O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Okna mamy od wschodu.

Robi sie oraz cieplej - otwarte, nie tylko rozszczelnione okne od dawna jest juz koniecznością.

Słońce wschodzi coraz wcześniej - ptaszyska również. I drą dzioby głośniej niż nasz budzik.

Podsumowując powyższe - pobudka coraz wcześniejsza, bo sie spać nie daje.

Sobota - już pisałam, po dłuższym wylegiwaniu sie  wstałam o 7.15.

Niedziela - Pyton przyszedł z pytaniem o wstawanie o 6.45. Trochę na to sami zapracowaliśmy, bo planowaliśmy poranna wizytę w Łazienkach, jeszcze przed mszą na 11. Nie ma jeszcze upału, wiewiórasy i ptactwo nieprzekarmione i nie chowa sie przed słońcem po krzakach. Fajnie było.

Dziś - jak popatrzyłam na budzik po raz pierwszy, to była 4.55.... Porażka. Przysnęłam jeszcze, ale i tak wstałam o 6.15. 

Ciekawe, co będzie dalej. Chociaż nie, wcale nie jestem ciekawa. Wolałabym jeszcze spać o tej porze, bo po południu Pyton i tak będzie przerażająco aktywny a mnie znowu zetnie....

sobota, 28 kwietnia 2012

Sobota. Pierwszy dzień długiego weekendu majowego.

Tłumacząc z polskiego na nasze, dzień wolny od pracy, przedszkola i innych takich.

MOŻNA POSPAĆ!!!!

W teorii. 

Praktyka wygląda odmiennie, niestety.

Obudziło mnie jakieś szuranie. Potomek jedyny, kochane dziecko, wstał, ubrał sie i coś grzechocze zabawkami w skrzynce. Na całe szczęście już sie nauczył, że w takich momentach sie nam nie zawraca głowy, nie przychodzi poogladać bajki, ogólne - daje pospać. 

Po pobieżnej kontroli akustycznej (innymi słowy - wystawiłam lewe ucho spod poduszki) uznałam, że sytuacja nie stwarza zagrożeń i można spać dalej. Wtuliłam sie w Skorupiaka, któremu coś sie chyba śniło (na szczęście tym razem nie była to wspinaczka na Mnicha - kiedyś po taki śnie był połamany przez cłay dzień i wszystkie mięśnie go bolały), i zasnęłam z powrotem.

Jakiś czas później obudziłam sie znowu. Jasno było, grzechotanie trwało, menażeria hałasowała standardowo. A i Skorupiak otworzył jedno oko. No to uznaliśmy, że chyba późno już okrutnie i warto by wstać.

Ja w takich sytuacjach jestem nieco upośledzona, gdyż bez okularów nie widzę wyświetlacza budzikowego. To znaczy, sam wyświetlacz widzę, jakbym chciała w niego czymś rzucić, to mam szansę trafić. Ale już za chińskiego boga nie przeczytam, co tam świeci. W związku z czym jak sie budzę, a jeszcze nie do końca oprzytomniałam, to nie mam pojęcia, która jest godzina. 

Stąd też wynikła moja dzisiejsza frustracja. Albowiem oceniwszy na podstawie dźwięków, słońca i stany własnego wyspania, że zapewne zbliża sie godzina 9 i warto by wstać, sięgnęłam po protezę oczu.

I stwierdziłam, że jest 7.15. Zgroza.

czwartek, 26 kwietnia 2012

bilans po meczu:

  • naciągnięta kostka prawa (Piotrkowa)
  • naciągnięta kostka lewa (moja)
  • otarcie na łapce (też Piotrkowej)
  • dyskusja na remat ran i siniaków jako ceny za dobrą zabawę

dwie i pół godziny wariowania na dworze po przedszkolu wczoraj. 

Fajny okres się zapowiada, pół roku bez telewizora - bo na zewnątrz dużo ciekawiej. Nie znaczy to, że Piotrek jest zwierzęciem telewizyjnym, ale czasem lubi coś obejrzeć. Natomiast jak ma do wyboru wyjście, to nie ma wątpliwości - pędzi, ledwo zdąży włożyc buty. I dobrze.

