O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

niedziela, 29 marca 2009

Pietruszek znowu nie chodzi do żłobka. Jutro idziemy do pani dr, ale na moje oko dostanie szlaban do Świąt, i to nie przeraża. Jak do cholery mam umyć okna i podłogi z dzieckiem plączącym sie pod nogami i "pomagającym"?????? A zrobić zakupy? Nie wyobrażam sobie tego. Może pani dr nie będzie tak okrutna.... Ale czarno to widzę.

Składamy podanie do przedszkola. Mam w związku z tym dylemat, bo przedszkole jest pod oknem, do żłobka trzeba go dowieźć, przedszkole - podobno dobre (polecane przez sąsiadów), żłobek - ukochany, i parę różnych powodów jeszczze. Z drugiejstrony, jak sie nie dostanie, to nie ma dramatu, zostaje w żłobku jeszcze rok i tyle. Mam zagwozdkę....

Pojechaliśmy na działkę rodziców. Piotrek  świetnie sie bawił wyrzucając kamyki na drogę (w ramach łatania co wiekszych i bardziej błotnistych kolein), a my cichcem pognaliśmy do sklepu, zostawiając go z dziadkami i dwoma szalejącymi psami. Wrócił i padł spać. Błoga cisza.....

Nie chc e mi sie pisać, a z drugiej strony ciągnie - czasem układam sobie w głowie czałe akapity,  nie mam czasu ich wklepać, a potem jestem zła na siebie, zę takie fajne było, ajuż nie pamiętam, co takiego odkrywczego miałam do powiedzenia. W ogóle lubię sobie czasem coś napisać, (byle nie poezję, pęd w tym kierunku skutecznie zamordował mi polonista w liceum), tak dla siebie. jakieś takie przemyślenia na temat. Może to głupie, ale naprawde brakuje mi wypracowań szkolnych, kiedy dostawałam pretekst do intelektualnej rozrywki i nie było tego co teraz - chciałabym napisać, ale są ważniejsze sprawy do zrobienia... Jak już sie rozstałam z owym polonistą od mordowania poezji (po I klasie zrobili kipisz  i profilowanie, i wreszcie przestałam mieć z nim kontakt...) dostaliśmy polonistkę trochę drętwą, ale za to bez tak rozdętego ego. I pisanie u niej wypracowan bylo naprawde fajne.... A teraz nie ma czasu, pretekstu... 

Ale nie wrócę do szkoły, czasem mi sie śni w charakterze koszmaru, że mam ukończone studia, a tu ktoś gdzieś sie doszukał, ze mam niezaliczony polski z klasy maturalnej i musze chodzić na lekcje do Zientara z ludźmi młodszymi o 15 lat... Zgroza. Druga wersja tego miłego snu, to niezaliczona mamtemetyka z podstawówki - reszta analogicznie. Czasem w wersji ardcore niezaliczone jedno i drugie i biegam między podstawówką a liceum, i wiecznie sie spóźniam, bo oczywiście te lekcje są jedna po drugiej, a ja musze dojechać.... Widać, którzy nauczyciele zapisali sie w pamięci. I nie chodziło o to, zę wymagali - historyka i romanistkę z LO, którzy cisnęli bardzo ostro do dziś wspominam z ogromną sympatią. Ale polski w I klasie LO i matma w podstawówce - cóż, matematyczkę czasem lubiłam. Jak nie miała gorszego dnia i nie przyzłośliwiała wszystkim jak leciało....

Zebrało mi sie na wspomnienia z czasów szkolnych - może dlatego, ze Piotrek rośnie przerażająco szybko i ani sie obejrzę, jak zacznę chodzić na wywiadówki, a potem będzie trzeba wybrać gimnazjum, pisać mature.... A to co sie dzieje w polskiej edukacji to jest jakaś masakra. Reforma jest bardzo potrzebna, tylko dlaczego u licha zaczynają ją od końca? Nie trzeba wielkiej inteligencji, zeby wymyślić, ze najpierw się tak ogromną rzecz przygotowuje, a dopiero potem wprowadza w życie, a u nas z niewiadomych powodów jest dokładnie odwrotnie. Szkoły nieprzygotowane na przyjęcie sześciolatków, nie mają zaplecza pedagogicznego, wyposażenia, często nie da sie oddzielić maluchów od starszych uczniów, programy nieprzygotowane... Od dziesięciu lat w szkolnictwie jest jakieś zamieszanie, co jeden to ma lepszy pomysł na zmiany (bo moje zmiany beda lepsze niż poprzednika), więc stawiamy całość na głowie z każdą zmianą ekipy.... 

