O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

sobota, 29 marca 2014

Piotrek odrabia pracę domową, jakieś zadanie zmatematyki. Mamrocze pod nosem o wróblach, które odleciały i tych, które zostały na płocie. 

Pomna własnych doświadczeń z czasów szkolnych od razu mówię mu, żeby napisał odpowiedź - bo widziałam parę razy, że zapominał o tym. I zamurowało mnie kompletnie, gdy usłyszałam odpowiedź:

- Ale mu tu musimy tylko pokolorować właćciwą odpowiedź, nie musimy jej pisać, bo już jest! 

No ja nie mogę, dlaczego autor podręcznika uważa dzieciaki za kompletnych głupków? I jak oni sie mają czegokolwqiek nauczyć? Czy na maturze też będą kolorować właściwą odpowiedź, na wszelki wypadek podaną jako jedyna możliwość?

czwartek, 27 marca 2014

Synuś kochany starszy spowodował dziś u mnie opad wszystkiego. 

NIe pierwszy raz, i zapewne nie ostatni.

Wrócił taszcząc w objęciach spory klocek w kształcie walca - taki do toru przeszkód, z gąbki obciągniętej jakimś skajem czy czymś. MNiej więcej 75 cm długości.

Pełna niedobrych przeczuć zapytałam Potomka, co to jest i co owo coś robi u nas w domu.

- Pani rozdała, żeby to zszyć. I ja sie zgłosiłem.

No żesz cholera jasna!!!! Ile razy mówiłam, że nie znoszę prasowania i szycia? Dobrze, że rodzice mają igłę tapicerską, przynajmniej będę mogła pożyczyć, a nie szarpać sie z normalną.

Na ostatnim zebraniu pani go chwaliła, zę taki uczynny i jak coś trzeba pomóc, to zawsze pierwszy, ale czy nie mógłby czasem odpuścić? 

Podobnie jak przy Piotrku jednym z istotnych dla mnie celów dietetycznych było spowodowanie, żeby Grzesiek lubił szpinak.

Zielona paćka jest obrzydzana w placówkach żywienia zbiorowego skutecznie i dokładnie od dziesięcioleci - jedzenie tanie, zdrowe, a z niewiadomych przyczyn podawane tam w formie maksymalnie nieapetycznej i zniechęcającej do konsumpcji. 

Uparłąm sie, że moje dzieci polubią tę zieleninę ZANIM zostaną poddane przedszkolnej indoktrynacji kolegów - zwłaszcza, ze faktycznie trudno sie z nimi nie zgodzić w odniesieniu do tego, co  - przynajmniej za moich szkolnych czasów - lądowało na talerzach jako szpinak.

W związku z powyższym od jakiegoś czasu owo zielsko jest u nas na obiad co najmniej trzy razy w tygodniu. Bynajmniej nie w ramach wielkopostnego umartwiania - gdyy brać pod uwagę ten klucz, to raczej szpinaku by nie bylo wcale. Dobrze przyrządzony, z odpowiednią ilością czosnku  jest przysmakiem dla wszystkich. Grzesiek też wsuwa, aż mu sie uszka trzęsą, a potem chodzi z zieloną mordką:). 

Jak prosto można nauczyć dziecko rozsądnych nawyków żywieniowych  - trzeba tylko zacząć wcześnie. I samemu jeść podobnie. (To nie znaczy, ze my sie odżywiamy idealnie i dietetyk nie miaby nic do zarzucenia. Ale sądzę, że większości najpopularniejszych błędów nie popełniamy).

Szpinak górą!!!!

Grzebałam sobie ostatnio po necie, uziemiona małym ssakiem i wpadł mi w oko taki właśnie nagłówek - "rozbierana sesja X - koniecznie chcesz to zobaczyć".

Przyznam się, że się lekko zagotowałam - po pierwsze, szału dostaję, jak ktoś mi wciska, co lubię, myślę, chcę zobaczyć i tak dalej. Nienawidzę tego, sama potrafię myśleć, nikt mi nie będzie dyktował, czego chcę. 

