O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

piątek, 30 kwietnia 2010

Tradycyjnie nieprzyjemny moment - składanie PITów. Jak zwykle chcialam to zrobić wcześniej, jak zwykle obiecywałam sobie, ze zrobię to dzis wieczorem, najdalej jutro. I to jutro trwało i trwało.... Jak zwykle.

Wróciliśmy z obiadu u tesciowej h.c., Piotrek szalał z jej wnukiem, potem jeszcze pojechaliśmy kupić kask do roweru - i nie było siły, trzeba było wziąć sie za tą nieprzyjemną robotę. Składamy przez internet - nie dlatego, ze tacyśmy nowocześni. Raczej dlatego, zę tacyśmy leniwi i nie chce nam sie latać do urzedów.

Małż wstukał swoje dane, po chwili z zadowoleniem zaczął pomrukiwać, że tym razem system łyknął od razu (w zeszłym roku jakoś ciężko szło).  Po czym zabrał sie za moje. Ja w tym czasie poszłam do kuchni, nakarmić Piotrka. A tu po chwili rozlega sie dziki ryk. Poszłam sprawdzić, co jest grane, Małż toczy pianę z pyska i wrzeszczy,  ze mam zwrócić do US prawie dwa tysiące.

Zdrętwiałam. To jest właśnie powód, dla którego zawsze postanawiam sobie, ze zajmę sie tym wcześniej, niż na trzy godziny przed terminem. Nie mam w tej chwili dwóch tysięcy na zbyciu, a nawet jakbym miała, to mam lepsze pomysły na t, co z nimi zrobić.  Zwłaszcza, ze według wszelkich moich danych tak być nie powinno - umowa o pracę, nie za duże zarobki, ulga dzieciowa - z czzego taka dopłata????

Wyczyścił druczek, zaczął wprowadzać jeszcze raz - i teraz wyszło zupełnie inaczej, całkiem ładny zwrocik dla mnie.  Jasna cholera. Z jednej strony ulga, że kierunek przepływu gotówki jest właściwy, z drugiej - pytanie, czemu w pierwszym rzucie wyszło tak dziwnie. Małż dwa razy sczytywał dane i się zgadzało. Niby jedyna możliwość, to taka, że musiał sie gdzieś pomylić, ale cień wątpliwości co do jakości programu pozostaje....

Tak czy siak PIT został złożony, poszedł i krzyż mu na drogę. Do przyszłego roku można zapomnieć. No, powiedzmy, jak przyślą zwrot, to mogę sobie na chwilę przypomnieć o aparacie opresyjnym zwanym Urzędem Skarbowym....

 

Ale takiego stresu to nikomu nie życzę....

czwartek, 29 kwietnia 2010

No własnie. Ton zmienia znaczenie zdania czasem diametralnie, a mnie sie o tym zapomniało. I teraz mi głupio.

Skleroza mnie dopadła i nie pomyślałam o tym, zę w naszej rodzinie poczucie humoru jest zwichrowane i pokręcone na potęgę, do tego należy dołożyć upodobanie do absurdu i bardzo daleko idące skojarzenia. W rezultacie, jak ktoś czasem posłucha rozmów miedzy moją mamą a mną, to się za głowę łapie  i rwie resztki włosów ze zgrozy, słuchając powalającej bezczelności, albo, dla odmiany, konkursowego bredzenia.

A dla nas to bredzenie ma sens - nie musimy tłumaczyć sobie rzeczy dla nas oczywistych, łapiemy w lot, co ta druga chciała powiedzieć. Czasem wychodzi zabawnie, jak kiedyś w aptece. Był bury deszczowy, nudny dzień. Odstałyśmy swoje w kolejce, mama coś tam wymienia, jakies lekarstwa, a potem na koniec zgodnym chórem dodałyśmy:

- I jeszcze Acnosan poproszę. - Farmaceutka parsknęła śmiechem i zapytała, czy długo ćwiczyłyśmy, że nam tak równo wyszło. Otóż, nie musiałyśmy ćwiczyć. Po prostu bardzo zbieżnie myślimy.

