O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

środa, 31 marca 2010

Poszliśmy na rekolekcje. Zależało mi akurat na tych, niestety w ostatnim mozliwym terminie, później juz tylko Święta.

Jak to rekolekcje - wieczorem, czyli nie ma sily, młody idzie z nami. Na szczęście u Dominikanów jest świetny kawał korytarza, gdzie można puścić malucha, niech sie wybiega, więc nie ma dramatu, jak zaczyna świrować.

Wczoraj poszliśmy pobiegać - młodego już roznosiło. Ganiał tam i z powrotem wzdłuż całego korytarza, starannie zatrzymując sie na końcach - miał zapowiedziane, że nie wolno znikać mamie z horyzontu. Aż nagle mu sie o tym zapomniało... Niestety na tym końcu bliżej drzwi - zanim dogoniłam, to po Piotrku śladu ni popiołu.... Szybka myślówa - miał dwie drogi, albo wyszedł z kościoła, albo wmieszał się w tłum. Na zewnątrz - raczej nie, był bez kurtki, ciemno, zimno. Zapytałam ludzi, nie wyszedł. OK. No to poleciał w tłum. A kościół duży i zatłoczony...

Następna sekunda na myślenie i wyszło mi, że mały najprawdopodobniej poleciał tam, gdzie zawsze siedzimy - na szczęście jest to zawsze ten sam rejon (blisko wyjścia na korytarz...). Pognałam, zapytałam rodziców - dotarł. Uffff. POszli z moim tatą szukać mnie na drugim końcu korytarza, ale już wiadomo, że jest i nie będę musiała prosic o ogłaszanie zguby.

Trochę sie szanowny pan zestresował - i dobrze. Mam nadzieję, ze zapamięta to uczucie osamotnienia na tyle, żeby sie jednak pilnować mamy. W końcu tu było w miarę bezpiecznie, wyjścia tylko z jednej strony, ludzie nastawieni raczej życzliwie, a nie patologiczni mordercy poszukujący ofiar, teren znany, choć zatłoczony.

Ale dziś sobie chyba darujemy - ja i tak nic nie słyszę, jak pilnuję szybkobiegacza w korytarzu, a on sie nudzi - o ile wytrzymuje ładnie mszę studencką, gdzie kazanie trwa w  porywach do 6 minut, to 45 minut konferencji, to stanowczo za dużo na trzylatka...

A, przy okazji, w poniedziałek znowu dała znać o sobie nasza ulubienica z listopada. Stała obok dziewczyna z niemowlakiem na ręku - maluch trochę popłakiwał, jak to maluch. NIe darł sie jakoś przesadnie, ot, kwilił. A panna znowu wystąpiła z upomnieniem, że jej to przeszkadza, żeby uspokoić albo zabrać. Na szczęście Skorupiak w tym momencie wykazał się refleksem i przypomniał damie stosowny cytat : "Pozwólcie dzieciom przychodzić do mnie".  I babę zmyło.

niedziela, 28 marca 2010

Mam dość. Całkowicie i dokladnie. Za chwilę poprostu wtłukę w kuper mlodemu, i to tak na odlew.

Od rana chyba uwziął się, zeby sprawdzić moją wytrzymałość, która w związku ze stresami Małża w pracy i tak jest już na wyczerpaniu.

Zaczęło się od tego, że rano obudzilam się według starego czasu normalnie, czyli około 7 rano. wylazłam, poszłam sobie poczytać gazetkę w sieci i zostawiłam chlopaków, niech sobie pośpią. W końcu jednak trzeba było zacząć ich podnosić. Plan był taki, ze pójdziemy na 11 do kościoła (zwykle chodzimy na msze studencką, wieczorem, ale tym razem tak nam pasowało do rozkładu jazdy).Panowie nie przejawiali chęci przybrania pionu, Skorupiak wychynął spod poduszki po 10, tylko po to, zeby zanurkować w wannie. Piotrek też sie grzebał. Do tego Małż naiwnie pozwolil młodemu ubierać się i rónocześnie oglądać Minimini - efekt pół godziny później był taki, zę mały w samych majtkach gapił sie w telewizor.

Wyłączyłam TV, co spotkało sie ze strasznym wrzaskiem - ale trudno, umowa była, żę robi jedno i drugie równocześnie, robił tylko jedno, to teraz będzie tylko drugie.

Po długim wrzasku w końcu sie ubrał - jeszcze nie załapał, że to na mnie nie działa, może sobie krzyczeć, a nie wymusi włąćzenia telewizora.  Zjadł jakąś kromkę (też rozwlekle i bez entuzjazmu).