A już zupełnie opadło mi wszystko na informację, że chcę oglądać czyjąkolwiek rozbieraną sesję. Przepraszam państwa, nie mam natury podglądacza, nie interesuje mnie, czy Pani Znana Z Telewizji ma idealnie gładkie nogi czy też dobrego grafika sprawnie posługującego się photoshopem, kto ma cellulit a komu nie chciało sie wydepilowac łydek. 

Poraża mnie tak w ogóle, jak takie bzdury mogą interesować KOGOKOLWIEK!!!!! Nie wiem, czy to może ja jestem taka dziwna, że nie zaglądam innym do łóżka czy pod pachy, bo mam wrażenie, że są to sprawy, które wiele osób śledzi z zapartym tchem. Njusy - bo trudno to nazwać nawet newsami, pomijając debilną formę językową, że komuś tam widać było to i owo, a ktoś inny miał plamkę potu - no ludzie, proszę... naprawdę nie ma ciekawszych problemów do omawiania?

A potem zdziwienie wielkie, że naród niemyślący mamy. Jak jest pasiony taką beznadziejną papką, to szare komórki biorą urlop bezterminowy i emigrują. Byle daleko.

wtorek, 25 marca 2014

przypomniała mi sie scenka sprzed paru dni.

Skorupiak wtulił nos w moją szyję i zaszeptal kusząco:

- Mmmm.... Jak ładnie pachniesz... Mokrym psem...

- CZYM?????? - zapytałam, wcale nie szeptem. 

- No, mokrym bzem, przecież bardzo lubisz te kwiaty - zaczął sie tłumaczyć skonfundowany mąż, też już normalnie, a nie szepcząc.

Cóż, scenka rodzajowa do różnicy między głoskami dźwięcznymi a bezdźwięcznymi dla piotrka w sam raz.

poniedziałek, 24 marca 2014

...to nic sienie dzieje. A potem dzieje się wszystko naraz.

I właśnie tak nam sie zapowiada weekend za trzy tygodnie.

Ja - mam warsztaty , na które bardzo chciałabym pójść. Poprzednio nie mogłam, bardzo mi zależy. To w piątek.

Skorupiak - rozrywki firmowe. Rozrywki nie polegające na imprezce, tylko sprawy zawodowe, wydarzenie, które szykuje - sobota.

Piotrek - zawody judo, w których bardzo chce startować - również sobota. Czyli ja powinnam mieć ze cztery albo pięć rąk. 

Rodzinnie - chrzest mojej stryjecznej bratanicy (to chyba tak będzie, córka stryjecznego brata. A zresztą, kuzynka. I tak mało kto jeszcze pamięta te terminy) - w niedzielę. I rodzinne spotkanie potem. 

Wszystko ważne, z niczego nie możemy albo nie chcemy zrezygnować. A to wszystko trafia na weekend tydzień przed świętami, czyli porządki, kulinaria i inne takie. Do tego 11 przylatuje na dwa tygodnie przyjaciel Piotra, który wyjechał za granicę na dwa lata i chłopcy chcieli mieć jakiś dzień dla siebie - do tej pory wydawało mi się, żę właśnie TA niedziela będzie niezła. Już mi sie przestało tak wydawać.

Wniosek jeden. Pora się sklonować.

 

PS. w najbliższy piątek umówiłam sie z przyjaciółką - ona ma dzieci w podobnym rozmiarze do moich, pobawią się. A następnego dnia Piotrek jest zaproszony na urodziny kolegi. Jeszcze mamy wolną niedzielę, ktoś reflektuje?

PPS. Piotrek jest zapraszany na urodziny co chwila, powinnam pozycję "prezent urodzinowy" wstawić na stałe w harmonogram budżetowy. Chodzi na jakieś co dwa tygodnie mniej więcej. Cieszę się, że go tak lubią, ale zaczynam mieć z tym pewien problem....

wczoraj rozmawiałam z niedawno poznaną dziewczyną. Zlazło nam coś na kwestie wieku - i ku swojej olbrzymiej radości zobaczyłam pełnowymiarowy zespół karpia, jak jej powiedziałam, ile mam lat. Ona uważała, żemam najwyżej 35 - a tu w tym roku już czterdziestka....