środa, 25 kwietnia 2012

Odkąd sie zrobiła pogoda, czas od 16 do 18.30 mam zorganizowany. przynajmniej od poniedziałku do piątku. odbieram Pytona z przedszkola i idziemy na boisko - zawsze sie przyłączy jakiś kolega, a nawet jak nie, to mama wystarczy za bramkarza. W poniedziałek grało ich trzech z ciocią Beatką, potem i ja sie przyłączyłam. Dziś od początku stałam na bramce potem dołączyła do mnie jeszcze mama B., który wyszedł z przedszkola później, a chłopcy strzelali nam gole. 

Wygląda na to, że na najbliższe pół roku mamy z głowy telewizor i filmy z laptopa. Pyton wraca na kolację, ma jeszcze czas na mycie, słanie łóżka i czytanie wieczorne, po czym pada jak scięty i o godzinie 20 jest już po zawodach.

Ta 20 jest wymuszona przeze mnie i na poczatku było trochę buntu, ale już nie protestuje. jasno ustawione zasady sprawdzają sie zawsze, wie, dlaczego - bo inaczej rano sie kłóci, wie, że to jest na stałe, a nie ależne od widzimisię rodziców. Ale również wie, ze mogą się zdarzyć wyjątki, jeśli okoliczności sa nietypowe i nie zależą od niego - np. urodziny czy inne spotkanie rodzinne, na którym zostajemy dłużej. 

Tak czy inaczej odkryłam w sobie nowe powołanie życiowe i musze sie poważnie zastanowić, czy nie zacząć wszystkiego od nowa. Może jako bramkarz będe miała większe szanse na pracę? Zapewne tak, na przykład w knajpie. A nawet, gdybym grała w reprezentacji, to i tak gorzej niż jest w naszej lidze to by nie było :)

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Piotrek po przedszkolu poszedł grać w pilkę z kolegami. Zostawiłam go tam pod opieka mamy jednego z nich i poszłam odprowadzic psa. 

po powrocie włączyłam sie w ganianie za piłką, a właściwie piłkami - były dwie, jedna całkiem malutka, a druga taka typowo dziecięca z jakiś Scoobim czy czyms w tym rodzaju. Do tego trójka dzieciaków, ciotka jednego z chopaków i ja. Druga mama pilnowała wózka z niemowlakiem. (chroniąc go przed piłkami).

W pewnym momencie zastrzygłam uszami, gdyż potomek mój najmilszy ruszył do przodu z piłką w garści i bojowym okrzykiem:

- A teraz w ciocię Beatkę!!!!!

Cioci Beatki w rodzinie nie było do tej pory, ale jak widac jest. Została adoptowana z okazji meczu i tak zostało.

Jakbyśmy cierpieli na niedobór cioć. Ale co tam, fajna ciocia zawsze w cenie!

sobota, 21 kwietnia 2012

Uwielbiam pana Michała Rusinka!

czysto platonicznie i nienachalnie, za to gorąco. 

A wszystko z powodu anegdotki, którą przytoczył w wywiadzie.

Dzwoni do niego pani z banku i mówi:

- Dzień dobry, czy rozmawiam z panem Michałem Rusinek?

- Tak, ale ja się deklinuję.

- A, to przepraszam. Zadzwonię później...

 


piątek, 20 kwietnia 2012

postanowiłam zrobić na kolację leniwe. Chodziły i tupały za mną od paru dni (całkiem jak wódka za tatą*).

Piotrek przyszedł, popatrzył na masę serową pracowicie przeze mnie turlaną po blacie i stwierdził:

- o, mama, będą śledziuchy na kolację!

Ryzykując że sie powtórzę po raz nie wiem który, zapytam: Skąd on wziął to słowo?????

 

* cytat z piosenki śpiewanej przez Olka Grotowskiego pt. Bez aluzji. Za naszym tatą mogą tupać różne rzeczy, ale wódki w tym tłumie nie uświadczysz. Preferuje raczej mleko. I nie mam na myśli mleka pantery według przepisu Marka Szurawskiego.

czwartek, 19 kwietnia 2012

dostałam właśnie maila, zę Pyton został zakwalifikowany do szkoły.