W tak zwanym międzyczasie Małż wychynął z odmętów i nawet wyprowadzil psa. Jakieś dzizesięć po 11 panowie byli gotowi do wyjścia.... Trochę późno, nie znosze spóźniać sie gdziekolwiek, a juz do kościoła w szczegółności.

W związku z powyższym plany zmieniono, pojechałam z Pietruszkiem do rodziów robić ciasteczka, a mąłż niedługo potem do roboty.

Zrobiliśmy ciasteczka i kandyzowane fiołki, młody wymęczył dziadka, a ja oddychałam z ulgą, zę przez jakiś czas zajmuje sie nim kto inny.

Po powrocie mlody poprosił o wyjśice na spacer, więc sie zgodziłam, z zastrzeżeniem, że najpierw ma zjeść obiad. Zrobiliśmy współnie sałatkę, młody wrzucił sobie do tealerza pół michy (mimo, zę proponowałam, żeby po prostu wziął dokładkę, a nie wrzucał tyle), a potem... nie zjadł.

I tu ja  sie wściekłam. Zapowiedziałam, ze nie musi jeść, ale na dwór wyjdzie dopiero, jak talerz będzie pusty. Nie musiał sobie ładować tyle, jak chciał, to proszę to zjeść.

Jadł to CZTERY GODZINY. Stale miał jakieś zajęcia, a ja zajęłam sie swoimi sprawami, zwłaszcza, ze jak wołałam na obiad, który mieliśmy zjeść razem, to szanowny pan był zbyt zajęty.

W końcu zjadł, Małż zdążył wrócić z pracy, i poszliśmy na spacer. Co prawda już nie do ogródka, co mieliśmy wplanach , ale na grabienie i porządki było po prostu za ciemno. Pobiegał trochę, potem kolejna dyskusja o kąpieli i nareszcie gadzina jest w łóżku, poczytana. Jeszcze trochę gada, ale chyba już niedługo zaśnie. Przynajmniej taką mam nadzieję...

Udało mi sie przetrwać dzisiejszy dzień. Mimo, że Piotrek ewidentnie sprawdzał, ile zniosę to nie wrzepiłam mu w tyłek, mimo ze bardzo chciałam.  Pilnowałam się z tym, co mówię, nie serwowałam gróźb nierelanych w stylu "nogi z d... powyrywam" i w ogóle uważam, ze wyszłam z tego nieźle. na pewno mogłam mieć więcej cierpliwości, ale po dwóch tygodniach mężowskiej nerwówki odreagowywanej na mnie jestem wykończona.

Nic, mlody jutro idzie do przedszkola, ja pewnie umyję następne okno i kolejny kawałek podłogi...

Już rozpisałyśmy z mamą plany świąteczno-kulinarne, teraz pozostaje tylko je zrealizowac. Byle do Świąt.. a potem dalej w kieracik...

 

 

 

piątek, 26 marca 2010

Mam problem.

Gadzina mała znowu kaszle i smarcze na potęgę.

Nie mam pojęcia, jak dotłuc to wirusisko, musiałabym chyba wziąć dwa tygodnie zwolnienia na dziecko. Żaden lekarz mi tego nie wypisze, jak on jest już właściie zdrowy, tylko pokasłuje, wszyscy powtarzają, ze taki kasszel może sie ciągnąć do 8 tygodni po infekcji. W związku z tym Piotrk idzie do przedszkola,  i po paru dniach wraca znowu zasmarkany i kaszlący coraz paskudniej.

Do tego dziś i jutro mam szkółkę, Skorupiak w niedzielę też ma firmową kumulację roboty z ostatnich dwóch miesięcy, dziś jajko firmowe, rodzice mają jakieś urodziny jednego z krewnych - i  zrobiła sie jakby dziura w opiece nad Pietruszkiem.

Nic to, poradziliśmy sobie. Nasza wspaniała teściowa h.c. wzięła dodatkowy dyżur przy wnuku i się nim zajmie do mojego powrotu, a jutro Małż po prostu siedzi z młodym, wytłumaczywszy uprzednio współpracownikom, że oni nie dzieci i mają sobie radzić sami.

