykra tylko trochę, ale za to mokra. 

Wstałam rano w celu doprowadzenia do pionu Syna Starszego. Syn młodszy urządził mi pobudkę chwilę przed szóstą a potem był w świetnym humorze - w sumie wyspany i nażarty, to nie ma co się dziwić. W rezultacie o siódmej wzięłam Grzechotka i poszliśmy sobie do Pytona. 

Z ogromną przyjemnością patrzyłam na moich chłopaków. Piotrek delikatnie głaskał Grzesia i po prostu się do niego uśmiechał. Grzechot szczerzył w odpowiedzi bezzębną paszczę i machał do niego łapkami. Braterska miłość kwitnie niczym kwiatki w maju.

Niestety czułości się skończyły, bo nadeszła pora wstawania - szkoła co prawda nie zając i nie ucieknie, ale jednak warto pojawić się punktualnie. 

Pyton był innego zdania.

W końcu się zeźliłam i zapowiedziałam, że jak nie wylezie z łóżka, to będzie miał zimny prysznic.

Nie uwierzył.

I to był błąd.

Szybko się przekonał, ża matka nie rzuca gróźb na wiatr. Zwłaszcza takich....

Ale wstał już błyskawicznie.

 

Wczorajsza niespodzianka była innego typu - okazało się, że posprzątałam za niego klocki lego, które walały się od kilku dni po ławie w salonie. Prosiliśmy o sprzątnięcie - bez skutku. No to sprzątnęłam sama...

Jak zwykle w takich sytuacjach sprzątnęłam dokładnie - razem z tym, co było na ławie zniknęły oba pudła z legusami, które też się pętały po pokoju. 

Cena za odzyskanie ustalona - Piotrek ma pozamiatać PORZĄDNIE całe mieszkanie. Albo odkurzyć, jak woli. Ostatnio mi narzekał, że to strasznie dużo pracy, ale matka w takich sytuacjach jest nieprzejednana - klocki nie przeszkadzają mi tam, gdzie aktualnie są, najwyżej poczekają. Pyton pozamiata.

Obie te sytuacje - pozornie odległe od siebie - są dla niego niezłą lekcją. Niech się uczy, że jak coś powiem, to już powiem!

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Grzechotek ma zajęcie. 

W spadku po starszej o niecały rok ciotecznej siostrze dostał karuzelę nad łóżko. Miał juz jedną, ale natychmiast wymieniliśmy, ta jest cudna. Oprócz standardowych trzech wiszących zwierzaczków ma przesuwające sie plastikowe klocki, które miło grzechoczą (w sam raz dla  Grzechotka) i przecudnego żółwia i biedroneczkę, które też łażą po panelu w miarę, jak się obraca. Co ja będę pisać zresztą, zrobię reklamę, bo im sie należy - karuzela Serenada Natury firmy Tiny Love. 

Do tego rzecz wyposażona jest w pilota z pętelką, który natychmiast został zawieszony na gałce naszego łóżka - można sterować wystawiwszy jedną łapę spod poduszki :).

Grzechotek karuzelę pokochał. potrafi leżeć przez dobre dwadzieścia minut i machać do niej łapkami, pogadując i śmiejąc sie. Wpatruje sie uważnie, a po chwili karuzela działa niczym seans u hipnotyzera - mały zasypia. Oczywiście tylko, jeśli jest zmęczony, ale tak czy inaczej sprzęt zapewnia skołowanej matce chwilę spokoju.

I o to chodzi!

czwartek, 11 kwietnia 2013

Grzesiek ma kolegę.

Pogaduje do niego, uśmiecha się, przygląda uważnie. 

Kolega jest niekłopotliwy, nie dzwoni do drzwi  - czyli nie aktywizuje wrzeszczącego psa, nie zawraca głowy, gdy chcemy spać, nie muszę go przewijać - ideał.

Grzesiek początkowo odnosił się do niego niepewnie, nie bardzo wiedział, co z takim można zrobić, ale już się oswoił. Teraz uśmiecha się za każdym razem, jak go widzi.

