O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

sobota, 31 marca 2012

nareszcie na własnych smieciach.

Nie ma jak ukochany, znany porządny bałaganik  - no bo niby skąd te własne śmieci brać, jakby wszystko było idealnie? Na szczęście nie jest, wiec mogę z lubością westchnąć, zapadając sie w fotelu.

Dzień był długi, ale fajny. Zaczął sie co prawda pobudką o zupełnie nieprzyzwoitej porze, ale częściowo zawdzięczam to samej sobie - głupio uwierzyłam w słowo pisane i mówione w informacji LOTu , gdzie wszystkie instancje sugerowały, by być 2 godziny przed odlotem. Byłam później, trochę ponad godzinę, ale mogłam być równie dobrze na dwadzieścia minut przed odlotem i też bym zdążyła.

Za to cieszyłam się niepomiernie obserwując pana z odprawy. 

Biegał nerwowo z radiotelefonem i dopytywał, czy ktoś widział kapitana, bo on powinien już odprawiać pasażerów, a jak tu lecieć bez kapitana?

Ale w końcu znalazł się ktoś ze stosownymi uprawnieniami i polecieliśmy do Poznania. Do tego na Ławicy okazało się, że autobus z lotniska się spóźnił, dzięki czemu zdążyłam.

Potem było parę godzin przyjemnego fermentu intelektualnego, moje wypociny zostały docenione, na dworzec, trzy godziny w pociągu - i jestem u siebie.

Idę spać. nie lubię tak wcześnie wstawać.

piątek, 30 marca 2012

Piotrek czasem się wkurza.

Ludzka rzecz.

Wkurza się również na matkę - od czasu do czasu, zwłaszcza, jak się domaga posłania łóżka.

Też zrozumiałe.

Wymyśla mi wtedy - jak potrafi. Przeważnie warzywnie, słyszę, ze jestem zgniłym kartoflem na przykład. 

Ale ostatnio wypalił z  grubej rury:

- Ty dziamgolecie!!!!!!

Hmm.... Coś w tym jest, czasami faktycznie dziamgam. Pora sie poprawić.

Ale skąd on wziął takie śliczne słowo?

czwartek, 29 marca 2012

Skorupiak widział pierwszego w tym roku jeża :)

Ja pewnie jeszcze poczekam - musiałabym wychodzić na wieczorne spacery z psem, ale na to jest mi stanowczo za zimno. Wolę poranne, zwłaszcza, ze i tak odprowadzam Pytona do przedszkola. 

Ale już nie śpią :)

Młody poszedł dziś do przedszkola, a ja odetchnęłam z ulgą. 

W końcu nie byłoby niczym przyjemnym przesiedzenie najbliższych dwudziestu paru lat w pudle za morderstwo z premedytacją, a do tego jeszcze dzieciobójstwo. A na to sie zanosiło.

Wszystko przez to, że Piotrek jak jest chory, to w stanie wskazującym na chorobe jest krótko. Może kaszleć, mieć gila do pasa, podwyższoną mieć temperaturę, być cały w kropki ospowe, a i tak przeważnie jest w świetnym humorze i chciałby do przedszkola. A matka wychodzi z siebie, staje obok i we dwie usiłują jakoś zająć znudzonego potwora.

Tym razem też tak było, a jak sie doda jeszcze do tego moje podziębienie, to łatwo wydedukować, że z przyjemnością pozbyłam sie dziecka z domu. On też popędzil z radością do kolegów, z przedszkola nikt nie dzwonił, że mam natychmiast zabrać dziecko, bo przecież chore, więc tak jakby - dobrze jest. 

A przynajmniej lepiej, bo ja nadal smarczę, ale też chyba jakby nieco mniej. A oże to moje pobożne życzenia.

Swoją drogą, kiedyś młody był na tyle niezdrów, że postanowiliśmy pojechać z nim na dyżur - bo oczywiście rzecz miała miejsce w weekend jakżeby inaczej. Młody miał ponad 38, był spowolniony i  klejący sie  - oczywiście jak na siebie, tout proportion gardee. Wpadł do gabinetu z okrzykiem, galopem dotarł do stołka, zasiadł na nim i zaczął sie kręcić. My wymieniliśmy wszystkie niepokojące objawy, a pani doktor popatrzyła na nas, popatrzyła na niego, jeszcze raz na nas - i zapytała:

- To jak państwo wytrzymujecie z nim, jak jest zdrowy?
Wytrzymujemy pewnie głównie dlatego, że chodzi do przedszkola. 

