O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

czwartek, 28 kwietnia 2011

Młody siedz przy swoim stoliku, coś tam dłubie i nagle pyta:

- Mama, a ile to jest dwa tysiące cztery?

- zapewne dwa tysiące cztery - odpowiedziała cokolwiek zaskoczona mama.

- Ale ile to jest?

- Dwa tysiące cztery, kochanie, nie chce być inaczej.

- Mama, ale ja pytam poważnie!!!!

Tyle rozpaczy było w jego głosie, ze wymiękłam. No bo jak inaczej odpowiedzieć na takie pytanie?

wtorek, 26 kwietnia 2011
  
Dziś rano mój delikatny, milutki kotek postanowil wyjaśnić kwestie hierarchii z kotem sąsiadów.
 
Nagle usłyszałam łomot, wrzask i na to nałożyło mi sie jeszcze jazgotliwe szczekanie psa. Agrafka jest dominantką, histeryczką i skarżypytą, wiec uznała za koniecznie zawiadomienie mnie, że koty sie leją.   Wlaściwie, to nawet nie lały, Czort stał napuszony nad przeciwnikiem który leżał z wystawionymi wszystkimi pazurami, i parskał. Czort krok do przodu, tamten sie przeturlał o kawałek do tyłu - a rzecz sie odbywała na spadzistym  i falistym dachu wentylatorni garażu podziemnego, wiec temu drugiemu było niewygodnie. W końcu uciekł, a Czort z miną zwycięzcy usiadł i zaczął wylizywać futerko.
 
 
Piotrek przypatrywał się temu z zainteresowaniem, potem pogadaliśmy sobie o tym, jak różne zwierzaki ustalają te kwestie. I że przeważnie odbywa sie to bez
krwi, raczej jest to wojna nerwów.
 
Konrad Lorentz opisywał gdzieś, jak jego pies nienawidził sie z psem sąsiada zza płotu. Ganiały wzdłuż ogrodzenia, warcząc na siebie tak okropnie, ze widać było mord w oczach, jak sie dopadną, to zagryzą. I kiedyś psy tak biegają po stałej trasie, a tu... niespodzianka. Dziura w płocie, zdjęte przęsło, czy coś w tym rodzaju, w każdym razie mogą sie swobodnie spotkać i załatwić sprawę jak mmężczyzna z mężczyzną ;). I co? I nic, poszły sie wydzierać na siebie tam, gdzie płot był i mogły to robić bezpiecznie i bez ujmy na honorze.
 
W ogóle opowiadania Lorentza o zwyczajach zwierząt są znakomite. 

Zaczyna sie.

W sklepach, księgarniach, wszędzie...

Namolne wyciąganie łapek do kieszeni klientów, namawianie ich na wydawanie pieniędzy na prezenty komunijne. Przeważnie nie mające zresztą wiele wspólnego  z duchowym aspektem Sakramentu. Laptopy, mp-nie-wiadomo-ile, quady, plazmy, operacje plastyczne, wypasione wakacje za granicą, nie wiadomo co jeszcze....

Wracam myślą do czasów, kiedy ja miałam te 7-8 lat  - wtedy zegarek był szczytem szpanu. Teraz wyskoczenie z czymś takim byłoby szczytem obciachu i powodem do wyśmiania przez kolegów. Bo niestety dochodzi tu jeszcze aspekt rywalizacyjny miedzy dziećmi w szkole. To, że ktoś może mieć inne podejście do Sakramentu i przygotować swoje potomstwo kładąc nacisk bardziej na wymiar duchowy, to jedno, a to, że w szkole to potomstwo zostanie potem zniszczone, bo zamiast prezentu za 5000 rodzice zabrali takiego łepka na spływ kajakowy Hańczą za 300, to drugie. I to, że podczas spływu przegadali sobie wiele spaw dotyczących wiary, bycia chrześcijaninem, dobrym człowiekiem i innych takich, to nie ma nic do rzeczy. Bo kolega dostał własny zestaw kina domowego i "skosił" od bliskich kilka tysięcy złotych.