Nie jest to dziwne samo w sobie - szkoła rejonowa, musieli przyjąć.

Ale tak szybko? Już? Przecież całkiem niedawno był taki malutki... Patrząc na niego czuję, jak strasznie pędzi czas.

środa, 18 kwietnia 2012

Staramy się, żęby Piotrek nie oglądał za dużo tv. Wychodzi różnie, kwadratowo lub podłużnie, ale w miarę.

Jedną z zasad dotyczących tematu jest to, żę bez kontroli programowej może oglądać Minimini, z kontrolą - Discovery (ta jest dużo rzeczy bardzo fajnych dla pięciolatka, np. cykl Jak to jest zrobione, ale trafiają sie rzeczy absolutnie niewłaściwe, np. kryminalne). Pozostałe programy - wyłącznie konkretny film, a Boomerang, Jetix, Cartoon Network i temu podobne nie wchodzą w grę pod żadnym pozorem.

No i ostatnio mlody dostał zgodę na Minimini. Poszedł sobie oglądać, a tu nagle... Płacz, i to taki solidnie przerażony. Rzuciliśmy to, co akurat trzymaliśmy w rękach (całe szczęście, że nie była to waza Ming odziedziczona po pradziadku - nie, żebyśmy taką mieli. Ale warto pomarzyć.) i pognaliśy do sypialni. A tam Pyton trzęsący się jak świńskie ngi w galarecie, schowany pod poduszką - wystaje tylko ręka z pilotem od telewizora. (Pilot szwankuje, więc wyłączenie bywa skomplikowane). 
Okazało się, że pan szanowny cichcem przeskoczył na Jetixa, po czym sie zaczął bać. Bo tam jakieś kreskówkowe mordolejstwa odchodziły, ktoś był zły, zamieniał dobrych w złych - nie do końca zrozumiałam te opowieści spod poduszki. W każdym razie przełączyliśmy szybko na bezpieczne (i normalnie nielubiane bo za słodkie i różowe) Truskawkowe Ciastko, przytuliliśmy sie z obu stron i jakoś sie uspokoiło. 

Najlepsze jest to, żę wcale nie musieliśmy go ochrzaniać za niedozwolone manewry. Sam stwierdził, żę teraz już wie, czemu mu nie pozwalamy i nie będzie skakał po kanałach, bo nie ma ochoty znowu trafić na takie coś.

Jednak nie ma to jak sie samemu poparzyć, działa znacznie skuteczniej niż miesiąc rodzicielskiego ględzenia :)

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

w sklepie dziś obaczyłam całą masę sprzętu wędkarskiego. I tak mi sie przypomniała stara, dobra rosyjska definicja wędkarza:

na adnom kańce czerwiak - na wtarom durak!

Coś w tym jest...

niedziela, 15 kwietnia 2012

Zaplanowaliśmy sobie na sobotę randkę. Należy nam sie od czasu do czasu, od dawna nigdzie nie byliśmy razem tylko we dwójkę, a akurat miał być koncert duetu, na który sie czaję już chyba z półtora roku. I stale mi coś włazi w paradę.

W porze obiadowej w sobotę mieliśmy jeszcze warsztaty, więc stanęło na tym, że Pyton ląduje u dziadków około 12 i zostaje tam do niedzieli. My po warsztatach mamy chwilę na ogarnięcie sie i wieczorkiem na koncert. Miło, kameralnie, bez samochodu, (znakomity dojazd metrem), czyli można sie napić jakiegoś winka - bajka. Do tego pogoda nienajgorsza - idealne warunki, żeby mnie Skorupiak troszkę popodrywał.

Wracając z warsztatów zaczęliśmy sie zastanawiać, czy koncert jest o 19 czy 20, a może pomiędzy w związku z czym po powrocie do domu siadłam do laptopa, żeby sprawdzić ten ważki szczegół. I oczywiście dokładną lokalizację, bo, jak to ja, pamiętałam ją tak z grubsza. 