I już sie boje szkoły - ma wszelkie zalety i Pyton już bardzo chce tam iść, ale ma jedna kolosalną wadę: WAKACJE. 

Nigdy nie sądziłam, że to powiem....

środa, 28 marca 2012

Pyton zdrowszy, jutro idzie do przedszkola, bo inaczej go zamorduję.

Za to - dla równowagi - ja jestem chorsza, katar mi nos zatyka, gardło drapie, w głowie szumi. I to bynajmniej nie rum.  I z treścią świata też niespecjalnie....*)
Jak widać, nic w przyrodzie nie ginie tylko zmienia właściciela, wirusy też.  Wkurzające jest to o tyle, zę  w sobotę porzucam gospodarstwo i lece na jeden dzień do Poznania. I właśnie tego lotu sie trochę boję - a właściwie nie samego lotu, bo latać lubię, ale zmiany ciśnienia - jak mi zatka nos  i zatoki to na szkoleniu może mi mózg zamulić totalnie....

Dziś byłam u medycyny - przegląd gwarancyjny, zapowiedziany od dawna - ale przy okazji poprosiłam o coś na ten katar, bo wolałabym nie prezentować w sobotę wyników moich rozmyślań pociągając nosem co piętnaście sekund. mam nadzeję ze pomoże....

świństwo, że póki było ładnie, to młody sie do niczego nie nadawał, a jak może chodzić, to pogoda więdnie. Ale takie jest życie....

Kurczę, jeszcze do tego głupi kunndel wywlókł ze śmietnika kości z kurczaka - co oznacza murowaną sr...ę w jej przypadku. 

Świat mi sie dzisiaj wybitnie nie podoba. Jak ktoś ma coś rozweselającego (może niekoniecznie gaz), to poproszę.

 

*) "Kiedy rum zaszumi w głowie

Cały świat nabiera treści

Wtedy chętniej słucha człowiek

Morskich opowieści!"

wtorek, 27 marca 2012

postanowiłam dodać nową kategorię - kawały. Czasem usłyszę jakiś śliczny, a potem nie umiem tego zapamiętać, umyka zostawiając tylko wkurzające wrażenie, że było. W związku z tym będę sobie wrzucać w jedno miejsce te, które mi sie spodobają.

Trzecioklasista wraca do domu  i wręcza ojcu swiadectwo. Ojciec przegląda je i pyta:

- Możesz mi jakoś wytłumaczyć te jedynki i dwójki?

A potomek spokojnie odpowiada:

- To ty mi powiedz - geny czy wychowanie?

niedziela, 25 marca 2012

Taki piękny dzień sie dzisiaj zapowiadał. Wczoraj pogoda śliczna, wiec liczyła, ze i dziś będzie podobna. Rodzice zaprosili Pytona na nocowanie i dziś chcieli jechać całą trójką na działkę. 

Ale  życie zweryfikowało te pomysły - zgodnie z zasadą, która głosi, że jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, opowiedz Mu o swoich planach.

Najppierw okazało się, że nie da sie dojechać do kościoła, do którego zamierzali - do zaprzyjaźnionego księdza, gdzieś na Solcu, na mszę dziecinną. Półmaraton Warszawski zablokował dojazd. No trudno, umówili sie z nami u Dominikanów. Po mszy wpadliśmy jeszcze do nich na chwilę, ale mlody już taki podejrzanie marudny zaczynał być. Normalnie jest wesolutki jak szczygiełek, wiecznie uśmiechnięty, tak że takie zachowanie natychmiast wzbudza wątpliwości. Do tego zakatarzony jest nieco - nie drastycznie, ale troszkę, od paru dni, my oboje zresztą też. Skorupiak bardziej, ja mniej.

Tak czy inaczej, działka została skreślona, zwłaszcza, ze wiało nieprzyjemnie i chłodno było, młody w domu dostał michę ukochanej pomidorówki i zgodę na oglądanie filmów ponad standardowy limit (czyli 20 minut dziennie). I właściwie przeleżał do wieczora, co najlepiej świadczy o jeo samopoczuciu.