Na szczęście obecny zjazd jest przedostatni. Bardzo lubię tę moją szkółkę, mnóstwo sie nauczyłam (za ciężką kasę uczą, trzeba im przyznać...), ale jestem już zmęczona po czterech latach. Do tego wcześniej, przed ciążą (miałam przerwę) albo jak nie pracowałam, to było łatwiej - miałam mnóstwo czasu z Piotrkiem, więc wyrwanie tych dwóch dni w miesiącu nie było tak bolesne. Teraz, jak pracuję do 19, a jak jestem w domu rano, to nie ma tam Pietruszka, bo jest w przedszkolu, to taka wyrwa w naszych kontaktach bardzo mnie boli. A tak jeszcze dziś i jutro, potem za miesiąc i Z GŁOWY!!!!!!!!!

Nic to, n razie niech on mi sie wykuruje. Nie bardzo sobie wyobrażam zakupy przedświąteczne z chorym Piotrkiem. Sprzątanie jeszcze (najwyżej machnę na nie ręką, trudno. I tak już część okien i kawałek podłogi umyłam.), pichcenie da sie zrobić, ale zakupy ciężko. Poza tym, u licha, po prostu chciałabym, żeby dzieć był zdrowy i już.

Chyba postawię mu znowu bańki dziś wieczorem, o.

niedziela, 21 marca 2010

Zdjęliśmy z Piotrkiem lampki choinkowe z balkonu – cicho siedziały, to mogły poczekać, aż pogoda zrobi się przyjemniejsza. Zrobiła się, to zdjęliśmy. Po zakończonej robocie zganiam towarzystwo (Piotrka i psa) do domu. Piotrk wrócił, pies z uwagą wpatruje się w kota sąsiadów, który przechadza się po tarasach. Młody próbuje zawołać psa, ale Agra ma to w pięcie – kot ważniejszy. Powiedziałam potomkowi, żeby poszedł zdjąć kurtkę i buty, a z psem sobie poradzę. Fuknęłam, wzięłam za frak i pies natychmiast popędził do domu. Komentarz potomka:

- No coś takiego! Nie wiem, jak mogę ci podziękować, jestem zauroczony!

 

Skąd on bierze takie zwroty? Dżentelmen mi rośnie, nie ma co.

sobota, 20 marca 2010

Piotrek poszedł z tatą i psem na spacer. Zabrał hulajnogę. Trzeba mu przyznać, że juz coraz sprawniej na niej śmiga - dowodem na to komentarz taty, który stwierdził, że on nie bierze więcej Piotrka z hulajnogą na spacer, bo nie może dogonić potomka.

Ale ja nie o tym.

Piotrek wrócił, spojrzał krytycznie na swój pojazd i stwierdził, ze trzeba go umyć. przyniósł gąbkę z łazienki i zaczął ją polerowac..... Ponieważ nachlapał przy tym na podłogę w salonie (zanim poprosiłam o przeniesienie sie z całą operacją do łazienki) - to wziął ścierkę i powycierał.

Bardzo mnie cieszy takie postępowanie mojego dziecka.

Mam tylko jedno pytanie:

Po kim on taki porządny?????

 

piątek, 19 marca 2010

Młody kaszle. Poz tym zasadniczo nic mu nie jest, parę dni temu miał troche temperatury, ale to juz minęło. Osłuchowo w porządku a kaszle ohydnie. Pani dr po namyśle stwierdziła, że może by tak postawić facetowi bańki, bo właściwie niby nic mu nie jest, a charcze.

W związku z tym postanowiłam nabyć bańki bezogniowe - takie klasyczne ogniowe mam, moja mama przez lata stawiała je wszystkim potrzebującym dziecakom w okolicy, ale Piotrek jeszcze sie boi ognia. A te bezogniowe  i łatwiejsze w obsludze i jednak, jakby nie było, bezpieczniejsze.

Zaczęłam od sprawdzenia cen na allegro i w aptekach internetowych. Oscylowały w okolicach 25 zł za 4 szt, 50 za 8. Pokrzepiona tą wiedzą sprawdziłam jeszcze telefonicznie moją ulubioną aptekę koło pracy, ale zestawu 8 sztuk nie mieli, mogli ściągnąć na następny dzień. Czyli za późno, jak na mnie, bo chciałam postawić Piotrkowi w czwartek i sobotę, żeby w poniedziałek mógł pójść do przedszkola.

Trudno sie mówi, powędrowałam do innej apteki, też blisko pracy ( w sumie tam wiem o czterech). I zatkało mnie kompletnie, bo pani za 8 sztuk zaśpiewała mi.... 83 złote. Poinformowałam ją uprzejmie, że z takimi cenami to niech szukają innych klientów, ja na pewno sie tam wiecej nie pojawię i poszłam szukać dalej. W drugiej aptece nie mieli wcale, w trzeciej chcieli 72 złote. Nieco lepiej, ale cały czas zdzierstwo, jeśli sie porówna z 50.

