O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

sobota, 30 marca 2013

Tak sobie pomyślałam siedząc z Grzechotkiem przy piersi, źe coś dziwnego dzieje sie w naszym społeczeństwie.

Właściwie "dziwne" nie jest odpowiednim słowem, bo dziwi to mało kogo. To raczej ja chyba jestem dziwna, że się tego czepiam.

Chodzi mi o ostatnią aferę z abp. Głodziem.

I nie mam  na myśli w tym momencie samych doniesień prasowych dot. jego zachowania, tylko raczej  reakcję wielu osób na nie. A ściśle rzecz biorąc  podejście do tematu dające sie zamknąć w pytaniu: "I co w tym złego, że czasem lubi wypić?"

Już pomijam to, że jako kapłan i to wysoki rangą powinien być wzorem i przewodnikiem, a zdecydowanie nie jest. Powszechnie znane przezwisko Flaszka nie wzięło się z powietrza.

Przerażające dla mnie jest, że tak wiele osób (w tym polityków, którzy powinni mieć przynajmniej świadomość ponoszonych przez państwo kosztów nadużycia alkoholu, jeśli nie pozostałych skutków) nie widzi problemu w rozrywce polegającej na schlewaniu się jak świnia. Wróć, przepraszam  świnie.

Jest przyzwolenie społeczne na takie zachowania, bo niestety picie jest powszechne od prawa do lewa. A przecież nikt nie potępi czegoś, co sam lubi.

A potem powstają dramatyczne artykuły o tym, jak to piją coraz młodsze dzieci. O tym, że pijana matka urodziła pijane dziecko. 

Tylko czemu niektórzy się tak dziwią???? 

 

piątek, 29 marca 2013

kto wie, gdzie można kupić choinkę????

Grzechotku - tylko tak dalej!!!

Kochany stwór  kolejny raz przespał 8 godzin - jak zasnął przed 22, to do 5.30 miałam spokój.

Lubię tak.

poniedziałek, 25 marca 2013

Przedświąteczne porządki raczej leżą. Okien nie myję - za zimno, zdecydowanie  nie zamierzam sie dorobić zapalenia płuc. Poczekam na wiosnę.

Na wielkie sprzątanie nie bardzo mam warunki - Seprens Minor w nocy co prawda dość przyzwoicie śpi, potrafi juz przespać ciurkiem sześć godzin, a nawet raz mu sie zdarzyło całą noc, ale nadrabia w ciągu dnia - uśpienie go na trzy godziny zdarza sie może raz dziennie... tak poza tym to wcina co czterdzieści pięć minut, a w tak zwanym międzyczasie uzupełnia zawartość pieluchy, po czym podnosi alarm o wymianę, bo gryzie w pupę. 

I weź tu człowieku zrób coś w domu w takich warunkach. 

Z trudem udaje mi sie ogarnąć pranie - to jest niezbędny punkt programu, dłużej wytrzymam z brudnymi oknami czy podłogą niż, za przeproszeniem w brudnych majtkach. Dużo dłużej...

Z oknami jednak nie jest tak źle - w sprawę włączył sie Serpens Maior. Czyli Wąż Starszy.

Najpierw dzielnie umył okna razem z moim Tatą - u nich.

Potem zaczął myć u nas - zarządziłam mycie wyłącznie wewnętrznej strony  z przyczyn oczywistych.

Umył okno u siebie w pokoju, po czym zabrał sie za salon.

A Skorupiak cierpiał.

Skorupiak jest perfekcjonistą, jeśli chodzi o okna, przeważnie on je mył przed świętami - mi było za zimno, on sie nie zrażał. Polerował, chuchał, wycierał... Żadna smuga nie miała prawa sie ostać.

Oczywistym jest, żę po myciu przez Pytona tych smug zostało całkiem sporo. Nie ma jeszcze wprawy, nie mówiąc o tym, że łapki krótkie, niełatwo sięgnąć na sam szczyt szyby, nawet jak sie stoi na parapecie. 