Mam dziwne poczucie, że to zjawisko nasila mocno obecność religii w szkole - i, siłą rzeczy, grupy pierwszokomunijne tożsame z klasami szkolnymi. Dawniej, jak katecheta był, delikatnie mówiąc, pozbawiony predyspozycji pedagogicznych, to można było po prostu przenieść sie do innej grupy czy parafii - sama robilam to chyba trzy razy. Teraz nie ma takiej mozliwości, jedną szkołę obsługuje jeden katecheta, w ciągu semestru, a chyba nawet roku szkolnego nie ma możliwości zmiany decyzji na linii religia/etyka. Zresztą, w ilu szkołach ta etyka w ogóle jest... A tak, jak sie trafia na osobę, ktrą należałoby trzymać z daleka od nauczania dzieci i młodzieży, to nie ma mozliwości zrobienia czegokolwiek. W efekcie dzieciaki zaciskają zęby, chodzą na religię do odbębnienia bierzmowania zwanego sakramentem pożegnania z Kościołem i pa pa.

Chyba mi sie odbiegło od tematu, ale trudno. Na razie problem I Komunii jest jeszcze dość odległy, aczkolwiek jak zajrzałam na bloga poświęconego temu tematowi, to mi sie zrobilo słabo - toż to całe wesele, zaproszenia, fryzury, makijaże, przyjecia, liczenie, ile trzeba wydać i czy sie zwróci.... Zgroza.

na razie będę sie cieszyć, że jeszcze nie musze zastanawiać sie, jak mam wytłumaczyć Piotrkowi, ze w całym tym cyrku na wrotkach nie chodzi o quada, plazmę, czy kasę, ale o coś dużo ważniejszego....

niedziela, 24 kwietnia 2011

zastanawiałam sie już kilkukrotnie, co powoduje, zę ludzie decydują sie nadawać swoim dzieciom jakieś cudaczne, udziwnione imiona.

Różnych niepolskich, albo kiepsko spolszczonych dziwolągów w rodzaju Brajana, Dżesiki, Etienette, Ajlony i innych takich jest coraz więcej. Masa imion obcych - głównie anglosaskich, co jeszcze byłoby jakoś do przyjęcia w niektórych sytuacjach, ale do tego często spolszczonych  - Kewin, często inspirowane aktualnymi tasiemcami telewizyjnymi, jak popularna w latach osiemdziesiątych Isaura. Na forum znalazłam jeszcze Brigera, Roderyka, Arysteę, Dagnę, Druzjannę. Sama spotkałam Saskię, Jowitę, Sally.

Jeszcze pół biedy, jesli dziecko jest z ma któreś z rodziców innej narodowości i imię może dziwne u nas w kraju drugiego rodzica jest używane. Ale to stosunkowo rzadkie przypadki...

Drugą kwestią pozostaje połączenia imienia z nazwiskiem. Pracując kiedyś w call center miałam do czynienia z danymi osobowymi i tam często widziałam zestawy od których zęby bolały.  Imię w zamierzeniu wytworne, eleganckie - i nazwisko typu Cebula. O ile np. Virginia Czartoryska jeszcze jakoś by dla mnie była do przeżycia, to już Virginia Kapusta - nie.

Jak szukaliśmy imienia dla Pietruszki, to braliśmy pod uwage nie tylko to, czy podoba nam sie samo imię, ale jak brzmi razem z nazwiskiem, czy na przykład całość nie bedzie za długa, albo zbyt ciężka w wymowie.

Jest parę imion, ktróe bardzo mi sie podobają, ale właśnie nie dam ich moim dzieciom. Thor, Ashley, Kathleen, Amanda... Właśnie dlatego, ze nie chcę ich wystawiać na posmiewisko. Dzieci potrafią byc okrutne, odmieńcy są tępieni. Dorośli czasem nie biorą pod uwagę, ile cierpienia przysparzają swojemu dziecku zaspokajając własną prózność....

 

wczoraj wieczorem wyszliśmy ze Skorupiakiem na ostatni spacer z psem i przy okazji wzięliśmy worki ze śmieciami.

Tak sobie rozmawiamy o  wszystkim i o niczym.

- Wiesz, ile razy idę na wieczory spacer z Agrą, to zawsze rozglądam sie za jeżami. Widziałam je tu może ze cztery razy, ale zawsze patrzę, odruch mam taki.

- Sympatyczne zwierzaki, najczęściej na tamtym trawniku za górką widywałem.

- Aha, i jeszcze to w tych krzakach.

- I jeszcze plomykówek tak wypatruję, mimo, że widziałam tylko dwa razy.

Jeszcze trochę nam tak o tych jeżach zeszło, wyrzuciliśmy śmieci, wracamy do domu. W pewnym momencie pies pociągnął w stronę ogrodzonego trawnika sąsiadów. Wyraźnie coś go tam zaintrygowało. Patrzę... a tam tupie sobie jeż! Spokojnie, zatrzymuje sie co chwilę, zapewne wykopuje jakieś robaczki, kopie. Dobrze widoczny, bo wo okolicy była latarnia, trawnik, wiec żadne krzaki nie zasłaniały...

