O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

czwartek, 31 marca 2011

Małż czeka na Bardzo Ważną Rozmowę.

Sprawa sie wlecze od początku lutego. Po pierwszej rozmowie były dwa tygodnie czekania na werdykt. Nareszcie odpowiedź - zaproszono na drugą, za tydzień.

I tu sie zaczęły schody. Rozmówca ma kłopoty ze zdrowiem. Rozmowa jest przesuwana, na za tydzień. Juz czwarty czy piąty raz (straciłam rachubę), ale trudno sie dziwić, skoro rozmówca leży w szpitalu.

Denerwujemy się wszyscy, Skorupiak chodzi i warczy.

Na szczeście podobno dolegliwość rozmówcy jest upierdliwa, ale nie grozi zejściem (raczej).

Tak czy inaczej, wymiękam.

środa, 30 marca 2011

Piotrek ma misia. Miś ma na imię Kuba

To znaczy, miśków różnych ma kilka, wszelkich innych gatunków też, łącznie z wombatem, kangurem i dziobakiem.

ten miś jest o tyle nietypowy, że jest duży. Taki, co to można nawet usiąść mu na kolanach i się przytulić.

Dzisiaj wieczorem coś sie panowie pokłócili. Ja byłam zajęta czym inym, a Skorupiak usiłował zagonić potomka na kolację, do mycia i do spania. Potomek miał to w nosie, uznał, ze będzie sie jeszcze bawił i nie przyjdzie. Zapomniał biedaczek że w domu jest zasada - nie ma cię na posiłku we właściwym czasie, to następny posiłek jest... następny. czyli jak nie przyjdziesz w porę na kolację, to nie będzie za pół godziny, tylko dopiero śniadanie.

Oczywiście wrzask. On nie pójdzie do łazienki. To nie. prosze sie przebrać w piżamę i do łóżka.

Jak skończyłam to, co robiłam, młody był juz w łóżku, Skorupiak ciężko wściekły ale na spokojnie zrelacjonował mi starcie mówiąc, że obiecał Piotrkowi, że przedstawi mi sytuację i sama zadecyduję, czy pójdę do niego, czy nie.

Poszłam.

Piotrek na początku w ogóle nie chciał ze mną gadać, ale jak powiedziałam, ze szanuję jego zdanie i w związku z tym pójdę sobie, żeby mu nie przeszkadzać, to odwrócił sie od ściany i parskając niechętnie, oraz moszcząc mi na brzuchu stwierdził:

- No dobrze, to mogę się do ciebie odwrócić.

W duchu zachichotałam lekko, bo brzmiało to przekomicznie, ale widac było, ze dużo emocji sie w nim kotłuje i nie umie ich uporzadkować. Że potrzebuje mojej obecności i nie chce jej. Że chciałby pogadać, ale nie wie, jak wycofać sie z honorem.

Od tego jest mama, zeby pomóc przy takim zagmatwaniu, prawda? Wiec spokojnie poleżałam sobie obok niego, i zaczęłam rozmawiać z Kubą. Zapytałam Kubę, czy wie czemu Piotruś jest taki nieszczęśliwy i zdenerwowany, bo chciałabym mu pomóc, ale nie wiem jak. I zadziałało, Piotrek opowiadał Kubie, potem  - głosem Kuby - powtarzał mi, ja znowu do Kuby... Udało sie powolutku porozplątywać wątki, uspokoić Pietruszkę. Na koniec co prawda znowu sie obraził na mnie, bo podtrzymałam wersję o braku kolacji, ale widac było, ze zasypia już z mniejszym bagażem emocji.

Warto kajtkowi pomóc w wycofaniu sie z twarzą, jak sie za bardzo zapędzi. Nauczy się przyznawania, zę przesadził, tego, ze nie zawsze trzeba iść w zaparte. I że to nie jest żadna ujma.

wtorek, 29 marca 2011

W rodzinie od urodzenia zwana jestem kaczką. Czasem kaczorkiem. Różnie bywa. Obecnie takie przezwisko może byc powodem do wstydu, ale uznałam, że chrzanię, nie będe sie przejmować niezbyt przeze mnie szanowanymi postaciami życia publicznego, kaczki są sympatyczne, niektóre naprawde śliczne i już.

Pozostaje kwestia gatunku kaczki (odmiany? rodzaju? zawsze byłam cienka z systematyki).

Zwykle Skorupiak określa mnie mianem kaczki żonatki.

Czasem jestem kaczuszką zmarzluszką.

Jest jeszcze parę innych wariantów, raczej sytuacyjne, wiec w tej chwili nie pamietam.

Zaczęłam sie dziś zastanawiać, co to za gatunek w końcu, taki mix różnych kaczek.

A skorupiak popatrzył i stwierdził:

- Ty jesteś Kaczka Modyfikowana Genetycznie. GMO i tyle.

Bezczelny typ.

 

Małż czyta i komentuuje zza mojego ramienia:

- ja wcale tak nie powiedziałem, ze jesteś modyfikowana, powiedziałem, zę jesteś kaczka GMO, po prostu mix genetyczny i tyle. Proszę to poprawić.

Maruda. Zdaje sie, ze on mi po prostu powiedział, ze jestem mutantem.

poniedziałek, 28 marca 2011

Pochwalę sie, a co.

Inspiracją do tego wpisu był komentarz p. Macieja Grabskiego, autora Księdza Rafała - jednej z najlepszych książek ostaniego roku. Przynajmniej moim zdaniem. Zaszczyt mnie kopnął, p. Maciej zajrzał do mnie na bloga i nos mi sie zadarł do góry pod sam sufit.