Równocześnie - cóż, jakoś sie musi nauczyć. I na początku będzie niedokładnie. To tak jak ze zmywaniem naczyń, o czym juz pisałam. Teoria Inteligentnego Lenia, wielokrotnie tu przywoływana, mówi jasno - jak chcesz mieć spokój na przyszłość, to najpierw trzeba sie trochę napracować. Poprawić ileś razy. Ale - żeby nie było za łatwo - tak, żeby delikwent o tym nie wiedział, żeby sie nie zniechęcił. Czyli przeczekać z tymi niedomytymi oknami do momentu, gdy Pyton pójdzie do szkoły i dopiero wtedy poprawiać. Pochwalić, że zrobił ile zrobił. Docenić, chociaż smugi kłują w oczy. 

I tak dumna byłam z siebie, bo jak młody zaczął wymiękać, to zaproponowałam zabawę w Dział Kontroli Jakości w Bardzo Wielkiej Korporacji. I kontrolowaliśmy tę jakość, trochę sie przy okazji poprawiło. Trochę on, trochę ja - ale ja to był DKJ, to sie nie obrażał, bo ja tez byłam pracownikiem, prawda? Wspólnie doprowadziliśmy okna w salonie do stanu względnie możliwego. A Pyton został z poczuciem dobrej roboty.

I dobrze. Następnym razem umyje te okna staranniej. A jeszcze trochę i będzie je polerował na taki sam błysk, jak Skorupiak.

Ale musi mieć okazję, żeby poćwiczyć i sie przekonać, zę jest w stanie to zrobić.

Z przyjemnością mu tę okazję stworzę, zwłaszcza, jeśli moją rolą jest wyłącznie przejście do porządku dziennego nad pewnymi niedociągnięciami. Za jakiś czas ich nie będzie.

piątek, 22 marca 2013

Poszłam się poprzytulać rano do Pytona. 

Opowiadam mu, że Grzechot tak ładnie spał. Pyton zaczyna sie wygłupiać, śmieje, że to za dużo. 

- Zobaczysz, jak będziesz miał własne dzieci, to zmienisz zdanie!

- Ja tego nie powiedziałem!!!!

Zwinęłam sie ze śmiechu, taka panika brzmiała w jego głosie :)

Grzechot dziś po raz pierwszy przespał CAŁĄ NOC.

Położyłam go do łóżeczka - już śpiącego - około 21.30. I spał grzecznie do szóstej rano!

To nie oznacza bynajmniej, ze ja tez spałam tak długo. Koło piątej obudził sie Skorupiak, spojrzał na zegarek i zdenerwował okrutnie. Oczywiście jak on jest zdenerwowany, to ja się budzę, bo nie da rady inaczej. Poinformował mnie, ile mały śpi. No wiem, umiem liczyć i wiem, o której poszedł spać. Wylazł z łóżka i poczłapał sprawdzić, czy Grzechot oddycha. Oddycha, co ma nie oddychać. Podenerwował sie jeszcze trochę, to mu przypomniałam, ze Pyton taki miły był jeszcze wcześniej - Grzechot dziś kończy dwa miesiące, przy Piotrku na pierwszej wizycie w wieku ok. 6 tygodni u pediatry dostałam po uszach, że nie budzę na nocne karmienie.

W końcu przekonałam Skorupiaka, że marudzi, jak mały się budził co półtorej godziny to chciał lecieć do lekarza, a jak śpi całą noc to też mu źle. I niech korzysta z okazji i śpi.

Tak czy inaczej - dostałam prezent. I poproszę tak dalej!

czwartek, 21 marca 2013

Czort jest doskonałym opiekunem dla małych dzieci. Mimo, że to samiec i kocur bojowy, pilnuje maluchów lepiej niż niejedna niania:

Tak było sześć lat temu:

 

A teraz jest tak:

 

 

W mądrych źródłach informowano, że taki noworodek - niemowlak może robić kupy nawet co dziesięć dni. Albo, dla odmiany - dziesięć dziennie. 

Nie było mowy o tym, że niektóre egzemplarze mają nieszczelny zawór i wylewa im sie z odwłoka cichcem a omalże bez przerwy.

I oczywiście na taki właśnie egzemplarz udało nam sie trafić.

Początkowo kładłam to na karb dostosowywania sie do Życia Na Zewnątrz.