Od razu mi sie weselej zrobiło :)

Jakbym tak wreszcie schudła porządnie, to bym wyglądała ma połowę tego, co mam :). Motywacja jest...

Ale by było zabawnie, gdyby ktoś uznał kiedyś, że ci dwaj przystojni faceci obok, to moi bracia, a nie synowie:). Pora wziąć się za siebie.

niedziela, 23 marca 2014

cud sie stał i udało mi sie wczoraj poleżeć w wannie. Chłopaki spacyfikowane, machnęłam ręką na robotę - ja też mogę czasem odpocząć.

Postanowiłam sprawdzić któryś z przepisów na domowe kosmetyki - od jakiegoś czasu mnie intrygowały.

Na pierwsyz ogień poszła maseczka drożdżowa do suchej cery. Banalnie prosta - rozmemłać drożdże z ciepłym mlekiem i położyć paćkę na front. 

Zaskoczona byłam, jak znakomity efekt to dało. Skóra była elastyczna, miła w dotyku, zupełnie inna, niż przed zabiegiem. Nie spodziewałam sie tego, bo różnica była naprawdę wielka. 

Wniosek - rezygnuję z kupowania gotowych maseczek. Drożdże wiele nie kosztują, często mam je w domu, bo lubię ciasto drożdżowe, więc tu nie ma problemu. Jak będe potrzebowała, to sobie po prostu zrobię, będe miała świeżą, a nie jakąś przeleżaną w szafce. 

Posprawdzam jeszcze następne przepisy, znalazłam trochę fajnych rzeczy. Najbardzoiej mnie intryguje ten na domowy dezodorant - ale muszę dopaść olej kokosowy. Czyli zamówić i potem odebrać. Jak zrobię, to sie pochwalę.

sobota, 22 marca 2014

Wiosna przysżła, pora na porządki.

Między innymi niezbędne są porządki w szafie, wymiana zimowych na letnie i tak dalej. 

Co oznacza - STERTĘ PRASOWANIA!!!!!

Nienawidzę tej czynności serdecznie i z głębi ducha. Deskę mamy wiekową i kiwającą się z lekka, żelazko też już niedługo poprosi o emeryturę, a poza tym robota nudna jak flaki z olejem. Wykręcam sie od niej jak mogę - na szczęście SKorupiak nie pała do niej aż taką niechęcią (co nie znaczy, że to kocha, ale może przeżyć), więc przeważnie oddaję mu w dobre ręce deskę i żelazko, a on mi ślicznie prasuje bluzki i inne kiecki.

Nie zmienia to faktu, żę jak mam coś kupić, to patrzę rónież na to, jak bardzo gniotliwy jest dany materiał - jesli bardzo, to odpada. Z tego powodu nie kupuję rzeczy lnianych, chociaz mi sie bardzo podobają....

Jedną z niewielu zalet zimy jest to, zę te wszystkie grube swetry z definicji nie wym,agają prasowania.... 

piątek, 21 marca 2014

pojechałyśmy z mamą na piątkowe zakupy do supermarketu.

I oczom naszym ukazała sie w pewnym momencie półka udekorowana plakatem promocyjnym. T-shirty męskie, w jakże atrakcyjnej cenie, 5 peelenów za sztukę.

Tylko...

Dlaczego część z nich była majtkowo-różowa? Czy ktoś zna faceta, który by coś takiego nosił? Bo ja nie.

czwartek, 20 marca 2014

No właśnie.

Jak ktoś radośnie przed operacją informuje lekarzy, że ma fantazję i dba, żeby medycy w rutynę nie popadli, to nie powinien sie potem dziwić, że się drapią po głowach i zastanawiają, co to jest, to licho c o z dowcipnego pacjenta wycięli.... Trzech profesorów i jeden doc. hab. nie mogło dojść do porozumienia, każdy ma inne zdanie.

I nadal nie wiedzą.

Było nie prowokować.

Piotrek (i paru innych znajopmych, np. Grześ (ale nie Grzechotnik)), piszą dziś Kangura. 

Dla niewtajemniczonych - międzynarodowy konkurs matematyczny, rozsądnie pomyślany, bo jest na wszystkich poziomach, począwszy od drugiej klasy do matury.