Ponieważ Piotrek był u rodziców, więc spróbowałam zadzwonić jeszcze raz do mojej ulubionej apteki, tylko tym razem do placówki koło rodziców - udało mi sie dodzwonić i okazało się, ze owszem, mają i do tego chcą za to 59 zł :))) czyli tyle, co na allegro liczone z kosztami przesyłki. Poprosiłam o odłożenie mi jednego opakowania, odebrałam wracając z pracy i mam.

A wieczorem ja stawiałam bańki Pietruszkowi na plecach, a potem on mi na nodze. I oboje mamy piękne malinowe kółka. Mam nadzieję, że on przestanie kaszleć. Moja noga też :)

Po raz kolejny stwierdzam, ze apteki ZIKO mają jednak bardzo przyzwoite ceny (o ile można w ogóle mówić  o przyzwoitości w kontekście kosztów leczenia w tym kraju).  Różnica przy bańkach - jak widać, jak kiedyś sprawdzałam jakąś szczepionkę dla Piotrka, to też w większości aptek chcieli za nią około 300, a w ZIKO - 250.

Od razu mówię, ze nie mam tam żadnych udziałów, apteka nie jest własnością nikogo znajomego - żadna kryptoreklama, rzeczywiście polecam tę sieć, bo wielokrotnie sprawdziłam, że różnice w cenach są i to znaczne.

A co do baniek - jeszcze rodzinna anegdotka. Jak mama stawiała komuś z nas - mnie, albo któremuś z braci, to pozostali marudzili, ze oni też chcą - potrafiła to tak zorganizować, ze była to atrakcja, a nie stresujący zabieg...

 

 

środa, 17 marca 2010

Młody pokasłując wylazł z łóżka,  i został pochwalony, że całą noc spał u siebie. W odpowiedzi padło:

- Możesz mi podziękować.

Z lekka sie zakrztusiliśmy.

Małż wyszedł na poranny spacer z psem. ja mu szykowałam śniadanie. Po chwili wraca Małżyk, a Piotrek karcącym tonem pyta:

- Czemu ten spacer był taki krótki?

Wychowawca, psia jego melodia. Co nie zmienia sprawy, że spacer był krótki i trzeba będzie pójść niedługo jesszcze raz....

wtorek, 16 marca 2010

Podrzuciłam Piotrka do moich rodziców - chory jest i nie chodzi do przedszkola, a ja mialam umówioną wizytę u okulisty.

Wróciłam zadowolona z receptą na nowe patrzałki w łapce, a mama wita mnie z robawioną miną

Otóż Piotrek zainteresował się storczykiem stojącym w doniczce na stole w salonie. Storczyk faktycznie przepiękny.

- Co to jest?

-To jest storczyk, ten gatunek nazywa się phalaenopsis.

- Jak? Ale nocnik?

 

sobota, 13 marca 2010

Młody sie doigrał. NIe chciał iść spać, brykał, ganiał po domu, opóźniał jak mógł. Minirybka poszła spać, a mały gad dalej rozrabiał.

W końcu rodzice nie wytrzymali i po licznychsugestiach, prośbach i poleceniach Piotrek usłyszał zapowiedź, że jak natychmiast nie pójdzie do łóżka, to nie ma czytania. To zrobilo wrażenie, przynajmniej na tyle żeby poszedł sie przebrać w piżamkę - juz mu darowałam kąpiel, zwłaszcza, że jakiś taki mizerny (to wersja oficjalna, faktyczna jest taka, ze mi sie po prostu nie chciało).  Ale w trakcie znowu zaczął szaleć, więc groźba niestety musiała zostać zrealizowana. Nie wiem, dla kogo to było trudniejsze, dla nas na pewno bardzo ciężkie. Mały pyszczek płaczący rozpaczliwie "wy musicie mi czytać na dobranoc" szarpał za serce.

Ale słowo sie rzekło, kobyłka u płotu - cały czas przeznaczony na czytanie i kolanka przebąblował, więc przepadło.

Potem przez jakiś czas z pokoju rozlegały się okrzyki typu "mamo, tato, potrzebuję was", albo "mamo, tato, prosze przyjdźcie". Jesli była to prośba, a nie wrzask - szłam pogłaskać po mordce, przytulić. Powtarzałam w kółko, ze czytanie stracił, bo zamiast iść spać - rozrabiał i cały czas zmarnował na co innego.