Pierwszą rzeczą, która mi sie rzuciła w oczy, to data. 13.04. Czyli koncert był w piątek... Cholera jasna, tak głupio przegapić, to już tylko ja potrafię!!!!! 

Krew mnie zalała na miejscu, cieszyłam sie jak głupia na to wyjście, zarówno ze względu na sam koncert, jak i randkę z mężem. A tu skrzydełka zwiędły mi równo i dokładnie, na tyle, że odechciało mi sie iść gdzieś dalej, tylko postanowiliśmy sobie wypić po lampce grzańca w domu. Potuptaliśmy więc po tego grzańca do sklepu - przynajmniej spacerek nam sie udał. Przy wyjściu dopadł mnie telefon:

- Mam, mogłabyś przyjechać poprzytulać mnie na dobranoc?....

- Piotruś, kochanie, a może by cię poprzytulała Mi, albo Duży?

- Mamo, ale Mi i Duży to nie to samo, co ty albo tata.... a taty już tak długo dziś nie widziałem, jeszcze dłużej niż ciebie... Przyjedźcie, proszę...

No dobra, można pojechać, skoro koncert i tak poszedł sie paść. 

Obejrzałam starannie norkę (ostatnio stale konstruuje norki z poduszek, coraz bardziej urozmaicone - z ogródkami, sadzawkami, schowkami i tp.), poczytałam doktora Dolittle, poprzytulałam, wycałowałam - i mogliśmy wrócić do domu.

Romantyczny wieczór z mężem był planowany nieco inaczej....

W czwartek poszłam sobie do dominikanów na wykład - o magach, guru, uzdrowicielach,  boskich energiach i innych takich.

Ciekawe było, trochę rzeczy nowych, trochę znanych, ale jedno spowodowało najpierw gwałtowne zachłyśnięcie obecnych, a potem zbiorowy wybuch śmiechu:

Punktem wjścia była różnica między magią a religią. Magia dziala siłą rytuału, jak się nauczę zaklęcia, tańca, gestów czy czego tam jeszcze, to zadziała - zawsze i każdemu, po prostu zestaw formułek załatwia sprawę. W religii istotą sprawy jest prośba zanoszona do boga/bogów, którzy decydują, czy i ewentualnie jak chcą jej wysłuchać, nie ma żadnych automatów.

I po tym rozróżnieniu o. Radosław przeczytał nam kwiatek, który znalazł na stronie Odnowy w Duchu Świętym (nie wiem, na której, bo ich jest dużo, każda lokalna sobie zakłada):

otóż pod tekstem modlitwy widniało zdanie "gwarantujemy stuprocentową skuteczność modlitwy". Czyli szamaństwo w pełnej krasie.

Intuicja mnie nie myliła, jak od zawsze patrzyłam z lekka podejrzliwie na Odnowę i parę podobnych ruchów też. Nie mam nic przeciwko głębokiej wierze, ale do wszystkiego trzeba używać rozumu, choćby po to, żeby nie ośmieszać wiary.

 

wtorek, 10 kwietnia 2012

ufff....

młody dał dzisiaj popalić. 

Wszystko było pieknie, po przedszkolu poszliśmy do ogródka robić porządki, w których dzielnie pomagał. Potem jeszcze pobawił sie na placyku, i wróciliśmy na kolację.

Po kolacji zaczęły sie schody.

Najpierw dyskusja, dlaczego on ma sie już iść myć, skoro jest jasno na dworze. Pogadaliśmy chwilę o białych nocach, równonocy wiosennej, zmianie czasu i innych takich. Zjadł, po czym  wynegocjował jeszcze kwadrans zabawy. 

Gorzej sie zaczęło robić, jak kwadrans upłynął. Zaczęły sie wrzaski, zę mu dokuczamy, jesteśmy niedobrzy,  nie dajemy mu nic powiedzieć i jeszcze parę zarzutów, widocznie mniej poważnych, bo nie zapamiętałam. Albo zaginęły wśród decybeli, gdyż albowiem płuca i głos nasz syn ma zdecydowanie w dobrym gatunku. Pierwszorzędne można rzec.

