O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

piątek, 30 grudnia 2011

no i kolejne urodziny...

Tym razem w zupełnie innym nastroju niż rok temu. Tak sie namierzałam na tamte, od dawna planowałam, że jak nigdy - zrobie imprezę pod hasłem 'osiemnasta rocznica moich osiemnastych urodzin'. I nic z tego nie wyszło. To był jeden z najgorszych okresów w moim życiu - właśnie pożegnałam tak długo wyczekiwane drugie Jajko. Odeszło w samą Wigilię...

A teraz? wszystko sie jakoś turla. Oczywiście, nie jest idealnie, szukam pracy, o Skorupim szefie nie umiem już sie wyrażać w sposób parlamentarny. Ale z drugiej strony Piotrek rośnie jak szalony, co chwila nas zaskakuje czymś nowym, jest kochany, dobry i troskliwy. Tata zdrowieje, dziś go zawiozłam na skrócenie gipsu - będzie wygodniej, może wreszcie zgiąć nogę w kolanie. Wygląda na to, żę wreszcie zmierza w dobrą stronę.

Jajko też jest. Niestety nie u nas - ale blisko. Żona mojego brata jest w ciąży. Piotrek już sie bardzo cieszy, że będzie miał cioteczną siostrę.

Pyton mnie znowu zachwycił. Przed Świętami sam, bez żadnej mojej podpowiedzi wymyślił, jaki prezent chciałby kupić tacie. Śrubokręt. Wie, że Skorupiak ma ich sporo różnych, używa, wiec postanowił ofiarować coś potrzebnego, co sprawi frajdę. Do tego uparł sie, że on sam a to zapłaci, z własnych pieniędzy. Wynegocjowałam tylko, że zakup załatwię ja - jeżdżę do sklepu zwykle wtedy, kiedy on jest w przedszkolu, luźniej i wygodniej. Młody starannie rozliczył ze mną prezent (niecałe dwa złote, wiec mogłam sie zgodzić :).  Dzisiaj z kolei okazało się, że i dla mnie prezent wykombinował bardzo sensowny i przemyślany - suszarkę do włosów. Nasza stara już strajkowała, coś jej się z kablem stało i działała tylko wtedy, gdy był zwinięty  i trzymany w pewien określony sposób, inaczej ogłaszała strajk. Za każdym razem bałam się, że zdechnie całkowicie, a ja zostanę z mokrymi długimi włosami. A nie są to temperatury sprzyjające suszeniu włosów na słoneczku...

Pytonik w ogóle lubi sprawiać innym przyjemność. Cieszę się, bo udało mi sie chyba osiągnąć to, na czym bardzo mi zależało - zobaczył, że dawanie sprawia ogromną radość, jeszcze większą niż dostawanie. I lubi dawać. Stara się, żeby to było dopasowane do potrzeb i upodobań obdarowanego. A to jest duża sztuka, obca wielu dorosłym....

Ciekawe, jaki będzie ten nowy rok - trzydziesty ósmy rok mojego życia...

środa, 28 grudnia 2011

Umówiłam się na dziś na spotkanie z panią psycholog opiekującą się piotrkowym przedszkolem Chciałam z nią pogadać o Pytonie, dowiedzieć się, co jej tam w testach wyszło bardziej szczegółowo - takie tam.

Owszem dowiedziałam się, zastrzeżeń rozwojowych żadnych, miała gdzieś tyko notkę, żeby go skonsultować logopedycznie - ale notka z września, mogła dotyczyć wymowy r - która w ostatnich miesiącach jakoś gwałtownie się poprawiła. Dobra, umówiłam się na konsultację - zwłaszcza że w bloku obok i bezpłatna w poradni.

A potem padło pytanie, do którego powinnam być w sumie przyzwyczajona, bo słyszałam je wielokrotnie, w najdziwniejszych okolicznościach, ale za każdym razem mnie zaskakuje:

- Czy pani nie ma czegoś wspólnego z państwem (nazwisko - moje własne) z ulicy x?

Owszem, mam. To moi dziadkowie.

Okazało się, że matka pani psycholog chodziła do jednej szkoły z moją babcią. Ona sama była w jakiejś grupie z jednym z moich dalszych stryjów, jej córka - z moją kuzynką, a jej syn - z moimi dalszymi kuzynami.