W efekcie tej zbieżności myślenia umknął mej uwadze fakt, iż tekst, który sobie systematycznie rzucamy - o kupowaniu saszetek dla kota, zamiast zabawek dla wnuka - zupełnie inaczej brzmi, niż wygląda w wersji pisanej.  My to traktujemy jako dowcip, zwłaszcza, ze czego jak czego, ale ciepła, serdeczności i miłości Piotrkowi ze strony moich rodziców nie brakuje. Ma z nimi świetny kontakt, uwielbia ich (z wzajemnością) i znakomicie razem spędzają czas.

Nie pomyślałam o tym i teraz jest mi głupio. Przepraszam, mamo.

I niech Ci sie przyśni duża, biała, rozzłoszczona kakadu. Ty wiesz, dlaczego :)

 

środa, 28 kwietnia 2010

Moi rodzice postanowili zadbać o wnuka. No bo w końu to granda, ze babcia regularnie kupuje saszetki dlakota, a wnukowi to nic. Widać uznali, zę czas sie zrehabilitować.

Kupili Piotrkowi rower.

Porządny, duży (20") - czyli akurat granica Piotrkowych możliwości. Innymi słowy, powinien starczyć na troche wiecej, niż pół roku. I w przyzwoitych kolorach - bialo-pomarańczowy. Czli przyzwoity, nie cukierkowo różowy lub niebieski, i bez kucykowych frędzelków. Bez bocznych kółek - niech  sie chlopak uczy.

I tu właśnie jest pies pogrzebany. Piotrek uczy sie bardzo chętnie, tylko trzeba za nim biegać i trzymać rower na kiju od grabi. Na razie ma jeszcze problemy ze skoordynowaniem wszystkich czynności i czasem zdarza się, ze jak się zagapi na coś z boku, to kierownica leci mu w drugą stronę i pan P ląduje w krzaku.

To chyba jest jeden z tych znienawidzonych prezentów, co to człowiek sie cieszy, że dziecko ma, bo wartościowe, rozwojowe itp, tylko go cholera trzęsie, że ofiarodawca nie dołączył niewolnika obsługującego. A ofiarodawca siedzi na kanapie, czyta mojego bloga i złośliwie rechocze pod nosem.

Dzięki za rower - Piotrek jest szczęśliwy:)

 

niedziela, 25 kwietnia 2010

Jesteśmy w łazience - małż segreguje ciuchy do prania, ja przyszłam o coś zapytać. Nagle wcodzi Piotrek.

- Kochanie (to do mnie). Ty zasłonisz zasłony w sypialni. A ty, kochanie (do taty) posprzątasz tutaj.

Zatkało nas, nie pierwszy i zapewne nie ostatni raz. Po chwili odzyskaliśmy oddech i zgodnym chórem zadaliśmy jedyne słuszne w tej sytuacji pytanie:

- A co ty będziesz robił?

- Bedę pilnował porządku - odparł nasz synek z niewinną minką.

sobota, 24 kwietnia 2010

wróciłam ze szkoły, zmęczona jak pies.

Młody wziął szczotkę do włosów i postanowił zająć się moim upierzeniem. Czzemu nie, to całkiem miłe, jak ktoś szczotkuje. Wlazł na mojekrzesło, m=umościł mi sie za plecami i mówi:

- Siedź tu sobie jak dobra krowa.

Tata się zapowietrzył, zwrócił potomkowi uwagę, że określenie "krowa" jest umiarkwanie uprzejme. A mały z troską w głosie:

- Ale ty jesteś dobra krowa..

 

Muuuuu.....

 

I weź tu sie człowieku nie roześmiej w takiej sytuacji....

środa, 21 kwietnia 2010

Nie da rady, znowu bedzie o polityce.

Patrzę sobie na to, co sie dzieje i mi smutno. Boję sie jak cholera, to jest inna sprawa, ale jakoś tak mam, że staram się oddzielać czasem dwie strony tej samej sprawy. Tu oddzielam mój strach przed prezydenturą J. Kaczyńskiego od współczucia dla JK jako człowieka.

I widzę, jaką ogromną presję musi odczuwać ten człowiek.