W poprzednią sobotę była rodzinna impreza. Nie byle jaka, potrójna - urodziny i imieniny stryja i dwójki spośród jego dzieci. Spęd rodzinny wyszedł całkiem spory, 24 osoby. Fajnie było, na koniec wapniaki sobie posżły, a młodzież została i można było pogadać. Ucieszyło mnie to niezmiernie, bo po raz pierwszy chyba w historii zaliczyłam sie do grupy młodzieży - miedzy mną a najstarszym z tego towarzystwa gospodarzem jest 9 lat róznicy. A do najmłodszej jubilatki mam 18.... Innymi słowy, jak ja uczylam sie do matury, to ona uczyła sie chodzić.

Tym razem odesłaliśmy Piotrka z moimi rodzicami - nocowanie u dziadków to wielka frajda, a my mieliśmy wolny wieczór.....

Tyle tytułem wstępu.

A notka jest o prezencie, jaki owa najmłodsza kuzynka dostała od swej starszej siostry.

Mianowicie dostała książkę "Ksiądz Rafał - niespokojne czasy".

Moja mama, jak to zobaczyła, to zawarczała groźnie, aż sie ofiarodawczyni spłoszyła nieco, gdyż książka jednak nie powinna wywoływać aż takich emocji (choć czasem wywołuje ale o tym później - jak nie zapomnę).

Dowcip polegał na tym, że mama juz kupiła to jak prezent imieninowy dla babci - czyli na początek maja. A ponieważ kuzynka mieszka dwa piętra nad babcią i tam pierwsza część tej książki krążyła  między piętrami (mało powiedziane, wyrywali ją sobie!!!), to nie było najmniejszej szansy, żeby Ksiądz Rafał nie wpadł babci w ręce.

W związku z tym całe zamieszanie zostało z chichotem opowiedziane dziadkowi, który  sie mocno ubawił (i ucieszył, bo też chciał przeczytać), po czym stanęło na tym, że babcia swój prezent imieninowy dostanie na 6 tygodni przed terminem.....

A dziadek jeszcze dołożył ciąg dalszy przebojów z tą książką. otóż był ostatnio w okolicach kurii  i zajrzał tam do księgarni, pytając między inymi własnie o Księdza Rafała. I usłyszał oburzoną odpowiedź, że tego nie ma i nie będzie!!!!

Panie Macieju, bardzo Pan nadepnął na odcisk różnym osobom, którym sie wydaje, że wśród księży nie ma miejsca na ambicyjki, rozgrywki personalne, nieczyste zagrania. Które nie pamietają, zę księżą sa też ludźmi i miewają całkiem ludzkie przywary.... Dobrze, ze czasem ktoś o tym przypomina.

 

sobota, 26 marca 2011

tak mi sie przypomniała ulubiona kaseta mojego dzieciństwa. W sumie nie wiem, czemu, tak jakoś.

Była w upiornym kolorku, taki żarówiasty oranżyk (użyłabym mocniejszego słowa, ale z tego co wiem, to zagląda tu moja babcia ;). Potwornie juz posiekana - niestety klawisz nagrywania co jakiś czas udawało mi sie nacisnąć całkiem niechcący i niektóre piosenki pod koniec były juz kompletnie nierozpoznawalne.

To była bajka dla dzieci - "Lato Muminków", z piosenkami B. Chorążuka. Kasetę dawno szlag trafił, a ja cały czas łażąc po górach czy żeglując po Mazurach śpiewałam "Jak dobrze być poziomką", "Włóczykije, włóczykije", "Niczyje dni" czy "Kołysankę".

I właśnie ta ostatnia, śpiewana przez Krystynę Prońko jest dla mnie najpiękniejszą kołysanką wszechczasów.

kilka lat temu zadzwoniła do mnie koleżanka, która tez wychowywała sie na Muminkach, że znalazła je w Empiku. Oczywiście juz nie na kasecie, tym razem na CD. Jak stałam, tak cisnęłam to, co miałam w ręku i popędziłam z forsą w zębach. Kupiłam od razu chyba ze trzy.

A teraz jak Piotrek wieczorem prosi o granie, to zawsze staram sie mu tę kołysanke zaśpiewać. I widzę, jak się chowa w snu głębokiej jamce.....

 

piątek, 25 marca 2011

Po dłuższym namyśle wyszło nam, że nasze ostatnie dolegliwości to najzwyklejsza grypa.

Ból mięśni - typowo grypowy. Osłabienie - takoż.

Dodatkowych objawów brak, co mnie bardzo cieszy, bo katar i ból głowy to nie jest to, co tygryski kochają najbardziej.

I tak sobie pomyślałam, że gdybym sie nie zaszczepiła (i chłopaków też), to pewnie byłoby dużo gorzej. A tak, to przeszło spokojnie, tylko ten ból mięśni....

Wobec histerii antyszczepionkowej jest to zapewne kolejny przykład na coś dokładnie odwrotnego. Jednak układ odpornościowy sie uczy, po to właśnie, żeby w razie kontaktu z wirusem był w stanie go zwalczyć.

Dr Wakefield - twórca całego cyrku wokół rzekomego autyzmu wywoływanego przez szczepionki - był zwykłą szują, która chciała zbić swój własny interes na cierpieniu innych.

http://wyborcza.pl/1,75476,9162741,Dramat_wedlug_dr__Andrew_Wakefielda.html?as=1&startsz=x

Cieszę sie, że ta sprawa wyszła na jaw, może ludzie za jakiś czas zaczną myśleć, może mniej będzie mamuś migających sie od szczepień dzieci "dla ich dobra".  Może uda nam sie pozbyć kilku kolejnych chorób - zwłaszcza, że w kolejce czekają już nowe, których jeszcze kilkadziesiąt lat temu nie było - SARS, denga, gorączka Zachodniego Nilu

czwartek, 24 marca 2011

zapewne sie powtórzę po sporej części społeczeństwa, ale już mnie trafilo na tę pokazówę z zakupami Jarkacza.