Popatrzyliśmy sobie chwilkę i poszliśmy do domu - w znacznie lepszych humorach.

wtorek, 19 kwietnia 2011

Przemknął obok mnie. Skulony, zwinięty niemalże w kłębek.  Nic dziwnego, na oko ma dobrze ponad 1,80.

Kolorystyka bijąca po oczach - strój w tradycyjnych odcieniach biurowych - grafit, czarny - mało rzucający sie w oczy.

Pojazd - wręcz przeciwnie, jadowicie różowy przemieszany z fioletem.

Rozpędzony, machający zawzięcie lewą nogą.

Tata na hulajnodze - odprowadzil córkę do szoły i teraz korzysta z okazji, żeby przez chwilę znowu mieć dziesięć lat...

Młody chodzi po domu i śpiewa.

ostatnio na tapecie jest kilka piosenek:

"W murowanej piwnicy tańcowały rekiny (?)

Kazały se piknie grać i za nóżki spozirać".

 

Albo:

"Lance do boju, szable w dłoń, bolszewika goń, goń, goń!"

Ciekawe, co będzie dalej...

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

po ponad rocznych przymiarkach udało nam się wreszcie spotkać z mamą_pietruszki.

Dwie Pietruszki popatrzyły na siebie - w pierwszej chwili kojarzyli mi sie z psami obwąchującymi sie trochę nieufnie, ale potem ganiali po placu zabaw.

A my mogłysmy sobie wreszcie poplotkować. I fajnie było.

jednak to racja, że najtrudniej spotkać się z kimś, kto mieszka dosyć blisko....

Wróciliśmy z placu zabaw. Młody cokolwiek zmachany, siedzi przy stole i je kolację. Widać, ze powinien dość szybko zasnąć, oczka ma całkiem maciupcie. Rozmawiamy sobie przy jedzeniu:

- Piotrek, ty chyba jesteś bardzo zmęczony, skończysz kanapkę, do wanny i do łózka. Czytanie i szybko odpłyniesz.

- A co to znaczy "odpłyniesz"?

- To znaczy, ze zaśniesz.

- Aha. Odpłynę w krainę snu, gdzie ukołyszą mnie wróżki.

Zakrztusiliśmy sie oboje.

sobota, 16 kwietnia 2011

Młody zaczął marudzić o truskawki.

Wyjęłam z zamrażarki ostatnią porcję zamrożonych.

Po obiedzie - jak juz sie rozmroziły - poprosilam Skorupaka, żeby wyjął miseczki, trzy jeżleli on też je, a dwie, jeśli nie ma ochoty na truskawki. Małż zrezygnował ze swojego przydziału. Piotrek popatrzył i pyta:

- A czemu dwie miseczki?

- Bo ja też zamierzam zjeść. - odparłam krótko, pożądliwie wpatrując sie w truskawki.

- A czemu nie jedna? - zapytał ten mały bezczelniak.

Koniec końców i tak stanęło na jednej. Jaśnie pan popatrzył na te truskawki i stwierdził:

- one są takie miękkie, ja chcę twarde!.

Po pierwsze, na ja chcę to u nas pmożna dostąć tylko klapsa (stare powiedzenie jeszcze z czasów mojego dzieciństwa, nie pamiętam, żeby ktokolwiek tego klapsa dostał ale działało). Po drugie to , co obecnie jest sprzedawane jako truskawki tylko tak wygląda, bo ani nie pachnie, ani nie smakuje. Tylko wygląda, a kosztuje jak za zboże po powodzi.

Tak czy inaczej, jak nie chciał, to nie. Namawiać nie będę, więcej dla mnie.

środa, 13 kwietnia 2011

Takie zwykłe. W pąkach jeszcze, żółte jak cytryna.

Bez okazji, bez powodu, bez ceremonii. Tak po prostu.

Dziękuję Skorupiaczku.

Siedzimy przy kolacji. Piotrek zatroszczył sie o  matkę:

- Mama, a czy ty nie chorujesz przypadkiem na mrównicę?

- Na co????? - zbaraniałam nieco, gdyż nigdy o takiej chorobie nie słyszałam.

- Na mrównicę. To taka choroba. - wyjaśniło moje dziecko.

Tyle to sie sama domyśliłam z kontekstu.

- Bo wiesz, jak masz mrówkę na talerzu i ją zjesz, to wtedy możesz zachorować na mrównicę. Brrrrr. - Wstrząsnął sie potomek, wykrzywiając przy tym przeokrutnie.