I tak bardzo chcialam wząc na ręce, utulić, poczytać.... Równocześnie miałam pełną świadomość, że muszę wytrzymać - że jednorazowa akcja, jesli będzie doprowadzona do końca, może przynieść duże efekty,  a jeśli zostanie zmarnowana, jeśli sie złamię - duże szkody.

W tej chwili Piotrek juz ucichł. Bylam tam przed chwilą,  i prawie sie popłakałam, widząc determinację, z jaką mały walczył o ten wieczorny rytuał. Poprosił o przyjście, więc kucnęłam przy łóżku, a ten mały cwaniak natychmiast przypomniał, zę nie było kolanek i zaczął wyłazić. Wstałam, więc kolana przestały się nadawać do umoszczenia - wypełzł na podłogę i ryczał. Bardzo chciałam go wziąć na ręce - i wiedziałam, zę mi nie wolno. W końcu wlazł do łóżka, przykryłam - kurczowo złapał mnie za rękę, położył na niej głowę i cichutko poprosil, żebym została w pokoju. Z ciężkim sercem zabrałam dłoń, pogłaskałam i wyszłam.

To było bardzo trudne starcie. Teraz młody chyba już zasnął, a w każdym razie pogodzil się z tym, zę nie będzie dziś czytania, kolanek i wierszyków. A mnie jest ciężko. przecież ja tego malucha tak bardzo kocham, a musiałam mu zrobić przykrość.  I wyświechtany slogan, ze to "dla jego dobra" wcale mi nie poprawia humoru. Wiem, zę w jego interesie jest nauczyć się odpowiednio gospodarować czasem, ale, kurczę, wchowywanie bywa bolesne. Dla obu stron....

 

piątek, 12 marca 2010

W zeszły weekend byliśmy u znajomych. Piotrek od tygodnia sie dopytywał, kiedy jedziemy. Na miejscu szalał z ich córką. To, ze widział ich drugi raz w życiu wcale mu nie przeszkadzało, za pierwszym razem też był zachwycony.

Dziś wyszliśmy na spacer, na hulajnogę. Idziemy sobie, to znaczy ja idę a Piotrek jedzie. Dochodzimy do dawnej dziury w asfalcie. Dziura jest załatana jakimiś odłamkami asfaltu i zasypana ziemia. Piotrek sie zainteresował bliżej, co to takiego:

- Mamo, po czym ta dziura?

- Nie wiem

- Musimy zapytac pana Roberta.

- A czemu akurat pan Robert ma coś wiedzieć o tej dziurze????

- Bo pan Robert wie wszystko!!!.

 

Pan Robert zrobil wielkie wrażenie.

 

 

czwartek, 11 marca 2010

Wracam z pracy. Na peronie metra czekają na mnie dwaj panowie P - Małżyk najdroższy pędzi na spotkanie z klientem, a Piotrek towarzysko - odprowadzi tatę do metra, pozbiera z metra mamę - pies pasterski prawie.

Nie byłoby w tym obrazku nic nowego - takie scenlki zdarzają sie dość systematycznie, gdyby nie jeden mały drobiazg. Mały, ale spowodował wytrzeszcz oczu i ciężkie przerażenie matki. Czyli moje, dla niekumatych.

Mianowicie na powitanie, oprócz traycyjnego wrzasku "mamusia!!!!" uslyszałam coś, co brzmiało jak "Petrus sum". Podejrzliwie poprosiłam o powtórzenie - niemożliwe, żeby moje trzyletnie dziecko gadało do mnie po łacinie!!!!!!!!

A jednak. Powtórzył. A Skorupiak, jak juz sie nacieszył moim wytrzeszczem, wyjaśnił, o co chodzi i skąd to sie wzięło.

Otóż w trakcie jakiejś rozmowy telefonicznej użył jakiegoś łacińskiego zwrotu - nieważne, którego. Piotrek sie zainteresował, czemu tata tak dziwnie gada. No to tata wytłumaczył, ze tak kiedyś mówili ludzie, a teraz już nikt tego języka nie używa tak na co dzień, ale w różnych tekstach i powiedzonkach nadal funkcjonuje. Młody przepytał ojca o różne ważne słowa. i na pożegnanie, jak tata wsiadał do metra, rzucił :

-Vale, pater.

Jak on w przedszkolu wyjedzie z łaciną, to będzie wesoło....

 

piątek, 05 marca 2010

Panowie wyszli na spacer z psem.