Jutro nie idzie do przedszkola. Jakbym musiała, to bym go pewnie posłała, ale że nie muszę, to niech dotłucze zarazę - i mam nadzieję, zę w środe już pójdzie. Inaczej pewnie by jeszcze pochodził parę dni, po czym na święta miałabbym chorego typa w domu przez co najmniej dwa tygodnie. 

Chyba bym sie poszła utopić, niczym nieco zapóźniona marzanna wiosenna.

czwartek, 22 marca 2012

Pyton juz w łóżku. 

Poczytaliśmy sobie - teraz na tapecie jest Dr Dolittle, poprzytulaliśmy się. Młody tak fajnie sie mości  obok mnie. Czasem sie wtula kuprem, a czasem chciałby sie tak przytulić, ale równocześne móc na mnie patrzeć i gadać o najprzeróżniejszych sprawach. 

Dzisiaj zaczął mnie przepytywać z historii. Czasem jest to klasówka z fizyki, biologii, geografii... czuję sie jak w szkole, nigdy nie wiem, o co i kiedy mnie zapytają, a ja musze sie wykazać przytomnością umysłu i udzielic w miarę sensownej odpowiedzi.

W końcu zapowiedziałam koniec dnia. Mlody - jak to on, usilował jeszcze przeciągnąć. Stanęło na tym, że pójde powiesić pranie, a potem jeszcze do niego zajrzę. Stary numer, zawsze działa, bo jak skończę z praniem to on juz śpi, ale nie ma poczucia, ze został wyrolowany i porzucony. 

Oczywiście zajrzałam -  pacta sunt servanda. Piotrek leżał zwinięty w kłębek. Obok - drugi kłębek, z mięciutkiego czarnego futerka. Usiadłam obok, głaszcząc oba kłębki. Ten czarny zaczął mruczeć. 

A mnie bylo dobrze. Tak zwyczajnie. Nic sie nie działo. Synek spał, kot spał. Pies pewnie też, ale gdzies dalej. Młody wtulił mi sie w dłoń, złapał mnie za rękę i podłożył sobie pod pyszczek. Zrobiło sie nieco niewygodnie, ale co tam. 

Chciałoby sie zatrzymać takie chwile. Kiedy jeszcze jest małym dzieckiem - już niedługo, trudno uwierzyć, jak to strasznie szybko mija. Niedawno nosilam go na ręku, a teraz już ma przyjaciółkę z przedszkola, z którą chce spędzać cały czas. Ani sie obejrzę, a przyjaciółka przeistoczy sie w dziewczynę, narzeczoną, żonę... Któregoś dnia powie mi - mamo, będziemy mieli dziecko - a ja sie zdziwię, ze to już.... Bo przecież jeszcze wczoraj leżał przytulony z jednej strony do mnie, a z drugiej do Kuby - wielkiego niedźwiedzia i opowiadał o limfocytach, makrofagach, fibrynach i trombocytach.

Kurczę, kto wie, jak zatrzymać czas??? 

ostatnio trafilam na artykuł zachwalający warszawską kranówę. Autor tłumaczył entuzjastycznie, jaka ta woda jest wspaniała czysta i smaczna, o niebo lepsza od tego, co możemy sobie przywieźć w baniakiach (oczywiście brudnych i zasyfionych) ze źródełka oligoceńskiego.

Był tak przekonujący, zę w pierwszym momencie przemknęło mi przez myśl, ze oże faktycznie dac sobie spokój z targaniem tych baniaków.

W drugim - zaczęłam myśleć. To jak wiadomo, nieprzyzwyczajonym szkodzi i w ogóle może na początku nieco boleć, więc zaczynałam ostrożnie i powoli.

Pierwsze pytanie, jakie mi przyszło do głowy - to stare rzymskie "cui bono?". Komu zależy, żeby ludzie przestali ganiać do źródełek? Zwykle najbardziej zależy temu, kto musi płacić - za utrzymanie tychże. Czyli chyba miasto. Właściciel filtrów.

Autor artykułu długo rozwodził sie nad nowoczesnymi  i znakomicie działającymi filtrami warszawskimi, przypominał wyniki badań wody z nich wypływającej. Wszystko prawda, ale oprócz filtrów moze by tak wziął pod uwage jeszcze jeden drobiazg? Mianowicie rury, którymi ta woda z filtrów płynie do naszych mieszkań? 

