O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

środa, 31 grudnia 2014

Tak mnie naszło na wydumki. Przypomniała mi sie garść scenek z różnych miejsc, do tego nałożył sie artykuł o owolontariacie, w którym moją uwagę przykuło jedno zdanie: "Koledzy uważają mój wolontariat za dziwactwo."

I zaczęłam się zastanawiać, jak to jest, że jesli komuś sie coś stanie w miejscu publicznym, to na stado gapiów można liczyć bez pudła. Na to, żeby ktoś z nich się ruszyl i pomógł - już nie za bardzo. 

Taka zwykła pomoc drugiemu człowiekowi czasem w naprawdę niewielkiej sprawie - jakoś nie pasuje bliźnim do mebli. Mam wrażenie, że sie wstydzą, że ktoś może ich zobaczyć - w trakcie czego? - bycia Człowiekiem?

Jedna ze scenek - stoimy zs Skorupiakiem w korku na wiadukcie w centrum Warszawy. Na sasiednim pasie starsza pani w jakimś małym cinquecento czy czymś w tym guście usiłuje zapalić silnik. No zgasł, paskud jeden i kicha. Pani jest starsza, sama, stoi jeszcze lekko pod górkę - nie ma siły, nie poradzi. Korek jest i bez tego, jak jeszcze zablokuje jeden pas - kicha totalna. 

Popatrzyliśy na siebie ze Skorupiakiem, ustaliliśmy, gdzie sie spotykamy, gdyby nie zdążył mnie dogonić - korek był solidny, więc miał duże szanse wsiąść z powrotem, i poszedł pomóc. Jak sie przyłożył, to jakoś nagle z kilku okolicznych pojazdów wyskoczyło paru panów, jak wspólnie popchnęli, to pani odpaliła i było po problemie.  Ja się przez ten czas przesunęłam może o piętnaście metrów.

tylko dlaczego nikt nie ruszył sie wcześniej?

Inna sytuacja. 

Stoję na przystanku, wracałam z rozmowy o pracę czy innej oficjałki, więc w garsonce i pantoflach, a nie ukochanych dżinsach. Podjechał nabity autobus, drzwi sie otworzyły i wypadł z niego facet - po prostu spadł i rąbnął o krawężnik. A do tego spadł tak zgrabnie, że nogi miał pod autobusem, kierowca nie mógł ruszyć, bo by mu je przejechał. I co? Na przystanku tłum facetów (ten spadnięty to był kawał chłopa), ale żaden palcem nie kiwnie. Dopiero jak zaczęłam go wyciągać sama, w tych pantoflach, to się jakiś młody chłopak zainteresował i pomógł - reszta kontemplowała chmury. Gość był pijany w trzy trampki, to inna sprawa, ale wszyscy widzieli, że walnął głową o krawężnik, że leżał jak leżał - i nic.

Jak Skorupiak ratował nieprzytomną panienkę mając za plecami publiczność gapiącą sie od stolików w kebabowni - pisałam. Też to samo, jedna osoba pomaga, reszta się w najlepszym przypadku odwróci tyłem. 

Kurczę, co sie dzieje? Czy to tak trudno mieć ludzkie odruchy? Czy to wstyd? Obciach? Dlaczego tak???? Czemu nikt nie chce być tym pierwszym, który zachowa sie przyzwoicie?

Sylwestrowe plany mamy takie jak zwykle - idziemy spać.

Na szczęście.

Gdybyśmy przypadkiem postanowili w tym roku zmienić zwyczaje i wydać ciężką kasę na jakiś bal, to ilość brzydkich wyrazów zapewne by wyczerpała limit na najbliższe dwa lata. A tak klniemy tylko troszkę.

Skorupiak miał problem z zębem, nie bolało, ale czekało na załatanie. Poszedł w poniedziałek.

Wrócił zadowolony, co prawda paszcza mu troche zesztywniała po dłuższym trwaniu w stanie otwartym, ale co tam. Grunt, ze do przodu, pani dr przeczyściła kanały ząbka, załozyła opatrunek czy inny klajster i powinno być cudnie.

Cudnie było do momentu, kiedy zaczęło puszczać znieczulenie zabiegowe. Puszczało i puszczało, bolało najpierw trochę, potem bardziej, a w końcu Skorupiak łaził po ścianach. Zjadł jakąś dziką ilość prosszków przeciwbólowych i dopiero po końskiej dawce tychże ból spadł do poziomu pozwalającego zasnąć. Zabiegi typu chłodzenie nie pomagały nic.