Potem uznałam, że przyczyną jest reakcja brzuszna Gada na moją infekcję g.d.o.

A potem  niestety nie miałam już żadnego uzasadnienia. Przy czym nasz nadworny pediatra (chyba weterynarz, skoro węże leczy) twierdzi, ze wszystko jest w porządku, te wylewki sa prawidłowe, mają właściwe wszystko (daruję sobie nieapetyczne szczegóły techniczne), po prostu ten typ tak ma.

W rezultacie albo zmieniam mu pieluchy, albo siedzę i karmię. W południe zamontowałam mu szóstą pieluchę w dniu dzisiejszym. Przed chwilą - czyli pół godziny później - siódmą.

I nie ma możliwości przetrzymania. Nie jest to moja fanaberia, że maleństwo biedne nie może poleżeć chwilkę w zasikanej pieluszce. Bo w zasikanej może, ale niestety one nie sa tylko zasikane. A wtedy natychmiast podnosi sie wrzask, który trwa do momentu wymiany. Kuper jest podrażniony, mniej lub bardziej, ale stale. Chyba mu wsadzę tam jakiś korek, albo co...

A do tego, gdy smarując odwłok kremem Bambino mam ochotę warknąć coś niepochlebnego na temat nadmiernego zużycia, ten mały drań posyła mi tak cudny uśmiech, ze nie potrafię sie dłużej złościć.

jak myślicie, czy wypada mi poprosić  o pieluszki w ramach prezentów z okazji chrztu? Może będą jakieś takie we wzorek stosowny do okoliczności....

niedziela, 17 marca 2013

Jak w tytule.

Wygląda na to, że jest to człowiek bez zadęcia.

Podejrzewam, że w Kurii parę osób  ma teraz szczękościsk, bo jeśli głowa Kościoła rezygnuje z bogactw i splendoru, to podwładni też powinni. A sądzę, że większość z nich, jeśli nie wszyscy, przyzwyczaiła się do zbytku i znakomicie czuła w roli książąt Kościoła. A tu taka przykra niespodzianka.... 

Zachwycił mnie tekst Franciszka, gdy po wyjściu z Pokoju Łez odmówił włożenia papieskiej peleryny obszywanej gronostajami - Karnawał sie skończył, niech ksiądz sam to włoży. 

Główny spec od ceremonii w Watykanie będzie miał ciężkie życie. Może sie okazać kompletnie niepotrzebny....

 

 

piątek, 15 marca 2013

Niestety. Z bólem straszliwym stwierdzam, że na czas dłuższy muszę sie pożegnać z moja ukochana zupą - żurkiem. 

Zrobiłam ostatnio, pyszny mi wyszedł. Z kiełbaską, ziemniaczkami,  i czosnkiem opczywiście. Dużo czosnku...

No i tu poległam. Niestety Wąż Młodszy nie podziela moich poglądów w tej materii i na czosnek reaguje zdecydowanie negatywnie., Po dwóch nocach wrzasków, pobudki co półtorej godziny po to, żeby potem przez dwie godziny Gada uspokajać - poddałam sie. Nie będę jeść żurku, dopóki nie skończę karmić piersią. 

Jednak wolę sie wyspać niż zjeść żurek. W końcu mam jeszcze parę innych zup, które bardzo lubię, a jakoś nie  wymyśliłam jeszcze, czym by można zastąpić sen.

czwartek, 14 marca 2013

Grzechotkowy bezzębny uśmiech rozczula mnie za każdym razem, jak go widzę.

Podobnie jak dawniej Pietruszkowy - malutki pyszczek, który czasem rozciąga się w szeroki uśmiech, a czasem zbiega w przysłowiowy ciup. Bardzo chciałabym zrobić mu zdjęcia  w tych momentach, ale jest to trudne, bo jak go trzymam albo karmię, to brakuje mi trzeciej ręki do obsługi aparatu fotograficznego. Który zresztą zwykle leży gdzieś tuż poza zasięgiem....

Malutek jest już coraz bardziej kontaktowy, patrzy z uwagą, odwraca łepek w moją stronę, uśmiecha się w odpowiedzi na mój uśmiech... 

