O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

poniedziałek, 31 grudnia 2012

Wczoraj  w ramach prezentu urodzinowego dla mnie rodzice zabrali Pytona na nocowanie. Zabierają go ostatnio przy każdej okazji wiedząc, że ja jestem już solidnie zmęczona i marudzę, a w szkole są ferie i młody sie nudzi. 

Dzisiaj rano jak usłyszałam, co Pytonik zrobił u dziadków, to mi kapcie spadły.Od rana do jakiejś 9.40 zdążył:

  • zamieść i umyć podłogę w kuchni, korytarzu, łazience i toalecie
  • wypastować  i poustawiać buty 
  • zrobić kawę i podać do łóżka
  • przygotować śniadanie

następnie jak tata poszedł z psem, posłał oba łóżka - swoje i rodziców.

To wszystko całkiem sam, bez cienia sugestii (na początku nie było komu sugerować, bo rodzice jeszcze spali). 

Bardzo pracowite i pomocne dziecko mamy prawda? Zastanawiam się tylko, jak nam się udało go tak wychować????

 

Ps. Pasiasty dlatego, że włożył dziś ulubioną bluzę w paski:)

niedziela, 30 grudnia 2012

Wczoraj przeżyłam lekki szok.

Poszliśmy z Pytonem na urodziny kolegów. Drzwi otworzył M - szczęśliwy ojciec tychże.  Nie widział mnie od dawna, ostatnimi czasy jak się umawiałyśmy z jego żoną, to raczej na babskie ploty bez obecności samców. 

Jego pierwsze słowa spowodowały u mnie opad szczęki, wytrzeszcz oczu i ogólne osłupienie:

- Ty chyba miałaś jakiś inny kolor na głowie?

- Miałam, aż do dzisiaj rano - udało mi się wydusić z siebie, gdy już nieco odzyskałam głos.

Nie przywykłam za bardzo do takiej męskiej spostrzegawczości. Co prawda Skorupiak jest niezły w te klocki, a Piotrek zapowiada się na gatunek wymierający, który zauważy i doceni każdą tego typu zmianę, ale jednak dominującym wzorcem w tej materii w moim życiu i najstarszym punktem odniesienia jest tata któremu wysyłaliśmy z bratem smsy o treści - "mama była u fryzjera, zauważ to"....

PS.l Kolor nie zmienił sie jakoś drastycznie - ot, z myszatego brązu zrobił się taki nieco bardziej ciemnowiewiórkowy....

Tak mi sie jakoś zaśpiewało urodzinowo do siebie w ślad za Porębą

Nie da się jednak ukryć, że kolejny rok minął, jestem coraz starsza. Chociaż nie, ktoś bardzo mądrze powiedział, że kobiety są jak wino nie stają sie starsze tylko lepsze. I tego sie będę trzymać. A w ogóle młodość to charakter a nie metryka, więc nie muszę odliczać kolejnych lat.

Podsumowania roku robić nie będę bo mi sie nie chce. Najważniejszą sprawą jest Grzechotek, wszystko inne blednie przy tym, więc po co? Od jutra za tydzień ma prawo już zacząć wyłazić na świat zewnętrzny. Na razie ma 3 kilo, pan dr stwierdził, że za te trzy tygodnie - w terminie wyliczonym - będzie ważył około czwórki, taki graniczny. Innymi słowy nie wiadomo, czy uda sie go urodzić sn. 

Za to żeby nie było nudno koteczek postanowił zadbać o moje samopoczucie. Wrócił dziś ze spaceru z nieco rozwaloną łapką. Oczywiście wtedy kiedy nasi weterynarze nie pracują.Obejrzałam, wydaje mi się, że rana płytka. Kot chodzi normalnie, zdezynfekowałam octaniseptem i jutro go zawiozę pokazać. Cholera jasna, stęsknił sie za nimi, ostatnio pana doktora widział w czwartek na kroplówce  i uznał że kolejnych dwóch tygodni bez jego kojącej obecności to biedny kiciuś nie wytrzyma....

czwartek, 27 grudnia 2012

Znowu sie zaczęło robić gorąco wokół doktora G. i jego domniemanego łapownictwa. Na jego temat wypowiadać sie nie będę, bo mam za mało danych, ale tak się zaczęłam zastanawiać nad wątkiem poruszanym w sądzie przez obie strony - gdzie kończy sie wdzięczność pacjenta a zaczyna korupcja?