Ostatnia awaria na Sobieskiego, kiedy wywaliło potężną dziurę w skrzyżowaniu,  pokazuje nieźle stan naszego "wodobiegu". Co prawda tam poszła rura SPECu a nie wodociągowa, ale obawiam się, ze one są w podobnie marnej kondycji.

Zamulone, stare, podrdzewiałe miejscami - nie ma sily, nawet jesli z filtrów wypływa sam górski kryształ, to do mojego mieszkania dopływa... hm, bez komentarza.

Drugie pytanie, takie bardziej pragmatyczne - dobra, przestanę nosić oligo, ale wtedy zwłaszcza latem będe miała stale problem, ze nie mam zimnej cieczy do picia, tylko wrzątek z czajnika.  

Co prawda pan zachęcał do picia wody prosto z kranu, ale mnie jakoś nie do końca przekonał. 

A wieczorem, gdy poszlam myć zęby, to wszelkie wątpliwości na ten temat mi minęły wraz z pierwszym oddechem nad szklanką wody - rzeczonej kranówy. Tak potwornie śmierdziała, że poszłam sobie przynieść do płukania ust  - oligocenkę.

I będę dalej ganiać z tymi baniakami.

środa, 21 marca 2012

Tak jak obiecałam w komentarzach do tej notki - jest historia pewnej reklamacji. Załatwiona w sposób zdecydowanie satysfakcjonujący i w przyzwoitym tempie. 

jakiś czas temu robiąc obiad otworzyłam słoik koncentratu pomidorowego Dawtony i na wierzchu znalazłam COŚ. Nie wiem, co to było, jakiś śmieć, choć nie wykluczam, że jakiś bardziej zeschnięty kawałek koncentratu im spadł z maszyny na wierzch. tak czy inaczej tego czegoś być nie powinno. Byłam o tyle zdziwiona, że z produktów Dawtony korzystam dość regularnie i je lubię - niezłe są, a do tego popieram polski przemysł, nie żadne tam koncerny wielkie. 

Sprawdziłam datę przydatności jeszcze na wszelki wypadek, ale był świeży. No to obfotografowałam całość i wysłalam krótkiego maila wraz ze zdjeciem do firmy, po czym przysiadłam na ogonie i czekałam, co zrobią. 

Wydarzenie miało miejsce w poprzednią sobotę. Uznałam, że dam im parę dni na reakcję, więc nabrałam powietrza i aż do czwartku grzecznie czekałam. Oddychając od czasu do czasu, gdyż fiolet karnacji na bezdechu mi jakoś nie pasuje do całości. 

W czwartek wieczorem jednakowoż oczekiwanie mi sie znudziło, zwłaszcza ze nie chciałam  wiele - w końcu kwota nie jest tak zauważalna w kieszeni jak w przypadku fiony więc mail z przeprosinami by mnie usatysfakcjonowal. A tu nawet maila nie było....

 Ja jestem spokojny człowiek, ale do czasu, a potem jak sie zirytuję to sie robię lodowato uprzejma i mniej lub bardziej złośliwa - zależnie od sytuacji i stopnia rozjuszenia. Na razie był umiarkowany.

Oznaczało to mniej więcej tyle, ze wysłałam kolejnego maila, ze zjadliwym komentarzem na temat, jak to wysłanie jednego maila z magicznym słowem "przepraszam" przekracza możliwości finansowo - organizacyjne firmy. A, jeszcze Skorupiak najdroższy wygrzebał gdzieś z netu adres do dyrektora handlowego, bo na stronie mają tylko jeden ogólny.

Efekt był piorunujący - wysłałam to w czwartek późnym wieczorem, w piątek punkt dziewiąta - telefon. Pani z dzialu kontroli jakości, przepraszając po wielekroć za brak reakcji i tego fuzla w słoiku zaproponowała przysłanie porcji ich produktów  w ramach przeprosin i takie tam.

I dzisiaj przyszła paczuszka. cztery słoiki dżemów, sok pomidorowy, groszek z marchewką i jakieś sosy do makaronu, meksykański, węgierski i coś tam jeszcze.