Jeszcze te małe łapeczki, skulone w piąstki - jedzenie to ciężka praca, więc pomagamy sobie łapkami w ten sposób. 

I stópki - niby malutkie, ale jak na takiego osobnika - liczącego sobie jak dotąd siedem i pół tygodnia życia - to całkiem spore...

Cóż, rośnie nam synek. Rozmawiałam dziś z koleżanka, która urodziła dzień po mnie - różnica między chłopakami była niewielka, raptem 120g. Teraz M. waży 5300, a Grzechot dobił już do 6 kg. Smok nie dziecko, ale trudno sie dziwić, skoro od początku żre a nie je. Utrzymanie trzech godzin pomiędzy posiłkami jest możliwe tylko w sytuacji, gdy wezmę gościa na spacer i będzie łaskaw zasnąc - wtedy cichutko wracam do domu, wystawiam wózek na balkon i moge sie zająć robotą domową, a on śpi na dworze po trzy, cztery godziny. No i w nocy robi sie coraz lepiej - z wyjątkiem wyjątków, ale to sie pożalę w następnej notce - tematycznie, a co. 

Wracając go Grzechotkowego jedzenia - dzięki temu, ze jest taki żarty prawdopodobnie udało nam sie przetrwać infekcje bez szpitala. To jest co prawda tylko mój wniosek, nie rozmawiałam o tym z pediatrą, ale tak mi wychodzi z tego co mówił. Bo na nasze prychanie mały zareagował brzuszkiem - kupska robił co kwadrans mniej więcej (no dobrze, nieco przesadzam, ale niewiele) wodniste potwornie i bałam się, żeby mi sie facet nie odwodnił, bo wtedy to szpital bezdyskusyjnie. I kaplica organizacyjna, jeśli chodzi o życie domowe i Pytona... A ten żarłok tylko wolniej tył.... Ale faktycznie w tamtym okresie to wisiał przy bufecie prawie bez przerwy. Aż mi sie odwłok robił kwadratowy i płaski od tego siedzenia w łóżku z ssakiem...

Właściwie to ja sie muszę porządnie zastanowić, czy on jest Ssak czy Gad. Obawiam się, że rozstrzygnięcie tego problemu przerasta moje możliwości. Trudno sie mówi. Przestanę sie zastanawiać i wracam zachwycać sie ślicznym uśmiechem i łapeczkami...

poniedziałek, 11 marca 2013

Skorupiak szykuje śniadanie dla Pytona i dla mnie - ja rano w porze właściwej służę przeważnie za bufet i podstawkę dla Grzechotka, który z lubością zasypia u mnie na brzuchu i szybciutko sie budzi, gdy sie próbuje go stamtąd zdjąć. 

W rezultacie do kuchni udawało mi sie dojść dosyć późno, tak, że śniadanie jadłam koło pierwszej. Skorupiak przynosi mi talerzyk z kanapkami, tak, że mam szanse pożywić sie o jakiejś ludzkiej porze.

Jest tylko jeden problem.

Proszę o dwie kanapki.

Na talerzu z niewiadomych przyczyn zawsze są cztery.

Przy czym dwie z tym, czego on nie lubi i nie zje ( mój ukochany serek i dżem), a jedna z kiełbaską, którą uwielbiam. Czwarta neutralna. 

Nie mogę zostawić tak luzem tej niezjedzonej, bo zje  ją któryś z Psotów,  i po pierwsze sie pogryzą, a po drugie - kot jest na diecie bezbiałkowej. Zaszkodzi mu.

NIe mogę odnieść do lodówki, bo Grzechot.

Jak stoi obok i kusi - cóż, w końcu ją zjem...

I jak tu do licha ciężkiego dbać o wagę?

A wydawało mi się, że Skorupiak z naukami ścisłymi nie ma problemów i liczenie do dwóch powinien mieć opanowane...

sobota, 09 marca 2013

Jak już pisałam, ostatnio wyciągnęłam z szafy całą stertę ubrań, które co najmniej od dwóch sezonów przebywały w pudle z motywującym opisem "do dochudnięcia".  Ponieważ ja generalnie gwiżdżę na modę i  kompletnie się nie przejmuję tym, zę coś jest sprzed kilku lat - jeśli jest ładne i dobrze się w tym czuję, to wystarczy, leżały tam rzeczy nawet kilkuletnie. 