Pierwsze pytanie, jakie zapewne zadała sobie połowa narodu, to czy to takie święto, ze do osiedlowego spożywczaka leci się z borowikami, ochroną i telewizją. Chyba tak - co jasno pokazuje, jak oderwany od realiów życia w tym kraju jest były (na szczęście) premier.

Pytanie drugie - dlaczego wybrał najdroższą formę zakupów. Niestety nie da sie tu uniknąć brzydkiego podejrzenia, że miało to być zagranie pod publiczkę, i wrecz bym sie zastanowiła, czy on najpierw nie rozesłał pomagierów, żeby posprawdzali, gdzie wyjdzie najdrożej.

Kwestia trzecia  - jeśli, jak sam mówił, sklepy osiedlowe to te, gdzie sie wyskakuje na szybko, to po grzyba mu aż dwa kilo cukru? Co on z nim robi, łyżkami zjada? czy mrówkom sypie? Jeśli tak, to informacja - jeszcze troszkę za wcześnie, mrówki śpią. A tak t wychodzi, zę potrzebował ich do podbicia ceny.

Po czwarte - czyim kosztem robi sobie tę reklamę. Z punktu widzenia właścicieli sklepu cała sprawa była katastrofą. W polskę poszła informacja, ze tam jest koszmarnie drogo (co zresztą zaowocowało obniżeniem następnego dnia o złotówkę ceny nieszczęsnego cukru), na kilkadziesięt minut zablokowali sklep - no bo ochrona pewnie by nie wpuściła zykłego śmiertelnika, co to chce marchewke sobie do zupy kupić w obawie, ze może coś niecnego prezesowi uczynić. Nie mówiąc o tym, ze przy takim tłumie dziennikarzy i innych takich juz zwykły klient sie nie mieścił.

Gdzieś w telewizji potem przyłapałam migawkę, jak jedna ze sprzedawczyć mamrocze pod nosem "no idźcie sobie już wreszcie" czy coś w tym rodzaju. I miała kobieta absolutną rację.

Cała ta historia jest kolejnym dowodem na to, ze JK na w nosie tak zwanego szarego człowieka, jeśli będzie chciał coś osiągnąć, to go wdepcze w grunt i nawet nie zauważy - tak jak właścicieli i pracowników tego sklepu.

A przy okazji, trzeba być kretynem, żeby tekstem o Biedronce tak zrazić do siebie kilka milionów wyborców.

No, ale on jest nie byle kto, na podwórkach sie nie chował, klucza na szyi nie nosił, z internetu nie korzysta, bo to tylko żule, męty i piwożłopy, w Biedronce nie kupuje. Tylko co on jeszcze w tym kraju robi?...

Wniosek z tego jeden jest dla mnie oczywisty: Jak chcesz coś zrobić, to sie najpierw zastanów, co z tego może wyniknąć. Bo możesz wyjść na durnia!!!!!

zdechłości ciąg dalszy. Nie wiem, co mi jest, bo nie mam temperatury, nie kaszlę, nie smarczę, tylko jestem potwornie słaba. Normalnie jakby walec po mnie przejechał, jak rano wzięłam prysznic i  wysuszyłam włosy to potem podniesienie kubka z jakąś cieczą stanowiło już nie lada wysiłek.

Do tego Piotrek jest kaszlący, skarży sie na brzuszek, też cholera wie, co mu dolega.  Siedzi w domu, też osłabiony. Ja nie mam siły sie nim zajmować, Skorupiak w pracy, a że on też w kiepskiej formie, to ogólnie bryndza.

Tak mi sie w związku z moim stanem przypomniał wierszyk z jednej z książek czytanych w dzieciństwie:

Po ulicy idzie struś

Jakiś niewyraźny cuś

Może jajko zniósł nieświeże?

Może strusia grypa bierze?

To nie jajko, to nie grypa,

Struś z tramwaju wczoraj wypadł!

 

Ponieważ nie  wypadłam z żadnego tramwaju, jajka nie znosiłam, to by wychodziło, ze grypa. Co nawet może być prawdą, bo uczucie "rozkładu mięśni" (nie wiem, jak inaczej to określić) jest dokładnie grypowe, i osłabienie też bby pasowało. A że byłam szczepiona, to przzechodzę dosyć lekko, jak na to, co mogłoby być.

Jednak nie ma to jak lektury z wczesnej młodości, prawdziwa skarbnica mądrości!!!!

środa, 23 marca 2011

Małż siedzi w pracy, czasem coś zagadamy na GG.

- Małżu, czy ty nie mialeś dziś przypadkiem umówionego dentysty?

- nie, skąd, jutro.

- Sprawdź, bo coś mi sie wydaje, ze jednak dziś.

- nie, na pewno jutro, ale dobra, zadzwonię.

Dzwoni.

- wrrrrr....

- Co?

- jednak dziś....

Freudowska czynność pomylkowa?

u nas pomór.

Od niedzieli Skorupiak okupuje (całkiem dosłownie niestety...) toaletę - dobrze, zę mamy dwie. Wponiedziałek mały był taki jakby bardziej marudny, a we wtorek to już padliśmy wszyscy. Bulgotanie w brzuchach było słychac chyba u sąsiadów, nikomu nie chciało sie jeść. Małż przepał pół dnia, Piotrek leżał u nas w łóżku i gapił sie w telewizor - normalnie nie do pomyślenia, rozniosłoby faceta. Ja usiłowałam nie przespać wizyty u pani dr z Pietruszkiem.