Moja koleżanka, której to potem opowiedziałam, podsumowała krótko:

- Strach lodówkę otworzyć, bo tam też jakiś (nazwisko) siedzi :)

 

Rodzinna mafia oplata świat.

poniedziałek, 26 grudnia 2011

Młody ma sie kłaść spać. Marudzi, narzeka, zrzędzi - normalnie, szlag mnie zaraz trafi. Dyskutuje, czy ma sie myć, czy może od razu przebierać się w piżamkę - ale u matka jest nieubłagana, miał labę wczoraj, to dzisiaj do wanny.

No to potomek wymyslił inny sposób na wymiksowanie sie z kawałka obowiązków własnych:

- mama, pościelesz mi łóżkooooo?...

- Nie, synku, sam sie chwilę temu wściekałeś, że cię traktuję jak dzidzię. Tylko małe dzidzie nie umieją same posłac łóżka.

- Ale ja ci pozwalam....

- Dziękuję, nie skorzystam z zezwolenia. Ścielesz sam.

- Nie lubię cięęęęęę!!!!.....

 

Zezwolenie mnie kopnęło, niech to licho... 

Niech on juz pójdzie spać, bo naprawdę nie wytrzymam.

 

 

sobota, 24 grudnia 2011

Piotrek popatrzył na choinke i stwiedził:

- Mama, szkoda, że Pan Jezus nie mógł sie wykluć u nas na czubku choinki....

Dlaczego wykluć???? - zastanawiała sie skołowana matka wyobrażając sobie niezbyt ortodoksyjnie Kwokę - Maryję siedzącą na gnieździe i zajętą wysiadywaniem....

przepraszam wszystkich urażonych tą wizją. Nie ja wymyśliłam koncepcje wylęgu Pańskiego, ale jak usłyszałam, to mnie powaliło na kolana.

piątek, 23 grudnia 2011

chyba wyciągnę z półki książkę "przez śniegi i wody Kanady".

Inaczej oba3iam się, że o śniegu mogę zapomnieć.

niedziela, 18 grudnia 2011

W ramach porządków przedswiątecznych Skorupiak postanowił umyć okna. Ja o tej porze roku odmawiam tak bohaterskich wyczynów, nie mam ochoty na świąteczne zapalenie płuc. Zimno mi i tyle.

Dzisiaj przyszła kolej na pokój Pytona. 

W związku z koniecznością dostania sie w okolice okna - i juz jednym cięgiem - myciem podłogi - młody usłyszał, że ma zrobić porządek w swoich zabawkach.  Bez układania w pudełkach, po prostu pochowac do pudełek i szuflad wszystko, co sie wala po wierzchu.

I u sie zaczęło. 

Potomek najpierw bardzo dziarsko wywlókł wszystko zawalając pół salonu, ze szczególnym uwzględnieniem okolic drzwi, skutkiem czego wejscie lub wyjście z pokoju stało sie czynnościa karkołomną. Po czym odechciało mu sie dokładnie. Zaczął pokrzykiwac, że on przeciez nie lubi sprzątania, nie wie, jak ma to zxrobić i tym podobne.

Skutkiem czego, pi pierwszym wścieku, kiedy juz włączyłam z powrotem myślenie, zasiadłam na krześle i po kolei pokazywałam mu co ma sprzątać:

- Kredki.

- Samochodziki.

- Uszy.

- Radiotelefony.

- Do czego potrzebujesz tych plastikowych kubeczków po serku?

- Klocki.

I tak dalej.... 

Słowo daję, mniej by sie urobiła, gdybym zrobiła to sama, nawet rozkładając wszystko na miejsce. Nie mówię już o wariancie typowym, jak młody odmawia zbyt długo udziału w pracach domowych - szczotka i wór. 

A niby siedziałam sobie tylko wygodnie na krześle i gadałam.....

Dzisiaj w czasie mszy młody popatrzył na mnie poważnie i stwierdził:

- mamo, ja sie muszę zabić.

Zmartwiałam, zupełnie mnie zatkało. Szum w głowie, co sie takiego stało, ze pięciolatek dochodzi do tak dramatycznych wniosków???? Próbuję ostrożnie:

- A dlaczego Piotrusiu?

- Bo ja wtedy będę mógł zobaczyć Pana Boga.

Tego nie przewidziałam. 

I jak mu teraz wytłumaczyć? 

 

Pomocy!!!!!

czwartek, 15 grudnia 2011

Zacznijmy od tego, ze od tygodnia Piotrek siedzi w domu. 

jakbym sie uparła, to mógłby chodzić do przedszkola - w sumie można powiedzieć, ze jest  w standardowym stanie przedszkolnym, adekwatnym do pory roku - trochę smarcze, koszmarnie kaszle w nocy, jak mu spływa do gardła. 