Podejrzliwie obejrzałam własny talerz, ale nic mi po nim nie łaziło. Na szczęście.

- Kochanie a ta mrównica to groźna choroba?

- Bardzo groźna, można od niej umrzeć, więc musisz uważać.

Faktycznie muszę, zważywszy regularne mrówcze wizytacje w sezonie letnim.

Oboje ze Skorupiakiem jesteśmy okularnikami. Od zawsze, głupio bym sie czuła bez nich.

Ale okulary jak każdy sprzęt, też sie starzeją. Albo przytrafiają im sie różne przykre wypadki. Tak jak mężowskim. Własciwie nie wiadomo czemu, ale pękła oprawka i wypadło szkło. Może i dałoby sie zlutować, ale i nieestetycznie i szkła też już proszą o wymianę... O moich w ogóle szkoda gadać, są tak stare, że wstyd powiedzieć.

W związku z powyższym postanowiliśmy zrobić nowe. Konieczność życiowa nas przycisnęła.

Potuptaliśy wczoraj do niewielkiego zakładu, w którym robiłam okulary od zawsze, robią je moi rodzice  i zawsze dobrze jest.

Zapytałam o szkła - pani uprzejmie podała cenę. 220 za parę. Do przeżycia, zważywszyże mam fanaberie i chce mieć fotochromy. Oprawkę też sobie znalazłam całkiem sympatyczną. Małż również pogrzebał na półkach w sumie za dwie pary wyszło niecałe 800.

Ale potęga reklamy wielka jest, małżonkowi w oko wpadło, że sieciówka Vision Express oferuje dwie pary okularów dodatkowo gratis - jedną kupujesz, druga dla ciebie a trzzecia na prezent. Szmery-bajery. I koniecznie chciał sprawdzić, jak to cenowo wygląda, bo może warto jednak tam.

Nie pomogło tłumaczenie, że sieciówki, żeby móc robić takie promocje, to ceny wyjściowe mają zupełnie zwariowane. Uparł się, więc pojechałam sprawdzić.

Jeszcze po drodze zajrzałam do Lynx Optique. Tam miły pan powiedział mi, ze za takie skła zapłacę 420. Plus oprawka, oczywiście, bo na co mi same szkła. 420 to ja u pana Tadeusza zapłacę za całość.

W VE było jeszcze weselej. Pani najpierw popatrzyła na moją receptę i stwierdziła, ze nie ma takich szkieł. Zbaraniałam cokolwiek, bo nie noszę jakichś dziwolągów typu -31, a poza tym co w takim razie proponował mi pan Tadeusz i  Optyczny Ryś?????

Przycisnęłam panią mocniej, więc na odczepnego wyciągnęła następny segregator z cenami Hoyi dla odmiany i kategorycznie stwierdziła, ze owszem, może mieć, ale za jakieś półtora tysiąca za parę. Plus oprawka. Na moje uprzejmie wyrażone zdziwienie pogrzebała w szufladzie dalej - za te same szkła, co u pana Tadeusza chciała 700 zł. Plus oprawka....

Przekazałam małżonkowi szanownemu wyniki śledztwa. I juz nie musiałam sie kłócić, że nie warto sie nabierać na te promocje. Bo my nie zapłacimy za dwie pary okularów AŻ 800 zł. My zapłacimy TYLKO 800.

 

Wniosek i dobra choć nie proszona rada dla wszystkich okularników - małe, rodzinne zakłady sa tańsze i lepsze. Omijać sieciówki!!!!!

PS. Do tego wszystkiego pan Tadeusz zrobił mężowskie okulary w ciągu czterech godzin licząc  po normalnej taryfie bez dodatku za ekstra tempo.

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Wieczorny spacer z psem. Jakby nie było, należy sie, jak psu micha.

Jest tylko jeden drobny problemik - leje jak z cebra.

Agra wystawiła nos za drzwi. Popatrzyła na mnie z oburzeniem. Zawinęła sie z powrotem i czmychnęła na schody.

Nie będe sie z nią kłócić.

W końcu musiałabym moknąć razem z nią, a wcale nie mam na to ochoty.

Jak wiadomo, mówić nieprawdę jest brzydko.

Piotrek ma swój własny, niezwykle bogaty świat fantazji. Stado zwierzątek, helikopter, który jest jakichś monstrualnych rozmiarów, mieści sie w nim wszystko, co aktualnie jest potrzebne, osiemnastu braci, tyleż sióstr i dodatkowy komplet rodziców.