Bylam na tyle słaba, ze do medycyny pojechaliśmy samochodem, mimo, iż to blisko - nie byłam pewna, czy dam radę dojść, a jakby Piotrek mi zwiądł po drodze i kazał sie nieść, to już w ogóle katastrofa.

Za to pani dr mnie troche pocieszyła, kazała dac mu dużo pić i niech pobiega poskacze, jeśli będzie chciał, a jeśli nie, to masaż brzuszka - żeby gazy przepchać. Ponieważ pogoda była piękna, to zabrałam Piotrka, mamę i dwa psy na działkę. Ale w drodze powrotnej znowu było kiepsko, łącznie z komunikatem "mama, niedobrze mi..." i natychmiastowym postojem.

Tak naprawdę nic do powiedzenia, poza marudzeniem nie mam. Zdychamy sobie z piotrekiem, Skorupiak popełzł do pracy i tyle.

 

 

 

środa, 16 marca 2011

Dziś zostałam dokładnie przepytana o to, co sie dzieje w Japonii, dlaczego było trzęsienie ziemi, skąd powstała fala tsunami i co jest z tymi elektrowniami atomowymi.

Zbyt często rodzice zbywają takiego pytacza lekceważącym "jesteś za mały, zebyś mógł to zrozumieć". Albo zgoła "nie garb sie, szczeniaku". I potem sie dziwią, jak dziesięć lat później dzieciak wcale nie jest już zainteresowany otaczającym światem, nie chce sie uczyć. A sami mu dosadnie wytłumaczyli, ze nie warto.

Nie ma rzeczy, których dziecko nie jest w stanie zrozumieć. Są tylko takie, których dorosły nie potrafi prosto wytłumaczyć. Ale to zawsze jest możliwe, wystarczy się zastanowić nad tym, co sie mówi i przede wszystkim sprawdzić, czy dziecko zna słowa, których użyjemy tłumacząc.

Skorupiak ostatnio zaczął tłumaczyć dzieciowi jakieś kwestie związane zdaje sie z porami roku i długością dnia - "Nachylenie osi Ziemi do płaszczyzny ekliptyki..." w tym momencie bezczelnie sie wtrąciłam - przecież z tego Pietruszek zrozumie tylko część,  reszta może być równie dobrze po chińsku i sensu nie złapie na pewno.

A zanudzenie jest najprostszą metodą na zabicie ciekawości.

Ile będziemy sie mogli przy nim nauczyć.... Fajnie będzie.

 

Piotrek opowiada, co było  przedszkolu:

- mama, i zapytałem panią Basię, czy zna taka piosenkę "ale nie ma broni, to nie pole bitwy". - chodzi oczywiście o ulubiony hicior Piotrusia.

- Aha. I co, znała?

- Nie. I zapytała mnie, o czym to jest. No to jej powiedziałem, że o tym, jak polscy oficerzy zostali zabici.

- A co pani Basia na to?

- Nic nie powiedziała, ale miała bardzo zdziwoną minę.

Ja myślę, ze byla zdziwiona. Zastanawiam sie teraz, jaka ja mam opinię w przedszkolu, ale jakby na to nie patrzeć, wychodzi matka-wariatka. Albo za śpiewanie dziecku niepedagogicznych piosenek, bo to dużo za wcześnie faszerować go Katyniem, albo za wszczepianie dziecku patriotyzmu od pieluchy.

piątek, 11 marca 2011

Skorupiak rozpoczął procedurę kąpania młodego.

Zagonił go do łazienki, a Piotrek zaczyna przepytywać:

- Tata, a kto mnie będzie mył?

- Myślę ze ty.

- Aha, a kto mi pomoże umyć plecy, tam, gdzie nie mogę sięgnąć?

- Ja.

- A czemu nie jakaś dziewczyna?

 

Nie za wcześnie?????

czwartek, 10 marca 2011

Wieczorny rytuł usypiania Piotra obejmuje czytanie albo śpiewanie. czasem któreś z nas bierze gitarę i gramy młodemu - sami też mamy radochę, ze można troche pośpiewać.

Każdez nas ma inny repertuar na te wieczorne sesje.

Ja jade po spokojnych balladach turystyczno-szantowych, czasem trochę dumek ukraińskich, a czasem trochę buntowniczych, ale z tych ze spokojniejsza melodią. W końcu nie będe krzyczeć nad głową dziecku, które chcę uśpić.

Skorupiak inaczej - gra to, co lubi najbardziej. Jak miał fazę na Jacka Kowalskiego, to szedł Kowalski, jak Kaczmarski - to Kaczmarski, Mury, Przejście Polaków przez Morze czerwone, Raport Ambasadora, Ambasadorowie... i inne różności, których ja raczej bbym nie zaśpiewała czterolatkowi.

Ale może jest w tym jakaś idea. Na razie to są dla niego po prostu piosenki, nie zastanawia sie za bardzo nad tekstem. A właściwie nie zastanawiał, dzisiaj zaczął pytać. Przy swojej ulubionej ostatnio piosence. Czyli tej:

Stanęło na tym, że teraz ma spać, a pogadamy o tym jutro.

W pierwszej chwili włosy mi dęba stanęły, a potem pomyślałam, ze właściwie, czemu nie. W końcu rozmawialiśmy już o różnych rzeczach - po katastrofie smoleńskiej powiedziałam mu, co sie stało, bo i tak widział, ze coś sie dzieje. Rozmawialiśmy o powodziach, o zabójstwie księdza Popiełuszki (z czegoś nam wynikło, sama nie wprowadzałam tego tematu), o II wojnie światowej (po obejrzeniu Lwa, czarownicy i starej szafy - tam na początku sa przecież naloty na Londyn)... To czemu mam nie opowiedzieć mu i o Katyniu? oczywiście w wersji dla niego, bez szczegółów, i nie pokażę mu filmu Wajdy, którego zresztą sama nie obejrzałam.