Temat jest cienki. 

Teoretycznie - przed decyzją / operacją / badaniem - wszelkie "wyrazy" można uznać za próbę wpłynięcia na lekarza. Tu sprawa jest dosyć jasna.

Ale po?

Operacja wykonana, badanie zrobione, czyli nic sie nie zmieni. A nasze społeczeństwo jest w dużej części niestety przyuczone przez lata komunizmu do tego, ze wszystko się "załatwia", że za normalnie, porządnie wykonaną pracę musi być dodatkowe wynagrodzenie.  I naprawdę są takie sytuacje kiedy pacjent wciska na siłę pakuneczek czy kopertę, nie zważając na sprzeciwy lekarza. Gorzej, czasem czuje sie obrażony, gdy lekarz odmawia!

Oczywiście nie zawsze, są lekarze, którzy za stosowną opłatą potraktują pacjenta lepiej. 

Sprawa jest trudna, cieszę się, że to nie ja muszę oceniać ten konkretny przypadek.

A zebrało mi sie na te wynurzenia, bo zaczęłam się zastanawiać jak ocenić moje własne postępowanie sprzed jakichś dwunastu lat.

Poleciałam z wielkim bukietem dziękczynnym do pani doktor. I nie byly to stokrotki za pięć złotych, oj nie były.

Ale...

Działania pani doktor od bukietu dzieliło jakieś dwadzieścia parę lat. 

To ona - przypadkiem zupełnym - wykryła u nie coś, co pozostawione samo sobie spowodowałoby upośledzenie umysłowe i fizyczne. To dzięki jej diagnozie trafiłam na stół operacyjny w wieku kilku miesięcy. 

I gdy przypadkiem dowiedziałam się, gdzie pracuje - chciałam jej podziękować i pokazać, że zrobiła kawał dobrej roboty który nie poszedł na marne. 

To było bardzo miłe spotkanie, wzruszające dla wszystkich - poszłyśmy we dwie z mamą. Pani doktor pamiętała przypadek i nazwisko - dosyć charakterystyczne, pogadałyśmy sobie trochę o tym, co robię (kończyłam studia), jakie mam plany życiowe..... Widać było, że jej też było przyjemnie. Do tego okazało się, że trafiłyśmy w ostatniej chwili, bo miesiąc później  przechodziła na emeryturę i wyjeżdżała na zawsze do syna na drugi koniec świata. 

I co, byłą to łąpówka? 

Czy powinnam sie teraz zacząć bać, że CBA zapuka mi do drzwi?

 

niedziela, 23 grudnia 2012

Mam męża nałogowca. Tudzież świra i zboczeńca. 

Nałóg jest potężny, w pewnych wersjach kosztowny (aczkolwiek on sobie radzi niskobudżetowo) i zajmujący mnóstwo miejsca.

Książki.

Kiedyś już było tak, że poszedł do śmietnika i wrócił ze stertą literatury - częściowo całkiem porządnej i do rzeczy.

Tym razem - na kilka dni przed Świętami zadeklarował sie, zę zaopiekuje sie chętnie biblioteką odziedziczoną przez koleżankę  w spadku po przodkach, którą to koleżanka w ogóle nie była zainteresowana. I w czwartek i piątek przywiózł mi tak na oko z pięćset sztuk dzieł wszelakich.... 

