O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

wtorek, 31 grudnia 2013

...obchodziłam wczoraj trzydzieste urodziny. 

"Obchodziłam" to właściwie za duże słowo, nie miałam głowy do świętowania czegokolwiek - jedyne, o czym myślałam, to żeby wyjść z Grześkiem ze szpitala, zanim podłapie jakieś świństwo od któregoś z pozostałych dzieci. Odebrałam parę telefonów z życzeniami - bardzo dziękuję!!!! i tyle było imprezy. 

Prezent najważniejszy był - faktycznie wypuścili, jak powiedziałam pani doktor, że nebulizator Skorupiak nabył dnia poprzedniego i możemy Węża inhalować dalej w domu - w szpitalu też nic innego już nie dostawał, to po co ma siedzieć i miejsce zajmować. Pani dr sie zgodziła, kwity stosowne wypisała i pzwoliła wiać. Co też uczyniliśmy.

Jeszcze - zapewne też urodzinowo - wychodząc ze szpitala stwierdziłam, że jakieś bydlę przytarło nam zderzak i stłukło nieco klosz od tylnego refektora. Oczywiście nie raczyło zostawić kartki, że to on i kontaktu, bo po co... Widać dla tego osobnika parę złotych było ważniejsze niż możliwość patrzenia w lustro bez wyrzutów sumienia. Chociaż taka teoria zakłada, że sumienie w ogóle posiada....

 Pies to drapał, tak czy inaczej uciekliśmy stamtąd.

I tyle było mojego śwętowania. Nawet na poszpitalny prysznic nie miałam jakoś dużo czasu, a zresztą padłam potem jak ścięta - nareszcie w łóżku, a nie na karimacie pod łóżkiem...

I tylko jeszcze te pobudki co 4 godziny... NIc to, jak mawiał pan Wołodyjowski. Przeżyjemy i to.

Jak zapewne czytelnicy szanowni wiedzą, mamy kota i psa.

Czort jest kocurem bojowym, panem podwórka, wychodzącym na dwór i ustawiającym kiedyś wszystkie psy w okolicy. Obecnie nieco spokojniejszy starszy pan - ma się już te trzynaście lat z hakiem...

Agra - wiejski kundel o manierach przekupy z bazaru, mała, ale usiłuje dominować. Kota gania po domu co jakiś czas dla zasady, ale niech no jakiś pies na niego warknie... Rzuca sie w obronie. Za to skarży na niego, jak zobaczy, żeCzort robi coś niedozwolonego, włazi tam, gdzie nie powinien, pcha nos do garnków itp.

I właśnie z powodu tej ostatniej cechy dzisiejsze wydarzenia były dla mnie takim zaskoczeniem.

Szykowałam obiad - między innymi kurzy biust w postaci kotletów. Pokroiłam je i z jakiegoś powodu wyszam na chwilę z kuchni. POgadałam z Pytonem, coś tam jeszcze - nie było mnie może z pięć minut. Wróciłam, zerknęłam na talerz z mięsem - jakoś podejrzanie mało tego,  chyba było więcej? Patrzę ja sobie, a tu pod stołem siedzą moje dwa zwierzaki i razem wcinają cichcem kawałek mięsa!!!! NIgdy sie nie zdarzyło do tej pory, zawsze był wrzask i próba wywalczenia tylko dla siebie, a tu taki numer!

OKazałam sie być jednostką wredną i bez serca, pognałam zwierzaki z kuchni, łup zabrałam - kot przecież na diecie bezmięsnej z powodu nerek...

Do tej pory nie mogę wyjść z podziwu, jak one sie cwanie dogadały, żadnego skarżenia, tylko taka bandycka spółka...

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Jednym z moich szpitalnych problemów była niemożność zostawienia Grzechota samego. No, chyba że spał, ale jeśli nie spał, a ja znikałam z horyzontu, to był wrzask. Oznaczało to między innymi poważne kłopoty organizacyjne, gdy chciałam pójść do toalety.

W rezultacie - omotywałam się chustą i brałam gościa ze sobą. A dziś w tejże właśnie okoliczności przyrody usłyszałam ciche pyk - i strzelila mi gumka w spodniach od dresu....

Glupia sytuacja, miałam tam spodnie od piżamy i właśnie rzeczone dresy. Spadające mi z odwłoka.

Chwilowo sytuację uratowała ukochana Grzechocia linka do wszystkiego - kawał linki fałowej, którą wykorzystuje w najdziwaczniejszych celach. Tym razem posłużyła mi jako pasek. 

Na szczęście niedługo miał sie pojawić mąż koleżanki z pokoju, wiec został poproszony  o dostarczenie również agrafki, igły i nitki. Dostarczył, pozszywałam, co trzeba i sytuacja była uratowana (dzięki wielkie!).