Tak właściwie, to takie piosenki śpiewane maluchowi na dobranoc to może byc dużo lepsza lekcja patriotyzmu niż te wszystkie wymuszone przez rządy PiSu i Giertycha.

Przypomina mi sie refren jednej z nich:

"Nikt im iść nie kazał, poszli bo wiedzieli,

Za co idą walczyć, jaki spłacać dług,

Nikt im iść nie kazał, poszli bo tak chcieli,

Bo takie dziedzictwo wziął po dziadach wnuk"

 

 

 

Włączyłam  telewizor i szukając prognozy pogody skakałam po kanałach.

I trafiłam a jakiegoś osobnika, który przepitym, nosowym głosikiem omawiał wygląd różnych osób, konkretnie chodziło mu o ciuchy i modę. Zdębiałam kompletnie, jak usłyszałam zdanie, że coś tam (jakieś spodnie zdaje sie) wygląda obrzydliwie, ale teraz jest bardzo modne i koniecznie trzeba mieć. 

Czy ktoś mi oże wytłumaczyc to zjawisko???? Po jakiego gryba mam kupować  coś, co jest:

  • brzydkie
  • drogie
  • krótkoterminowe - za chwilę będzie kompletnie niemodne, więc będzie trzeba kupic coś innego??????? Czy może jednak ci specjaliści od mody powariowali?

po głębszym namyśle stwierdzam, ze nie powariowali. Po prostu nabijają sobie kasę i tyle, wcale nie chodzi o modę, tylko jak zwykle o pieniądze.

Tym bardziej nie kupie tych portek.

 

środa, 09 marca 2011

Z okazji Dnia Kobiet znowu bardziej słychać różne feministki.

Marsze, Manify, demonstracje, wywiady...

A mnie znowu wzięło na dumanie... jak wiadomo myślenie szkodzi nieprzyzwyczajonym, więc myślałam delikatnie, żeby sobie krzywdy nie zrobić.

Żeby nie było, że tylko sie czepiam - niektóre ich postulaty są całkiem słuszne. Równa płaca  (ale za RÓWNĄ pracę), większe możliwości powrotu do pracy po macierzyńskim - czyli żłobki, przedszkola, dostęp do edukacji seksualnej i antykoncepcji.

To wszystko jest w porządku. Ale jak zwykle, każdy kij ma dwa końce, a większość Grup- Wojujących-O-Cokolwiek widzi tylko swój, a o tym drugim zwykle zapomina.

Tym drugim końcem (a właściwie jednym z nich, choć brzmi to bezsensownie) jest rola mężczyzn we współczesnym świecie.

Kobiety stają sie coraz bardziej samodzielne, zaradne, samowystarczalne. Są coraz lepiej wykształcone, pewne siebie, wiedzą, czego chcą i są w stanie to osiągnąć, dbają o własny wygląd, mają różne ciekawe zainteresowania...

A mężczyźni? Mogą się w tym czuć niepotrzebni. Nawet w sferze seksulanej kobiety radzą sobie same, rozmaitość gadżetów zadziwia, temat masturbacji przestaje powoli stanowić tabu.  Dziecko też sie spłodzić bez osobistego i bezpośredniego udziału faceta - od czego banki spermy i inseminacja?

Do tego gdzieś ostatnio jeszcze trafiłam na wypowiedź (chyba) ministra Boniego na temat różnic w wyształceniu między płciami.  Nie pamiętam szczegółów, ale z grubsza chodziło o to, że jest coraz więcej wykształconych kobiet, a coraz mniej wykształconych mężczyzn.

I tak jak kiedyś istniało pojęcie mezaliansu ze względu na pozycję społeczną, tak teraz powoli zacznie ono powracać - tylko tym razem kryterium będzie wykształcenie i poziom intelektualny. W efekcie będzie rosła liczba samotnych kobiet i samotnych mężczyzn, bo coraz trudniej będzie spotkać tę "drugą połówkę jabłka". Coraz mniej dzieci. Coraz niższe emerytury (no bo kto na nie zarobi?). I krótko mówiąc wszystko sie roz...sypie.

Cóż sie dziwić, że w tym wszystkim faceci czują się po prostu zagubieni. Odbiera sie im to, co było wzorcem męskości, więc przestają wiedzieć jak być mężczyzną. Bo wbrew pozorom różnica między płciami nie sprowadza sie tylko do różnic anatomicznych. A potem  - coraz więcej dużych, czterdziestoletnich chłopców mieszkających z mamusią, bo im tak wygodnie. A zresztą, jakby nawet spróbowali sie wyrwać spod skrzydełek, to mamusia nie puści, będzie żelazną ręką trzymac za gardło. I kolejne kobiety wściekają się, ze chłop nie potrafi sie postawić, jak teściowa sie wtrąca w małżeństwo.

Feministki  oczekują od meżczyzn zaakceptowania ich prawa do samorealizacji, samorozwoju i innych samo..., wściekają sie jak który niecnie a bezczelnie odważy się przepuścić  w drzwiach. Wszystko pięknie, chociaż, jakby któryś przeszedł przodem, puszczając drzwi tak, by się zamknęły na twarzy pani idącej za nim, to pewnie też byłaby niewąska awantura. 

Oczekują, że panowie będą zajmować sie dziećmi (i dobrze, w końcu te dzieci nie powstały z powietrza), sprzątać, gotować, prać...