Generalnie załatwili elegancko, poza tym pierwszym obsuwem nie mam sie czego czepiać. A dodam, że z tą firmą to już drugi taki numer ( na tyle ich przetworów, ile u nas poszło to nie jest specjalnie dziwne, bo wpadka trafić sie może każdemu, a po prostu przeważnie korzystamy właśnie z Dawtony). I poprzednio też dostałam pakę  (uczciwie przyznam, ze wtedy była znaaacznie większa - po szafkach sie nie mieściło. I teraz cichutko liczyłam, że przed świętami będzie podobny zastrzyk :). Ale moja zachłanność dostała po nosie, a i tak 10 słoików z różnymi dobrymi rzeczami dostałam. I sprawę uważam za załatwioną profesjonalnie i z klasą.

Tak że pocieszam znękanych walką z różnymi molochami - nie zawsze jest tak źle. Nie zawsze zlewają klienta, zdarza sie, że załatwiają reklamacje całkiem porządnie. 

Inna sprawa, zę w przypadku wpadek produktów spożywczych ja zwykle właśnie kontaktuję sie z producentem, bo wychodzę z założenia, że każdemu może jednorazowo coś nie wyjść, ale żeby mógł to coś poprawić, to przede wszystkim musi o tym wiedzieć. I oprócz Dawtony już z paroma firmami sprawę w ten sposób załatwiałam - nie zdarzyło mi sie, zeby mnie olali. Za każdym razem była potem mniejsza lub wieksza paczka jedzonka:). Grunt to na spokojnie i dac im szansę na rehabilitację.

niedziela, 18 marca 2012

Nie chciało mi sie robić obiadu. nie miałam pomysłu, nie miałam ochoty na jakiś nieśmiertelny zestaw typu mięso - ziemniaki - surówka. 

Postanowiłam zrobic przegląd lodówki.

Pierwsza w ręce wpadła mi papryka. I tu się zaczął wykluwać pomysł - zrobię faszerowaną paprykę.

Czym faszerowaną? wszystkim, co znajdę.

Znalazłam:

  • kilka pieczarek
  • cebulkę
  • ząbek czosnku (znalazłam więcej, ale byłoby nie do zjedzenia, jakbym wrzuciła cały)
  • kawałek selera
  • kawałek pora
  • resztkę podeschniętej kiełbasy
  • cukinię (mniam, uwielbiam...)
  • garść ryżu
  • trochę czerwonej papryki - jedna była taka nieforemna, nie nadawała sie do faszerowania

Poddusiłam to wszystko razem w szklance bulionu z kostki. Nadziałam przekrojone papryki, posypałam tarty żółtym serem i do piekarnika. 

Pyszota.....

Nie ma jak Kuchnia Na Winie - co sie nawinie, to do gara....

piątek, 16 marca 2012

Wyprawa była z dawna zaplanowana. 

Jeszcze w styczniu Piotrek poinformował mnie, że zaprosił koleżankę z przedszkola do kina. Poparłam pomysł, zwłaszcza, ze to bardzo mila dziewczynka, z którą najprawdopodobniej będzie chodzil dalej do jednej klasy.

Jakoś nam sie to kno odwlekało,najpierw były ferie, potem choroby, brak czasu, nie mogli sie dogadać, na co chcą iść - w końcu sie udało ustalić. Piotrek dał sie przekonać do Królewny Śnieżki - on chciał na Auta po raz nie wiem, który (nawet nie wiem, czy to jeszcze grają), ale w końcu uznał, ze jak zaprasza dziewczynę, to ona może wybrać film.

Idziemy jutro. Seans na 10.30, więc z wrodzonego lenistwa postanowiłam zakupić bilety przez internet, żeby jutro nie stać w kolejce z dwoma brykaczami.

Na stronie była informacja, żę Multikino ma min. w ofercie bilety rodzinne - po 17 zł. A przy rezerwacji  - tej opcji nie ma. Skorupiak złapał za słuchawkę i zadzwonił zapytać, co jest grane. Pan w informacji sie zdziwił, powiedział, że te rodzinne można kupić w kinie - więc Skorupiak poprosił o zarezerwowanie trzech biletów i pojechał.

A na miejscu - niespodzianka.

Okazuje sie, że bilet rodzinny jest tylko na filmy bez ograniczeń wiekowych, a Królewna Śnieżka jest od 7 lat. I zamiast 51 zł, trzeba będzie jednak zapłacić 63.

Ale Skorupiak jest twardy zawodnik.