Za to kochany mąż skomentował po swojemu:

- No ja się nie spodziewałem, że w szpitalu będą cię tak dobrze żywić, ze portki będą na tobie pękać.....

Prosię.

29.12

 

W naszej sali leżał chłopczyk kilka miesięcy starszy od Grzechotka. Dużo płakał, krzyczał - a mi było go bardzo żal. Biedny dzieciak, mial pełne prawo narzekać i wrzeszczeć, nie wiadomo, co mu jest, temperatura co chwila skacze do 39, a on 10 dni temu WYSZEDŁ ze szpitala. To jest jego 10 hospitalizacja w życiu. 

Dziś przyjęto jego siostrę - trochę p-onad 4 lata. Dwudziesta któraś wizyta w szpitalu. U małej wiadomo o kilku problemach, ale nie tłumacza one wszystkich objawów, więc szukają dalej. Ona wyszła ze szpitala dwa tygodnie temu. 

Rozmawiałam na korytarzu z dwiema mamami - przybite, zmęczone, siedzą tu już ponad dwa tygodnie - dzieci z zapaleniem płuc, dreny, transfuzje, syf i malaria. Przybite, mówią, jakie to parszywe. I na ten moment przyszła mama naszego współlokatora - zmiana optyki natychmiastowa, bo przecież u tych dziewczynek to byl pierwszy pobyt w szpitalu, na nie 22.

Zadziwiające, jak tło zmienia ocenę obrazu....

29.12

Sprawa powrotu zaprząta mnie potężnie - kiedy, jak. Zwłaszcza KIEDY.  Ciągle mam cień nadziei, że nas jutro wypuszczą- byłby to nader stosowny prezent urodzinowy.

Powrót, jak wiadomo, wiąże się z tematem środka transportu.

Przyjechałam tu samochodem, zostawiłam go przed wejściem do szpitala i pognałam na Izbę. POtem mi nawet przemknęło przez myśl, ze nie zapłaciłam za parkowanie - ale już sie zbliżał koniec pory płatnej, piątek wieczór, więc jeśli w tym momencie mam żółtego kapcia na kole, to mam, a jeśli nie - to przez dwa dni mi go nie nałożą. 

Dziś przyjechał tata i zaczęłiśmy ustawiać na moim telefonie możliwości płacenia za parkowanie przez komórkę.  Kombinował długo, trzeba było śviągnąć applikację, wcześniej zrobić na nią miejsce - ja mam starą nokię, nie żaden tam smartfon, sprzęt z epoki kamienia łupanego. Pokonanie zabezpieczeń nas przerosło, w końcu daliśmy spokój. Stanęło na tym, żę tata wsypie wychodząc w parkomat drobne i tyle - i tak licznik zacznie bić od rana.

Po chwili dostaję SMSa: "Dowcip dnia - tu nie ma parkomatów".

I po co my sie tak męczyliśmy?

29.12

Hotel klasy lux, sądząc po stawkach za dobę. TYle dobrego, zę jednak płaci NFZ, a nie my.

W hotelu wielogwiazdkowym mamy dwuosobowy apartament - to znaczy, liczony na dwóch małych pacjentów (łóżeczka na 150 długości). Rodzice są nadprogramową fanaberią, nieprzewidzianą przez projektanta. Mogą być przy dziecku, są wręcz mile widziani - w końcu odwalają lwią część pracy przy dzieciach. Nie wyobrażam sobie zostawienia Grzesia samego, więc mieliśmy zbieżne poglądy w tej kwestii. 

Rodzice jednak powinni lewitować. 

Mam luksusową miejscówkę do spania na karimacie pod łóżkiem Grześka. Czasy żeglarskie się przypominają, jak się spało czasem w wąśkiej hundkoi. 

Nie ma możliwości wykupienia jakiegoś jedzenia dla rodziców - katering przywozi według rozpiski pacjentów i tyle. Ale jest lodówka dla pacjentów, mikrofala, czajnik, podstawoew naczynia.

Nie narzekam - przynajmniej nie za bardzo. Jest czyściutko, oddział odnowiony, pielęgniarki i lekarze w większości bardzo w porządku. Tylko dlaczego musimy tu być? Szanse na wyjście jutro niewielkie (dopisek dzisiejszy - wyszliśmy!). Ostatnie urodziny spędzałam w szpitalu 39 lat temu. Wcale nie mam ochoty na powtórkę.