Słowem, próbują odwrócić dotychczasowy porządek, utrwalony przez stulecia. Nie poprawić, udoskonalić, zmienić, a po prostu odwrócić. Odmawiając całkowicie (vide warszawska Manifa sprzed paru dni, gdzie krzyczały, że nie będą gotować, prać, sprzątać i rodzić dzieci) wszelkich czynności domowych, które ktoś jednak musi wykonać. One nie, czyli - facet. Chyba, że zapłacą ale wtedy też - albo zrobi to inna kobieta, albo jednak facet. tyle, ze nie własny, a wynajęty w tym celu. Zapędzić facetów do garów i kuchni, oraz na etat w pracy, no bo w końcu dlaczego taki pasożyt miałby żerować na wyzwolonej kobiecie. Zepchnąć ich tam, skąd same pracowicie usiłują sie wyrwać. 

Oczywiście przy tym wszystkim faceci mają doceniać kobiety, zauważać promienny wygląd i zadbaną figurę, nową fryzurę, mieć czas na wychodzenie do teatru, wspólne omawianie najnowszych bestselerów. itak dalej.

Podsumowując - feministki chcą i rubla zarobić, i cnotę zachować.

Czy to jest uczciwe?

Jak wszystkim wiadomo, wczoraj był Dzień Kobiet. Niektórzy marudzą, że święto komunistyczne, inni, ze feministyczne, w kazdym razie niepotrzebne.

Nie zauważyć sie nie da, choćby dlatego, ze na każdym rogu atakują sprzedawcy tulipanów. Mało jest chyba (przynajmniej w dużych miastach) pań, które nie dostały żadnego kwiatka. No, chyba, ze do ich mężczyzn jeszcze nie dotarła stara prawda, ze niezależnie od okazji, kwiatek jest rzeczą miłą. Bo są i tacy osobnicy, niestety. Ale może sie kiedyś wyedukują....

W ramach imprezowania (aczkolwiek zbieżność terminów była przypadkowa) postanowiłyśmy z Fioną urządzić sobie własny Dzień Kobiet - to znaczy zostawić wszystkich czterech facetów i urwać sie na babskie plotki.

Udało sie, przegadałyśmy dobre dwie i pół godziny - jednym słowem raj. bez dzieci, bez mężów (skądinąd bardzo kochanych, ale który facet zrozumie palącą potrzebę wymiany poglądów na tematy sięgające głębin kobiecej duszy?).

Właściwie, to pewnie ten wieczór też dałby sie wpasować w Twoją definicję Dnia Matki, co Fiona? tak teraz mi sie skojarzyło, że przecież ostatnio pisałaś dokładnie to samo. A to oznacza, ze nie jest źle - takie dni trafiają sie częściej, niż raz na stulecie:).

Do następnego!!!!

jechałam sobie metrem, a nad moją głową dwóch młodzieńców zawzięcie dyskutowało.

Właściwie "dyskutowało" nie jest tu najlepszym slowem. "Plotkowało" będzie bardziej adekwatne. Chodziło o jakąś imprezę, jakieś panienki podrywały jednego z  nich, a ten chwalił się koledze, który słuchał z zawiścią w oczach, głosie i wszystkim innym.

Nie słuchałam szczegółów (a raczej starałam sie nie ich nie słuchać, choć nie bylo to łatwe), wetknęłam nos i ołówek w mój ukochany zestaw komunikacyjno-kolejkowy - obrazki logiczne.

W pewnym momencie jednak coś mi zazgrzytało i zaczęłam sie zastanawiać nad tym, co mimowolnie (wbrewwolnie?) usłyszałam. Zdanie brzmiało:

- To już była całkowita żenuła.

Owa "żenuła" była zdecydowanie w rodzaju żeńskim, z typowym dla języka polskiego akcentem- czyli na drugą sylabę od końca. I z wyraźnym "ł", żadne tam zbitki "ua", które  w dobie niechlujstwa językowego często brzmią podobnie.

W pierwszym momencie mnie zamurowało, zaczęłam sie intensywnie zastanawiać, co to znaczy. W drugim - zrozumiałam. I zwątpiłam....

poniedziałek, 07 marca 2011

W domu cisza, spokój. Młodszy facecik już śpi, starszy facet jeszcze nie wrócil z pracy, aczkolwiek spodziewam sie go juz całkie niedługo. Siedzę sobie z lapkiem na kolanach (noga boli całkiem solidnie, więc wreszcie dam jej chwilę spokoju...).

Puściłam sobie cichutko z  tubki trochę muzyki - szanty, ballady... takie różne. Moim niedawnym odkryciem z tej branży jest zespół Dominika i Andrzej - czyli Dominika Żukowska i Andrzej Korycki. Śpiewają trochę Okudżawy, trochę moich ukochanych ukraińskich, ballady szantowe - takie różności. I znalazłam coś, czego wcześniej nie znałam, a co dla mnie jest chyba najpiękniejsza piosenką o miłości, jaką znam. 

 

Piosenkę śpiewa Dominika wraz z Mirkiem Kovalem Kowalewskim.

 

sobota, 05 marca 2011

to chyba na fali raportu na temt polskiego czytelnictwa tak mnie wzięło, ale ostatnio poprostu nie wiem, w co mam ręce włożyć (a raczej nos wetknąć). Czytam po kilka książek na raz, w tempie jak za starych czasów licealnych - po jednej dziennie, i to porządną literaturę, nie mówie o harlequinach.

Ostatnio w czytaniu były:

  • targowisko próżności - Thackeray
  • Znachor - Dołęga - Mostowicz
  • profesor Wilczur  - Dołęga - Mostowicz
  • kilka tomów Harrego Pottera
  • ksiądz Rafał - niespokojne czasy - Maciej Grabski

Ta ostatnia pozycja to najświeższy nabytek, z którego się cieszę jak świnia w błocie. Wczoraj odebrałam przesyłkę z Merlina, i jak zaczęłam, to czytałam do pierwszej w nocy - póki nie skończyłam. Z pierwszą cześcią było tak samo, pochłonęłam od ręki, a potem smakowałam sovie po raz drugi i trzeci.

