O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

piątek, 31 grudnia 2010

co prawda świętowanie sylwka jako takiego mam w głębokim poważaniu - czyli nigdzie się nie wybieram, a jak będę miala dość, to pójde spać, gwiżdżąc na to, czy północ już była, czy nie.

Ale nie widzę żadnego powodu, dla którego nie miałabym zrobić jednej z naszych ulubionych sałatek - brzoskwinia, kurczak, ryż z curry.

I do tego jeszcze ciasto, pieszczotliwie zwane jabolem. Rewelacja, zwłaszcza dla różnych ofiar diety.

Biorę dużo jabłek (nie wiem ile, zawsze robię na oko. W przepisie orginalnym było około 8 dużych antonówek, tak dla porównania. ja biorę więcej). kroję je w kostkę, wrzucam w tę siekankę dwie (lub więcej, jak poleci) szklanki posiekanych orzechów, szklankę rodzynek, skórki pomarańczowej - ile mam. Ponieważ nie mialam, wiec wczoraj zarządziłam pomarańczową wyżerkę, skórki wrzucilam do garnka i już mam. Do tego oficjalnie jedna szklanka cukru, faktycznie cukru wrzucam znacznie mniej, bo jak robię sama skórkę, to ona jest w mocno słodkiej zalewie - po prostu ją wlewam i już. Dwie szklanki mąki, dwa jajka, cukier wanilinowy, 1 łyżeczka proszku do pieczenia i 1 łyżeczka sody.

Z tego wszystkiego robię bełta, zostawiam na godzinkę, żeby się przegryzło, wykładam blachę papierem (bo mi się nie chce bawić w smarowanie i sypanie bułką), I do pieca na jakąś godzinę - półtorej (tego też nie pamiętam, sprawdzam w trakcie. Jak się przypali, to znaczy, że trzeba było wyjąć wcześniej.)

Rzecz jest przepyszna, nie zawiera tłuszczu, wiec osoby dbające o linię mogą udawać, że zapomniały o obecności cukru i delektować się jabłkiem.....

Do tego kubek grzańca z pomarańczami - i mogę uznać, że to jest właściwy sposób uczczenia końca starego roku. Niech idzie w cholerę i nigdy więcej nie wraca.

 

Panowie znaleźli sobie nową rozrywkę.

 

Ponieważ Piotrek coraz lepiej radzi sobie w różne gry, Skorupiak zaproponowal mu szachy.

Mały nie widział, żębyśmy w to kiedykolwiek grali - ja nie gram, jak mój brat był mały, to tłukł wszystkich w okolicy i sie zniechęciliśmy - potem już nie grałam.

Teraz  - pierwsza gra, Małż tłumaczy Piotrkowi jak która figura sie porusza, mały kombinuje, gdzie co przestawić.

I nagle słyszę ryk małżonka:

- No nie, jak on mnie w pierwszej grze ogra, to ja wymiękam.

Ograł.

(Małż może nie jest mistrzem, w te klocki, ale coś niecoś umie. Zaaferowany tłumaczeniem zapomniał, ze trzeba pilnować gospodarstwa...)

I co teraz? zapisałabym go do kółka szachowego, ale sie boję, że będa chcieli mi z niego zrobić zawodowca....

Niezły sposób na sylwestrową noc. Oni będą grać, a ja pójdę spać.

Wstaliśmy dziś późno, leniwie. Umyłam głowę, zawinęłam włosy w ręcznik i poszłam na śniadanie z chłopakami. Zjadłam i uznałam, ze jednak mi zimno w czaszkę, więc porzucę panów i pójdę wysuszyć pierze.

Piotrek stwierdził, że idzie ze mną do pokoju. Próbowałam go przekonać, zeby zostal z tatą i dotrzymał mu towarzystwa, zwłaszcza, że ja będe hałasować suszarką, wiec i tak nie pogadamy. Na co mały stwierdził:

- Ale ja będę patrzył, czy dobrze suszysz włosy.

Parsknęłiśmy śmiechem, a synek dołożył:

- Możesz to wpisać na bloga!

Co też niniejszym czynię.

czwartek, 30 grudnia 2010

tyle właśnie lat minęło od czasu, gdy zaczęłam dawać w kość otoczeniu. Wejście miałam mocne i tak zostało.

A dziś mam kiepski nastrój - nie mam ochoty na urodziny, a tu telefony z zyczeniami - bardzo miłe i to z jednej strony podnosi na duchu, że ktoś o mnie pamięta. Z drugiej - nie chce pamiętać dziś o urodzinach, paskudne święta, koszmarny rok - chce to wszystko po prostu mieć za sobą....

wtorek, 28 grudnia 2010

Młody mnie zagiął po raz kolejny.

Nadal zajmujemy sie globusem i mapą, ze szczegółnym uwzględnieniem Europy. Opowiadam mu  o różnych krewnych rozsianych po świecie i wspominam o jednej z sióstr mojego dziadka, która jest zakonnicą.

Padło nieuniknione pytanie:

- Mamo, a kto to jest zakonnica?