Jestem permanentnie niedospana - zwykle jak się porządnie nie wyśpię, to nie żyję. A tu - o 18 inhalacja z ventolinu. 20 - z pulmicortu. 22 - ventolin, 24 - paracetamol, 2 ventolin. Teoretycznie do 6 spokój (kolejny ventolin), ale współlokator sie o tej porze rozdarł budząc oczywiście GRzechotnika i w rezultacie do 4 ganialam po korytarzu z Wężem w chuście, żeby go najpierw uśpić, a potem nie dac obudzić. A po porannej inhalacji Grzechot uznał, zę to świetna pora na początek dnia. Psiakrew, cały oddział śpi, a ten gada. łazilam z nim do 8 - kolejna inhalacja, dla odmiany  z pulmicortu, w trakcie której na szczęście zasnął. Wlazłam pod łóżko i zrobilam to samo.

Nie wiem, jak to sie dzieje, dwie noce niedospane mocno, powinnam być nieżywa kompletnie, ale jakoś ciągnę. Pewnie adrenalina.

W każdym razie, jak wrócę do domu, to pójde spać. I chrzanię sylwestra. (No, bądźmy szczerzy, to akurat żadne novum. Chrzanię go co roku).

Ja chcę stąd wyjść!!!!!

Nie miałam ostatnio dostępu do netu, za to miałam zeszyt i długopis. poniżej - notki z ostatnich paru dni.

29.12

Nudziliśmy się. Za dużo czasu  - a od tego, jak wiadomo, przewraca się w głowie i różnych innych miejscach. Za wygodnie - w końcu powinnam bywać tylko w dwóch różnych miejscach n a raz. Za łatwo ogólnie.

No to rzeczywistość postanowiła nas wyprostować.

Grzesiek ma zapalenie oskrzeli. 

Od dwóch dni siedzimy w szpitalu.

czwartek, 26 grudnia 2013

WYglądam jak zombie. I tak tez sie czuję.

Wszystko przez to, ze lubię imprezować i zachciało mi sie nocnej balangi. 

 

 

Potomek mi tę imprezkę zapewnił - idą mu zęby, kilka na raz, w związku z czym ma podwyższoną temperaturę, ciecz leje mu sie z paszczy strumieniem, smarcze, kaszle i jest ogólnie marudny.  Noc w plecy, a do tego Skorupiak, jako bardzo kochajacy tatuś potwornie sie boi, że to jednak nie zęby tylkojakieś straszne nie wiadomo co i koniecznie trzeba do lekarza, najlepiej wczioraj, kiedy zaczynał lekko marudzić. Bo lekarz jest duch święty i zgadnie, co dolega maluchowi, którego widzi pierwszy raz w życiu i który poza marudzeniem nie ma żadnych objawów.

ZMęczona jestem zajmowaniem sie Grzechotem przy równoczesnym pacyfikowaniu Skorupiaka, żeby nie brał młodego pod pachę  i nie pędził do lekarza.

 

PS. NIe cierpię nocnych imprez, nie chodze na sylwestra nawet. Noc jest od spania, a nie od wariowania.

wtorek, 24 grudnia 2013

Dobrych Świąt - takich, jakich chcecie. Spokojnych, zwariowanych, rodzinnych, w podróży, śnieżnych, ciepłych - do woli.

I jeszcze trochę - ciepła, życzliwości dla bliskich, odrobiny wysiłku - by stać sie lepszym, i by ten wysiłek też sprawił Wam radość. 

Po prostu - serdeczności dla Was wszystkich!

POpatrzyłam smętnie za okno.

- Z roku na rok coraz bardziej zielone te święta.

- PRzecież już mieliśmy śnieg na święta w tym roku. - zdziwił sie Skorupiak.

Wykonałam szybką pracę myślową, ale nic mi z niej nie wynikło.

- No przecież na wielkanoc! - stwierdzil z satysfakcją mój ukochany mąż.

 

Faktycznie.

Coś sie pokitrało na tym świecie.

Potomek młodszy uaktywnił sie jak zwykle za wcześnie.

Ojciec rodu najpierw dzielnie sie zajmował, pozwalając mi pospać, poczym westchnął ponuro:

- Ciekawe, czemu on się tak wcześnie budzi zawsze wtedy, kiedy mam dzień wolny i nie muszę iść do pracy?

- Hm. To powinieneś sie chyba cieszyć, że dni wolnych jest mniej niż tych roboczych? - po krótkiej chwili pocieszyłam Skorupiaka.

Zamilkł na moment.

- Zeszło ze mnie powietrze, wiesz? - Zapytał z wyrzutem.

 

Nie rozumiem, czemu. Przecież chyba powinien sie cieszyć, że dni wczesnopobudkowych będzie mniej niż tych normalnych?

Nie dogodzisz facetowi.