Trzeba było to przejrzeć, bo nie wszystko nas interesowało - dzieła Mao Tse Tunga mają niezłe przypisy, ale i tak  nie będe sobie tego czytac do poduszki. Podobnie jak dzieł zebranych z biblioteki piewców stalinizmu, czy jakoś podobnie.  Trochę było dubletów, poradników tego i owego, politycznych, sporo radzieckiej propagandy i zupełnie przyzwoita ilość rzeczy interesujących z różnych zakresów. 

Przejrzeliśmy. Dziś jeszcze przyjechał mój brat, przekopał się przez to, co nas nie interesowało i też zabrał tak około setki. 

Zostało jeszcze sporo, niektóre nawet niezłe, ale po prostu nie nasz klimat.  Skorupiak zaczął dzielić tematycznie i pakować w zgrabne pakuneczki powiązane sznurkiem - jeśli jeszcze ktoś będzie coś z tego chciał, to widać, co w środku i da sie wyjąć, a łatwiej to gdzieś upchnąć - na razie leżą w miejscu przeznaczonym na choinkę.

W ramach przerywnika Skorupiak poszedł z psem i torbą z makulaturą. Wrócił dziwnie rozchachany, twierdząc, ze on jednak nie powinien chodzić do śmietnika. 

Już wiedziałam, co usłyszę. Ktoś wyrzucił porządne książki, a on sie nimi  - z dobroci serca, bo zimno - zaopiekował....

Ostatkiem tchu zaproponowałam, żeby poszedł na dwór i wsadził łeb w najbliższą zaspę, może ochłonie i przestanie robić takie rzeczy, ale zmroził mnie celnym pytaniem:

- Jesteś pewna, zę chcesz, żebym wyszedł na dwór? A jak tam będą znowu jakieś książki?

No faktycznie. Przy naszym szczęściu pod zaspą też by znalazł, a zapasy miejsca na półkach już nam sie skończyły. 

- To wsadź ten łeb do zamrażarki.

Chociaż prawdę mówiąc, tego tez sie boję.....

 

sobota, 22 grudnia 2012

Skorupiak wczoraj rozmawiał z szefem. Rozmowa nie była przyjemna, generalnie wizja rozstania jest coraz bliższa.

Na zakończenie dostał od zwierzchnika symboliczny prezent - dzień wcześniej była firmowa wigilia, z której Skorupiak się urwał, nie mając ochoty na nieszczere życzenia i ogólną hipokryzję.

Prezentem była żaba pomnażająca pieniądze i olejek o aromacie piernikowym.

Pal diabli olejek, zapach fajny, ale na tę żabę to go zamurowało zupełnie.

Pomijam już to, że jest to przesąd i z Bożym Narodzeniem komponuje mi się słabo, to jest kwestia smaku i wyczucia. 

Za to wręczenie takiej żaby w sytuacji, gdy pensji nie płaci się od dawna, czasem tylko rzuci jakiś ochłapek - zawsze po potężnej awanturze, obcina się oficjalnie zakres obowiązków i z związku z tym zmniejsza pensje (której potem  i tak się nie płaci), ale nadal oczekuje wykonywania tychże zadań uważam za absolutny szczyt chamstwa, bezczelności i nie wiem sama czego jeszcze.

Żałuję bardzo (choć się nie dziwię), że Skorupiaka zatkało na tyle, że nie był w stanie wydobyć z siebie głosu. Bo aż się ciśnie na usta pytanie, czy to ma być zamiast pensji.

piątek, 21 grudnia 2012

Wczoraj Skorupiak umówil sie z kolegą z pracy - co jakiś czas spotykają sie przy piwie, moga popsioczyć wspólnie na kierownictwo i pobawić sie elektroniką - obaj lubią grzebać we wnętrzu komputerów.

Wrócił trochę  po północy, z oczkami jakby lekko w słup. 

Panowie już jakiś czas temu znaleźli sobie kolejny wspólny temat - kwestie ogólnie mówiąc teologiczno-liturgiczne. 

No i poszło... W planach było piwo, obejrzenie jakiegoś filmu (zdaje sie, że miał to być "Piłkarski poker"), pogrzebanie w jakimś złomie elektronicznym.