Ponieważ jednak w niedzielę oprócz tego miał lekkie stany podgorączkowe i pokłdał się równo - w sumie przeleżał cały dzień - to go zawlokłam do medycyny. kto zna moje dziecko, ten wie, że trzeba naprawde solidnego osłabienia, żeby Pyton zległ, zamiast biegać i szaleć.

Pan dr zatwierdził moje leczenie, dołożył jeszcze jeden syropek i kazał przetrzymać gada w domu przez tyddzień - głównie w celu przerwania kontaktu z przedszkolną wylęgarnią wirusów. 

Wszystko pięknie, tylko akurat te tydzień miałam wyjątkowo "nadziewany" i było mi to cholernie nie na rękę. No ale trudno, jakoś sie udało.

Dziś dodatkowo mieliśmy w planie  (od jakichś trzech miesięcy, bo tak działa nasz "wspaniały" NFZ) umówioną wizytę u immunologa w Centrum Zdrowia Dziecka. 

Immunolog dlatego, ze młodemu wyszły trochę dziwne wyniki, coś tam dość wysoko, co by sugerowało podłoże alergiczne, gdyby coś innego tez było wysoko, ale nie jest. Do tego częste (w tej chwili codzienne) bóle brzuszka. M już polegliśmy przy szukaniu zależności, niech sie lekarze męczą.

W CZD nawet nie tak tragicznie, w sumie czekaliśmy krócej, niż sie spodziewałam. Jeszcze tylko potem laboratorium - pani dr uznała, ze należy sprawedzić, czy te wyniki nie są takie dzikie, bo coś sknocili przy oznaczaniu, kolejka do zapisu do gastrologa - i do domu.

Od razu pochwalę dziecia - bał się, ale był bardzo dzielny, nie wrzeszczał, nie uciekał, podał ładnie łapkę.  Niewątpliwie na dzielność wpłynęła propozycja porównania ilości utoczonej krwi u niego i u mojego taty - tacie ostatnio pobrali AŻ 9 probówek, wiec młody miał za zadanie zliczenie, ile wezmą od niego, policzenie różnicy - i cieszenie sie, ze od niego mniej.

Za to jak wychodziliśmy z budynku to młody aż otworzył dziób ze zdumienia. Tuż przed naszymi nosami stał sobie wóz transmisyjny TVN. Nie wiem, po co, mało mnie to interesuje - panowie akurat na coś czekali i sie nieco nudzili, wiec jak zobaczyli, żę młody tam stoi i sie przygląda z otwartymi oczkami, to zademonstrowali pełnię możliwości sprzętu. 

Piotrek obejrzał starannie kilometry kabli, zapasy herbatki,  dziesiątki ekranów, pstryczków, przełączników i czort wie, czego jeszcze, a potem - i to było clou programu - sam podniósł przy pomocy pilota antenę satelitarną umieszczoną na dachu pojazdu!

Oczywiście przy takich atrakcjach pobieranie krwi odeszło w niepamięć...

sobota, 10 grudnia 2011

Dzisiaj rano zaspaliśmy potężnie. 

Niestety nie wszyscy, Piotrek sie obudził sporo przed nami.

Ubrał sie, zjadł śniadanie i zaczął sie nudzić. W końcu przyszedł zapytać, czy może pooglądać "było sobie życie". 

Może, może wszystko, tylko niech da mi jeszcze chwile pospać.

Niedługo potem Skorupiak przechodząc obok salonu zastygł niby żona Lota. 

- Ty, on sobie sam włączył laptopa i odpalił film!!!! 

- No i co z tego, przeciez mu pozwoliłam?

- ALE JAK ON OBSZEDŁ HASŁO?!?!?!?!?!?

- Wcale, sklerotku. Jak instalowałeś system, to sam stworzyłeś konto "Gość". Bez hasła.

Skorupiak odetchnął z ulgą, zę nie będzie musiał w trybie nagłym podnosić poziomu zabezpieczeń. Ale jeszcze przez jakiś czas oczka miał jakby błędne i lekko przerażone.....

 

W sumie nie wiem, czego on chce. Od dawna namawiał mnie, zeby zacząć Pytona uczyć korzystania  komputera. No to teraz się dzieć uczy sam, a ten znowu ma jakieś ale....

środa, 07 grudnia 2011

Ostatnio Pyton zrobił kolejny duży krok jesli chodzi o samoobsługę.  

Od dość dawna już sam sie ubiera i szykuje sobie ubranka (czasem tylko jest prośba o pomoc, jesli nie ma w szufladzie żadnych rajstop - bo wiszą po praniu w łazience, za wysoko dla niego). 