Przedwczoraj dokonałam odkrycia, które spowodowało, zę nie bardzo wiedziałam, czy mi wesoło, czy raczej mnie trafia delikatny szlag.

Miałam szorty wakacyjne. W moim ukochanym zielonym kolorze. Rozmiar 40. Czyli jeszcze nie wpędzający mnie w nerwicę, zdarzało mi sie kupować ciuchy mające wszyty numerek o wiele bardziej deprymujący.

Schudłam 20 kilo od czasu, gdy po raz ostatni nosiłam te szorty - ostatni sezon z racji ciąży wypadł z obiegu. Teraz nawet po gigantycznym obżarstwie spadłyby ze mnie bez rozpinania guzika.

Odzyskałam czarne dżinsy, w które nie mieściłam sie już chyba ze trzy lata. Teraz są lekko luźne. 

Na metce mają 6xl...

Nie ma to jak precyzyjne oznaczenia...

- Mamo, kiedy wyrosną mi zęby mądrości? - zapytał Pyton.

- NIe wiem, synku, one różnie wyrastają. Mogą ci wyrosnąć jak będziesz dorosły, mogą nie wyrosnąć nigdy, a może za kilka lat. Dużemu wyrosły po ślubie.

- A, jak dostał Mi, to zmądrzał? - upewniło sie moje dziecko. 

Kochany wnuczek, docenił dziadka...

piątek, 08 marca 2013

Byliśmy sie dzisiaj zaszczepić. 

I zważyć. 

Pierwszy punkt programu nie wzbudzał niczyjego entuzjazmu, ale uważam, ze ma to sens, nawet, jeśli nie jest przyjemne. Nieszczepienie dzieci jest dla mnie nieodpowiedzialnością i żerowaniem na innych - bo jak sie większość szczepi, to faktycznie te cwane jednostki, które unikają kłucia, mogą sie wykręcić sianem. CHoć nie muszą. Ostatnio gdzieś trafilam na wypowiedź jakiejś mamusi, że ona nie zaszczepi dziecka na świnkę odrę i różyczkę, jak zachoruje, to zachoruje. Sęk w tym, zę dziecko jest dziewczynką - jak w przyszłości zachoruje będąc w ciązy, to pobłogosławi mamusię za ten pomysł...

No ale trudno, nie wytłumaczę całemu światu, zę te brednie o rtęci to brednie i więcej rtęci mają w puszce sardynek, jak również, zę opowieści o autyzmie powodowanym przez szczepionkę MMR są skutkiem  oszustwa niejakiego doktora A. Wakefielda  - jego artykuł na ten temat został usunięty z bazy Lancetu, co sie zdarza baaardzo rzadko. Ale nawiedzeni wiedza swoje  i będa powtarzać...

Tak czy inaczej - mamy za sobą. Grzechotek krótko kwiknął, potem sie przyssał, a następnie zasnął po ciężkim stresie. Wróciliśmy do domu i teraz śpi dalej u mnie na brzuchu, podjadając od czasu do czasu. A do tego zdążyliśmy wrócić, zanim na dworze zrobiło się całkiem niesympatycznie.

Za to ważenie... Młodzieniec mając 6,5 tygodnia waży 5870. Właściwie to nie ma sie czym podniecać, ale dla mnie mimo wszystko jest fascynujące tempo, w jakim te maluchy się zmieniają. KOrzystam z każdej chwili, bo to raczej już po raz ostatni...

Pochwalę Skorupiaka.

Jak na faceta z bolącym zębem zachowuje się wyjątkowo przyzwoicie. Nie wrzeszczy, nie warczy, nie wścieka się.

Jestem pełna podziwu.

środa, 06 marca 2013

Nakryliśmy ostatnio Pytona. 

Okazało sie, żę od dłuższego czasu nie odrabiał lekcji i nazbierało mu sie 50 stron zaległości. 