A jak zwykle cierpią na tym dzieciaki - czyli ci najbardziej bezbronni, którzy nie mają siły przebicia.  Ech, to jedno mogłoby mnie skłonić do wmigracji - jakiś normalny,stabilny system edukacji dla mojego dziecka. A że przez całe życie twierdziłam, ze jestem Polką i tu zamierzam mieszkać (co nie wyklucza oczywiście okazjonalnych wyjazdów zawodowo - rozrywkowych), to doprowadzenie mnie do takiego stanu jest niezłym sukcesem kilku ostatnich ekip rządzących.

czwartek, 26 marca 2009

Taaaak, okres buntu dwulatka.... kończy się, gdy zaczyna sie bunt trzylatka. A do tego jak patrzę na moje dziecko, to widzę samą siebie - i podziwiam moją mamę, zę mnie nie udusiła w dzieciństwie. Jeśli byłam tak uparta jak Piotrek (a z tego co pamiętam, to byłam), to miała wszelkie podstawy do rozwiązań drastycznych.

Młody znowu złapał jakieś pokarmowe świństwo. Szczegółów oszczedzę, ale w rezultacie zatrzymałam go w domu. Byliśmy w Łazienkach pokarmić kaczki, wiewiórki, pawie i inny drób. W pewnym momencie młody człowiek postanowił pozwiedzać na własną rękę. Niektóre ścieżki, już wielokrotnie przez nas przedeptane i dobrze znane, pozwoliłam mu przebiec samodzielnie - tak, że mnie nie widział. Ale jak zaczął się za bardzo zbliżać do kanałku (i stromej skarpy) to zaprotestowałam - nie bardzo miałam ochotę na wyławianie i potem transport kompletnie mokrego osobnika. Osobnik miał inne zdanie, więc narobił wrzasku (nie działa na mnie) i ułożył sie w kałuży w alejce. Matka okazała sie wredna - wzięła za frak, wyjęła z kałuży, przeniosła na suchy chodnik. Jak sie położył - został poinformowany, że może sobie tak leżeć, ja idę karmić wiewiórkę. I poszłam. Stary numer, ale zawsze działa. Wstał i pobiegł za mną...

Wyszliśmy wieczorem na spacer z psem. Młody już wyedukowany, wie, ze po psie należy sprzątać, nosi w kieszeni torebkę. Ja sprzątam, on wrzuca do śmieci. A przy okazji świetnie sie nadaje do pogadanek wychowawczych, jak widze na horyzoncie kogoś, komu nie chce sie schylić po "pamiątkę". Ja rozmawiam z moim dzieckiem, uwagi o sprzątaniu i kulturze osobistej są do niego. A  jeśli komuś zrobi sie głupio...tylko czekam, aż młody zacznie pouczać kogoś takiego, że po psie sie sprząta  :) Będzie fajnie.

Wieczorne przytulanie po kąpieli. To jest rytuał, Piotrek siada mi na kolanach, owijamy sie w wielki, mięciutki koc i sie przytulamy. Ponieważ "kakuś" już wrócił, więc rozmowa o tym, co dziś robiliśmy. O wiewiórkach, pawiach, które mają ostre dzioby i strasznie sie drą, kaczkach.... Piotrek stwierdza, zę sie boi pawi (jego słowo-wytrych na wszystko, co mu sie w danej chwili nie podoba). Pytanie - czemu? Bo paw zje. (też standardowa odpowiedź). No to mu tłumaczę, że paw zjada orzeszki, a nie Piotrusie - czy ty jesteś orzeszkiem? - tak. Hm, a gdzie masz brązową łupinkę? - Mały stanowczym ruchem poklepał sie po pupie....

 

ogólnie po całym dniu z własnym dzieckiem padam na pysk. A jutro następny taki... Ratunku!!!!!!!

 

sobota, 21 marca 2009

Potomek przekracza wszelkie granice. Dziś rano zamknął nas po raz kolejny. Już trzeci w swej krótkiej życiowej karierze. Kurczę, ten dzieciak nie ma jeszcze nawet dwóch i pół roku!!! Czasami się go boję....

Tak bardziej szczegółowo, to siedzieliśmy sobie rano w łazience.  Małżon moczył swe dostojne zwłoki w wannie, ja przycupnęłam na sedesie, żeby pogadać. Piotruś przywiózł ciężarówkę, pies uznał, ze jak wszyscy, to wszyscy, on też. Dobrze, ze kot sobie poszedł... Łazienka ma w sumie 5 m2, zawiera normalne wyposażenie, czyli podłogi jest stosownie mniej... Ciasno było, ale nic to.  Omawiamy z małżonem jakże istotną kwestię wyboru przedszkola dla Piotrka, a mały sie bawi. W pewnym momencie zarejestrowałam z lekkim rozbawieniem, ze wyciągnął z szuflady klucz do drzwi łazienkowych i ćwiczy zamykanie. Pomyślałam sobie, że skoro wszyscy jesteśmy w środku, klucz też, to niech ćwiczy, co mi tam. Zamknął drzwi na zamek i próbuje otworzyć. My gadamy. A ten cwaniak nagle.... wyrzucił klucz przez kratkę wentylacyjną w drzwiach!!!!!!