Dotychczasowy sposób rządzenia PiS - jednoosobowe decyzje prezesa i podporządkowany dwór - spowodowały, że w chwili, gdy prezes - z przyczyn oczywistych - nie wypowiada sie publicznie, nie przekazuje najbliższym powiernikom swoich planów, informacji, zaleceń co do dalszych działań - ci kręcą sie jak pies za własnym ogonem, nie umiejąc sie pozbierać. Pijane dzieci we mgle, które nie wiedzą, co zrobić  i czekają na decyzję szefa.

NIestety, obawiam się, że gdyby  JK został prezydentem państwa, próbowałby wprowadzić podobny styl rządzenia. A to już byłoby bardzo groźne - wyobraźmy sobie , jak by wyglądała sytuacja w razie choćby takiej katastrofy jak ta  sprzed jedenastu dni. Mielibyśmy to samo co obecnie dzieje się w PiS, tylko na skalę kraju - urzędników, którzy nie umieją podjąć decyzji, nie mają własnego zdania, wiedzy, którzy boją sie zrobić cokolwiek, bo może się okazać, że szef nie zaakceptuje decyzji. A są sytuacje, kiedy decyzja merytorycznie słabsza, mniej trafna, jest lepsza niż jej brak.

Kolejna sprawa. JK poniósł ogromną stratę. Ten człowiek jest w szoku, zapewne ciężko mu się pozbierać, zacząć myśleć strategicznie - i nie ma w tym nic dziwnego. Ale rzucanie kogoś w takiej sytuacji na głębokie wody kampanii prezydenckiej i potem ewentualnie prezydentury wydaje mi sie okrucieństwem i bezmyślnością.  I idiotycznym igraniem bezpieczeństwem państwa. Prezydent nie może sobie pozwolić na załamanie nerwowe, urlop zdrowotny, czy pobyt w klinice psychiatrycznej - taki jest odbiór społeczny, to musi być ktoś niezniszczalny. A przynajmniej zdolny udżwignąć cały ten ciężar, ktoś, kto ma wsparcie bliskich,  przyjaciół, kto ma bezpieczne zaplecze, taką własną norę, gdzie może się schować.Dom, w którym może się  odgadać, wyzłościć, podzielić radością, albo zwyczajnie zagrać w scrabble z dzieckiem. JK tego wszystkiego nie ma - częściowo nie miał nigdy, resztę właśnie stracił. W tej chwili jest on przerażająco blisko granicy wytrzymałości psychicznej. Oczywiście u każdego jest ona inna, ale zawsze ograniczona. Nie ma ludzi, którzy zniosą wszystko.

Biorąc pod uwagę to wszystko zastanawiam się, czy dwór JK tego wszystkiego nie dostrzega. Czy zdają sobie sprawę, że ten człowiek jest w bardzo trudnej sytuacji, a oni mu jeszcze dowalają. Czy widzą, że metoda odreagowywania poprzez brutalną walkę polityczną jest z punktu widdzenia stanu psychicznego JK fatalna?

On zapłaci na pewno, pytanie, ile. Ale tę cenę  - wielokrotnie wóczas wyższą - może płacić cały kraj, jeśli JK zostanie prezydentem.

 

wtorek, 20 kwietnia 2010

Ostatnio w prasie systematycznie natykam się na zachwyty członków PIS, jak to JK dzielnie i godnie znosi tragedię, która go dotknęła. Tragedię niewyobrażalną, co do tego nie ma wątpliwości.

Ale moją uwagę zwróciło właśnie to, co stanowi przedmiot dumy jego popleczników - brak łez, kamienna twarz, nieokazywanie żalu, rozpaczy.

Ludzie już tak mają, żę emocji nie da sie wyłączyć. Można je zepchnąć gdziześ głęboko, zamieść pod dywan, ale one i tak są. I w którymś momencie , jeśli nie da im sie ujścia, same go sobie poszukają - zwykle w najgorszym momencie i w najgorszy sposób.

JK już przed katastrofą był człowiekiem, który miał zwyczaj wszędzie szukać wrogów, nie ufał nikomu, rządził twardą ręką samodzielnie sterując wszystkim. Teraz ma doskonały pretekst, żeby te swoje ukryte, niewyrażone emocje przekuć w śmiertelnie niebezpieczną broń - gniew, chęć znalezienia winnych wypadku i przykładnego ich ukarania.