Opowiada o tym helikopterze, rysuje schematy części, szkoli mnie na mechanika, zebym umiała pomóc, jak sie coś zepsuje. Helikopter na codzień stacjonuje w Australii, jak jest potrzebny, to od razu tu przylauje (proszę docenić zasięg i prędkość!).

I któregoś dnia Piotrek przyszedł do mnie załamany. Wlazł na kolana, przytulił sie i mówi:

- Mama, ja powiedziałem nieprawdę.

- A co takiego powiedzialeś, synku?

- O helikopterze. Bo jego na prawdę nie ma, on jest tylko na niby. I zwierzątka też są na niby.

Był naprawdę zmartwiony, bardzo się stara, żeby mówić prawdę, a tu taka wtopa....  Wytłumaczyłam mu, że kłamstwo to jest wtedy, kiedy ktoś świadomie mówi coś, nieprawdziwego po to, zęby kogoś wprowadzić w błąd. I wtedy to jest złe. Ale jeśli sie pomyli powie nieprawdę będąc przekonanym, zę jest tak, jak mówi, to jest wszystko w porządku, nie będę sie na niego gniewała. Bo istotna tu jest po pierwsze intencja, a po drugie, to że sie przyznał. Przeciez nie może wiedzieć wszystkiego, wiec pomyłki będą się zdarzały. A o zwierzątkach i helikopterze, to ja wiem, ze one sa na niby. I bardzo sie cieszę, ze ma takich wyobrażonych przyjaciół, to jest bardzo fajne i cenne.

I dużo łatwiej spakować takie zabawki na drogę.

Czasem z pozycji osoby dorosłej problemy takiego kajtka mogą się wydawać śmieszne. A one są poważne -  i wymagają poważnego potraktowania.

 

Ostatnio jakoś nieśiało, ale jednak coraz częściej pojawiają sie informacje o kolejnym spisie powszechnym. Po poprzednim długo dochodzilam do siebie, bo pani najpierw sie spóźniła, potem nie przeprosiła, a potem zadała milion głupich pytań, wiec perspektywa powtórki nie wprawiała mne w euforię

jednak  - zapewne w ramach korzyci ubocznych z grzebania po necie w celach całkiem nie niezbędnych wykopałam informację, że można sie spisać samodzielnie, przez net. Zawachlowałam uszami, bo to jednak od razu przyjemniej, robię to o dowolnej porze i nie musze sie zwierzać obcej osobie.

Dopadłam stosowny adres, spisałam sie - przy okazji dowiadując sie, ze w wersji elektro pytań jest znacznie mniej - i mam z głowy.

Jak mi dobrze.....

Jeszcze tylko PITy elektronicznie załatwić i już będzie wszystko pięknie, tylko do tego potrzebuję męża przycisnąć, żeby też sie złożył. Bo jak zwykle zosatawi na ostatnią sekundę i będzie płacz i zgrzytanie zębów.

niedziela, 10 kwietnia 2011

Taram tam tam!!!

Mam kolejnego siostrzeńca!! Kuzynka urodzila drugiego synka, dwie i pół godziny temu. Piotrek od razu zapytał, czy bedzie mógł go zobaczyć. Na pewno nie będzie, bo zakatarzony cokolwiek, ale katar nie wieczność, a Jędrek też podrośnie i będzie bardziej odporny.

Tak sobie liczę to najmłodsze pokolenie w rodzinie i jakoś sporo tego już jest...

Patryk, Maks, Piotrek, Jacek, Jędrek,  i jeszcze jeden facecik będzie za jakieś trzy tygodnie - to w Warszawie. Pzza tym jeszcze parę sztuk pozawarszawskich, cztery zdaje sie. I same chłopaki!!!!

Musimy sie postarać o dziewczynkę.

PS. Przepraszam, jedna panna jest, ale w mało znanym (i lubianym...) rodzinnym zakamarku, wiec zapomniałam...

piątek, 08 kwietnia 2011

W ciągu ostatnich kilku lat niezwykłą karierę robią tzw.portale społecznościowe. Za punkt honoru ludzie stawiają sobie zaistnienie na jak największej ich ilości. Facebook, Goldenline, Linkedin, Nasza Klasa, cała masa innych... nie ma cię w sieci, to nie istniejesz. Zbiera sie "znajomych" - dobrze, że nie nazywa sie to "przyjaciele", a często są to ludzie, z którymi może raz sie minęło na korytarzu w szkole dwadzieścia lat temu. Powstają grupy, wydarzenia, w których można uczestniczyć, jednym kliknięciem informuje sie świat o tym, ze coś sie "lubi"....