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Młody w sklepie zwykle zachowuje sie idealnie. Siedzi sobie w wózkowym foteliku, przypięty szelkami dla spokoju mamy - straszna z niego wiercipięta. Rozgląda sie po okolicy, zaczepia wszystkie ładne dziewczyny, gada, uśmiecha sie - słodziak.

Dzisiaj wystartowaliśmy wcześnie - głównym punktem programu był zakup ryb na jutro. Co prawda od lat już nie kupujemy żywego karpia, ale karpia martwego jak najbardziej tak. W sklepie byliśmy przed 9, od razu do działu rybnego, z nadzieją, ze tak wczesnie jeszcze ten ogon nie będzie tragicznie długi. 

Błąd w ocenie. Był.

Stanęliśmy sobie grzecznie w kolejce. 

Grzechotowi sie nie spodobało. Nie wiem, co, ryby, podkład muzyczny lecący z głośników, aura... cokolwiek, mało istotne. |Grunt, źe zaczął marudzić. Narzekać. Szarpać się. 

Cóż miałam zrobić, wyciągnęłam chustę, omotałam się (przynajmniej nie marzłam stojąc w dziale z mrozonkami) i zapakowałam wyjczyka. A stojący za mną pan zasugerował, zębym spróbowała kupić te ryby bez kolejki - "na dziecko". 

Normalnie nie lubie wykorzystywać takich sytuacji, ale mały faktycznie sie ciskał, ogon był na godzinę stania - poszłam. Zapytałam uprzejmie, czy ja bym mogła, bo tu, jak państwo widzą, mamy kryzys - i o cudzie! nikt mnie nie zlinczował, przepuścili bez bólu. Zakupiłam rybki i poszłam szukać reszty produktów z listy, stękając tylko z cicha - Grzechotnik jest już dużym |Wężem (skończyło sie wczoraj 11 miesięcy) i swoje waży. A jak sie ciska, to waży więcej. 

 

Tak czy inaczej, młody człowiek wykazał sie niezwykłym wyczuciem sytuacji i drakę zaczął robić w całkiem stosownym momencie. Bo gdyby sie uśmiechał łodko, jak zwykle, to chyba by mni w tej kolejce nie uwierzyli, że dzieć ma dość...

 Dziękuję, Grzechotku!!!

niedziela, 22 grudnia 2013

Pyton nam dorasta i sie usamodzielnia. 

Zaczął juz sam jeździć metrem. Oczywiście na niedługich trasach - do moich rodziców i  z powrotem, trzy stacje. I raz juz pojechał sam na zajęcia z matematyki - dwa przystanki. Nie wychodzę po niego do metra - przechodzi prze zulicę, potem przez osiedle idzie sam. 

Bardzo jest z siebie dumny - ja z niego też, ale tak jakoś mi sie oczy szkliste robią... Tak niedawno był taki maleńki, nosiłam go na rękach, karmiłam piersią, a tu już  taki duży i taki odpowiedzialny...

Strasznie szybko ten czas pędzi. Nawet, jeśli przyjmę, że bardzo wcześnie pozwalam mu na takie samodzielne eskapady, to i tak jakoś mi dziwnie. A przecież samodzielnośc była jednym z naszych założonych celów wychowawczych - żeby umiał sobie radzić sam, nie prowadzony przez mamusię za rączkę. I to nam sie udaje. Tylko ten kij ma dwa końce - syneczek nauczy się funkcjonować bez mamusi, ale teraz kolej, by mamusia zaczęła sie uczyć funkcjonowac bez syneczka. Żeby kiedys nie wyjechac mu z tekstem - jak ty tak możesz mówić o wyprowadzce, a ja tu mam zostać bez ciebie????

Jemy we trójkę, bo Pyton został u moich Rodziców.

Na talerzach prawie to samo - tyle, że Grzesiek dostał dynię gotowana na parze zamiast ogórka kiszonego - jakoś tak mi sie wydawało, że jednak trochę za młody na kiszzeniaki.

Grzechot miał na tę kwestię odmienny pogląd - swoje zblendowane na papkę jadł, ale strasznie sie wykręcał w strone mojego talerza. Kierunek spojrzenia był jednoznaczny.

Dałam mu w łapkę plasterek ogórka - i natychmiast sie uspokoił. Zaczął mlaskać i cmoktać ogórka, ja mu czasem podawałam do dziobka łyżeczkę z jego obiadem - i znów przy stole zapanowała harmonia.

Wygląda na to, ze Grzesiek, biorąc przykład ze starszego brata, wiosną na bazarku będzie sępil od zaprzyjaźnionych sprzedawców kiszeniaki za każdym razem, jak tam będzie...

piątek, 20 grudnia 2013

Zakupy w supermarkecie. Przelatuję w tempie błyskawicy przez dział z zabawkami - chcę jak najprędzej stąd wyjść.