Odbyliśmy spokojną, aczkolwiek niezbyt przyjemną rozmowę, został wyznaczony termin na uzupełnienie. Wychodziło po 6 stron dziennie, 3 z matematyki, którą Pyton lubi i 3 z kaligrafii - do której juz nie pała tak gorącym uczuciem.

W piątek, sobotę i niedzielę było jako tako, trochę marudził, ale robił. Ponieważ miał na to cały dzień - nie było tragicznie. Schody zaczęły sie zgodnie z przewidywaniami w poniedziałek. 

Wąż Starszy przeżył solidną niespodziankę, gdy okazało sie, ze nasze zapowiedzi dopilnowania do skutku aż zrobi dzienny przydział - sa całkiem serio. W rezultacie wrzeszczał, trzaskał drzwiami, obrażał sie, groził, zapowiadał wyprowadzkę - takie tam różne. A my spokojnie powtarzaliśmy, że traci czas, męczy się coraz bardziej, a zaległości i tak zrobi, choćby miał siedzieć do północy. A rano zostanie normalnie obudzony do szkoły.

Kołomyja trwała prawie do 22. Zrobił, mimo, ze naprawdę był bardzo zmęczony.

We wtorek zaczął sie wściekać, jak Skorupiak mu przypomniał o zadaniach - stanęło na tym, że ok, możemy nie przypominać, ale on ma sie za to sam brać, bez odkładania do wieczora - sam widział wszak, że dopilnujemy i nie będzie taryfy ulgowej. W ramach marchewki zaproponowałam jeszcze, że może być szybka partyjka rummikuba po każdej  stronie, pod warunkiem, zę będzie pisał sprawnie i szybko, bez rozwlekania roboty na pół dnia. 

Propozycja została zmodyfikowana po chwili - kumulujemy gry, Piotrek pisze wszystko, ja przez ten czas wyskakuje do sklepu, a potem kilka partyjek.

Jak wróciłam po godzinie, okazało sie, że Pyton napisał 1 stronę... I zażądał zmiany warunków, gra co strona. No nie... Kumulacja była jego pomysłem, grzebie sie nieprzytomnie - najpierw proszę napisać.

Poawanturował sie nieco, ale ja jestem większa, starsza i bardziej uparta - poszedł pisać, Tym razem skończył wcześniej, niż poprzedniego dnia - chwile przed 20. Zagraliśmy jedną szybką partyjkę, którą wygrał, pochwaliłam, ze tym razem skończył pisać dwie godziny wcześniej, niż w poniedziałek.

Dzisiaj byłam bardzo ciekawa, jak będzie. Zorientował się już, że nie popuścimy i będzie musiał napisać te sześć stron. Pytanie, czy będzie umiał wykorzystać Teorię Inteligentnego Lenia - zrobić szybko i móc sie bawić.

Umiał. Od razu po powrocie usiadł do roboty, napisał w dwie godziny - do 18 było z głowy. Następnie wpakowaliśmy Grzechotka w wózek i poszliśmy na krótki spacerek - Piotrek był niezmiernie dumny z siebie i sam prowadził wózek przez cały czas.

Mam nadzieję, zę jutro zrobi to w pół godziny - bo mniej więcej na tyle jest realnie tej pracy. I nie będzie zawalał, sam sie przekonuje, zę takie zaległości kumulują się w sposób paskudnie nieprzyjemny...

Swoją drogą, krecha dla wychowawczyni, że się nie zorientowała, na semestr Na koniec semestru Piotrek dostał bardzo ładny zestaw ocen - bystra bestia jest i jechał sobie na opinii...

 

Z poznawaniem granic jest tak, że się je sprawdza dopiero wtedy, kiedy sie walnie nosem w ścianę. W sumie cała ta sprawa jest mi bardzo na rękę - Pyton trafił na swoją ścianę w sposób mimo wszystko  mało bolesny. Wychowawczyni nie wie o sprawie, ja nie będę do niej z tym lecieć - natomiast dopilnuję uzupełnienia wszystkich braków - i niestety będę sprawdzać  przygotowanie do szkoły, już nie zadowolę się informacją od Piotra, że zrobione. Młody przekonuje się, że jak zapowiem, że coś będę egzekwować - to to zrobię.