Tylko ile to ma wspólnego z prawdziwymi relacjami, z prawdziwymi emocjami, poznawaniem ludzi, lubieniem bądź nie czegoś lub kogoś? Przecież nie sposób mieć kilku tysięcy przyjaciół. Licytować to sie można na liczbę przysiadów, które sie umie zrobić, a nie na ilość kontaktów  na Facebooku. A tu nie tylko sie ludzie licytują, ale nawet podobno  można kupić konto z odpowiednią ilością "znajomych".

Chowamy się za klawiaturą i ekranem komputera. Na pewno jest to wygodne - nikt nie widzi moich pryszczy i oponki na brzuchu, w sieci jestem piękna, mam nieskazitelną cerę i figurę, włosy w dowolnie wybranym kolorze, mogę wszystko. Zero wysiłku włożonego w osiągniecie celu. Nie musze sie przejmować kłopotliwymi sytuacjami, jak nawet powiem coś głupiego, zaplączę się w jakąś sytuację, to wyłączam komputer, znikam i tyle. Nie ponosze konsekwencji.

Tylko potem coraz trudniej odnaleźć sie w realu. No bo nagle ten świat jest jakiś dziwny - prawie jakbym naga wyszła na ulicę, nie mogę zamaskowac moich niedoskonałości, uciec przed tym, co niewygodne. Każą przestrzegać jakichś przepisów, dostosować się, odrabiać prace domowe, nie wolno nawrzucać przeciwnikowi, a jak spróbuję, to jeszcze może sie okazać, ze był silniejszy i to ja mam rozkwaszony nos. Całkiem realnie.

Rodzice sie cieszą, jak dziecko nie szlaja sie nie wiadomo gdzie, tylko siedzi grzecznie przykomputerze - nie zdając sobie sprawy, jakie to niebezpieczne. Potem okazuje sie, że oderwanie potomka od komputera jest trudne - więc dla swietego spokoju przestaja próbować. I rośnie jednostka aspołeczna, nie umiejąca radzić sobie w świecie ludzi - mających wady, swoje poglądy, nie wypełniających poleceń, a przede wszystkim - nie dających sie wyłączyć jednym klawiszem.

Kolejny aspekt - na FB można na tablicy napisac wszystko, co w danym momencie w duszy gra - tak w przestrzeń, w szeroki świat. A potem - czasem po miesiącach - okazuje sie, że jedno głupie zdanie czy zdjęcie może zaważyć na całym życiu. Bo przecież tak świetnie było na tej imprezie u Krzyśka, gdzie wszyscy sie zalali w trupa. I to był super pomysł, żeby fotki poumieszczać na profilu, prawda? TYlko dlaczego nagle, jak już wydawało sie, ze mam tę wymarzona pracę, po przejściu wszystkich etapów rekrutacji, można usłyszeć - "nie, jednak dziekujemy, nie pasuje pan do naszego zespołu"? A tu rekruter cichcem przekopał internet i znalazł zdjęcia.... i wpisy na temat poprzedniego pracodawcy, całkiem niecenzuralne... i różne inne ciekawe rzeczy...

Mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że jak coś raz wpadnie w sieć, to już z niej nie zniknie. Na wieki będzie krążyło, niczym puszka po coli wrzucona do morza.

Można powiedzieć, że blogi też stanowią głupotę, bezppieczniej pisać pamiętniczek w zeszycie. Pewnie tak, na pewno miałabym wiekszą szansę, ze osoby niepowołane sie nie dostaną do moich zapisków. Z drugiej strony - jest to sposób kontaktu z ludźmi, którzy może chcą jakoś uzupełnić to , co napisałam, podyskutować... Dopóki te kontakty nie są tylko internetowe, anonimowe - nie jest źle. dzięki blogowi poznałam parę ciekawych osób, nawiązałam bardzo fajną korespondencję. część z tych znajomości już znalazła swoje odbicie w świecie rzeczywistym, z kolejną osobą właśnie sie próbujemy umówić - czekamy na dobrą pogodę. jeszcze ktoś mieszka na drugim końcu Polski, ale za to gadamy przez telefon - i coś o sobie wiemy. Nie tylko o naszych komputerowych maskach, również o tych przysłowiowych pryszczach i oponkach na brzuchu. I to jest ważne - jestem tam prawdziwa - na tyle, na ile w ogóle jest to możliwe.