Zamarłam. Małż zamilkł, widząc mój wytrzeszcz i przerażenie w oczach - on ze swoich nizin waniennych nie miał szansy zobaczyć, co sie stało.  I teraz pytanie, co dalej?

Na szczęście udało nam się przeciągnąć  klucz pod drzwiami przy pomocy Piotrkowych zabawek - niech żyje wędka do łowienia magnetycznych rybek.

 Ale teraz klucz wisi na sznurku schowany za grzejnikiem, mały tam jeszcze przez jakiś czas nie sięgnie (ciekawe, jak długo...).

I druga zasada - jak sie idzie do łązienki i nie ma na zewnątrz drugiej osoby dorosłej, to należy brać telefon. 

Ale rodzice będą mieli ubaw, jak któreś z nas zadzwoni: "Piotrek zamknął mnie w łazience, nie mogę wyjść, pomocy!" 

czwartek, 19 marca 2009

otóż to. Niechciej jak stąd do Katowic, najchętniej bym nic nie robiła. Ostatnio padam na dziób już ok 22, albo nawet wcześniej. Podejrzewam, ze ma to wszsytko związek z porą roku, już nie mogę doczekać sie słońca. Brakuje mi go strasznie. Depresja sezonowa. Wrrr....

Piotrek też sie dopomina o słońce - od rana jak wstanie, to pyta, czy jest, a jak nie ma, to twierdzi, że poszło jeść i pić i dlatego nie dotarło na miejsce.

Właściwie nie za bardzo mam o czym pisać. O stażu - kończy się, co oznacza, ze muszę zabrać się za porządki w dokumentacji. Nienawidzę papierków. 

O Piotrku piszę stale. Męczy mnie teraz skleroza, ostatnio rzucił jakimś świetnym tekstem, pomyślałam sobie, że warto uwiecznieć tutaj, ale nie chciało mi sie ruszyć odwłoka z łóżka, odłożyłam do następnego dnia, i zapomniałam. Jak zwykle....

to co by tu.....

O, mam. Umieszczę tu ogłoszenie o pracy, a co:

 Psycholog w trakcie szkolenia psychoterapeutycznego w Warszawie poszukuje pracy. Mile widziana duża pensja, ale za to samochód służbowy niekonieczny. poproszę w pakiecie rozsądnego zwierzchnika i fajny zespół, najlepiej niepalący.

Oferuję swoją wiedzę, poczucie humoru, optymizm i umiejętność rannego wstawania bez grymasów  - co oznacza, ze sie raczej nie spóźniam do pracy.

Osoby zainteresowane proszone są o maila.

  Jeśli ktoś chce napisać mi coś miłego, to bardzo proszę, ta pogoda działa jednak przygnębiająco....a nie będę sie pocieszać czekoladą. Nie ma mowy. raczej pójdę poszukać ogóreczka kiszonego :)

 

 

sobota, 07 marca 2009

Jakiś czas temu namierzyłam stronę z adresami do podglądania zwierzaków w stanie dzikożyjącym. Fajna, systematycznie przychodzi stado dzików, czasem sarna, jenot... różności. Ostatnio przestawili jedną kamerę  - teraz celuje prosto w gniazdo orła. Widać , że się szykują do lęgów, przynoszą patyczki, poprawiają gniazdo...

Piotrek się bardzo cieszy, jak je widzi. Pokrzykuje - mamo, osioł, osioł!!!!

Chyba muszę mu wytłumaczyć różnicę między tymi gatunkami.... 

piątek, 06 marca 2009

Małż właśnie mi doniósł, że znowu kolejny klient zalega z prowizją.

Przyłamało mnie to solidnie. Do tego znowu w nocy zmarzłam (wieczna dyskusja o otwieranie okien) i jestem zasmarkana. 

Mam: bałagan w domu, kupę roboty ze stażu, ponurą perspektywę, katar. Nie mam: pracy. Chyba puszczę jutro tego totka....