Oby ta nauczka została zapamiętana.

Potomek młodszy obudził mnie około 4 rano. Jego zbójeckie prawo, chciał jeść. Przy okazji zmieniłam pieluchę. Nakarmiłam, odbiło mu sie elegancko (swoją droga, jak może sie odbić elegancko? Przynajmniej w naszym kręgu kulturowym jest to uważane za bardzo dalekie od elegancji.... No to odbiło sie nieelegancko).

Wszystkie nocne sprawy zostały załatwione i matka zwinęła sie w kłębek w nadziei, zę będzie mogła spać dalej.

NIc z tego.

Wąż Młodszy zaczął marudzić. 

No to sprawdzamy - jeszcze jeść? - nie. Odbić? - NIe. Zimno? - Wręcz przeciwnie.

Włączyłam lampkę, żęby mieć więcej danych. I to pomogło. Pierwsze, co zobaczyłam, to bystre, szeroko otwarte oczka przyglądające się uważnie wzorkowi z liści hoi, która jest rozpięta nad naszym łóżkiem.

Pomyślałam chwilę...

Bingo!

On sie po prostu wkurzał jak mu wyłączyłam światło, ciemno sie zrobiło, a on chciał sie pogapić na świat!

Zostawiłam gadzinie oświetlenie i poszłam spać.

I to był strzał w dziesiątkę...

wtorek, 05 marca 2013

Dziś Grzechot skończył 6 tygodni.

Ponieważ w niedzielę w nocy trochę zagorączkował, ustaliłam z panem doktorem, że się dziś pokażemy. Dopiero dziś, bo po pierwsze, małemu dolegało w nocy a w dzień przestało i wyglądał świeżutko jak szczypioreczek na wiosnę, a nie jak chore dziecko, a po drugie w poniedziałki są dzikie kolejki i nawet, jesli mu nic nie dolega, to po trzech godzinach w kolejce z kaszlącymi i prychającymi dziećmi będzie na pewno.

Rację miał, mądry człowiek z naszego pana doktora.

Dzisiaj w nocy w którymś momencie było 37,3, ale poza tym to Grzechot nadal nie wygląda na chorego. Wyglada na to, że ta temperatura to był po prostu rzut mobilizacji organizmu do zwalczenia ostatecznego tego, co gryzło jego i mnie - to znaczy mnie nadal trochę gryzie, infekcja górnych dróg oddechowych, a Wąż Młodszy zareagował żołądkiem - pieluchy wymieniałam średnio co pół godziny, a i tak odwłok był bardzo biedny i podrażniony. A ponieważ facet jest silny, to rzucił wszystkie limfocyty do roboty, utłukł co trzeba i jest dobrze. Pan doktor jest zadowolony. My też.

Przy okazji położyliśmy gościa na wadze i ręce mi opadły.

To znaczy - już wiem, czemu mi tak opadają za każdym razem, jak go podnoszę.

Nasze kochane maleństwo, dziecię młodsze mające równe sześć tygodni waży 5, 70 kg. Czyli przybrał ponad półtora kilo przez ten czas.

To ja już nie mam więcej pytań. 

poniedziałek, 04 marca 2013

w nocy podczas karmienia Grzechota coś mnie zaniepokoiło.

Był za ciepły. Tak po prostu, bo poza tym nic specjalnie nie sygnalizował, nawet nie marudził jakoś kosmicznie.

Wetknęłam termometr w ucho, poczekałam aż zapiszczy - 37,8. Wrrrrr.....

Zabrałam gościa do łóżka - normalnie staramy się już go przestawiać na spanie w łóżeczku i coraz częściej sie udaje - jest odkładany tam jak już śpi albo prawie śpi, wtedy sie nie awanturuje. W takiej sytuacji jednak wolałam go miec pod ręką. W tym momencie jedyne, co mogę dla niego zrobić, to karmić, przeciwciała, picie i takie tam. No to będzie miał po prostu otwarty bufet i tyle, radzi sobie sam w takich sytuacjach ;)

Po półtorej godzinie obudziłam sie znowu - niby go karmiłam, ale jakoś przysnęłam po drodze. Ponieważ gościowi sie ulewało, więc przekonfigurowałam poduszki, usiadłam oparta wysoko i wzięłam malucha na brzuch - miałam kontrolę temperatury, jemu się nie ulewało, a do tego - to dla nerwowego Skorupiaka - masaż oddechowy i stymulacja pracy serca. Bo Skorupiak już chciał pogotowie wzywać. 