Grzesiek Z Lustra. Najlepszy przyjaciel niemowlaka.

środa, 10 kwietnia 2013

 jak to jest że niektóre  ubranka z metką "6m" są już za małe????

Przecież Grzechotek ma dopiero 11 tygodni!

wtorek, 09 kwietnia 2013

Poczucie obowiązku mną dzisiaj szarpnęło. 

Po trzecim czy czwartym śniadaniu Serpens Minor zasnął mi na brzuchu. 

W sumie nie jest źle, mam pod ręką telefon, laptopka, książki... Ale jednak robota czeka, więc się zastanowiłam uczciwie, czy na pewno siedzę tak z potomkiem tylko dlatego, że uważam, iż tenże się obudzi, gdy tylko spróbuję go przełożyć do łóżeczka. A może z wrodzonego lenistwa...

Wyszło, że wewnętrznego lenia w procesie decyzyjnym jest dużo, więc zebrałam się w sobie (ach, jak to pięknie brzmi) i odłożyłam Gada.

Który natychmiast otworzył oczy.

Szlag by to trafił, następnym razem siedzę i już, chrzanić robotę! I tak nic nie zrobię, bo będę  musiała się zająć potomkiem, a przynajmniej cicho będzie...

tak gwoli uzupełnienia wczorajszej notki - w zeszłym tygodniu był w Warszawie mój brat z żoną i 10-miesięczną córą. I prześmiesznie wyglądały razem te dwa maluchy - Marysia i Grzechotek. Ona zawinięta w polarki, a on z gołymi końcówkami i ogólnie wyletniony.

PRzy  czym to nie jest szajba rodziców, ona faktycznie jest zmarzlak - po mamie. U nas chłopaki termoregulacje mają zdecydowanie po tatusiu, mi jest zimno na samą myśl o tych gołych nogach. 

A w nocy zdarza mi się budzić z kacem moralnym, jak pomyślę, zę ja sie oto właśnie zawinęłam w dwa grube koce i wtuliłam w ciepłego męża, a w łóżeczku obok Grzesiek śpi przykryty cieniutkim kocykiem złożonym tylko na dwa razy (bo za duży) i w bodziaku z krótkim rękawem...

Ale jemu tak dobrze, dopiero byłby wrzask, gdybym go przyodziała dokładniej...

poniedziałek, 08 kwietnia 2013

Grzechot zdecydowanie zasługuje na to miano.

Po powrocie ze szpitala strasznie nam wrzeszczał. nie mogliśmy dojść, o co mu chodzi. Pielucha - nie, jeść - nie, odbić - nie, smutno - nie, zimno - nie. Ręce opadały. 

W końcu doszłam, czego dziecię chce. 

Otóż było mu za gorąco. Nie wpadłam na to, bo ubierany był całkiem standardowo - body i pajacyk, jednowarstwowo generalnie. Wbrew różnym zaleceniom sugerującym jedną warstwę więcej niż sobie.

jak to do mnie dotarło i zdjęłam  mu pajacyki - i zabrałam wszelkie nogawki, a bodziaki zamieniłam na takie z krótkim rękawem - ucichło. Dzieć szczęśliwy, a my też.

I tylko znowu będę obrywać po głowie od różnych paniuś, które nie będą mogły zrozumieć, czemu ja idę na spacer w polarze zapiętym pod szyję, a Grzechot ma gołe nogi. Całkiem tak samo, jak było z Pytonem:)

niedziela, 07 kwietnia 2013

zadyma kolejna sie zrobiła  - tym razem wokół pani dyrektor teatru. Damie tej przydarzyło się na Facebooku komentarz na temat nowo wybranego papieża ogłosić. Komentarz zawierał krótkie słowo na ch, przy czym - inaczej, niż w większości podobnie mało kulturalnych wypowiedzi - była to obelga celowa i adresowana personalnie, a nie zwykły przerywnik.

Sprawa ta zbulwersowałą mnie cokolwiek, ale - ponieważ mam jak zwykle pokręcone podejście do życia - z nieco innych powodów, niż resztę plującego sie w mediach społeczeństwa.