Do rana zrobiło sie jako tako znośnie, dzień przetrwał, ale znowu sie zaczęło pogarszać - za telefon. Na szczęście to był stomatolog w sieci, w której firma fundnęła abonament medyczny, wiec pracują, mają w systemie poprzednią wizytę i ogólnie komplet informacji, więc jakoś na dziś wzisnęłi. Okazało sie, żę ząb czyszczony(!) w poniedziałek ma całkiem niesympatyczne ropne zapalenie. Nie wiem, jak ona to czyściła, chyba potem napluła do zęba, w kazdym razie to, co powinno byc sterylne przed zaklajstrowaniem, z pewnością takie nie było i stąd cały cyrk.

Skorupiak na antybiotyku - czyli nawet lampki wina do kolacji nie będzie, na przeciwbólowych - ale już jest lepiej. 

Pocieszamy się, że nie zrujnowało nam to jakichś wyrafinowanych planów towarzysko-rozrywkowych - zawsze warto znaleźć jakieś plusy sytuacji, nawet tak bolesnej.

Grzechot gada jak nakręcony, często pojawiają się piękne konstrukcje - niestety na chwilę, zanim je zapamiętam i zdążę zanotować - już słowo wykluwa się w postaci prawidłowej. 

Jednym z bardziej trwałych słów okazała sie "dencka"Pytanie - czy ktoś zgadnie, co to jest? W nagrodę można taką denckę dostać, oczywiście pod warunkiem spotkania, bo wysyłka raczej nie ma specjalnie sensu - choć technicznie byłaby mozliwa ;)

 

wtorek, 30 grudnia 2014

Buka umie pocieszyć:

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Uduszę dziś własne dziecko. To młodsze.

Chociaż może mu sie omsknie, bo wreszcie zasnął, drań jeden. Woziliśmy sie z nim na zmianę ze Skorupiakiem przez DWIE GODZINY. I nic. Wesolutki szczygiełek, brykał, robił babach, psikusy, gadał, kazał sie głaskać, domagał pić albo telefonu, albo - dla odmiany - przejażdżki tojką.

Jak wreszcie zasnął i mogłam od niego wyjść, to puściłam sobie na pocieszenie koncert dla rodziców. I puszczę jeszcze pewnie ze dwa razy dzisiaj, zanim mi wściek przejdzie.

 

Młody wyłazi, wczoraj już bez nurofenu na zbicie gorączki.

Skorupiak miał mieć wolne, ale nic z tego, siedzi w robocie i jutro pewnie też będzie.

A ja sie szykuję psychicznie na jutrzejszą zmianę licznika. I nie najlepiej mi to idzie, jakoś w to nie moge uwierzyć. No nie mogę, kant jakiś  i tyle.

NIe urządzam imprezy. No chyba, że stypę na pożegnanie trzydziestki.

sobota, 27 grudnia 2014

Grzesiek po trzech dniach gorączki ma wysypkę. Ale trzydniówkę już przechodził, a to akcja jednorazowa, wiec to raczej nie to.

Wezwałam lekarza do domu, będzie licho wie, kiedy. Oczywiście najgorszy możliwy moment, świąteczne dyżury są nieliczne, więc pewnie gania po całym mieście jak kot z pęcherzem od jednego chorego do drugiego.

Synu, miej litość nad rodzicami!!!!

 

PS. ByŁa pani doktor. Rumień zakaźny. tyle dobrego, że niegroźne i raczej juz w fazie schyłkowej.

piątek, 26 grudnia 2014

Tytułowy okrzyk słychać mniej więcej co pięć minut. Grzechot bardzo chce byc samodzielny - -i w miarę możliwości jest. Sam wkłada rajstopy - to znaczy podaję mu właściwą stroną i czekam, aż w końcu padnie "Mama, pomóz!!"

Sam bierze pijapę zza miśka, sam ją sobie otwiera, sam siega po milion różnych rzeczy... Niestety, ku swemu wielkiemu ubolewaniu nie może sam ukroić ciasta, bo wredna matka zabiera ostry nóż z łapek.

Sam wspina sie na wszysytko, sam włazi do wanny, sam wchodzi na swoje krzeełko (takie wysokie, jak również sam z niego wychodzi...

A matka siwieje w tempie ekspresowym, bo takiego samodzielnego to jednak trzeba pilnować, jakby zaczął lecieć. Więc stoję, patrzę, pozwalam próbować, a włosy rządkami zmieniają mi kolor...