Nagle... Wryło mnie w grunt. 

Półki. Z Zabawkami. Nad zabawkami - kartka z ceną i nazwą produktu. Ślimak sportowy. 

Myślę sobie, ki diabeł ten ślimak sportowy, będzie szybkobieżny? Trampki na nogach, (przepraszam, nodze), rakieta tenisowa  w czółkach? Przyjrzałam się bliżej - ślimacza skorupka pełna, ale nie sprzętu sportowego, tylko muzycznego. 

Dziwne...

Obejrzałam jeszcze dokładniej - na opakowaniu ma napis - escargot musicale...

Gratulacje dla tłumacza :)

... nie jest tak prosto. Ale Pytonowi sie udało.

Dzisiaj  u niego w klasie nie było już lekcji, tylkko spotkanie świąteczne, przedstawienie, poczęstunek i takie tam. I niespodzianka dla dzieci - Mikołaj. Ale nie byle jaki Mikołaj, tylko anglojęzyczny. (Sprawa była prosta, jedni z rodziców mieli gości, wiec zabrali ich ze spobą. A goście z poczuciem humoru weszli w rolę idealnie). 

Mikołaj zabrał ze sobą elfa, żeby tłumaczył dzieciom - całkiem słusznie, zważywszy poziom angielskiego serwowany w szkole, hm, hm. 

Mikołaj jak przystało na MIkołaja, zaczął z dzieciakami rozmawiać. Najpierw chciał się dowiedzieć, czy wiedzą, gdzie on mieszka. Pytonia łapka wystrzelila w górę od razu, odpowiedź była równie szybka - w Rovaniemi. 

I tu sie zrobiło śmiesznie, bo sie okazało, że... Mikołaj nie wiedział, zę tam mieszka!!! Pamiętał, że w Finlandii, ale na tym koniec. Dopiero zbiorowe podpowiadanie uświadomiło mu, że odpowiedź była prawidłowa :)))

Mikołaj chyba powinien sobie przynieść w prezencie jakieś lekarstwo na pamięć :).

czwartek, 19 grudnia 2013

jak co roku mam problem z niektórymi osobami - bo strasznie trudno im cokolwiek dać. Bo nic nie potrzebują, a przynajmniej tak twierdzą.

A z innymi - odwrotny, tysiąc pomysłów, takich, o ktorych wiem, ze sprawią radość.

Do tego  - oczywiście, kwestia finansowo-logistyczna.

W tym roku mamy święta całkiem zwariowane. Najpierw dziki stres, obgryzanie paznokci i czekanie - czy operacja sie uda. I co tam znajdą? Udała się, było dużo lepiej, niż sie lekarze spodziewali, mając w ręku CT.

Potem - następny kwiatek, woda w płucach. Dużo. Kolejna nerwówka, ale udało sie przesunąć wizytę - z drugiego tygodnia stycznia na dziś. i co sie okazało? Płynu juz prawie nie ma, wchłonął sie, co oznacza, zę był niegroźny, infekcja i tyl;e. Ufff.

Obłęd organizacyjny, ganiam jako taksówka (wszędzie z Grześkiem), załatwiam aprowizację, odprowadzam Piotrka na jego zajęcia (a ma jakieś codziennie) - tyle dobrego, że zorganizowałyśmy sie z koleżanką, której syn przyjaźni sie z Pytonem i chodzą razem na większość zajęć, część obstawia ona, część ja, w razie potrzeby sie zamieniamy i jakoś idzie. 

kulinaria świąteczne też głównie moje. Ale tu nie będzie źle, nigdy nie robimy góry żarcia, żeby potem myśleć, co z nim zrobić. Choinkę kupiłam przy okazji, załatwiając co innego - akurat były ładne i w sensownej cenie. W ten sposób kolejny punkt programu z głowy, teraz sobie leży na balkonie i czeka.

Prezentem tak naprawdę najważniejszym są wyniki badań. Są dobre - jak na to, co jest i co mogło być. Jeszcze czekamy na jedne, najistotniejsze, ale te będą po świętach.  Na razie jest dobrze. 

W całym tym obłędzie, zamieszaniu i strachu w rezultacie w tym roku  wychodzi nam właśnie to, co jest najważniejsze - troska o bliskich, miłość, czułość - wyrażona w działaniu, a nie w ilości paczek pod choinką i zer na metkach. 

paczek będzie niedużo, głównie dla dzieci - nie było czasu i głowy do tego, żeby myśleć i szukać. Pozostałe - głównie takie, które wpadły do głowy przypadkiem, wlazło sie nosem na coś, co wyrywało z piersi okrzyk : "To będzie idealne dla...". Mieszkanie nieposprzątane- ot, podstawowy klar i tyle. Żadne tam mycie okien, nie dam rady. 