Rzeczywistość wyglądała zgoła inaczej - jakoś im sie zgadało na temat tłumaczeń i interpretacji Ewangelii, zaczęli porównywać wersje, omawiać szczegóły, spierać sie o interpretacje kulturowo-społeczne (tu sie bardzo przydały zakończone właśnie rekolekcje u dominikanów, jedne z lepszych, jakich słuchałam). Skorupiak musiał sobie przypomnieć swoją szczątkową znajomość greki i nieco lepszą łaciny, spierali sie o poszczególne słówka... W pewnym momencie musiał dzwonic po pomoc merytoryczną do zaprzyjaźnionego dominikanina, ten odesłał go do jakiejś strony internetowej, gdzie chłopaki znalazły między innymi interlinearne tłumaczenie Pisma Świętego. I dopiero wtedy sie zaczęło, gdy widać było, jak bardzo drobna zmiana tłumaczenia zmienia całą interpretację, (nawiasem mówiąc, z wielką radością usłyszałam podczas rekolekcji, jak to tłumacze przekładający List do Kobiet Jana Pawła II pozwolili sobie na swobodne zmiany w tekście, które zdecydowanie zmieniały znaczenie.... ale to taka moja drobna szpila pod adresem naszego Episkopatu).

W sumie - męskie piwo z filmem i piłką w tle przerodziło się w coś, czego sie kompletnie nie spodziewał, fascynującą dyskusję intelektualną. 

Rzekłabym, że to jest dużo zabawniejsze od nawet najlepszej komedii.

piątek, 14 grudnia 2012

Nasz pies uwielbia gryźć kości z pręgi wołowej. Takie twarde pierścionki - obgryza to zajadle, po jakimś czasie widać ślady zębów  a gnat jest nieźle spiłowany. W końcu pęka na dwie części.

Jest to ukochana psia zabawka, którą nosi w różne miejsca.

 Dziś rano Skorupiak popatrzyła na mnie krytycznie, po czym z mojego miejsca w łóżku wyciągnął takiż właśnie obgryziony i zeszlifowany kawałek gnata.  

Spałam na nim przez całą noc i kompletnie tego nie zauważyłam.

Wnioski są dwa:

1. Jestem gruboskórna.

2. Nie mam nawet najmniejszych kwalifikacji na księżniczkę. 

Cóż. Mówi sie trudno.....

środa, 12 grudnia 2012

Syn nasz Wewnętrzny miał dzisiaj lenia. 

Podobnie jak poprzednio, nie bardzo chcial się ruszać. Wzięłam ciepły prysznic - jak co rano, normalnie jest to element gwarantujący aktywizację potomka. NIc.

Zjadłam kanapkę - tez pomaga - nic.

Wypadliśmy ze Skorupiakiem z domu - mieliśmy umówione spotkanie, ważne, a tu wywaliło światła w dużej części Ursynowa (sygnalizatory również - co skomplikowało sytuację na drodze). 

Skorupiak coraz bardziej nerwowy, zaczyna sie poważnie martwić nieruchawością dziecia. 

Na miejsce spotkania dotarliśmy ze sporym zapasem czasu - n konto kłopotów z oświetleniem wyszliśmy wcześniej, więc poszliśmy jeszcze do jakiegoś sklepiku po coś słodkiego, bo to jeden ze sposobów polecanych na doenergetyzowanie takich leni.

Na siłę i wyłącznie przez rozum zjadłam prawie całą tabliczkę czekolady. Jakieś ruchy tam były, ale niemrawe, Grzechot zwyczajnie nie miał na nic ochoty, nawet po takiej dawce cukru.

Skorupiak już zdecydowanie nerwowy.

Po spotkaniu zgodnie z rozkładem pojechaliśmy do moich rodziców, skąd miałam z mamą jechać dalej. I tu stwierdziłam, że ja mam dość słodyczy, poproszę uczciwą kanapkę z kiełbasa i kiszonym ogórkiem. Popijaną gorzką herbatą.