Powodzenia, synku!

wtorek, 18 marca 2014

zaległych spraw medycznych miałam od metra i trochę.

w wyniku rozmowy z Mamą zapisałam sie do jednego lekarza, a potem poszło łańcuszkiem - pozapisywałam sie do prawie wszystkich czekających  - został tylko dentysta, ale ten zaczeka na przypływ gotówki. 

będzie trochę biegania, ale potem spokój. 

kolejny pryszcz z głowy...

poniedziałek, 17 marca 2014

poranny dialog z Potomkiem Młodszym:

- Synu, czy ty musisz mnie budzić o takim przeraźliwym świcie - wyrzęziłam, ledwo widząc na oczy po dwóch nocnych pobudkach - o 1 z przyczyn niewiadomych, za to trwającej do 2, i o 4 na inhalację,

Grzechot popatrzył na mnie z mocą,

- Tak - stwierdził stanowczo.

- Tak - poprawił.

- Tak - podsumował. 

Za co??????

piątek, 14 marca 2014

Zapomniałam dziś o własnym dziecku.

Tym starszym.

W piątki jest odbierany ze szkoły bez mojego udziału, jedzie na angielski razem z koleżanką z klasy, a potem tata tej koleżanki odstawia oboje w nasze okolice - oni idą sobie do domu, a Piotrek skręca do siebie.

Pech polegał na tym, ze dziś z przyczyn losowych nie było angielskiego. O czym młodemu nie powiedziałam, bo zapomniałam.

I siedział w świetlicy, trochę zaniepokojony, choć z drugiej strony zadowolony, bo mógł spokojnie czytać. 

Olśniło mnie nagle, zę już powinien być w fdomu i czemu nie dotarł po angielskim. Pomyślałam chwilę... I złapałam Grześka w chustę, po czym pognakiśmy razem do szkoły. 

Dobrze, żenie mam sześciorga dzieci, bo mogłabym zapomnieć o którymś na przykład na lotnisku. Całkiem jak rodzice Kevina.

czwartek, 13 marca 2014

Ostatnio zaczęłam się zastanawiać, kto następny. No bo...

Zaczęło sie w 2011, w połowie. W ciążę zaszła moja bratowa. Na trzy tygodnie przed jej porodem "załapałam" ja - czego efektem jest Grzesiek, który siedzi mi na kolanach i przeszkadza w tworzeniu notki. 

Następna była I., żona mojego stryjecznego brata (jednego z wielu, co istotne). Urodziła, gdy Grzesiek skończył pół roku. 

Kolejna  - M., siostra stryjeczna - urodziła w grudniu. Następna była M., urodziła na początku lutego. I tak sobie właśnie kombinowałam, czy będzie kontynuacja, kto teraz, aż się dowiedziałam. W październiku Dziadkowie będą mieli kolejnego prawnuka (bo te wszystkie dzieci po jednych Dziadkach, że się tak wyrażę). Innymi słowy przyszli rodzice zdążyli w ostatniej chwili, żeby nie zerwać ciągłości łańcuszka, o kilka dni:)

Ciekawe, kto następny. Kandydatów trochę jest, mamy dwie stosunkowo świeże pary małżonków, mój brat twierdzi, że na jednym nie poprzestanie... Zobaczymy. Ja już raczej wypadam z konkursu, czterdziecha u bram i pora zająć się wychowywaniem dzieci już posiadanych a nie rodzeniem nowych ;). 

 

Tak czy inaczej - w łańcuszku przybyło już pięcioro dzieci, sześcioro z tym październikowym.:)

wtorek, 11 marca 2014

W ramach leczenia pan dr kazał Grzesiowi puszczać bańki. Młody ma ćwiczyć dmuchanie w ten sposób.

Grzechot szczęśliwy, uwielbia te kolorowe kulki fruwające po całym pokoju. Co prawda jeszcze sam nie umie dmuchnąć odpowiednio, ale ćwiczy pilnie. 
W końcu to nie zabawa, tylko leczenie. I nie ma skutków ubocznych (poza zachlapaną podłogą).

czwartek, 06 marca 2014

Matka dzisiaj zachowała sie jak rasowa blondynka.