Sam potrafi przygotować i posprzątac po śniadaniu / kolacji.

Piętą achillesową była kwestia słania łóżka.

Przez jakiś czas robliśmy to wspólnie, bo rozumiem, ze duża kołdra i tej samej wielkości koc moga być trochę zbyt skomplikowane w obsłudze. Ale w końcu stwierdziłam, ze dosyć tego dobrego, pora przygotować potomka do słania bez pomocy. 

Pokazałam, jak można sobie poradzić łatwiej z wielkogabarytowymi fragmentami pościeli. 

Było trochę wrzasku, bo nie chciał sie dac przekonać, ze potrafi. 

Odpowiednio podpuściłam, wykorzystałam dzień, kiedy miał świetny nastrój na pomaganie i robienie niespodzianek - jaki był dumnyy z siebie, jak przyszłam do pokoju pomagać  i wytrzeszczyłam teatralnie oczy ze zdumienia :). I jaki szczęśliwy, jak usłyszał, ze jestem z niego dumna że wiedziałam, ze sobie poradzi - tylko musiał przekonać o tym sam siebie, bo ja znam mojego synka i nie stawiam przed nim zadań przekraczających jego mozliwości. 

Teraz już właściwie ściele sam i nie ma z tym problemu - ale pyszczek mu sie śmieje, jak przechodząc pokazuję mu gestem "dobra robota!". 

I to jest właśnie to. Zamiast krzyczeć, nakazywać - przekonać, że da radę, uwierzyć i zacząć w momencie, kiedy delikwent ma rozpęd do działania. Dzieci takich momentów mają wiele, dopiero później sami uczymy je, że nie warto, bo kazdy dobry uczynek, każde pożyteczne działanie, każda inicjatywa musi być stłamszona i ukarana. I w ogóle lepiej sie nie wychylać. 

Korzystajmy z tych chwil, to naprawde ułatwia wychowywanie takiego łebka. Zamiast tłumić jego chęci - wykorzystajmy je. Powiedzenie mu - synek, dzielny facet z ciebie, pracuś kochany, dobra robota , stary - nie kosztuje wiele. 

A dla dziecka warte jest każdego wysiłku.

Zaczęłam odchudzanie. 

Jeden z posiłków parę dni temu to była kanapka rozgrzewająca - z czosnkiem, pieprzem i czymś tam jeszcze.

Małż dziś poprosił o podanie składu, bo ma ochotę sobie zrobić - zdaje sie, ze go zaczyna brać jakieś choróbsko, więc tak profilaktycznie.

Młody usłyszał, ale niezbyt dokładnie:

- Mama, a czemu ta kanapka jest rozgniewająca? Ona sie gniewa na kogoś?

 

I Skorupiak na kolację będzie jadł wkurzoną kanapkę.

- mamo, opowiesz mi o twiom wyciskaniu pryszcza? - zapytał dziś potomek.

- o czym?????? - wytrzeszczyła błękitne oczęta matka.

- no, jak ci wyciskali tego pryszcza - tłumaczy dziecko.

Rany julek, jaki pryszcz, nic nie opowiadałam młodemu o żadnym wyciskaniu, zresztą co za temat w ogóle.

W pewnym momencie mnie olśniło.

- Pyton, czy tobie nie chodzi przypadkiem o to, jak mi wycinano wyrostek?

- o tak, o to mi chodziło!!! - ucieszył sie dzieć. 

 

W sumie co za różnica....

wtorek, 06 grudnia 2011

Dostałam dziś w prezencie mikołajkowym od Skorupiaka - ananasa. 

Pyton się zainteresował, ucieszył. 

A tata sie przekomarza - nie, to nie ananas, to daktyl. ( z tymi daktylami to taki nasz rodzinny dowcip, ale to juz inna historia).

- Nie znasz sie tato, ananas!!! - oburzył sie Pyton.

- Widać, że tata na biologii to spał - palnęła mama.

- Wcale nie spałem - zdenerwował sie tata.

- Fakt, po prostu cię tam nie było. Urywałeś sie z biologii - wytknęła mama.

- A ja nie wiem, co to znaczy biologia - zmartwił sie synek.

- Ale co to znaczy "urywać sie " to wiesz? - zainteresował się tata.

- Oczywiście. to znaczy uciec skądś - wykazał sie wiedzą potomek.

 

To znaczy, że jest juz przygotowany do szkoły. Najważniejsze pojęcie zna.

poniedziałek, 05 grudnia 2011

... pod futrem.