ALe będziemy razem. I to jest najważniejsze.

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Młody ma radar wmontowany.

Jak sie w nocy budzi na karmienie, to ja z wrodzonego radarlenistwa wrzucam go do nas do łóżka, wystawiam bufet i idę soać, a dzieć sie sam obsługuje. Ponieważ bestia jest już bardzo ruchliwa, kłade go zawsze pomiędzy nami, nie z brzegu - na bank by zleciał.

W rezultacie śpię od dawna większość nocy na prawym boku. Mam już poodgniatany, bolą mnie kości i jesty mi ogólnie niewygodnie, ale nawet, jeśli odczekam, aż gadzina zaśnie, cichusieńko i delikatnie przewrócę sie na drugi bok, to i tak najdalej po dziesięciu sekundach za moimi plecami rozlegnie sie "Aaaaaa!!!!!"....

W związku z tym sama wydaję podobne dźwięki - Aaaaaaaaaaaaaaaa!!!!!!, ozdobione jeszcze paroma słowami, których Wąż Młodszy (na szczęście) jeszcze nie zna. 

Ledwo łażę, ruszam się niczym  paralityk. Dziś to już całkiem marnie, bo dzieć, który normalnie sypia(ł?) dwa razy dziennie, dziś nie uznał za stosowne sie zdrzemnąć w ciągu dnia. Zasnął dopiero po 16. 

W związku z tym jestem wykończona, mam dosyć wszystkiego, plecy mnie bolą i potrzebuję wakacji.

Gdzieś widziałam stopniowanie słowa "zmęczenie". Otóż szło to tak: Zmęczzenie, cholerne zmęcznie, macierzyństwo.

Porzucam facetów i idę do kina.

sobota, 07 grudnia 2013

Obiad. 

Dla Grzechotka tata pracowicie zblendował warzywa z mięsem.

Dla nas  - pieczony udziec indyczy z jabłuszkami, ziemniaki, sałatka pomidorowa. 

Młody spróbował swojego i pokręcil nosem. Nie i już. Pop czym popatrzył łakomyum oczkiem na talerz taty. I wygłosił stanowczy komunikat:

- Ma!

Tata, rad nierad, nabrał na widelec kawałeczek mięsa, pieczonego jabłuszka, ziemniaczka i podał do paszczy. Zaczął sobie przy tym wspominać czasy dawne, kiedy to sam byl w podobnym wieku i serwował własnemu tacie analogiczne komunikaty. Na co rodziciel stwierdził - a co, spróbuje, to mi przestanie wyżerać flaki z talerza (ostro przyprawione). Cóż, twierdzenie było połowicznie prawdziwe - spróbował. Po czym otworzył paszczę po raz kolejny, i jeszcze jeden... Takie rzeczy widocznie sa w genach, Grzechot zrobil dokładnie to samo. Zeżarł tacie kawał mięsa, porcję jabłek i ziemniaka. 

Rośnie nam gadzina...

piątek, 06 grudnia 2013

od jakiegoś czasu kotłuje się w internecie sprawa reklamy wielkoformatowej. Temat mnie zainteresował, bo mam już serdecznie dość zaśmiecania miasta i okolic przez różnego typu badziewne namawiacze do zakupu czegoś niepotrzebnego (to jest eufemizm, jakby ktoś nie zgadł...). Irytuje mnie, jak jadę samochodem i rudno wyłowić znaki drogowe w zalewie pstrokacizny przyciągającej wzrok, głupio sie czuję, ajk Piotrek musi oglądać półgołe panie reklamujące cokolwiek, albo pyta mnie, dlaczego ta pani na płachcie zdejmuje majtki?

Ostatnio zezłościlam sie jeszcze bardziej, bo na jednej z moich stałych tras też pojawiła się ochydna szmata (przepraszam, cytując pewnego pana prezesa dobrze zaprojektowana reklama z pięknymlayoutem, cokolwiek by tomiało oznaczać. Cytat dotyczył innej reklamy, ale pasuje jak ulał). Domek u podnóża pięknego, zabytkowego kościoła został zawinięty w wielką, ohydną płachtę.

W internecie sie zagotowało, facebookowy profil firmy został zalany negatywnymi opiniami internautów i reklamodawca sie ugiął. Zdjął szmatę po kilku dniach, słusznie wychodząc z założenia, że raczej mu sie nie opłaci taki czarny PR.

Ale tak to już bywa, że jak jedną reklamę zdejmują, niezależnie od powodu, to na jej miejscu natychmiast pojawia sie następna. Tu też. 