Pod hasłem kontynuowania dzieła brata może doprowadzić do sytuacji, w której znowu - jak przed laty - będziemy sie bali powiedzieć cokolwiek, bo nie wiadomo, kto z osób otaczających należy do jego służb i doniesie gdzie trzeba.  W której jakakolwiek nie dość entuzjastyczna wypowiedź na temat śp. Lecha będzie stanowiła zbrodnię stanu. Gdzie będzie rządził tak, jak obecnie w PIS - sterowanie centralne wszystkim i wszystkimi. A zemsta jako przewodnia myśl prezydentury - wolę nawet o tym nie myśleć....

Boję sie tego, i to bardzo. Zwłaszcza, że obecnie wiele osób mu współczuje ( i to rozumiem, też sie do tej grupy zaliczam), i z tego współczucia gotowe są głosować na niego w nadchodzących wyborach prezydenckich (tego nie zrobię za żadne skarby świata, prędzej wyemigruję).

Żal mi tego człowieka, naprawdę. Ale polityka bardzo się boję.

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

zajrzałam dziś do dzików, a tam pojawiły sie maluchy!!! Przekomicznie to wygląda, takie wielkie świniaki i te maleństwa.

Widać, że sa jeszcze malutkie, bo trzymają sie matek, ale za parę dni będą zasuwać ile sie da w krótkich nóżkach. Widziałam to w zeszłym roku - pasiaste elektrony, albo wręcz pasiasta smuga przelatywała mi przez ekran.Powodzenia życzę temu, co chce takiego dogonić.

Piękna sprawa, mnóstwo czasu potrafię przy tym zmarnować - ale to takie przyjemne marnowanie... :)

Dzicy lokatorzy są bezczelni. Chyłkiem zakradają się , zajmują lokum na zasadzie "ja tylko na chwilkę", potem nie można ich usunąć, a jeszcze mają wymagania i się szarogęszą.

Piotrek wlazł w nocy do naszego łóżka. Bywa, choć przyjmowane jest to z coraz mniejszym entuzjazmem. Rozpychał sie jak zwykle. Trudno, przeżyję.

Ale jak usłyszałam:

- Mama, idź zrobić siusiu, bo mi niewygodnie.- to coś mnie trafiło. Zdaje się, że szlag....

niedziela, 18 kwietnia 2010

W środku nocy obudził mnie dziwny dźwięk. Nie umiem opisać, pisk? płacz? jęk? W każdym razie brzmiało przerażająco, a zdecydowanie dobiegało gdzieś z domu, nie był to telewizor u sąsiadów, ani coś za oknem.

Niedobrze. Wyskoczyłam z łóżka, sprawdzając stan domowej menażerii. Małż - nie, Piotrek - nie. Pies - też, siedział na środku korytarza i patrzył na mnie. Zostaje kot. Jasny gwint, tylko gdzie on jest? Czort ma ten miły zwyczaj, że jak jest mu bardzo źle, to potrafi się schować w jakimś zakamarku. Obleciałam mieszkanie zapalając światła  - po ciemku nie ma szans na znalezienie czarnego kota....  Wpadłam do salonu - a kot z niechęcią spojrzał na mnie z fotela. Budzą w środku nocy - mówiła jego zdegustowana mina. No fajnie, menażeria w porządku, ale co to za dźwiek??????

W tym momencie zaskrzeczało znowu i ręce mi opadły.  Otóż regularnie zaglądam sobie na jedną stronę estońską, gdzie są linki do kamer zamontowanych  w różnych sympatycznych miejscach - gniazdo puszczyka, orła bielika, bociana, paśnik dzików i inne takie. Ostatnio oglądałam właśnie puszczyka i to do tego z dźwiękiem, co mi sie rzadko zdarza. I zapomniałam wyłączyć laptopa, tylko go po prostu zamknęłam. Te piekielne piskowrzaski to była sowa....