Tu radośc była tym większa, że nie miałam pojęcia, iż będzie ciąg dalszy - dowiedziałam sie na początku tego tygodnia.

A w kolejce do przeczytania na razie czekają:

  • I wciąż ją kocham - Sparks
  • W naszym domu - J. Picoult
  • 50 wielkich mitów psychologii popularnej

To są zdobycze ostatnich dni, Sparksa pożyczyłam od mamy, ale dwie pozostałe to efekt wpuszzenia mnie do księgarni - nie ma znaczenia, wirtualnej czy stacjonarnej.

Do tego wszystkiego oczywiście dochodzi trochę różnej literackiej drobnicy typu romansidła  - wcale niezamierzam sie wypierać, ze też je czytam. i do tego uważam, zę są bardzo pożyteczne.

Po pierwsze dlatego, że dla niektórych jest to w ogóle jedyny kontakt ze słowem pisanym, więc lepiej, żeby był taki, niż żaden.

Po drugie - są optymistyczne, co w ponurym zalewie nieszczść, kataklizmów, nieuczciwości ludzkiej i ogólnych komplikacji życiowych daje czasem odrobinę oddechu.

Po trzecie, czasem są zabawne - jest sie z czego pośmiać, a przynajmniej uśmiechnąć w zalewie - jak wyzej.

Po czwarte - bywają tak głupie, zę aż ziemia dudni, co może znakomicie wpłynąć na samopoczucie czytelnika - jaka to ja jestem genialna że dostrzegam miernotę literacką takiego dzieła. Co prawda wówczas zwykle nie dostrzega się drugiej strony tego medalu - to znaczy tej, ze jednak w końcu z jakiegoś powodu tę głupotę się czyta... Ale co to ma właściwie do rzeczy?

Tu mi sie przypomniał mój polonista z liceum, który oprócz baaardzo wysokiego mniemania o własnych kompetencjach merytorycznych miał czasami dość dziwne poglądy na literaturę, i mawiał, ze wielka literatura to taka, której sie nie daje czytać.

Tak bardziej konkretnie to dostał obrożę z dzwonkiem (kolejną...). Ciekawe, na ile starczy, bo tak po cichu to obstawiam, ze z pierwszego spaceru wróci już bez tego cholerstwa.

Inicjatorem proptasiego działania był Małż. Ja już sobie odpuściłam, bo widziałam, w jakim tempie Czort się ich pozbywa.

Na razie efekt jest taki, ze biedny kot lata po domu strasznie nieszczśliwy, usiłując sie tego pozbyć. Na noc zdjęliśmy bo sami nie wytrzyamy tego dzwonienia, a zresztą w nocy na żadne ptaki polowac nie będzie, to niech sie przynajmniej wyśpi.

 

czwartek, 03 marca 2011

Jade sobie ostatno samochodem na fizykoterapię - jak prawie codziennie. Aż tu nagle... Samochód zaczyna na mnie piszczeć.

Podejrzane zjawisko, w końcu od jakiegoś czasu jeździmy razem, nigdy czegoś takiego nie było. Zresztą, ja nie jestem byle kto, zeby tak na mnie piszczeć, a do tego bez żadnego poważnego powodu!!!

Próbowałam zrozumieć, w jakich sytuacjach - bo nie piszczał stale, tylko tak od czasu do czasu. Wyszło mi, ze na ostrejszych zakrętach. Następne ważne pytanie - skąd dobiega dźwięk. Ze środka samochodu, wcale nie koła, nie układ kierowniczy - normalnie, jakby mi sie tam mysz zalęgła.   Aż mi się skojarzyły odpowiedzi mechaników samolotowych na problemy zgłaszane przez pilotów:

Problem: Mysz w kokpicie

Odpowiedź: Zainstalowano kota.

Jak ktoś chce tego więcej, to znajdzie tu. Jak to czytałam po raz pierwszy, to przez dwa dni brzuch mnie bolał ze śmiechu. A wątek sie nieco rozrósł od tego czasu...

A wracając do piszczącego samochodu - piszczy systematycznie, jakby coś chciał mi powiedzieć. Aż sie przez sekundę zastanowiłam, czy nie wiozę jakiegoś niewidzialnego pasażera, bo podpadałoby pod niezapięte pasy pasażera, ale jak jadę sama, to skąd????

Po wnikliwym śledztwie okazało sie, ze był to dobry trop. Otóż fizykoterapia nudna, mozna poczytać, to brałam książkę. A że naszło mnie ostatnio z niewiadomych przyczyn na Harrego Pottera (i to te końcowe tomy, które sa mniej udane, w związku z czym czytałam je raz i słabo pamiętam), wiec moja torebka ważyła swoje... Jako typowa kobieta w torebce nosze duszę, więc mam tam mnóstwo różności, a te różności, uzupełnione jeszcze solidną cegłą literacką ważą swoje. I czujniki siedzenia pasażera uznały, ze  torebka powinna sie zapiąć, a sporadyczność ochrzaniania mnie przez samochód brała sie po prostu z małych rozmiarów - no, może nie jest to mała torebka, ale w każdym razie mniejsza niż standardowy tyłek pasażerski. I jak na zakręcie sie przewracała, to piszczało....

Rozwiązanie tej zagadki przyniosło mi spokój, bo raz, że nie życzę sobie być opiszczana przez własny samochód, a dwa, że jednak lubię wiedzieć, co sie dzieje z moją bryczką... dziwe odgłosy kwwalifikowałyby sie do mechanika, a tego wolałabym uniknąć...

wtorek, 01 marca 2011

Jestem ostatnio podduszona, kaszląca - takie ni to ni sio, na zdrową za  bardzo charczę, ale na chorą to jeszcze za mało.