Zapytał Panią Wyższego Szczebla, całkiem uprzejmie i spokojnie, co to za numery, bo telefoniczne ustalenia były inne. Pani zniknęła na chwilę, odsłuchała rozmowę i stwierdziła, że faktycznie taka informacja - błędna - została przekazana przez pracownika Multikina, w związku z czym ona bardzo przeprasza i ponieważ nie może sprzedać na ten seans biletów rodzinnych, to zaraz wydrukuje trzy VIPowskie darmowe.

Co też uczyniła.

Dzięki czemu idziemy do kina za darmochę.

Dla Multikina duży plus za sposób załatwienia sprawy. A dla Skorupiaka - buziak za skuteczność!

Tak nawiasem mówiąc, jak zapytałam Piotrka, czy zaprosil maję do kina, czy na film -  młody z dużą pewnością w głosie odparł, że do kina. 

Wcześnie zaczyna, dobrze żę na razie jeszcze matka na randce mu nie przeszkadza. Ale to szybko minie, obawiam się....

czwartek, 15 marca 2012

Piotrek nawija, zajęty sprzątaniem zabawek.

- mamo, my siedzimy we czwórkę przy stoliku, z Mają Martynką  i Antosiem. I jeszcze jest głosownik.

- Co jest, kochanie???? - zapytała skołowana matka

- No przecież głosownik.

- Aha. A co to jest, kochanie, ten głosownik?

- Takie coś, gdzie sie wrzuca głosy.

Przez chwilę miałam wizję pudełka, do którego można wrzucić czyjś głos ( w sensie dźwiękowym) i spowodować, że delikwent zamilknie przez jakiś czas. Pieściłam tę wizję w wyobraźni, zastanawiając sie już, skąd wziąć takie cudo, gdy dzieć mnie uświadomił:

- No, jak robisz glosowanie, mamo!

A to byłby taki znakomity pomysł....

Z tego wszystkiego zapomniałam zapytać po co im głosownik przy stole.

niedziela, 11 marca 2012

Już wiem, czego mi brakuję. Muszę uzupełnić wykształcenie i znakomita praca moja!!!

 

Psycholog ;)

sobota, 10 marca 2012

Usiłuję zrozumieć, o co chodzi. Niby pojedynczo wszystkie słowa rozumiem, ale jako całość - kopletny bełkot. 

Bełkot ów został zamieszczony jako komentarz do jakiejś mojej stareńkiej notki sprzed półtora roku.

Jeżeli komuś uda sie pojąć intencje autora, to poproszę o instrukcje. Mnie zdecydowanie przerosło.

 

PS. Wyjaśniam tu, bo nie wszyscy zaglądają w koentarze: Usunęłam ten dziwny komentarz, gdyż był to niezbyt inteligentnie przygotowany spam reklamowy, a tego nie lubię.

W związku z tym nie szukajcie go - bo nie znajdziecie ;)

wtorek, 06 marca 2012

Spacerujemy ostatnio na potęgę, aż nie mam czasu usiąść do bloga - po powrocie trzeba odskrobać Potomka z błota, dać kolację pilnując, by nie zasnął w trakcie i nie wpadł nosem do kubka,  wrzucić gościa do wanny, poczytać i nie zasnąć przy tym. 

To ostatnie jest najtrudniejsze, całe szczęście, zę dziecię me wyrozumiałe jest i gdy widzi, żę matce zaczyna sie bełkotać przy czytaniu niczym po kilku piwach, to łaskawie stwierdza:

- mama to możesz nie czytać dalej, jeśli jesteś zmęczona! 

Kochane dziecko, jak nikt rozumie potrzeby duszy kobiecej. W tym przypadku mojej. A już potrzebę bliższego kontaktu z poduszką wyłapuje bezbłędnie.

No i jak ja mam potem pisać?

W sobotę łaziliśmy po lesie dwie i pół godziny. Dwie sarny przeleciały nam przed nosem przez ścieżkę, po czym popatrując od czasu do czasu na nas jednym okiem zajęły sie konsumpcją - w niewielkiej odległości od nas. Zastanawiałam sie przez chwile, czy mam sie cieszyć, że je dobrze widać, czy obrazić, że tak mnie olewają, ale wybrałam to pierwsze. Mniej męczące.