Swoją drogą, jak sie posłucha czasem orlicy pyskującej na męża, to można powiedzieć - przekupa na bazarze. Niezbyt dostojny głosik ma ten nasz narodowy symbol....

sobota, 17 kwietnia 2010

Wywieszamy flagi z kirem na znak żałoby.

Patrzę sobie na to wszystko i tak się zastanawiam. Z jednej strony wywieszanie (i w ogóle posiadanie) flagi traktowane jest jako wyraz patriotyzmu, który co poniektórzy usiłują wyegzekwować i wbić na siłę. Nie podoba mi się to, bo nie wierzę w patriotyzm obowiązkowy, wymuszony - taki, jaki promowali niektórzy politycy.Uważam, że lepszy jest brak patriotyzmu, niż taki oszukany.

Z drugiej strony, wszyscy ci, którzy próbują na siłę wcisnąć jak najwięcej "patriotyzmotwórczych" elementów w wychowanie obywateli  jakoś nie zwrócili chyba uwagi na to, że nie wszyscy wiedzą, jaka naprawdę jest polska flaga. I jak powinien wyglądać żałobny kir. Niby nie ma tu czego pomylić, jest tak prosta, że bardziej sie nie da, ale Polak potrafi...

Dowcip polega na tym, że mamy dwa warianty flagi. Jedna z orłem, druga bez.

Przedstawicielstwa dyplomatyczne za granicą i marynarkę handlową oraz wojenną obowiązuje flaga z godłem państwowym na górnym białym pasie.

Wzięło sie to stąd, że polska flaga jest identyczna ze znakiem "H" Międzynarodowego Kodu Flagowego, co oznacza "mam na pokładzie pilota". Gdy po odzyskaniu niepodległości po roku 1921 pojawiły się na morzach statki pływające pod polską baderą, powstał problem, jak odróżnić ją od flagi sygnalizacyjnej. Aby uniknąć nieporozumień dodano orła, a później rozszerzono ten zwyczaj na wszystkie placówki zagraniczne.

Flaga Floty Handlowej jest prostokątna, Marynarki Wojennej - wcięta.

Patrzę sobie po okolicy i zastanawiam sie, jak to sie stało, że Flota Handlowa nagle rozrosła sie nam tak gigantycznie w krókim czasie. Podziwiam statki FH na balkonach wysokich bloków, w ogródkach itp.

Wiele osób próbuje być świętszych od papieża i wybiera flagi przeładowane niczym choinka w centrum handlowym. Często spotykany jest wariant  - flaga z orłem i jeszcze napisem POLSKA  - chyba dla tych niedouczonych. Dla mnie to już nie dwa, ale nawet trzy grzybki w patriotyczny barszcz.

Z kirem też nie taka prosta sprawa. Nie wymagam, zeby każdy umiał zawiązać kokardę, ale to co widziałam, rozłożyło mnie na obie łopatki. Moim ulubionym pomysłem jest kir zrobiony z pociętych czarnych plastikowych worków na śmieci. Tuż za nim plasuje się taki zrobiony z czarnego sznurka, takiego do ściągania kaptura (oba sama widziałam).

 

Informacje dotyczące pochodzenia tego "rozdwojenia" flagi zaczerpnęłam z serwisu Polska Flaga.

piątek, 16 kwietnia 2010

Jeszcze jedno mi przyszło do głowy.

Przecież na uroczystości Katyńskie zaproszony został TYLKO Tusk. Kaczyńskiego nikt nie zapraszał, wprosił sie sam. Chyba za wysoka ta cena...

Szok juz jakoś przygasł. Ból pozostaje.

Z przerażeniem i ogromnym podziwem patrzę teraz na wszytkich tych, którzy muszą nagle, w nieprawdopodobnie krótkim czasie zorganizować gigantyczna uroczystość pogrzebową. I na tych którzy zajmują się sprawami bierzącymi funkcjonowania kraju.

Przecież same uroczystości na lotnisku, to jest kilka godzin stania, potworny wysiłek emocjonalny - nikt nie jest z kamienia. Jak patrzyłam na D. Tuska - została z niego połowa, ale jest tam za każdym razem powitać po raz ostatni tych wracających. I widać, ze robi to nie z obowiązku ale dlatego, że chce, że to jest jedyne, co może dla Nich zrobić. Było już pięć takich powitań - i to nie koniec...