Tym razem zamiat pralek domek straszy kosmetykami. I tym razem na fanpage kocioł - ale reakcja inna. Otóż Świt Pharma idzie w zaparte, bo oni są firmą, której przyświeca dobro ludzi, szczególnie pokrzywdzonych przez los, a w ogóle to są bardzo wrażliwi również na to, co ludzi otacza. (to wyjątki z oświadczenia zamieszczonego na fb). I z tej to wielkiej wrażliwości na piękno otoczenia zasłonili kościół wielką damską gębą (bo w takich rozmiarach to już nie jest twarz), a pani rzecznik tłumaczyła, ze o co tyle krzyku, przecież ta szmata zasłania tylko jeden niewielki, zrujnowany domek...

W związku z powyższym informuję wszystkich zainteresowanych i niezainteresowanych, ze NIE zamierzam kupować i nie chcę dostawać żadnych produktów firmy Świt Pharma - ani w charakterze prezentów pod choinkę, ani jakimkolwiek innym - na zakupach jutro będę też dokładnie sprawdzać każdą butelkę z płynem do podłóg czy innym czyściwem sprzątaniowym, zeby przypadkiem nie zostawić dziesięciu groszy tym "wrażliwcom" nie zostawić. 

Mam nadzieję, zę poczują to w kieszeni. Teraz jest najlepszy okres dla handlu, chciałabym, żeby dokładnie odczuli, ile warte jest takie wkurzanie potencjalnych klientów, do tego w okresie, keidy wydają dużo i szybko, bo są zalatani, a jeszcze musza kupić jakiś prezent dla cioci, kuzynki, siostry... zestaw kosmetyków jest jednym z klasycznych wytrychów, apeluję więc - kupujcie kosmetyki dowolnej firmy, BYLE NIE ŚWIT PHARMA!!!!

czwartek, 05 grudnia 2013

Piotr sie przerobił.

Wczoraj zrobił kosmiczną awanturę - juz nawet nie pamiętam o co, zdaje się, zę poszło  o wynoszenie śmieci, co należy do jego obowiązków. Albo o odrabianie lekcji. Nieważne.

W każdym razie Pyton jsk sie rozpędzi, to traci cokolwiek kontrolę i nie umie wyhamować. Co gorsza stosuje metodę "na złość mamie odmrożę sobie uszy". Może wtedy bez żalu (przynajmniej przez chwilę) zrezygnować ze wszystkiego, najbardziej ukochaną zabawkę odda. 

I na fali tego odmrażania wrzasnął, że nie chce prezentów na mikołajki. Ponieważ mam już kompletnie dosyć takich jego zagrywek, zgodziłam sie.

Jak mu dziś przypomniałam, że coś takiego zgłosił, to nie zaprotestował, ale mina mu zrzedła mocno. Próbował się wycofać, ale ja jestem wredna i uświadomilam mu, ze niestety, każda akcja wywołuje reakcję, konsekwencje własnych działań sie ponosi. A ja nie życzę sobie, żeby  na mnie wrzeszczał i wyzywał mnie, w związku z czym  - zgodnie z jego żądaniem - prezentów mikołajkowych nie będzie.

Nie był szczęśliwy, oj, nie. Mnie też było przykro, jak patrzyłam na tę wydłużoną smutną mordkę, ale uważam, żę trzeba rzecz dociągnć do końca. Wkurza mnie potwornie taki jego sposób rozgrywania awantur (ciekawe czemu, sama robiłam dokładnie to samo), a jedyną metodą nauczenia go, żę trzeba uważać na to, co sie mówi, jest konsekwentne dotrzymanie słowa, zwłaszcza, żę tym razem to nie wredna matka zabrała, tylko on sam powiedział, zę nie chce.

Cóż, do świąt niedaleko, a na razie  - może sie czegoś nauczy...

Wczoraj przywiozłam Mamę ze szpitala i nieco odetchnęłam z ulgą. Bardziej odetchnę (mam nadzieję) jak będą wyniki badań, ale tak czy siak jedno zagrożenie z głowy.

Zwijałam sie nieźle, bo Tata na drugim końcu Polski, a mnie do szpitala z Grzechotkiem nie wpuszczą, więc każda dostawa z domu wymagała umawiania sie z kimś, kto może pojechać  i zawieźć.(dzięki wielkie raz jeszcze!)

No ale wypuścili ją. Zmieniali zdanie w szpitalu , rano był komunikat, że nie, po godzinie - jednak tak. Szaleństwo organizacyjne, ale dałam radę.

I odetchnęłam, że będzie łatwiej, bo przynajmniej mogę do niej wejść normalnie z Grzechotkiem.

 

Tarara, łatwiej. Chciałoby się.