No ti to wreszcie pomogło. Dzieć nie reagował za bardzo na słodycze, ale jak dostał ciemny chlebek z mięchem i kiszeniakiem, to sie ożywił od razu.

Dziecko wie, co dobre, ja też zawsze jak miałam do wyboru ciasteczko czy cukierka, albo kanapkę z wędliną, to wolałam kanapkę. Mięsożerna jestem od urodzenia i taka pozostanę do śmierci, a Potomek Wewnętrzny widocznie też.

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Jak już pisałam wcześniej, koteczek jest chory. Potrzebuje kroplówek, a dzisiaj było zaplanowane pobieranie krwi - żeby sprawdzić, jakie są efekty tychże kroplówek.

Nauczeni doświadczeniem nasi panowie doktorzy w takich przypadkach zawsze proszą, żeby go przywozić w porze, kiedy się zmieniają i są obaj. Normalnie radzą sobie z takimi zabiegami w pojedynkę, no ale nasz kotek to nie byle kto i wymaga SPECJALNEGO TRAKTOWANIA. Czyli specjalnej obstawy ze sprzętem pancernym co najmniej.

Wiedzą, co robią. W końcu znają Czorta od samego początku, kiedy to jako mały, słaby jeszcze kociaczek, tak się rzucał przy zastrzyku, że wygiął igłę wbitą we własny grzbiet. I daję słowo, że ani wtedy, ani teraz problemy nie wynikały bynajmniej z nieudolności lekarzy.

Tym razem kot był wkurzony podwójnie - nie dość, że kroplówka, pobieranie krwi, to jeszcze śniadania nie dali, żeby wyników nie zafałszować. Miałam nadzieję, że w efekcie będzie nieco spokojniejszy, bo osłabiony brakiem  jedzenia, ale gdzie tam....

Po wyjęciu z klatki tak jak poprzednio jeden z doktorów - ten o większych rękach i mocniejszym chwycie złapał za byczy karczek naszego domowego pieszczoszka, a ja zawinęłam w duży ręcznik zad i trzymałam tylne łapy. Drugi doktor założył stazę i próbował sie wkłuć. 

Słowo "próbował" jest tu kluczowe, kotek nie pozwalał do siebie podejść, rzucał sie na tym stole, dziabnął doktora w palec, mnie podrapał i zwiał. Na szczęście za chwilowo bezpieczną kryjówkę uznał narożnik, a nie schowek gdzieś pod szafą, więc go przyrzuciłam tylko ręcznikiem - miał poczucie, że go nie widać, skoro sam nie widzi, co powodowało, że nie uciekał dalej.

Po tej akcji został zapakowany w specjalny rękaw na koty - wystawał tylko wściekle prychający łeb i wyciągnięta została jedna łapa - oczywiście najpierw wystawił nie tą, na której miał stazę. Łeb profilaktycznie przywalilam grubo złożonym ręcznikiem.... 

W końcu udało sie zrobić to, co było zaplanowane, czyli zarówno pobieranie krwi jak i kroplówka. Dziś wieczorem będa wyniki i zobaczymy, co dalej, mam nadzieję, ze poziom mocznika, białka i kreatyniny będzie już niższy, enzymy wątrobowe tez takie bliżej przyzwoitości...

Przed następną wizytą spróbuję mu przyciąć pazurki, pozwala mi na wiele (ale jak widać, nie na wszystko), tylko na pewno nie dzisiaj. Na razie Czort patrzy  na mnie podejrzliwie, czy przypadkiem znowu nie wpadnę na wredny pomysł, by zapakować go do klatki transportówki, co jest równoznaczne z jazdą do weterynarza. 

A tak na co dzień to taki miły, przyjazny, mięciutki i spokojny koteczek...

 

trzy godziny później:

Przyszły wyniki. Są REWELACYJNE!!!!  Czyściutkie wszystkie, nic normy nie przekracza, nic nawet nie jest na granicy. 