Jak czytałam listę gości, pomyślałam, że ironią losu jest, że człowiek, który za życia nie wystawiał najlepszego świadectwa krajowi, obrażał się, teraz po śmierci spowodował zwrócenie oczu całego świata na Polskę, i to ze współczuciem i sympatią. Chyba nie było w historii sytuacji, w której tak wiele głów państw zwaśnionych od lat znalazło się w jednym miejscu nie powodowanych jakimś interesem (konferencje, czy inne spotkania gospodarcze). Przecież tam będą prezydenci USA i Rosji, przedstawiciele Izraela i Palestyny, Indii i Pakistanu, Gruzji, Iraku... Wielu państw, o których w Polsce sie w ogóle nie mówi, chyba, ze przy okazji jakiejś tragedii. Nieprawdopodobne.

I jeszcze do tego ten wulkan. Mam wrażenie, że nawet przyroda chce zaznaczyć swoją obecność  w sposób nietuzinkowy - co zresztą jak na razie może potężnie skomplikować i tak niezwykle trudną organizacyjnie uroczystość...

 

 

środa, 14 kwietnia 2010

Jak wczoraj ogladałam transmisję z uroczystości powitania na lotnisku trumny Marii Kaczyńskiej, to nagle za moimi plecami pękła struna w gitarze...

Ciarki mi przeszły po plecach...

poniedziałek, 12 kwietnia 2010

i to za sprawą autora bloga, którego bardzo lubię i systematycznie czytam. Ale tym razem to jednak uważam, że przegiąłeś całkowicie, drogi Morfeuszu.

Czytając ten wpis miałam wrażenie, że kompletnie nie odróżniasz poglądów  i sympatii politycznych od zwykłej ludzkiej życzliwości i współczucia.

Nie bylam wielbicielką Lecha Kaczyńskiego, oj, daleko mi do tego. Wiele jego decyzji oceniałam jako szkodliwe dla kraju, albo przynajmniej wynikające z innych niż dobro państwa pobudek. Ale to była moja ocena, nie fakt obiektywny. Bo nikt, poza właśnie Lechem Kaczyńskim nie miał szansy wiedzieć dokładnie, jakie były podstawy jego działania. Chcę wierzyć, że wynikało ono z innej niż moja oceny faktów i inaczej rozumianego dobra kraju.

To wszystko nie zmienia faktu, że sobotni wypadek mną wstrząsnął. Że zwyczajnie i po ludzku żal mi ludzi, którzy zginęli, i tych, którzy zostali. Przyjaciół, współpracowników. Rodziców i dzieci. Zwłaszcza dzieci. I w takim kontekście teksty o WZH (Wielkiej Zbiorowej Histerii) są nie tylko niesmaczne, ale po prostu chamskie.

Czy naprawdę nie jesteś w stanie wczuć się w sytuację Jarosława K? Politycznie nadal uważam go za zagrożenie dla kraju, ale ten człowiek stracił właśnie brata bliźniaka - a taka więź jest silniejsza, niż między zwykłym rodzeństwem, stracił szwagierkę, ma umierającą matkę, której w końcu będze musiał jakoś o tym powiedzieć, zginęło wielu jego przyjaciół i współpracowników. Został sam. Chcialbyś się znaleźć na jego miejscu? Myślę, że w tym momencie z chęcią by sie zamienił.

Nie wymagam, żeby wszyscy ronili łzy, pędzili do Pałacu Prezydenckiego czy wystawali na trasie konduktu. I nie uważam, że fakt czyjejś śmierci powinien wywyoływać automatyczną amnezję selektywną dotyczącą wszystkich błędów, pomyłek i grzechów osoby zmarłej.  Ale chciałabym wierzyć że wszscy będa potrafili sie wykazać chociaż minimalnym poziomem wrażliwości i zwykłej, ludzkiej przyzwoitości. Tylko tyle.