Grzesiek nadal chory, zapewne jakaś wirusówka.

Temperatura zmienna, jak nie zbijam lekami, to leci pod 39. Dostanie Nurofen albo Pedicetamol - żywiutki jak skowroneczek przez następne 8 godzin, po czym znowu rośnie. Objawów dodatkowych brak.

W rezultacie poszło się gwizdać spotkanie z cioteczną siostrą starszą od Grzechotnika o 8 miesięcy, spotkanie u (pra)dziadków, gdzie będzie spęd ogólny - niestety, on byłby tam za rozsadnik, a maluchów sporo, w tym panienka dwumiesięczna. Wypadło również spotkanie z Niedoszłą Kuzynką, czego bardzo żałuję, bo rzeczona wybrała wolność i wyprowadziła sie z Warszawy, przez co okazje do spotkania są dużo rzadsze. Teraz była no i gucio.

Kurczę, młody, takie dowcipy świąteczne to jednak nie są zabawne, mamy poczucie humoru ich nie obejmuje. Zmień płytę kochanie, w przyszłym roku masz być zdrowy!!!!

Czego Wam również, Czytelnicy Kochani, życzę serdecznie, bo w tym zamieszaniu nie zdążyłam zamieścić stosownie świątecznego wpisu. 

Ale w sumie u nas nic nie może być normalnie, więc czemu ja sie dziwię???

środa, 24 grudnia 2014

Ostatnie przygotowania do Wigilii.

Gzesiek ma 38 stopni. 

dziękuję synku za taki prezent. W przyszłym roku wymyśl coś innego, to już było.

 

PS. Godzinę później , w kolejce do lekarza mial juz 39,6. Ale nie wiadomo co jest.

niedziela, 21 grudnia 2014

Grzechot jest osobnikiem ruchliwym i gadatliwym.

Skutkuje to między innymi tym, że wysiedzenie w spokoju (przynajmniej względnym...) przez całą mszę przekracza jego możliwości wielokrotnie. Żeby tylko biegał, to pół biedy, msza dla dzieci, więc takich biegusów jest więcej. Niestety Grzechot przekazuje swoje poglądy na świat głośno i dobitnie, jak również wkurza sie, jeśli nikt nie chce z nim rozmawiać. Głosi kazanie alternatywne.

W rezultacie więcej chodzimy po dworze (jeśli pogoda pozwoli) albo po zakamarkach krużganków i dolnego kościoła - jesli pogoda nie sprzyja.

Dziś padło na ten drugi wariant. NIestety, łażenie po schodach bez poręczy nie jest jeszcze sztuką do końca opanowaną, w związku z czym jak Grzesiek wyszedł dziś z kościoła, to miał pięknie obdrapany nos. Zleciał mi na schodach, takich betonowych - dolne piętro nie jest jeszcze skończone, już używane, ale w stanie raczej dość surowym, mówiąc oględnie.

I po takich betonowych schodach Wąż Młodszy zleciał. Właściwie to  powinnam napisać - po schodku, bo sturlał sie raptem o jeden czy dwa - a mógł o chyba piętnaście,więc nie było źle, ale tak czy siak facjatę ma w ozdobne paseczki.

Dzielny był bardzo, ryczał krótko, potem sie wtulił na chwilę i poleciał biegać dalej.

sobota, 20 grudnia 2014

Odbyłam dziś mini sesję fotograficzną.

Efekty mi się niezbyt podobają. Ja się tam za bardzo nie znam, ale tak na oko to mi wychodzi, że nie ma siły, kręgosłup musi mnie boleć.

Trzeba będzie zacząć ćwiczyć w domu, bo szans na wyjście na zajęcia w porze, kiedy jeszcze mam siły ruszyć palcem to niet.

Dobrze, ze ortopeda zapisał mi jakieś zabiegi instruktażowe, to może sobie nie zrobię krzywdy niewłaściwymi wygibasami.

To będzie ciekawe doświadczenie, ćwiczenia  z Grzechotnikiem na karku...

Kręcę sie po mieszkaniu  i sprzątam. Skorupiak robi to samo, Piotrek kanalizuje Grześka.

Kot się zwinął w kłębek na kaloryferze i śpi.