Teraz kroplówki będą co dwa tygodnie, żeby sprawdzić, czy kotek po prosu został chwilowo wypłukany, czy nerki zabrały sie do roboty porządnie, za jakiś miesiąc - dwa powtórzymy badania.

Przy okazji dowiedziałam sie, że rannych przy tej operacji było więcej, czort podrapał również mojego tatę, nawet nie wiem kiedy.  Widać, że zdrowieje...

 

piątek, 07 grudnia 2012

Mamy rozrywkę z Pytonem. 

Gramy w Rummikuba. Całkiem nieźle mu idzie, kombinuje coraz lepiej, dostrzega różne możliwości, nie tylko dokładanie klocka na początku czy końcu układu.

Dzisiaj mnie ograł - całkiem sam. No dobrze, ja mu odrobinę pomogłam na samym początku, kiedy nie mógł skompletować 30 punktów niezbędnych do otwarcia stołu. Aloe pomoc polegała głównie na pokazaniu zalet uporządkowania klocków, bo jak je pogrupował kolorami i w kolejności, to sie okazało, że je ma. I daję słowo, nie dawałam mu żadnych for (czy forów??? kurczę, nie wiem, jak będzie poprawnie). 

Całe szczęście, granie w kółko w master mind jest nudne, pędzących żółwi mam absolutnie dosyć, w wojnę i szachy  - odmawiam z definicji. A Rummikub jest fajny, wymaga myślenia, a Piotrek sobie dobrze radzi :)

 

Parę godzin później, po powrocie Skorupiaka

Kolejna runda, tym razem we trójkę. Znowu przegrałam.

Trzeba będzie wyciągnąć jeszcze Scrabbla, niech młody też poćwiczy.

czwartek, 06 grudnia 2012

Jak co miesiąc (tak mniej więcej) zeznania w kwestii jakże istotnej - kilogramowej. Zwłaszcza, że ostatnio poczytałam sobie o zmaganiach w kwestii zrzucania pociążowych nadmiarów przez koleżankę. Humor mi sie poprawił, jak czytałam, nie powiem.

Do czasu, jak sobie uświadomiłam, że ona w największym rozmiarze i tak była szczuplejsza, niż ja będe po porodzie (bo teraz to w ogóle nie ma o czym gadać).

Nic to, grunt to znaleźć sobie odpowiedni punkt odniesienia, co wielokrotnie tłumaczyłam własnym pacjentom. A jedyny sensowny w tym przypadku - to ja sama.

Rok temu było mnie o 10 kg wiecej niż dziś. 

Na początku ciąży było mnie o 2,5 kg wiecej niż dziś.

Ważę tyle samo, ile na koniec października (po drodze był jeszcze dołek spowodowany chorobą). Co razem wzięte daje szansę , ze za półtora miesiąca, jak urodzę, gwałtownie ubędzie mi jeszcze z 8-10 kg. A potem  - mogę sobie pomarzyć nawet dość realistycznie, że Grzechotek, mimo, że Gad, będzie się zachowywał jak na uczciwego Ssaka przystało i na karmieniu piersią też trochę zleci. A potem będzie wiosna, spacerki (mam ambitny plan, żeby sie wreszcie nauczyć jeździć na rolkach i pomykać na nich razem z maluchem w wózku). I może schudnę jeszcze trochę....

Tak sobie marzę, że uda mi sie w miarę mało boleśnie zrobić porządek z nadwyżkami, które mnie gnębią od lat. W sumie  - w ciąży normalnie kobiety nie chudną, tylko wręcz przeciwnie. U mnie za każdym razem było wbrew przepisom, bez najmniejszych nawet problemów wynikających z niedożywienia dziecka, czym mnie straszyła w pierwszej ciąży koleżanka z pracy.  Ta, niedożywiony, patrzcie go... 4830 żywej wagi, 62 centymetry, to raczej nie był niedożywiony, prawda? Więc teraz sie kompletnie nie przejmuję, a raczej cieszę, zę kochane dziecko jest tak uprzejme, że wyciąga matczyne sadełko. 