Poczekaliśmy do rana, temperatura powoli ale spadała - godzinę temu było równe 37,0. W ogóle gdyby nie fakt, że był a ciepły, to bym sie nie zorientowała, ze mu coś jest, zachowuje sie całkiem normalnie, nie widać, że to chore dziecko. No, może minimalnie więcej śpi, ale to wszystko.

Nasz pan doktor chyba osiwieje, jak nas znowu zobaczy. Pytonowi już zapowiedział, ze jak sie spotkają w tym tygodniu, to zaleci mu zastrzyki z B12, żeby wreszcie dotarło, że jest związek pomiędzy stanem zdrowia a zachowaniem - na przykład ganianie do stanu przepocenia do spodu w szkole nie jest najlepszym pomysłem..... 

Grzechotowi takich strasznych rzeczy nie zapowiadał, więc sie znowu spotkamy... NIestety dziś przyjmuje dopiero od 14, więc trzeba jeszcze poczekać.

niedziela, 03 marca 2013

Wykorzystałam dzisiejszą nieobecność Pytona (nocował u dziadków) - wyspacerowaliśmy Grzechotka, jak zasnął - do domu i wózek wraz z zawartością - na balkon, a matka oddała się z lubością czynności, której normalnie nie znosi.

Przeglądowi ciuchów w szafie.

Tym razem znienawidzona czynność była wykonywana z entuzjazmem.

Czemu? Ano temu, że od czasu zapakowania tych ciuchów do pudła schudło mi sie - tak w sumie około 20 kg. I nagle całkiem sporo ciuchów trzymanych nieco beznadziejnie jako motywator do zrobienia czegoś ze sobą - okazało sie przydatnych. 

W rezultacie zyskałam sporo fajnych ciuchów bez konieczności łażenia po sklepach i bez wydawania na ten cel złotówki. A za to mam opgromną satysfakcję.

Jeszcze zostało mi kilka rzeczy, do których musze chudnąć dalej - ale udało sie tyle, że w tej chwili nie mam wątpliwości, że dalej też sie uda. Tylko po prostu musze jeszcze chwile poczekać. 

Między innymi na kieckę, która nie dość, ze jest śliczna, to jeszcze kojarzy mi sie z komiczna historią.

Świadkowałam koleżance na ślubie. MIałam na sobie tę właśnie sukienkę - bardzo prosto uszyta, jej ozdobą był wzór materiału - przechodzące odcienie niebieskiego, turkusowego, fioletowego, szafirowego. I do tego sznur grubych bursztynów.

Podczas wesela jakaś ciotka przyodziana w kieckę typu beza - koronki, falbanki i kokardeczki - wycedzila do mnie przez zęby, zdecydowanie krytycznie:

- Ładna sukienka, taka skromna i prosta... Teraz takie sa modne... - ironia biła po oczach, ale udałam, ze nie słyszę.

- A dziękuję, przywiozłam ją sobie z Paryża - akurat była to święta prawda. Pominęłam tylko kilka drobiazgów - że kupiłam ja kilka lat wcześniej, na wyprzedaży u Marksa i Spencera. 

W panią jakby piorun strzelił, w ułamku sekundy zmieniła ton i nastawienie i zaczęła ją bardzo chwalić.  Podobnie jak litewskie bursztyny. 

 

Z szafy wyleciało troche rzeczy zdecydowanie już na mnie za dużych - jak również kilka takich, które zostały z różnych przyczyn zakwalifikowane  do wyrzucenia lub oddania. Te pod śmietnik już tam trafiły, te do oddania spróbuję jutro wyprasować i oddać na jarmark dominikański na wentę. Bo część z nich jest naprawdę fajne. Ale mam nadzieję już nigdy w życiu nie nosić tego rozmiaru, a nie mam miejsca na trzymanie ich na wszelki wypadek.