Jak juz pisałam, rodzicieli moich najdroższych wymiotło na tydzień w Alpy. Duża rodzina dobra rzecz, krewni gotowi do przyjecia gości są wszędzie, tam też.

odpoczęli sobie, pooglądali widoki, popatrzyli na Mount Blanc a Mount Blanc popatrzyła na nich (jak w tym dowcipie o Stirlitzu).

I oczywiście przywieźli sobie pamiątkę z podróży. Bez pamiątek podróż nieważna jak wiadomo.

A przywieźli... Uwaga... Ciekawe, czy ktoś zgadnie. Zapewne nikt, wiec nie będę wredna i napiszę. Przywieźli pułapkę na myszy. Taką prawdziwą, jak najbardziej funkcjonalną. Na żywe myszy, a nie rozkawałkowane makabrycznie, jak w tym, co można dostać w polskich sklepach.

Wszystko przez to, że w Polsce takich żywołapek nie można dostać ( a przynajmniej mamie sie nie udało). Mama jako biolog z urodzenia nie lubi mordować zwierzątek (wyjątek stanowią komary, ale tu też trudno mówić o lubieniu. Raczej nie ma po prostu wyrzutów sumienia).

Z dzieciństwa pamiętam chałupniczą pułapkę. Składała sie z wiadra, plastikowej deseczki i kawałka serka. Wiadro stało na podłodze, deseczka z serkiem na końcu leżała nad wiadrem na samej krawędzi blatu stołu. Jak mysz skuszona zapachem właziła po serek, to wszystkich w domu budził potworny łomot, mysz z palpitacjami serca, deską i serkiem lądowała w wiadrze, a rano była eksmitowana gdzieś na trawnik.

Rodzice sa w ogóle jacys nietypowi. NIe przywożą pamiątek, plastikowych wieżyczek Eiffla, maskotek bernardynów, ciuchów i innych obowiązkowych durnostojek.

Może dlatego nie zamienię ich na żadnych innych.

 

czwartek, 07 kwietnia 2011

Od lat miałam kilka roślinnych marzeń. Chciałam mieć bez, ostrokrzew, magnolie i różę - taką wysoką, duży krzew, a nie jakieś rabatowe maleństwo.

I większość juz mam. Co prawda nie mieszkam w domku tylko w bloku - więc możliwości ogrodnicze mam nacznie ograniczone, ale też nigdy nie miałam ciągot do wiecznego grzebania w ziemi. Prawdę  mówiąc, do niedawna tego po prostu nie znosiłam, jakoś pare lat temu mi sie zmieniło.  Natomiast ogórdeczek pod balkonem mam malutki. Nawet, jak doliczę drugą część, która formalnie należy do sąsiadów, ale oni nic z nią nie robia ( no, poza podlaniem trawnika jak jest bardzo gorąco i można w ten sposób schłodzić mieszkanie), wiec pewnie nie będą mieć pretensji, jak trochę tam pogospodarzę. Na razie wzięłam sie za cięcie różnych badyli i od paru dni chodzę z podrapanymi rękoma. Jeden taki koszmarnie kolczasty krzaczek rozrósł sie do nieprzyzwoitych rozmiarów (pewnie właśnie dlatego, ze kłujący), i walczę z nim od paru dni. Mam takie świetne brezentowe wiaderko składane na chwasty, i jednorazowa dawka to jest takie właśnie wiaderko wypchane po dach.Jeszcze na dwa dni roboty będzie, pote poczekam, aż skończy kwitnąć forsycja - dalej bedę ciąć. A rodzina będzie śpiewać:

- A w okolicy popłoch i zamieszanie spore.

  Mama strzyżę żywopłot ogromnym sekatorem.

Wracając do tematu, z moich marzeń roślinnych brakuje mi tylko magnolii, ale rośnie u sąsiadów kawałecze dalej, wiec i tak ją codziennie widzę. W łaśnie zaczęła kwitnąć, wygląda śmiesznie - jak kłaczki waty na drzewie, liści jeszcze nie ma, tylko te nieśmiało rozwijające sie pąki.  Bez mam - i to chyba jeden z najpiękniejszych - lilak sensation. Ostrokrzew dostał parę lat temu Skorupiak. Po tym, jak mieliśmy włamanie, doszliśmy do wniosku, ze możemy - oprócz standardowych pomysłów - skomplikować życie włamywaczom sadząc na trasie wejścia parszywie kolczaste i duże krzaczki. I jest, ślicznie rośnie, kłuje jk należy - a ja sie cieszę, bo chciałam mieć tak po prostu, bo ładny.