Pies plącze sie pod nogami koszmarnie, jest wszędzie naraz, ze szczególnym uwzględnieniem miejscówki w drzwiach salonu, ale tak lekko wystając na korytarz. Potknie sie tam o niego każdy, kto będzie gdziekolwiek szedł.

Prośby nie pomagają. Kilkukrotne rozdeptanie (nieumyślne) również. 

Ona musi być w centrum i już.

 

Jak wytłumaczyć psu, że zawadza w tym miejscu jak cholera????

Byłam wczoraj u lekarza. Zbiera wywiad i pyta między innymi o wiek. 

Mało sie nie udławiłam, jak odpowiadałam 'Czterdzieści." No bo faktycznie, za dziesięć dni zmiana licznika...

Kiedy to przeleciało, czy ktoś może mi wyjaśnić?????

piątek, 19 grudnia 2014

Nie mogę znaleźć prezentu dla Piotrka. 

Prezent duży, więc ilość kryjówek lekko ograniczona, ale i tak przepadł.

Ciekawe, co jeszcze zgubię...

środa, 17 grudnia 2014

Grzesiek zeżarł mi właśnie pół pora. Tak ot, na surowo.

Brak mi słów.

Z sąsiedniego pokoju dobiega co chwilę charakterystyczne yk! yk!

- Synu, ale cię czkawka wzięła!

- Mnie??? - zdziwił sie Piotrek.

- A co, to nie ty masz czkawkę?

- A faktycznie, ja. NIe zauważyłem....

 

To już trzeba byc artystą, nie zauważyć czkawki u siebie:)

wtorek, 16 grudnia 2014

Przekazano mi ostatnio co lepsze perełki z serii - jak się śpiewa hymn.

Wniosek ogólny był taki, że żal patrzeć, co naród z nim wyprawia, w szkole powinno się porządnie nauczyć zarówno tekstu (nie tylko na pamięć, ale również tłumaczenie z polskiego na nasze), jak i melodii, tak  żeby nawet najbardziej drewniane uszy miały pojęcie.

Melodia melodią, nie wszyscy mają słuch, ale tekst znać powinni. A nie znają. I nie mam tu nawet na myśli sławetnego "Z ziemi wolskiej do wolski"  w wykonaniu Sami Wiecie Kogo. Nie, poraził mnie inny wariant.

"Co nam owca szablon wzięła..." Nie wiem, co było dalej, wyobraźni mi nie starcza, jak można to przerobić. 

Przerażające.

W kólko sprzatam, a tu ciągle bałagan.

Klocków Duplo mamy chyba milion, bo zaraz po pozbieraniu do pudełka plączą sie pod nogami WSZĘDZIE. 

Z butami podobnie, czyżby tu mieszkała jakas stonoga?

Piąte podejście do mycia podłóg. Trzymajcie kciuki może sie tym razem uda...

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Piotrek wczoraj zmowu mial zawody.

Zastanawiałam się, czy go puścić, bo trochę zakatarzony i ogólnie zdechły, ale potem uznałam, że nie na tyle, żeby nie poszedł do szkoly, a niech się uczy, że nie każdy katarek jest od razu zwolnieniem z wysiłku i pracy. A do tego, jesli nie będzie najlepszy, to tez mu dobrze zrobi.

Poszliśmy razem - na szczęście bez Grzesia, bo byłaby masakra. Ja sie wynudziłam setnie w dusznej sali, Piotrek z uwagą obserwował inne walki - fantastyczne było pzyglądanie sie mu, jak siedział przez te czas i patrzył. NIe zasypiał, nie gadał z kolegami, tylko uwaznie śledził to, co się dzialo na matach.

Pierwszą walkę przegrał, przeciwnik rąbnął nim o matę aż zadudniło. Widać było, że chłopak jest dobry, do tego mial już żółty pas - a Piotrek ma biały, czyli tamten trenował dwa lata dłużej. 

Tu sie przydala mama do pozbierania, zwłaszcza, że trochę go bolał obity bok, ale szybko zaczął mi chichotać na kolanach, zebrał w kupę i dwie następne walki już wygrał (też z żółtymi pasami). W sumie - trzecie miejsce i brązowy medal w swojej kategorii wagowej!

Dzielny ten mój synek. Widziałam tam całkiem sporo dzieci, które po przegranej schodziły z płaczem i nie chciały juz dalej walczyć - nie ma co sie dziwić, to sa w końcu dzieciaki, ośmiolatki. Piotrek też na początku był nieco kisielowatym ale szybko sie doprowadzil do pionu, pogadał z trenerem i nie zamierzał sie poddawać. I o to chodziło, to była ta lekcja, ne kótrej mi zależało - upadłeś, to wstań, otrzep pióra i jazda do przodu!