A może aż tyle?

niedziela, 11 kwietnia 2010

Nie umiem ogarnąć tego co sie stalo. Zewsząd mnóstwo słów, gestów - równie tych ważnych i potrzebnych, ale ja mam ochotę schować sie głęboko do nory zwinąć w kłębek i nie być.

Tak dziwnie się posplatało... Nie mówię juz o zbiegach, o których wszyscy wiedzą - Katyń, daty... O moich malutkich. ostatnio kupiłam sobie paczkę książek zawodowych, między innymi "Jesień liścia Jasia". To piękna opowieść o tym, czym jest życie i czym jest śmierć, przeznaczona dla dzieci. Paczka przyszła parę dni temu, w sobotę rano zaczęłam czytać "Jasia" Piotrkowi. Niedługo potem sie dowiedziałam...

Staramy sie go chronić przed tym koszmarem - nie włączam telewizora, czytam w sieci, ale powiedzieliśmy mu, co sie stało.  Malutek nic nie mówi - ale widzę, ze coś tam w nim sie dzieje, bo "Jasia" czytam mu już trzeci raz - na jego prośbę...

Sama też nie wiem, co powiedzieć. Od wczoraj chciałam usiąść i jakoś tu uporządkować swoje emocje, przelaatywały mi przez głowę gotowe do wpisania tu zdania. Teraz jakoś uciekły, pogubiły się, albo brzmią płasko i całkiem nie pasują.

Bo przecież nie była wielbicielką Prezydenta, nie podobał mi się ani kierunek, ani styl jego działania. Liczyłam dni do końca prezydentury, marzylam o zmianie. Ale nigdy w życiu nie przyszło by mi do głowy, że to sie stanie TAK.

Brakuje mi słów. Tylu ludzi, mądrych, inteligentnych, wykształconych. Tyle rodzin. Tyle dzieci pozbawionych nagle rodziców.

Z przerażeniem patrzę na niektóre obrazki w TV (włączylam na chwilę, korzystając z tego, że Piotrek był zajęty czym innym).  Rozumiem, ze dziennikarze mają przekazywać informacje, nastroje i tak dalej, ale czasem naprawdę mnie trafia, jak widzę przedkładanie "prawa obywateli do informacji" nad zwykłą ludzką wrażliwość. Honory na lotnisku po wylądowaniu samolotu z trumną - OK, ale czy konieczne były zbliżenia na twarz córki i brata Zmarłego? czy oni juz naprawdę nie mają prawa do cierpienia w ciszy i spokoju? I tak przechodzą przez pieklo, czy trzeba im to jeszcze utrudniać? Potem znowu ktoś się czepnie, ze Marta miała nie taką sukienkę, a JK krawat krzywo zawiązany, czy coś.

Wieczne odpoczywanie racz im dać Panie...

piątek, 09 kwietnia 2010

Przeglądam sobie projekty domów. Nie to, żebyśmy planowali budowę - na taki pomysł mamy o parę zer za mało na koncie. Po prostu tak sobie, dla sportu.

Różne są te projekty, od pięćdziesięciu paru metrów, po rezydencje pięćsetmetrowe. Jedne ładne, inne nieco mniej, niektóre dęte i pretensjonalne. Słowem, można znaleźć tam wszystko. Nawet ... chlewnię dla 240 tuczników w gospodarstwie ekologicznym :))

Jak wrócilam z pracy, to stwierdziłam na piotrkowych spodniach obecność jadowicie zielonej smugi nieznanego pochodzenia. Zainteresowałam się bliżej, ki diabeł i skąd on.

- Piotrek, a co to jest?

- Farba mamo.

- A skąd sie wzięła na twoich spodniach?

- Pędzelek ją namalował.

- Hm, a gdzie był ten pędzelek?

- U mnie w ręku.

 

I tu osłabłam dokumentnie. Bynajmniej nie ze względu na upaprane portki - od tego jest pralka, a dzieci dzielą sie na czyste i szczęśliwe.

Otóż kiedyś, w zamierzchłej przeszłości, jak byłam w wieku trochę więcej niż Piotruszkowym odbyła sie bardzo podobna rozmowa. Bylismy u dziadka, mój brat (też Piotrek) i ja. W pewnym momencie Piotrek włączył syrenę, więc się starszyzna zainteresowała, co tez potomstwo wykombinowało. Ja usłużnie wytłumaczyłam:

- Bo Piotrek uderzył sie łopatką.