Nie przejęłam sie specjalnie obrazą papieża. On jest ponad takie bluzgające paniusie, jak ulał pasuje tu powiedzenie "psy szczekają, karawana idzie dalej".

Dużo bardziej zezłościło mnie, że takiego słownictwa używa publicznie -  bo w sieci to publicznie - osoba zajmująca sie krzewieniem kultury.  Abstrahuję już od jej tłumaczeń, że nie wiedziała, ze to mogą zobaczyć wszyscy, bo nie umie posługiwać sie FB. Może umie, może nie umie, nie bardzo chce mi sie wierzyć, żeby nie miała tak podstawowych wiadomości, ale niech tam. Porażające jest dla mnie, że ona uważa tłumaczenie prywatnością rozmowy za wystarczające. 

Czuję sie w takich momentach starsza niż Matuzalem. Za czasów mojej młodości takich słów używali jedynie menele pod budką z piwem i nastoletnia młodzież męska, której wydawało się, że w ten sposób będzie bardziej dorosła. Widocznie ta moja młodość była baaardzo dawno, bo to się zmieniło  - zdecydowanie na gorsze.

Z nieznanych mi powodów różnej maści artyści uważają takie słownictwo za przejaw artystycznego temperamentu, nonkonformizmu i czego tam jeszcze. Wydaje im sie, ze jak będą rzucać mięsem co drugie słowo, to będą bardziej trendy. Nie widzą, że przede wszystkim w ten sposób ujednolicają sie w stopniu wręcz dramatycznym - a dla prawdziwego artysty to śmierć, skoro trudno go odróżnić od setki innych. Bo niby jak, skoro wszyscy bluzgają po prostu żeby bluzgać?

A jeśli to ma być taka właśnie kultura, jak to, co zaserwowała nam owa pani dyrektor -  no cóż, dziękuję bardzo. Mam niejasne poczucie, że wyższy poziom w tej materii prezentuje byle żuk gnojak. I zdecydowanie nie przewiduję w związku z tym zapoznawania sie z działalnością teatru prowadzonego przez tę panią.

sobota, 06 kwietnia 2013

Obudziłam sie dziś o 6 rano - pora na karmienie Węża. Zjadł, odbił, po czym Skorupiak - wyjątkowo przytomny jak na tę porę dnia - wziął go na ręce i zaczął wędrować po mieszkaniu w celu uśpienia. Nie wiem, któremu sprawiało to większa frajdę.

Skorzystałam z okazji i myknęłam pod prysznic - umyłam głowę i całą resztę, wskoczyłam w ukochany dresik i wróciłam do łóżka. Rzadka okazja, zęby sie przytulić do męża (Grzechot już spał w łóżeczku).

Długo sięnie nacieszyliśmy samotnością we dwójkę, przytuptał Pyton. Wpakował mi sie pod kołdrę, umościł i pyta:

- Mama, a czemu ty masz taką bluzkę zamiast piżamy?

- Bo ja już byłam pod prysznicem.

- Ty sie umyłaś????? - zapytało moje dziecko z niebotycznym zdumieniem w głosie.

- Wyobraź sobie, sobie, że tak, dziecko kochane - zasyczała Mama, a spod poduszki obok rozległ sie podejrzany chichot.  

- Kobiety to potrafią czasem nieźle narozrabiać.... - westchnął filozoficznie Serpens Minor. A spod sąsiedniej poduszki rozległ sie już całkiem donośny ryk śmiechu.

Bezczelni są obaj. I ciekawe, skąd z Pytona taki znawca kobiet?

czwartek, 04 kwietnia 2013

zabolały mnie dziś zęby na widok pewnej dziewczynki. 

Miała:

  • brązowe kozaczki
  • amarantowe spodnie
  • czerwono-bordowy płaszczyk
  • makową czapeczkę

Za to chyba była niewidoma, bo tylko tak mogę wytłumaczyć to, że nie zauważyła, jak koszmarnie gryzą sie te kolory.