 

czwartek, 05 marca 2009
Usiłuję młodocianego zagonić do spania. A przed tym do kąpieli. Trwa dyskusja, bo on by się jeszcze bawił, a jak juz koniecznie musi się myć, to chce w wannie. Co oznacza mnóstwo czasu, zachlapaną łazienkę  - nie chce mi się. Próbuję go namówić na prysznic. targi trwają, Piotrek z wdziękiem mówi "wamwa, plosę" i ja wymiękam. Na moje "prysznic, proszę" jest odporny jak pień. W końcu, lekko załamana, proponuję układ: Będzie się kąpał w wannie, jeśli potem sam położy się do łóżka i nie będzie już z niego dziś wyłaził. Na co mały spojrzał na mnie bystrze i mówi: "pysnic plosę". Ręce mi opadły....
wtorek, 03 marca 2009

ZNowu mnie ciocie żłobkowe wydzwoniły, zę Piotrek ma 38,6.  CO prawda tym razem dzwoniły, jak już byłam w domu i nie musiałam się urywać ze szpitala, za pół godziny miałam po niego i tak jechać. Ale zła jestem... Podejrzewam, zę on wcale nie jest chory, tylko mu piątki ruszyły do przodu. Poprzednie zęby też tak szły, trochę drgnęło, ciut gorączki, przerwa, jeszcze raz.... Zobaczymy.

 Moja Ciocia jest w szpitalu. Zapalenie płuc, problemy z sercem. Na szczeście idzie ku lepszemu, już dziś sama jadła, jest przytomna. Dzielna jest. A w listopadzie skończy 100 lat. Oby jej się udało dożyć.... Trzymaj się Ciociu kochana :)

Na  stażu - jak zwykle. Sala duszna, jak tam siedzi 20 osób to pod koniec sesji można uświerknąć. Albo zasnąć z braku tlenu. Tylko to głupio, jak terapeuta zasypia, więc walczęze sobą jak tylko potrafię. Wczoraj było łatwiej, była piękkna pogoda, obserwowałam dzięcioła przez okno w krytycznych momentach. A dziś buro i ponuro, nie ma na czym poka zawiesić, pogoda senna.....

Małż wrócił wkurzony z roboty, oberwało mi się za klienta. Rozumiem, zę klient może być dowolnie głupi, wkurzający, chamski... Tylko dlaczego ja mam za to zbierać???? Małżu, weź na wstrzymanie, wyżyj się po drodze, przebiegnij się, zrób parę pompek, albo co... Zamiast drzeć się na mnie i na młodocianego, bo potem bardzo trudno mi sie uśmiechnąć.  NIe potrafię po prostu przejść do porządku dziennego po tym, jak nawrzeszczysz, zwłaszcza, jeśli ja sie nie czuję winna. Bo niby czemu mam sie tak czuć, jeśłi powodem Twojego wkurzenie jest klient??????

niedziela, 01 marca 2009

Dziś się wietrzyliśmy na całego  - najpierw w Łazienkach, potem po obiedzie - po okolicy, wyciągnęłam znajomych, którzy mają trochę ponad rocznego synka i było fajnie. W Łazienkach  - żywizna wszelaka. Piotrek już umie wymienić ulubione zwierzaki - siś (sikorki), paw, kasia (kaczki), wiuja (wiewiórka), gołob (gołąb), siusia (sójka), kulki (kruki - systematycznie ogląda je przez internet, jeszcze myli kruki i gawrony). Jak na facecika, który ma niecałe 2,5 roku, to uważam, że nieźle. Do tego odróznia jeszcze dzwońce, kowaliki i wróble. Bo on te wszystkie gatunki rozpoznaje jak je zobaczy.

Żeby nie było - nie jestem nawiedzona i nie uczę go od szczeniaka wszystkich gatunków ptaków po kolei. Po prostu od początku jak pokazywałam mu jakiegoś skowyrka, to podawałam nazwę, zamiast mówić "o , zobacz, ptaszek" . było - zobacz, kawka, sikorka , czy co tam. I teraz te gatunki, z którymi sie spotykał - rozpoznaje. 

Część z tego bierze się z naszej ostatnio ulubionej strony do podglądania zwierzaków przez internet. Jedna z kamer jest ustawiona na paśnik dzików - co wieczór przychodzi tam spore stadko chrumkaczy, widzieliśmy jenota, koziołka, stado sójek, dzwońce, kruki i wrony, jakiegoś drapieżnika - nie podleciał na tyle blisko, żeby się dało stwierdzić, co on za jeden - jakiś sokół., jastrząb, czy inna gadzina. Dziś był orzeł.... A Piotrek to wszystko ogląda i bardzo się cieszy. W ten sposób mimo, że mieszkamy w mieście i w tym roku stale chorujemy, co automatycznie mocno ogranicza nam wycieczki do lasu, może poznawać świat przyrody. Jak się zrobi cieplej i przestaniemy charczeć (a Piotrek nabierze troszeczkę rozumku....) to  pójdziemy znowu połazić po lesie. Tylko niech się skońćzy to błocko wszechobecne, bo z takiego spaceru to nasz kochany synek by wrócił jako jedna czarna kulka błota...

Moglibyśmy zadać pytanie - myjemy, czy robimy nowe?