Róża też sie pojawiła. Smutne to było, bo po śmierci mojej Babci okazało sie, ze jej ogódek, który tak bardzo kochała, zostanie zrównany z ziemią przez właściciela kamienicy - więc postanowiliśmy pozabierać trochę roślin. Ta róża to właśnie jedna z nich.. Pięknie kwitnie u nas przed oknem - i przypomina Babcię.

Może i tej amagnolii sie kiedyś dorobię. W sumie, tyle już marzeń takich komplentnie nierealnych mi sie spełniło, że czemu to jedno - niezbyt w końcu skomplikowane - miałoby nawalić?

wtorek, 05 kwietnia 2011

Moi rodzice pojechali na parę dni w Alpy.

Oczywiście wiązało sie to z koniecznością zapewnienia obstawy dla psa - Chociaż, kto wie, może Garda na lodowcu by sie dobrze bawila? Nie wzięli jej, więc sie nie dowiem.

Pierwsze parę dni obstawił mój brat. W niedzielę przyjechali do Warszawy (brat z żoną i psem), i przejęliśmy Gardziszona. Przy okazji poplotkowaliśmy sobie, napuściłam Piotrka na ojca chrzestnego - niech ćwiczy, kiedyś mu sie przyda umiejętnośc radzenia sobie z takim pędractwem.

W związku z powyższym mamy teraz dwanaście zwierzecych łap, dwie smycze i trochę sie to wszystko plącze podczas spacerów. Zwłaszcza, że Garda   (zwana czasem Kurą) jest duża i uparta.

Wczoraj Skorupiak zadzwonil wracając z pracy  z pytaniem, czy wyjde po niego do metra. Czemu nie, wzięłam dwa psy i poszłam. A raczej chciałam pójść, bo Gardencja zaparła sie czterema łapami tuż przed drzwiami klatki schodowej i ani kroku dalej. Prosiłam, wołałam, nęciłam, próbowałam pociągnąc - nic. W przypadku Agry łatwiej, bo mniejsza, ale tamta wazy ze 30 kilo, jak nie chce, to jej nie ruszę. 

No i tak stałyśmy sobie pod drzwiami - nie dała sie przekonać...

Dobrze , że dziś wracają, bo te dyskusje z jaśnie panięnką są zabawne, ale jednak nieco męczą :)

A swoją drogą, uważam, zę to bardzo nieładnie ze strony rodziców, ze wzgardzili prezentem  i nie wzięli dupoślizgu w Alpy. To byłby taki piekny widok.....

piątek, 01 kwietnia 2011

O skręconej dwa miesiące temu kostce (lewej) pisałam. I to zdaje sie, klnąć pod nosem.

W środę usilowalam dogonić autobus, który właśnie podjechał na przystanek. Następny miał być za dwadzieścia minut, a ja miałam byc na konketną godzinę wiec mi zależało. Podbiegłam te pare kroków (naprawde niedużo).

I w pewnym momencie coś mi chrupnęło bw biodrze. Prawym. Po czym natychmiast przestałam biec, bo nie byłam w stanie. Autobus pojechał.

Na szczęście w czwartek i tak miałam byc u ortopedy w związku z kostką, wiec powyginał mi noge na wszystkie strony zawiązał ją na supełek i stwierdził, ze tylko sobie coś lekko nadciągnęłam. Faktycznie ból sie zmniejsza w niezłym tempie (ale nadal boli).

I teraz pytanie.

Na którą nogę mam kuleć? Bo juz sama nie wiem, bolą obie, normalnie bardziej prawa, ale jak przeforsuję lewą (odciążając prawą) to też daje popalić.

Chyba zaczne chodzić na rękach.

Wracaliśmy ze spaceru we trójkę. Młody trajkocze, jak to on.

- Mama, pamiętasz, jak sie bawiliście ze mną w tą grę?

- jaką grę?

- No, wtedy, kiedy stukailście mi do brzucha?

- A, wtedy, kiedy byłeś u mnie w brzuchy i my stukaliśmy z zewnątrz a ty od środka w to samo miejsce?

- No właśnie!

W tym momencie wtrącil sie Skorupiak, z wytrzeszczem, krótkimi włoskami stojącymi dęba i wszystkimi możliwymi oznakami przerażenia:

- Ty, myslisz, ze on to pamięta?!?!?!?!?

- Nie musi, opowiadałąm mu o tym.

- A, nie wiedziałem...- Odetchnął ślubny z ulgą. Ciekawe, czemu sie tak wystraszył....