Generalnie następne półtorej godziny to był wrzask. Nie będzie słał łóżka, nie nakarmi zwierząt (to jest jego stały obowiązek), nie umyje zębów, nie umyje sie, nie przebierze w piżamkę, po prostu nie. Jemu sie to po prostu nie podoba. Przy okazji zaczął mnie wyzywać, tak że już z trudem nad sobą panowałam (dzielna jestem, nie przylałam, prosze pochwalić moją cierpliwość i opanowanie!), wierzgał tak, że zahaczył o skorupią szczękę (dobrze ze Skorupiak najmilszy nic w tym momencie nie mówił, bo mógłby stracić kawałek języka). 

W końcu zasnął na posłanym łóżku, za to całkowicie ubrany i leżąc z nogami na poduszce.

I tu aczęłsm mieć problem - co dalej? Zostawić gada śpiącego? To byloby n pewno najłatwiejsze rozwiązanie.

Obudzić i kazać przebrać sie w piżamę oraz umyć zęby? z góry skazane na kolejną awanturę, za to bardziej higieniczne zarówno pod względem bakteryjnym jak i wychowawczym. 

Po namyśle uznaliśmy, że jednak budzimy. Za dużo było już emocji i nerwów, żeby to marnować teraz puszczając w niepamięć, jutro może (co wcale nie jest pewne) uda nam sie postawić go na nogi na tyle wcześnie, żeby jeszcze zdążył sie umyć, ale na pewno nie będzie już czasu na rozmowy wychowawcze. Po przedszkolu to już będzie prehistoria. Czyli trzeba dziś. Obudziłam faceta, co zgodnie z przewidywaniami spotkało sie z dzikim wrzaskiem i zarzutami, ze mu dokuczam (wlaśnie każąc sie przebierać w piżamkę). I tak było przez następne dwadzieścia minut. Piotrek sie darł, ja spokojnie powtarzałam "proszę sie przebrać w piżamę", robiłam głębokie wdechy, starałam sie nie dać wytrącić z równowagi. Wdech, wydech, wdech, wydech, polecenie, wdech, wydech. Niedotlenienie mi na pewno nie groziło.

Przebrał sie w końcu. Wrzeszcząc dalej poszedł odnieść do łązienki brudne rzeczy, ale naychmiast wrócił. 

O nie, nie ma tak dobrze, żeby musi umyć. 

A ten mi smyk! spod ręki i zwiał do salonu. W ciuciubabkę bawić sie mogę, ale nie w takich warunkach. Wzięłam pod pachę i zaniosłam (oczywiście przy wtórze wrzasku) do łazienki. I tam jakoś zaczął więdnąć, po chwili już cicho poprosil o nałożenie pasty na szczotke. umył ząbki, pognał do łóżka zakopał sie pod kołdrę. 

Usiadłam obok wrzeszczyka, pogłaskałam- widać bylo, żę już para z niego zeszła, można było zacząć rozmawiać. 

Dotarło co miało - że nie ma i nie będzie mojej zgody na wyzwiska. Że obowiązki domowe mają wszyscy, on też, i jak je zawali - tak jak dziś - to ktoś cierpi, dziś kot chodzi głodny i miauczy (a w takich sytuacjach to hałasu robi co najmniej tyle, ile Piotrek). Że bardzo go kochamy - i dlatego nie pozwolimy mu na takie zachowania. Bo robi krzywdę i inny i sobie. 

I wreszcie, zę z takich sytuacji można wyjść. Wystarczy przeprosić - szczerze a nie na odwal sie.  I my go nie odepchniemy.

Po tym wszystkim przytulił sie mocno, jeszcze tylko porosił czy mogłabym nakarmić kota, bo jemu jest strasznie zimno - sapnął i zasnął...

A ja jestem zmęczona jak pies i zaraz idę zrobić to samo.

nazbierało sie ostatnio. nie chciało mi sie pisać, miałam co robić i bez tego - nie, żebym sie przepracowała z okazji Świąt, bez przesady. Uznaliśmy gremialnie, żę Święta nie są po to, żeby sie najpierw zarżnąć przy sprzątaniu, a potem pęc z przejedzenia więc nie przesadzaliśmy z jednym i drugim. 