Postanowiłam tłuc wroga, póki niewielki i słaby - zarządziłam sobie inhlacje.

Z jakiegoś powodu (wersja optymistyczna - coś ważnego mnie oderwało, wersja pesymistyczna, acz zapewne bardziej zbliżona do rzeczywistości - wrodzone lenistwo) zostawiłam potem cały sprzęt na stole.

A nie, nie lenistwo, raczej skleroza. Po prostu chciałam zrobić je jeszcze raz wieczorem, a stwierdziłam, ze jak schowam cały sprzęt, to zapomnę na bank. Jak to fajnie mieć medycznie uzasadnione dziury w pammięci, można tyle wytłumaczyć... :)

Ale revenons a nos moutons. Młody po powrocie z przedszkola zobaczył inhalator i pyta - co to jest.

- Piotrek, to służy do inhalacji w celu udrożniania zatkanych dróg oddechowych. Jak jest mi trudno oddychać, to nalewam wrzątku do tego sprzętu, wlewam troszkę tego olejku (stareńka balsofumina, której termin przydatności minął jakieś trzydzieści lat temu, ale akurat tu nie zamierzam sie tym przejmować. Najwyżej lekko zwietrzała.)

- Aha. Mamo, a pokażesz mi, jak sie robi te instalacje?

I juz nic nie pomogło. Powtarzałam parę razy, ze to nie są instalacje, tylko inhalacje, ale młody wie swoje. W końcu machnęłam ręką, jak będzie słyszał o tym w domu, to w końcu sam zaskoczy, czym sie różnią te dwa terminy.

A na razie mamy troszke zabawy :)

ęTak się zastanawiam ostatnio coraz poważniej, skąd bierze się u niektórych czarno-białe widzenie świata.

Nie ma pośrodku, nie ma szarości, o nieopowiadaniu się po którejkolwiek ze stron można zapomnieć.... Jak nie uważasz, że ja mam rację, to znaczy, że popierasz tamtego, *&^*&^*, %$^%$% i !&%$#& *. I jeszcze do tego seria dosadnych epitetów, zwykle anatomiczno-fizjologicznych, żeby każdy, kto miał pecha znaleźć się w odległości mniejszej niż półtora kilometra od rozwścieczonego czarno-białego wiedział dokładnie co i o kim on mysli. Jak również znał szczzegóły prowadzenia sie przodkiń osoby krytykowanej do szesnastego pokolenia wstecz.

Tak mi się skojarzyło - może trochę odlegle, ale co tam, w końcu takie dumanie ogólne może skakać po tematach. Rozmawiałam kiedyś z koleżanką, właściwie pokłóciłyśmy się wtedy. Poszło nam o pojęcie lojalności. Ona uważała, ze jeśli ktoś bliski - np chłopak, siostra, zrobi coś złego, to należy zrobić wszystko - łącznie z działaniami nieuczciwymi i nielegalnymi, żeby tę bliską osobę uchronić od poniesienia konsekwencji swoich działań. Ja byłam zdania, ze moja  lojalność w takiej sytuacji polega na tym, że nie obciążam tej osoby, wstrzymuję się od wypowiadania opinii, zeznań, pomagam w naprawieniu szkody - ale jeśli ktoś skrzywdził kogoś, popełnił przestępstwo, to niestety konsekwencje powinien ponieść. W odniesieniu do problemu mniejszego kalibru - typu kto ma racje w dyskusji - mogę się nie włączać, natomiast nie mam obowiązku publicznie wypowiadać zdań, z którymi się nie zgadzam tylko po to, żeby poprzeć bzdure (w moim odczuciu) wygłoszoną na przykład przez moją siostrę.

Mam poczucie, że w ogóle w dzisiejszym społeczeństwie rzadko udaje się oddzielić osobę od jej zachowania. Jak ktoś  jest niekulturalny, niesympatyczny, to od razu częste jest założenie, że i fachowcem będzie kiepskim. Albo jak jest kiepskim fachowcem, to na pewno niemiły, gruby, jest kiepskim rodzicem, nie zamiata pod szafą i ma dziury w zębach. Ciężko niektórym (a obawiam się, że ci niektórzy stanowią istotną większość w naszym społeczeństwie) zrozumieć, że te sprawy są absolutnie rozdzielne. Że polityk, którego nie znoszę, boję się i uważam za szkodliwego dla kraju może być świetnym tatusiem, który bawi się z własnymi dziećmi, czyta im książki na dobranoc a na urlop biorą plecaki i całą rodziną jadą w góry.  Że pan specjalista, który popełnia zawodowe błędy może mieć gigantyczną wiedzę z zakresu swojego hobby, kompletnie nie związanego z pracą zawodową.

I co najważniejsze, że wyzywając tych wszystkich ludzi nie poniżamy ich. Poniżamy tych, którzy muszą słuchać - osoby, do której się czarno-biały wydziera, sąsiadów, przechodniów... I samego siebie. Bo to sobie wystawiamy nieciekawe świadectwo, jako temu, co używa słownictwa powszechnie uważanego za wulgarne - wcale nie tym, których nim obrzucamy....

Szkoda, ze tyle osób tego nie rozumie......

 * %$^%$* - używany w sieci zamiennik określeń o silnym negatywnym zabarwieniu emocjonalnym. Innymi słowy - wiącha.

Piotrek popatrzyl na mnie wczoraj i poprosił:

- Mamo, kupisz mi ciastko na Obżarty Dzień?

Po chwili intensywnych procesów myślowych dotarło do mnie, ze dziecku chodzi o pączki na Tłusty Czwartek.....