 

PS. Chociaż nawet to nie byłoby usprawiedliwieniem. Mam niewidomą koleżankę, która zawsze jest bardzo ładnie ubrana, wszystko dopasowane kolorystycznie i nie tylko.

W poniedziałek świąteczny byliśmy zaproszeni na spotkanie rodzinne. 

Niewielkie, ot Dziadkowie z synami, wnuki i prawnuki. Plus narzeczona jednego z kuzynów, jej rodzice i bratanica. W sumie raptem czterdzieści parę osób. 

Dla Grzechotka była to pierwsza taka impreza (no, właściwie druga, ale pierwszą przespał w całości, więc się nie liczy).

I po raz kolejny stwierdziłam, że moje dzieci nadają się na eksport. Idealne po prostu  w takich sytuacjach ( zwłaszcza w wieku niemowlęcym, później jakby mniej).

Grzegorz najpierw trochę się przespał, a potem pozwolił się podziwiać. Tłum obcych ludzi, nieznane miejsce, hałas - szóstka szalejących szybkobieżnych, co chwila ktoś się do niego szczerzy... A on nic. Przyglądał się uważnie, odpowiadał uśmiechem na uśmiech.

To by wystarczyło, żebym już lekko spuchła z dumy. Ale Grzechotek jeszcze nie pokazał wszystkiego.

Jeden z kuzynów studiuje rehabilitację i niedawno miał zajęcia właśnie z takimi maluchami. Zapytał, czy może Grzechotka wziąć na ręce. Może, czemu nie. Sama byłam ciekawa, jak mały zareaguje.

A mały nic, jak był zadowolony, tak pozostał.  No to komplikujemy sytuację bardziej - matka nie byłaby sobą, gdyby nie sprawdziła, co dziecko potrafi. I zniknęła mu z horyzontu, usuwając również z widoku Skorupiaka. Grzechot został sam na ręku obcego faceta. I co? I nic. Uśmiech na paszczy i wdzięczy sie do okolicznych ciotek. T. posprawdzał mu jeszcze różne odruchy, stwierdzając przy okazji, zę wreszcie może poćwiczyć na zdrowym dziecku.

Piotrek zachowywał się podobnie, co nieźle wróży na przyszłość. Mam nadzieję, zę Serpens Minor będzie podobnie odważny i samodzielny.

 

A jak już wkurzać, to na całego. Mały śpi osiem godzin już systematycznie i nie obudził sie nawet, gdy dziś o drugiej w nocy jakiś debil zadzwonił nam domofonem i zwiał - ach, te niewinne dziecięce zabawy, a psica rozdarła sie jak stare prześcieradło. Fajne dziecko, prawda?

Wyznacznikiem końca świąt jest fakt pożarcia przeze mnie resztek mazurka.

Pyszny był, nowy przepis wyguglany w czeluściach internetu i natychmiast zmodyfikowany. 

Oryginalnie było tak, że na konfiturę śliwkową wylewało się masę z białej czekolady (180 g śmietanki kremówki, 2 tabliczki białej czekolady, rozpuścić i po przestudzeniu ubić mikserem aż zgęstnieje i zwiększy objętość).

Zamiast konfitury wzięłam coś, co u nas nazywa się wygniotki porzeczkowe. Czyli pozostałości po żelaznym punkcie świątecznego menu - kisielku porzeczkowym. porzeczki przecieram przez sitko. Gotuję   największy, jaki mam, gar wody z odrobin cukru, dodaję rozpuszczoną w zimnej wodzie mąkę ziemniaczaną, po czym gaszę gaz, wlewam przecier porzeczkowy i gotowe.  A dwa dni później robię od nowa, bo... wyparował? myszy wypiły? W każdym razie zniknął jak sen jaki złoty.

Wygniotki czasem zjadałam, czasem wyrzucałam, ale teraz mają swoje zastosowanie. Połączenie jest rewelacyjne, mocno kwaśne z bardzo słodkim. Bajka!

 

PS. Chwilowo odwołuję koniec świąt. Znalazłam zachomikowane pół mazurka pomarańczowego :)