Na dworze leje. Rano wyjrzał na dwór gdy odprowadzalam Pytona do przedszkola, posiedział przez czas mojej nieobecności pod samochodem i z miauczeniem wrócił galopem do domu.

Teraz mu się znudziło. rozdarł sie znowu, więc wypuściłam na balkon, niech się sam przekona, że pogoda sie nie poprawiła. 

A ten sie pokręcił, pokręcił - i zeskoczył na dół, wyruszając na wycieczkę.

W sumie, co ja sie przejmuję. Jego futro, nie moje.

sobota, 03 grudnia 2011

... dziecko własne oczywiście.

Z niewiadomych przyczyn od paru dni zamiast mówić normalnie co jakiś czas jołczy, miauczy i marudzi. 

Zamiast powiedzieć "mama, możesz podac mi czapkę?" jest "pewnie nikt mi nie poda nic z szafki...". Zamiast "tato, nalej mi picie, proszę" - "nie mam nic do picia...". Takim jękliwym głosem, który we mnie ntychmiast budzi agresję.

Już nie wiem, ile razy mówiłam mu, że mnie to tylko wkurza,  podpowiadałam zdania - zamienniki, tłumaczyłam... Nic.

Dziś Skorupiak zabrał sie za porządki przedświąteczne, a konkretnie za jeden kawałek robót technicznych, o który juz nawet przestałam go męczyć, bo straciłam nadzieję, że zrobi to kiedykolwiek.

Młody zasuwał dzielnie jako pomocnik murarza, przynosił, pomagał przytrzymywał - niezmiernie był dumny z siebie.

Po czym przy kolacji - znowu to samo.

Szlag mnie już trafił, po pierwszym ostrzeżeniu wyrzuciłam go z kuchni, bo inaczej chyba bym mu przylała, tak sie wściekłam. Może na zewnątrz tego nie było tak widać - nie wrzeszczałam (tylko syczałam), nie zakazałam mu wszystkiego i na wieczność, nie zwyzywałam - po prostu nie robię tego z definicji, tak mam bardzo głęboko zakodowane. 

Ale moją wściekłość bylo widać, młody poszedł do siebie jęcząc dalej, że on nie umie posłać łóżka. 

Umie, od jakiegoś czasu ściele sam i rano i wieczorem, więc proszę nie ściemniać.

Usłyszał, że jego sprawa, jak będzie spał.

W końcu zapakował się pod kołdrę, przytuliłam poczytaliśmy sobie o Drodze Mlecznej - i był wreszcie z głowy na dziś.

A ja jestem niezmiernie dumna, bo jednak mu nie wlałam. Mimo, że byłam tego bliska, jak chyba nigdy wcześniej.

piątek, 02 grudnia 2011

Rozmawiamy z Pytonem o rycerstwie, grunwaldzie i takich tam. Wszytko przez mojego brata, on sie w to bawi i młody postanowił pójść w ślady swego chrzestnego. Zamierza byc rycerzem i walczyć pod Grunwaldem.

Opowiadam u o inscenizacjach, o tym, że taka bitwa była naprawdę i teraz jest to odtwarzanie czegoś, co sie wydarzyło 600 lat temu.

W tym momencie dzieć zapytał:

- 600? To tyle, ile ma Duży? (czyli mój tata).

- Nie synu. Duży ma 60, a nie 600... - wyjaśniła zbolałym głosem matka, dusząc sie lekko ze śmiechu.

Jak wszyscy wiedzą, święta blisko. Co przekłada się między innymi na konieczność znalezienia prezentów. 

W okolicy mam kilka osób mało skomplikowanych pod tym wzgledem, i paru osobników delikatnie mówiąc trudnych. 

Do tej ostatniej grupy zalicza się mój mąż. 

Mam na niego parę pomysłów, ale z różnych przyczyn nie wiem, jak będzie z realizacją. 

Dziś przy okazji tygodniowych zakupów znalazłam krawat. Całkiem ładny, u niego w szafie jest deficyt na tym polu - będzie w sam raz.

Przytaszczylam wszystkie zakupy, wyszła tego jakaś obłędna ilość siatek. Rozpakowałam część, potem popędziłam do przedszkola po Pytona. 

I zapomniałam rozpakować ostatnią.

Nagle słyszę chichot Skorupiaka.

Okazało sie, że zabrał sie za rozpakowywanie torby. 

W której oczywiście był ten nieszczęsny krawat....

Pochwalił, że ładny i obiecał zapomnieć do Świąt.