- Aha, a gdzie była ta łopatka? - zainteresowała sie moja mama.

- U mnie w rączce - oznajmiłam z dziecięcą szczerością.

 

Nieodrodny syn swej matki.

 

 

 

Pietruszek wracal z rodzicami od metra. Po drodze jest sklepik prowadzony przez bardzo sympatyczną panią Marię - zaglądamy tam czasem, ot, tak sobie, żeby powiedzieć "dzień dobry".

Wczoraj też wsunęliśmy nos. Synek natychmiast podjął temat - wyraźnie przerwany podczas którejś wcześniejszej wizyty - zabrania pani Marii do przedszkola. Dyskutowali chwilę, co powinna przygotować (kapcie i piżamkę), potem jednakpiotrek doszedł do wniosku, że jet jeszcze jeden problem:

- Nie możesz tam iść, bo jesteś za duża.

- No to kucnę.

- Kucnienie nie załatwi sprawy.

- to może siądę na podłodze.

- Nie, nie zmieścisz sie na krzesełku.

Pani Maria sie zmartwiła, a Piotrek kategorycznie stwierdził:

- Musi pani być taka jak ja, to wtedy pójdziemy. - Tym mocnym akcentem zakończył, pożegnał sie i potuptał, a ja zaczęłam mu po drodze tłumaczyć, że do osób dorosłych raczej należy sie zwracać per "pani", a nie "ty". Doceniłam, ze w ostatnim zdaniu tak właśnie się zwracał, Piotruś sie uprzejmie zgodził zastosować do moich sugestii. I zobaczymy, jak będzie.

Dobrze, ze pani Maria ma poczucie humoru...

niedziela, 04 kwietnia 2010

Szykowaliśmy koszyk do święcenia. Wkładam tam po kolei różne rzeczy, a Pietruszek pyta, o co chodzi. Tłumaczę mu, co to jest i dlaczego, a mały dopytuje o szczegóły.

- Mama, a Pan Jezus bedzie to jadł?

Zaczynam się gimnastykować o symbolice i różnych takich, ale mały przerywa mi w pół słowa:

- To ja sie z Nim podzielę. - i sięga do lodówki po swój ukochany przysmak, który pożera w ilościach hurtowych.

 

I w ten sposób w naszym koszyczku zaistniał jogurt Jogobelli...

piątek, 02 kwietnia 2010

Małżon otatnio był służbowo w Krakowie. W sumie nie pierwszy raz w życiu, ale jak sie tam jest turystycznie, to tak sie nie czuje, że życie toczy sie po prostu wolniej niż w Warszawie.

Młody zagnany wreszcie do łazienki, Skorupiak go pogania, zeby sie wreszcie rozbierał. Oboje jesteśmy wykończeni, a mały - wręcz przeciwnie.

Kolejna sugestia zagęszczenia ruchów spotkała się z filozoficznym komentarzam potomka:

- Ja to musze robić spokojnie...

Jeszcze do tego takim rozwlekłym tonem - na wkurzonego, zmęczonego ojca taka piłka... brutal i tyle, ten nasz dzieć.

Szaleństwo przygotowań świątecznych. Padam na dziób ze zmęczenia, a Piotrek sabotuje polecenia, nie robi tego co ma (czli zjeść kolację).

Do tego wymyslił sobie, że na kolację chce banana. Zła i zmęczona warknęłam krótko:

- Nie.

- Dlaczego?

- Bo nie i już. - i to był błąd, który moje dziecko natychmiast wychwyciło.

- "Nie bo nie" to nie jest żaden argument!

Faktycznie, tego tekstu używam, jak mały mi wrzeszczy, ze nie zrobi czegoś, bo nie. W sąsiednim pokoju słychac było tyko zduszone parskanie Skorupiaka, sama też się zakrztusiłam. Tyle dobrego, ze przynajmniej poziom wkurzenia mi lekko opadł.

Pojętna bestia. To sie nazywa inteligencja selektywna chyba.