Byle tak dalej, Gadzinko,byle tak dalej!!!!

(ale nie musisz mnie przy tym aż tak kopać....)

 

Byliśmy u pana doktora. Potwierdził moje podejrzenia, że jest to kolejny wirus górnych dróg oddechowych. Wykluczył obawy, że P mógł złapać zapalenie płuc, które podobno też gdzieś po okolicy bryka. CHoć tyle dobrego.

W sumie - we wtorek pokazać, leczenie już pani zna (faktycznie znam, chodziło mi głównie o to, zeby go osłuchał), nie szwędać sie, dużo pić. Nie zarazić sie samej.

Na pocieszenie dorzucił, że tych wirusów g.d.o. jest około setki, więc żeby mlody może nie sprawdzał na sobie wszystkich po kolei... Przychylam sie do tej sugestii z całego serca!!!!

 

Ale do wtorku to ja chyba zwariuję....

środa, 05 grudnia 2012

Czy ja pisałam coś ostatnio, zę wyzdrowieliśmy? Że udało sie zwalczyć zarazę?

No to znaczy, żem głupia i kompletnie niewyuczalna. Niestety, Opatrzność wszelaka nie lubi takich prowokacji i postanowiła natychmiast sprowadzić mnie do parteru, żeby mi sie w głowie nie poprzewracało z tego dobrobytu. 

Piotrek do szkoły poszedł wczoraj po tygodniu siedzenia w domu.

Dzisiaj wrócił już jakiś marudny. 

W pierwszej chwili myślałam, że chodzi o zbiórkę zuchową - co tydzień przed zbiórką jest wrzask, żę on nie chce iść, bo jest głupio i nudno, i po każdej wraca zachwycony, roześmiany i pełen entuzjazmu. 

Ale po krótkiej obserwacji zaczęłam się zastanawiać. Normalnie w takiej sytuacji jest wrzask i wściekły bunt, a tu było mazanie sie, chlipanie, takie bardziej bezsilne to wszystko.  Usiłowałam negocjować, tłumaczyć, a  w ostatniej chwili przed wyjściem mnie tknęło i wsadziłam mu pod pachę termometr. 

To, co powiedziałam pod nosem widzac wynik, zdecydowanie nie nadaje sie ani do publikacji, ani dla małych dzieci.  37,5.

Zbiórka poszła sie gwizdać, młody dostał na kolację serek z czosnkiem i wodę z sokiem malinowym. Teraz siedzi u taty na kolana, mierzą znowu temperaturę. Przed chwilą było juz 38,7, pytanie czy to wszystko. 

Tak czy inaczej - niech to ^%*%%#^^%$)(%).\

Mam dość.

poniedziałek, 03 grudnia 2012

Dostałam dzisiaj prezent.

Kuferek z solidną porcja kolorówki kosmetycznej. 

Może dobór produktów był nieco... niekonwencjonalny, gdyż pomiędzy dużą ilością odcieni lakierów do paznokci i szminek pętała sie pasta do zębów, krem do stóp  i odżywka do włosów, za to świeciła nieobecnością baza pod podkład i sam podkład na przykład, ale nie bądźmy drobiazgowi. 

Wszystko ładnie zapakowane w pudełeczko.

Zważywszy na moje zamiłowanie do używania tego typu akcesoriów, prezent jak najbardziej stosowny - Piotrek bardzo sie napracował rysując kolejne opakowania, starannie je wycinając i pakując do własnoręcznie zrobionego kuferka z papieru. A ja sie mogę cieszyć, że dostałam taki fajny zestaw, nie przejmując, ze wszelkie terminy przydatności miną na długo przed tym, zanim dojdę choćby do połowy....

Pyton jutro idzie do szkoły.

Nawet pisać nie miałam siły, jak on mi tu siedział na głowie. Może teraz natchnienie sie pojawi, bo zostało przydeptane mocno przez nadaktywnego potomka....