Przygotowywałam dzieciowi młodszermu przecier z jabłek i kiwi - miałam nadzieję, że może zje, chory  jest, więc taka paćka owocowa, łatwo wchodząca... Jak sie potem okazało, nie zjadł, ale ja nie o tym.

Paćkę przygotowywałam przy pomocy blendera - wrzucałam składniki do kubeczka i sprzętem mielącym  pracowicie je rozdrabniałam. Słabo szło, jabłko wkleszczyło się pod nóż obrotowy. 

I matka dzieci, wiele nie myśląc (chyba wcale, niestety), grzebnęła paluchem wokół noża, aby rzeczone wydobyć. A tymczasem druga rączka subtelnie jej sie obsunęła po uchwycie blendera. Zahaczając o przycisk. Taki duży, szary. I tak, to był ten, którym sie wyżej wzmiankowany sprzęt włącza....

Na szczęście zahaczyła delikatnie, palec miała prawie na wierzchu, więc go szybko zabrała, dzięki czemu nie przerobiła go na mielonkę, tylko nieco skaleczyła - wystarczył największy rozmiar plastra z dziecięcymi rysuneczkami (Toy Story, o ile dobrze rozpoznaję).

Głupi mają szczęście. Dużej krzywdy soie nie zrobiłam, a mogłam uciąć kawał palca. Nie przewiduję takich dodatków żywieniowych w diecie potomków.

Przynajmniej wytłumaczyłam dobitnie Piotrkowi, czemu nie wolno robić tak, jak zrobiłam. Kapiąca krew zrobila na nim wrażenie, Mam nadzieję, zę wystarczy mu nauka na moich błędach i tego nie będzie powtarzał. 

A co, niech sobie wymyśla własne.

a matka - cóż, ekskrementa włościance nie chronometr. Nastęnym razem jabłko podam w całości.

Grzesiek dba, żeby rodzice sienie nudzili. 

Wczoraj w nocy tak charczał i sie dusil, że pojechałam z nim na Izbę Przyjęć. Stwór widocznie zorientował się, czym to grozi, bo zanim dojechaliśmy, to przestał świszczeć i hurgotać w płucach, więc pani dr uznała, że nie ma potrzeby zamykania delikwenta. I chwała Bogu, bo organizacyjnie byłby to klops absolutny. 

Dzisiaj jest zdecydowanie lepiej, chociaż nadal sie przydusza, wieczorem jeszcze byliśmy na kontroli u naszego pediatry, który profilaktycznie zarządził rtg płucek i sprawdzenie CRP. Zobaczymy, co wyjdzie.

A w maju udało nam sie złapać termin na diagnostykę astmy wczesnodziecięcej - cały dzień w szpitalu i wychodzisz z kompletem badań, które normalnie to by robili ruski rok , o ile udałoby sienaciągnąć lekarza na skierowania, oczywiście.  Szpital na Działdowskiej specjalizuje się w alergologii i pulmonologii, mają najwyższy stopień referencyjności - będziemy się ich trzymać. Dotychczasowe doświadczenia  sprzed dwóch miesięcy są niezłe - przesympatyczny i kompetentny personel, jedynie budynek pozostawiał nieco do życzenia. Odnowiony, owszem, ale jednak po prostu stary i ciasny, co powinno przestać być niedługo problemem - ponoć w przyszłym roku i Działdowska i Litewska - dwie placówki tego samego szpiala - dostaną nowe lokum na tyłach Banacha. I bliżej i budynek będzie nowoczesny i dostosowany - a mam przykre podejrzenia, że będzie to placówka odwiedzana przez nas jeszcze niejednokrotnie. 

Cóż, tego, żę moje dzieci będa miały astmę, mogłam być pewna. Dobrze, że - przynajmniej na razie - Piotra ominęło.

poniedziałek, 03 marca 2014

Grzesiek ma zapalenie oskrzeli.

Skierowanie do szpitala mam w ręku, w razie braku poprawy zamykają.

Cholera.

niedziela, 02 marca 2014

Zabraliśmy się za Węża Młodszego. 