Bardzo jestem z niego dumna. Nie za to, że wygrywa, ale że walczy, nawet, jak gorzej się czuje i nie zawsze wychodzi.

sobota, 13 grudnia 2014

Od lat jest omalże tradycją, że domyślam się, co Skorupiak dla mnie wykombinował. NIe robię tego specjalnie, nie węszę i nie grzebię po szafkach, ale jakoś tak wychodzi.

Dzisiaj wziął odwet. 

Mam w tym roku problem prezentowy z nim, ale w końcu coś wymyśliłam. 

Zamówiłam, pracowicie schowałam. A on odkrył mój schowek podczas sprzatania.

Cóż, dobrze, że był tam tylko jeden prezent, pozostałe są gdzie indziej. Ale muszę wreszcie znaleźć chwilę i zapakować wszystko,. jak leci, to sobie będzie mógł znajdować do oporu.

Dzielni panowie, Skorupiak do spółki z moim Tatą naprawili mi zmywarkę!!!

Byłam już lekko przerażona sytuacją, bo kupowanie nowej nie wchodziło w grę - jeśli mielibyśmy kupować, to zupełnie inną, mamy taką malutką, dwuosobową, kupowaną dziesięć lat temu jak nie więcej. Przy czteroosobowej rodzinie jest po prostu za mała, a z kolei kupienie większej równa sie konieczności solidnego przemeblowania kuchni. A to już z kolei jak robić, to raz a do końca, marzy mi sie wymiana szafek - kiedyś dałam sie nabrać, jak mi jakieś cwaniutki z firmy szafkowej twierdziły, że nikt mi nie zrobi pod sam sufit i marnuje mi sie tam mnóstwo przestrzeni. Czyli demolka wszystkiego.

W ogóle powinniśmy wrzucić do tego mieszkania granat a potem zrobic je od nowa, ale to wymaga paru detali - jak na przykład wygranej w totka. Albo bezdzietnego a bogatego wujaszka w Ameryce. 

W związku z powyższym podjęta została próba reanimacji sprzętu - jak widac skuteczna. Możliwośc uniknięcia ciągłego zmywania garów cieszy mnie niezmiernie, nie jestem fanką tej czynności.

Zamiast szorować talerze będe mogła sobie postukać ba blogu, o.

piątek, 12 grudnia 2014

Zarządziłam zmianę płyty w odtwarzaczu zanim znienawidzę Carmen.

Teraz króluje Talt.

Ponownie pytanie - co to za jeden? :)

czwartek, 11 grudnia 2014

Grzesiek ma łosia na biegunach. Takiego czerwonego, ikeowskiego. Odziedziczonego po Piotrku.

Ponadto kocha wszelkie wspinaczki, przewroty, turlania, fikołki - wszystko, co się da wymyślić. Określa to zbiorczym terminem - ba bak.

Dzisiaj doszła kolejna ewolucja. Mianowicie bujając się na łosiu po kowbojsku schyla się i próbuje podnieść z podłogi klocka. Na razie zsuwa się z wierzchowca, ale to dopiero początki...

POra szukać zajęć z gimnastyki akrobatycznej dla dwulatka. 

Siedzenie w domu z Grześkiem padło mi na mózg.

Tak jak zawsze byłam wrogiem ciapciania do dzieci, to chyba zbliżam się do tego etapu. Grzesiek się od niego oddala, więc refleks  mam jak szachista po zawale.

Zaczęłam zdrabniać. Jeszcze nie seplenię, na całe szczęście, bo bym chyba sama ze soba nie wytrzymała, ale jeśli tylko dane słowo ma wersję zdrobniałą, to można ze sporym prawdopodobieństwem założyć, że będę go używać. Już Piotrek to zauważył i zaczął mnie punktować na każdym kroku, bo faktycznie - butki, kurteczka, krzesełko, stołeczek, łapki, talerzyk... 

Aaaaaa!!!!!!

Pomóżcie, dobrzy ludzie. Nie wiem, jak, nie mam pojęcia, co zrobić, żebym znowu zaczęła mówić normalnie. Ładna, poprawna polszczyzna była dla mnie zawsze czymś bardzo ważnym, jakimś moim elementem patriotyzmu, a tu tak...

 
1 , 2