Wczoraj kuzyn (jeden z około miliona) urzadzil imprezę pod hasłem "dogryzanie mazurków" - poważnie, z konkursem, pucharem dla zwycięzcy i tak dalej. Fajnie było, po podłodze pełzała czwórka maluchów plus pięcioletni Piotrek, gadaliśmy sobie o wszystkim i o niczym. 

Jak już wszyscy podjedli mazurków (a było w czym wybierać), to odbyło sie głosowanie - które wygrałam :). Przyniosłam mazurek pomarańczowy, kwaskowaty z mamolada robioną w domu, a nie słoikową. Po świątecznym przesłodzeniu nie dziwi mnie specjalnie, żę wzbudził entuzjazm, bo faktycznie jest rewelacyjny - i nie jest to moja zasługa. Po prostu pomysł czegoś kwaśnego w zalewie słodyczy sie sprawdza zawsze. A na tle pozostałych - różnych wariantów kajmakowych i czekoladowych - bił odmiennością po oczach (albo raczej po podniebieniu).

W ten sposób zostałam posiadaczką pięknego pucharu. Stoi sobie teraz na półce. Może będzie to puchar przechodni? Tylko chyba nie wypada mi za rok znowu wystąpić z pomarańczowym?...

niedziela, 08 kwietnia 2012

kolejny kawał znalazłam:

- jestem na diecie - cud.

- tak? a na czym polega?

- jem i czekam na cud.

 

jest to chyba najczęściej stosowana dieta na świecie...

środa, 04 kwietnia 2012

Dzisiaj rano, jak odprowadzałam Pytona do przedszkola, moja uwagę zwróciło jego zachowanie. 

Coś było inaczej niz zwykle.

Jak wbiegł do sali, to od razu popędzil do kolegów, a moja prośba o codziennego całusa spotkała sie z  - czy ja wiem? ociąganiem? 

Wieczorem wrócilam do tego i zapytałam Pytonka, o co chodzilo. I okazało sie, że on juz sie trochę wstydzi, jak go całuje przy kolegach, bo mogą sie śmiać... Co prawda na razie nikt sie z niego nie śmiał, ale już samo to, ze mu coś takiego przyszło do głowy jest znakiem, że problem jest powazny. 

Ustaliliśmy, ze nie będę go całować, ani prosić o całusa w sali zabaw. Jeżeli w szatni nikogo nie będzie, to tam, a poza tym - całuski moga być w ilości nieograniczonej w domu.

Niby wiedzialam ze taki etap nadejdzie. 
Tylko nie sądziłam, ze tak szybko... 

niedziela, 01 kwietnia 2012

Wczoraj spędziłam w pociągu równe 3 godziny. Nie żebym narzekała, rozkładowo tyle było, bez żadnych spóźnieni (no dobra, 5 minut), po prostu stwierdzam fakt.

Trochę porozwiązywałam sobie łamigłówek, trochę przysypiałam, trochę gapilam sie przez okno.

Za tym oknem było całkiem ciekawie.

Z dzieciństwa mi zostało do dziś - cieszę sie jak pięciolatek na widok wszelkiej żywizny dziko  żyjącej, zające, lisy, sarny i inne takie. Może dlatego, zę dla dziecka to bylo urozmaicenie nudnej podróży, więc było stosownie eksponowane, a potem zostało.

W każdym razie zajęłam sie obserwowaniem tego, co łaziło po łąkach i polach. efekty obserwacji są następujące:

1 bocian

około 10 bażantów

1 czapla (chyba, jeszcze mógł być żuaw, ale raczej obstawiam czaplę)

44 sarny.

Te ostatnie łaziły sobie w stadkach - największe liczyło 1o sztuk, chrupały trawkę i niczym sie nie przejmowały.

Jak powiedziałam o tym Skorupiakowi, to stwierdził:

- pomyśl, ile sarniny by z tego było....

Gdybym choć przez sekundę podejrzewała, że  mowi serio, to by dostał po łbie. Ale na szczęście nie mówił.

I dobrze.