Po jakimś czasie wracają, Skorupiak z wyjątkowo uchachaną paszczą.

Okazało sie, że bawili się w rozpoznawanie marek samochodów. Nic nowego.

Szli, Piotrek recytował różne hondy, skody i inne mazdy, aż doszli do wypasionego mercedesa klasy S. Kierowca siedział w środku, z otwartym oknem, pewnie na kogoś czekał.

- Piotrek, a co to za samochód?

- Drynda! - wypaliło moje dziecko.

Żałuję, że nie widziałam miny faceta.....

 

wtorek, 02 marca 2010

Leżymy już w łóżku, gadamy sobie. W pewnym momencie rozmarzyłam sie nieco:

-  Chciałabym pojechać gdzieś, gdzie będzie ciepło... I woda... I coś ciekawego do obejrzenia....

- Wstawię ci telewizor do łazienki - powiedział mój prozaiczny mąż.

Bezczelny facet.

Byliśmy w niedzielę na Giełdzie Skał, Minerałów i Wyrobów Jubilerskich. Nazwa na pół metra długa, ale niech tam, nie nazwa ważna, lecz to, co nazywa.

Pietruszek postanowił mi zrobić prezent. Wypatrzył gdzieś koraliki w kształcie kostek do gry i kupił mi dwa (no, powiedzmy, że z pewną pomocą taty).

I teraz mam i noszę - szybko dorobiłam do nich co trzeba - niewiele roboty, szpilka, bigle i już. Z racji wykluwających sie powoli ciągot  w kierunku produkcji biżuterii wszystkie te elementy miałam w szufladzie.

I bardzo się cieszę. Kolczyki są takie, jak lubię - to znaczy długie, wiszace (nie lubię takich małych kropek na platku ucha, wolę, jak coś dynda i majta przy każdym ruchu głowy). A równocześnie są takie codzienne, nie jakieś odstrzelone tylko takie zwykłe, wesołe. I co najważniejsze - od mojego synka. Dziękuję, Pietruszko!

poniedziałek, 01 marca 2010

Młody juz śpi. A przynajmniej tak mi sie wydawało.

Kręci mnie w nosie nieco - kichnęłam.

A tu z drugiego pokoju dobiega:

- Mama  na zdrowie!. Odruchowo podziękowałam, a tu ciąg dalszy:

- Nie ma za co!

Elegancik, psia jego melodia.

Tylko czemu jeszcze nie śpi?

 

tyle sie słyszy i czyta o małych dzieciach, dla których mycie głowy jest horrorem, stresem i w ogóle koszmarem nad koszmary.

Pole bitwy, łazienka po  kostki w wodzie, ze smętnym ręcznikiem pływającym po podłodze, dzieciak zaryczany, zmęczony i nieszczęśliwy, rodzice mokrzy, zmordowani i wściekli.

Z tylu źródeł i kierunków słyszalam takie opowieści, że od samego początku - czyli od ponad trzech lat - zdumiewa mnie reakcja Piotrka (co wcale nie znaczy, ze mnie martwi).

Piotrek po prostu to lubi.

Owszem, był okres, kiedy protestował trochę, jak mu sie lała woda do oczu, ale wyjaśnilismy sobie, co można zrobić, żeby nie zalewało oczek, pokazałam, ze to możliwe - i po problemie. Ostatnio młody sam sie domaga mycia głowy (czasem, tak jak dziś - wtedy, kiedy mi sie koszmarnie nie chce).

I dziś po prostu umył ją sam. Ja tylko podawałam rękę, zeby miał się czego trzymać przy zanurzeniu w wannie, trzymałam ręcznik - żeby było w co wycierać zachlapane oczka i na koniec trochę pomogłam przy płukaniu. Całość procedury wykonałam prawie nie podnosząc nosa znad książki (ale cały czas z nim gadałam;).

Mój mały, dzielny synek. O, przepraszam, ostatnio bardzo sie burzy na określenie "mały". A więc mój duży, dzielny synek.

Tylko patrzeć, a spojrzy na mnie taki drągal wzrostu metr dziewięćdziesiąt i powie:

- mamo, chciałem ci przedstawić moją narzeczoną....

Trzeba jednak korzystać z okazji, póki są. Na razie mogę go wykąpać, wziąć na kolana, przytulić, poczochrać czuprynkę. Juz niedługo... W końcu te 4 lata, odkąd dowiedzieliśmy sie o jego istnieniu przeleciały w takim tempie - a im dalej, tym szybciej lecą....