Wczoraj został bez awantury u moich rodziców, a od paru dni ćwiczymy kładzenie spać - to znaczy, delikwent ląduje w łóżku i tam zasypia, a nie na ręku u nas. I działa.

Doskonale sobie zdaję sprawę, zę sami zapracowaliśmy na ten kłopot z zasypianiem. Ale to było takie urocze, przytulone maleństwo, słodko posapujące w ucho... Niestety maleństwo przestaje być maleństwem, waży ponad 10 kg, jest coraz większe i mój kręgosłup protestuje, gdy mam stać z Grześkiem na ręku przez pół godziny i go usypiać. Trzeba było coś przedsięwziąć.

Niestety (no dobra, współczuję, ale nie zazdroszczę) całość roboty padła na Skorupiaka z tej prostej przyczyny, ze z nim Młodszy nie dyskutuje na temat dostępu do cyca. Wie, ze nie ma i tyle, co znacznie skraca dyskusję. Tak czy inaczej, Skorupiak dzielnie sobie poradził, dzieć jest odkładany do łóżka, Tata siada na podłodze, trzyma za łapkę, opowiada kawałek bajki  i dzieć jest z głowy. Dziesięć minut i po bólu, zamiast dotychczasowych czterdziestu.

Pytanie tylko, czy dziś znowu obudzi się w środku nocy z temperaturą. Czwórki wyłażą na światło dzienne..

 

PS. Obudził się. MIał ponad 38 stopni, marudził, kaszlał. I tak jest dzisiaj, za ciepły, marudzący, rpzelewny. Wieczorem idziemy do naszego pana doktora.

sobota, 01 marca 2014

Dzisiaj udała sienam wielka rzecz.

Grzesiek został u moich rodziców - BEZ NAS - i nie wrzeszczał.

Oczywiście akcja była przemyślana, Tata dzielnie stwierdził, że bierze na klatę i poradzi sobie nawet, jeśli Wąż Młodszy będzie sie darł. Piotrek pojechał jako obstawa i czynnik stabilizujący - to jest niesamowite, jak Mniejszy jest wpatrzony w Większego - idol, wzór, ideał i punkt odniesienia do wszystkiego.

Zostawiłam Węże razem z wózkiem - od razu zapakowałam Grześka do środka i panowie poszli na spacer, a ja galopem popędziłam załatwiać swoje sprawy. 

Nie było mnie jakąś godzinę - jak wróciłam, byli w domu, Piotrek zbudował norkę i łazili sobie po tapczanie. Dopiero jak przyszłam, to Mały sobie przypomniał, zę przecież mama zniknęła i jej nie było. Już nie bardzo chciał mi zejść z kolan, ale pierwszy pobyt bez wrzasku  zaliczony!!!!

 

Otwiera mi to perspektywy, nie tylko wyjścia gdzieś do ludzi, ale powrotu na rynek pracy - jeśli Grzechot nie będzie się darł przez cały czas mojej nieobecności, to mogę zacząć mieć nadzieję, ze sie uda., A w każdym razie jedna przeszkoda powolutku zaczyna się zmniejszać.

 

Maniery naszego syna przy stole ostatnio martwią nas vcoraz bardziej. Stają się... hm, jakby tu powiedzieć, stołówkowo-szkolne. I nie jest to bynajmniej komplement. Siedzi jak worek, macha łapkami ze sztućcami, różne inne grzechy też popełnia, nie będę wyliczać, bo po co.

Ta workowatość drażniła nas coraz bardziej, aż w końcu dziś Skorupiak wpadł na świetny pomysł. Staręńki, stosowany przez prababki, ale nieco zmodyfikowany.

Wetknął potomkowi pod pachy dwie książki. Cienkie. I zapowiedział:

- Jeśli żadna z nich ci nie wypadnie podczas obiadu, to będziesz mógł wziąć jedną z nich do czytania.

Młody zastrzygł uchem, poprosił o oinformację, co to jest - słusznie, dobrze wiedzieć, czy jest po co sie męczyć.

A książki z serii "Strrraszna historia". KOnkretnie miał Greków i Egipcjan.

Już siedzi i czyta.