W niedzielę wybraliśmy sie z przyjaciółmi na basen - to znaczy, panowie sie moczyli, panie spacerowały wytwornie po parku wilanowskim, gdyż córa przyjaciół niezdatna była do moczenia w wodzie. Zakatarzona, więc wzięłyśmy wózek i tyle nas było. Zdążyłyśmy sie tylko jeszcze ucieszyć, jak uczynna pani kasjerka zaproponowała panom wejście na bilet rodzinny. Dwóch dużych facetów i trzech małych, rodzina przyszłości. Uznałyśmy, żę jak tak, to my też, jedno dziecko mamy i też możemy być rodziną przyszłościową. 

Za to za trzy tygodnie mam szkolenie, ktore miało być dwudniowe (sobota-niedziela) i do tego w Poznaniu. A będzie jednodniowe i do tego jak polecę samolotem, to nie musze nocować, i opędzluję sprawę w ciągu jednego dnia - zamiast wyrwy od piątku po południu do niedzieli wieczór. Hurra!!!! (Koszt samolotu jest dokładnie taki sam, jak noclegu :)

czwartek, 01 marca 2012

jako sie rzekło w poprzedniej notce, wiosnę widać. Przynajmniej wczoraj było widać, patrząc na sprawę z dzisiejszej perspektywy to juz jakby mniej.

Ale wczoraj było pięknie, jasno, bezwietrznie, ciepło i w ogóle wspaniale. Cud, miód i orzeszki normalnie.

Postanowiłam wykorzystać sprzyjająca aurę i zabrać Pytona do lasu. W końcu blisko jest, pogoda taka że grzech zmarnować - jazda.

Zmieniliśmy tylko buty - on włożył kalosze, ja - traktorki  i Skorupią kurtkę z goretexu i poszliśmy.

Piotrek decydował o kierunku - na skrzyżowaniach to on wybierał trasę. Szliśmy sobie raźno słuchając różnych świergolących skowyrków - trudno było stwierdzić, co konkretnie drze dziób, bo  w gąszczu gałęzi po prostu nie dawało sie takiego dzioba namierzyć.

Za to obejrzeliśmy rozwidloną sosnę, której jedno odgałęzienie sie złamało - tak mniej więcej na wysokości czterech metrów. I poleciało, ale nie do końca - zawisło na innych drzewach gdzieś nad ziemią. Wytłumaczyłam pytaczowi, że ten las to jest rezerwat - czyli ludzie nie ingerują, jeśli nie jest to bardzo potrzebne.

Dosyć szybko zaczęło sie robić ciemno. ale młody dzielnie parł przed siebie. W pewnym momencie nawet mu zaproponowałam, że może zawrócimy, ale nie chciał. Upewniłam sie tylko, czy wie co mówi i nie będzie marudził i powędrowaliśmy dalej. 

Ale dalej zrobiło sie już trochę strasznie. Całkiem ciemno, nieco ślisko, dosyć błotniście. Tak prawdę powiedziawszy, to chyba nie był dowód mojej przesadnej inteligencji, takie łażenie z pięciolatkiem po zmroku po lesie - ale na usprawiedliwienie powiem, że szliśmy po wyznaczonych drogach - las jest pocięty nimi na kwatery, drogi są proste, szerokie, nie sposób sie zgubić, więc to nam nie groziło. Zwłaszcza, ze  ja tam bywałam wielokrotnie i raczej nie ma szans, żebym nie wiedziała, jak wrócić. Poza tym las nie jest duży, w najgorszym przypadku idąc prosto doszlibyśmy do któregoś końca, a tam byłoby wiadomo, gdzie jesteśmy. 

Pyton zaczął mieć już całkiem solidnego cykora - więc zabrałam sie za oswajanie lęków.

- Mama, boję się.

- A czego konkretnie sie boisz?

- Tu są lisy?

- Są.

- Boję sie, że nas jakiś lis ugryzie.