Dziś rano Piotrek zacząłmi marudzić, ze nie chce wstawać, źle sie czuje. Wzięłam to początkowo za standardowe narzekactwo poranne i tyle, ale po jakimś czasie uznałam, żę marudzi trochę bardziej. No to wpisałam mu w dzienniczek zwolnienie z basenu i poszłam przygotowac kanapki do szkoły i śniadanie, po czym wróciłam do Grechotka.

Nie minęło dziesięć minut, kiedy to napawałam sie wizją względnie spokojnego dnia, gdy Pyton z łazienki zaczął wydawać podejrzane dźwięki. Płakał. 

jasna cholera, wstawiłam Grześka do łóżeczka (na łóżku już jest nadmiernie mobilny), i pognałam do starszego Węża. Okazało się, że brzuch go boli już dość potężnie, a do tego cholernie swędzą dłonie i stopy. 

Cud miód i orzeszki, pierwsza myśl - niedopłukane pranie - Pyton wskakuj do wanny, akurat tata sobie nalał wodę, spłucz sie porządnie i przebierz w inne ciuchy. A ja załatwiam wizytę u pediatry...

U lekarza okazało się, zę już jest cały różowiutki - wysypka ogólnopytonia. Dostał jakiś steryd domięśniowo w kuper (bardzo dzielny był i nawet nie pisnął). Wróciliśmy do domu, zeznał, zę jest lepiej.

No to sobie zadzwoniłam do mamy na poranną pogawędkę - którą musiałam gwałtownie przerwać, jak sie okazało, zę za plecamiu synek mi wymiotuje do zlewu w kuchni.... Oczywiście pełnego garnków, które miałam pozmywac po śniadaniu, bo sie do zmywarki nie mieszczą. Noszszszsz...... 

A Skorupiak, jak usłyszał, zę piotrek jutro nie idzie do szkoły, to zapytał - O, to jutro masz luz?

Luz jak cholera, z dwójką dzieci. I tygodniowymi zakupami do zrobienia.

Do tego jutro Tata powinien przylecieć wieczorem do Warszawy. Ksawery sie zbliża, w Niemczech zamykają szkoły, zawiesili promy na Bałtyku, ewakuują platformy wiertnicze na Morzu północnym... jakoś , cholera, czarno widzę ten samolot.... Nie wiem, co gorsze, żeby leciał, czy może jednak został tam, gdzie siedzi....

A, i gwoli atrakcji dodatkowej, któryś sąsiad robi remont i łomocze wiertarą udarową. Grzesiek zasnął na całe pięć minut i obawiam się, że raczej juz mu się nie uda pospać...

 

ja chcę wyjechać gdzieś daleko!!!!!!!!

niedziela, 01 grudnia 2013

Jej Bohu, nic już nierozumiem. 

Od iluś lat Jarosław Zbawca grzmi przeciwko Unii Europejskiej, krytykował za wstąpienie (aczkolwiek kasę chętnie przyjmuje i płacze, zę mało dają), nawołuje do wystąpienia. Wniosek z jego wypowiedzi na ten temat jest jednoznaczny - UE to samo zło, dzieło szatana, albo, jeszcze gorzej, lewackich liberałów.  Zresztą, to jedno i to samo. 

A teraz popędził do Kijowa - po co? Ano po to, żeby pomóc kochanym Ukraińcom dołączyć do tej wrednej Unii. 

Drodzy bracia Ukraińcy, przyjechałem tutaj żeby poprzeć to, co jest waszym dążeniem, waszym marzeniem, żeby poprzeć tworzenie waszego związku z Unią Europejską, z Europą, wasz marsz na Zachód - powiedział Kaczyński.

No to jak to? Bo zaczynam mieć wrażenie, zę jest to skomplikowana kombinacja, której fundamentem jest chęć zrobienia Ruskim na złość. Nie ważne, jak, byle wkurzyć. No bo tak: Rosja bardzo chce przyciągnąć Ukraionę do siebie i nie do[puścić do wstąpienia U. do Unii. Skoro tego chciałaby Rosja, to JarKacz - odwrotnie, czyli pchamy Ukrainę w unijne objęcia - tak bardzo przecież fałszywe i wredne - tak szybko, jak sie da.

Nie wiem, czy drodzy bracia Ukraińcy by sie ucieszyli, gdyby wiedzieli, co sie (prawdopodobnie) kryje za uśmieszkiem dobrego wujaszka. Mnie obrzydzenie bierze. A o drugiej możliwości - że dla Kaczora UE wcale nie jest takim zagrożeniem, jak krzyczy, ale stanowi wygodny i użyteczny straszak , na którym można sie wybic politycznie, gdy nie ma sie nic do zaoferowania - wolę nie myśleć. Chociaż niestety brzmi to bardziej, niż prawdopodobnie...