Wytłumaczyłam mu, ze lisy, i w ogóle zwierzęta, nie są takie głupie. I polują tylko w konkretnym celu, żeby mieć coś do jedzenia, albo bronić sie przed niebezpieczeństwem. A my nie zagrażamy lisom - idziemy środkiem ścieżki, nie złazimy w krzaki. Z tym jedzeniem to też nie byłoby tak prosto, bo po pierwsze, jest nas dwoje. Po drugie - jesteśmy więksi od każdego lisa, jakiego można by spotkać. W związku z tym, nawet, jakby jakiś lis cudem i przypadkiem nas zagryzł, to miałby spory kłopot, bo pewnie chciałby tę kolację zjeść w spokoju, tu po drodze stale ktoś biega

- Piotrek, lubisz, jak ci ktoś biega po talerzu?,

a zawleczenie Pytona za nogę w krzaki przekracza mozliwości nawet największego lisa. NIe wspominając juz uprzejmie o wleczeniu dokądkolwiek mnie. Co prawda schudłam ostatnio nieco, ale cały czas jest mnie za dużo jak na lisa.

Młody sie z tego wszystkiego rozchichotał na chwilę - i przestał trochę bać, przynajmniej lisów. I o to chodzilo.

Ale za chwilę wyyślił inny problem:

- Mamo, a jak sie nam zwali drzewo na głowę? - pytanie było o tyle uzasadnione, że oprócz tej sosny widzieliśmy jeszcze chyba dąb, stojący przy drodze i poobcinany kompletnie - został tylko taki kilkumetrowy pień. Gałęzie były pocięte na kawałki i wrzucone za płotek okalający drzewo. Pokazałam wtedy Piotrkowi, jak wygląda drzewo spróchniałe od środka, na zewnątrz   zdrowo, ale w środku - całkiem nie. Ustaliliśmy wspólnie, że po pierwsze, nie ma wcale wiatru, a żeby zwalić drzewo, to jednak musi wiać, i to solidnie, bo korzenie trzymają,  a po drugie - sam widział,  że drzewa, które mogą zagrażać ludziom na drogach są wycinane. Jeśli rosną dalej od ścieżki, tam, gdzie nikomu nie zaszkodzą - zostają.

Przez chwilę było znowu fajnie (choć nic juz nie było widać). Ale nie na długo.

- Mamo, boję się ciemności...

No, tu już trudniej, nie da sie tak racjonalnie. Poprzednie wytłumaczenia Piotrek przyjmował pieknie, rzeczywiście skutkowało, trzeba będzie pomyśleć.

Mam!

Opowiedziałam mu powtarzaną w rodzinie od lat historyjkę o tym, jak to rodzice zabrali mnie do lasu. 

Miałam wtedy jakieś 3,5 roku - czyli byłam sporo młodsza od Pytona. Byliśmy na wakacjach w Rymanowie-Zdroju i którejś nocy poszliśmy razem głęboko w las. Po długim marszu doszliśmy do wielkiego, zwalonego pnia, na którym posiedzieliśmy sobie trochę, zebym mogła odpocząć po tej długiej wyprawie.

Po latach przyjechałam tam znowu - byłam juz w liceum, włóczyliśmy sie z tatą i przyjaciółką po górach i zaniosło nas i do Rymanowa. Poszliśmy poszukać tego pnia. Był. Wcale nie taki ogromny, jak w moich wspomnieniach. I wcale nie w środku lasu. Oj, daleko było do tego środka - może jakieś 50 metrów od linii drzew, a może i mniej... A rodzice do tego twierdzili, że wcale nie był to środek nocy, tyko około 20. I tak upadł mit o mojej bohaterskiej wyprawie - co nie zmienia faktu, że pamiętam, jaka bylam dumna z siebie.

Gadałam i gadałam, Piotrek szedł zasłuchany i nawet nie zauważył, że juz widać okna leśniczówki przy wejściu do lasu. A jak doszłam do puenty i pokazałam światła - humor mu sie poprawił natychmiast. 

Po wyjściu na otwartą przestrzeń pogapiliśmy sie jeszcze w gwiazdy - widać było całkiem ładnie Pas Oriona, resztę zasłaniały jeszcze drzewa wzdłuż drogi - może to i lepiej, bo ja nie umiem zbyt wielu gwiazdozbiorów odróżnić, a tak sie nie wydało :). Do lata zdążę sie nauczyć, będzie cieplej, to weźmiemy atlas i poszukamy, co tam widać.

W sumie łaziliśmy dobre dwie godziny - po błocie, po lodzie, po ciemku. Młody był bardzo dzielny - nie było ani jednego pisku, że go nogi bolą, ani marudzenia, zę chce na ręce. I całe szczęście, bo ponad 20 kilo to bym nie doniosła do domu...

Tak czy inaczej zasnął potem jak suseł.