Zaczęłam się motać trochę, bo pytanie mnie zaskoczyło - w końcu nie tak łatwo wymyślić dobrą definicję na poziomie czterolatka. W końcu jakoś staram sie wybrnąć:

- Wiesz Piotrusiu to taka pani, która postanowiła nie mieć własnych dzieci ani męża, bo najbardziej pokochała pana Jezusa.

- To bardzo niedobrze zrobiła - podsumowało moje dziecko.

Zaniemówiłam....

 

Jako sie rzekło w tytule tej notki, pies mi lewituje.

Im zimniej - tym częściej.

Agra jest zwierzakiem niskozawieszonym - taki, powiedzmy coś pokroju jakby (bardzo "jakby") wyżełek, ale gabarytów niewiele ponad jamnija, z ogonkiem z lekka zawiniętym i z pędzelkiem na końcu.

Jak troszke popada śnieg, to z psa widać tylko czubek nosa.

Do tego pies jest krótkowłosy, więc szybko marznie brzuszek i cała reszta.

Na każdym spacerze powtarza sie to samo. Po krótkiej chwili psica podnosi jedną łapke, potem drugą, trzecią... zaraz, przy trzeciej już leci na dziób, ale bardzo sie stara podnieść i czwartą - ta cholerna sól szczypie w zmarznięte łapki i całość jest bardzo nieprzyjemna.

Pies robi minę w stylu "na rączki, na rączki" - czego normalnie nie znosi.

Ciekawe jest tylko to, że wystarczy psu rzucić pigułę śnieżną, żeby zapomniała, że łapki bolą.

Jak znudzi sie szukaniem  rzutki, to znowu lewituje...

poniedziałek, 27 grudnia 2010

Piotrek po powrocie z przedszkola zarządził, co mamy robić.

Najpierw zagraliśmy w Masterminda.  Pokazywaliśmy mu jakiś czas temu, jak sie w to gra, ale wtedy kiepsko szło, bo od razu pokazywał, jaką kombinację ustawił.

Dziś poprosił sam, wytłumaczył, o jaką grę chodzi, bo nie pamiętał nazwy, a potem rozegraliśmy sobie ze trzy partyjki. Jeszcze trudno mu zapamiętać, że nie podpowiada sie osobie zgadującej, ale coraz lepiej idzie - to znaczy, podpowiada dopiero po chwili, a nie od razu  :)

Jak mu się znudziło, to przerzucił się na domino i stłukł mnie dokładnie. Nie jest łatwo przegrać w domino, ale starałam sie bardzo, żeby wyniki rozkładały sie mniej wiecej po równo - nie zamierzam mu umożliwiać stalego wygrywania, przegrywać też musi sie nauczyć. Ale też nie ma sensu, żeby stałe obrywał, bo sie zniechęci.

Fajnie, powoli wchodzimy w etap planszówek, bedzie można z nim grać bez konieczności biegania za nim po mieszkaniu i udawania pociągu....

niedziela, 26 grudnia 2010

Skoro są święta, to i choinka.

Nigdy nie mieliśmy przekonania do tradycyjnych szklanych bombek, jak już były, to tylko malutkie - te wielkie wydawały nam się strasznie kiczowate. A jak pojawił się Piotrek, to szklane całkowicie zniknęły - żeby się gadzina nie pokaleczyła.

Najpierw były ozdoby słomkowe. Potem gdzieś udało mi się dopaść łańcuch z sizalowych wiewiórek i jakiegoś jeżyka z patyczków i  wiórków drewnianych. Potem dorobiłam do tego łańcuch z szyszek - zwykły sznurek i różnej wielkości szyszki, najprostszy na świecie. W sklepach zaczęły się pojawiać różne ptaszyska  robione podobnie jak mój jeżyk.

W rezultacie mamy kilka sów, dwa jeże, wiewiórki i porcję ptaszorów bliżej nieokreślonych. Z tymi ostatnimi jest o tyle kłopot, że w tym roku jakieś paskudztwo (roztocza?) zeżarło im ogonki z piórek. Ozdoby choinkowe poza sezonem mieszkają w piwnicy, a w tym roku nam ją zalało i mogło się zalęgnąć jakieś świństwo...

W rezultacie część ptaszków nie nadaje się do niczego, a część wygląda, jakby uciekły z łap Czorta - czyli bez ogonków.

Ale i tak uważam, że nasza choinka jest fajna - ma swój charakter, u nikogo takiej nie widziałam. Przyrodnicza, bym powiedziała:

 

jeżyk mniejszy

 sowa szara

 jeżyk większy 

mała sowa w kropki 

 No, nareszcie udało mi się pozmniejszać zdjęcia do właściwych rozmiarów....

Piotrek dostał w prezencie globus.

Oczywiście nie tylko to, ale akurat dziś wieczorem istotny był właśnie globus.

Pietruszek po kąpieli wyciągnął prezent, usadowił się koło mnie i zaczęłiśmy ogladać. Kontynenty, oceany. Co chwila pytania o konkretne kropki na mapie - co tu jest. Ja wskazywałam kolejne kropki - tu mieszkają twoi kuzyni, Ola i Jeremi, tutaj ich i twoja ciocia, tu - Julka, Dominik i Adaś, tutaj kolejna kuzynka.... I tak po całym świecie. Ustaliliśmy że mapę Europy obejrzymy kiedy indziej, bo tam też w wielu miejscach różne pociotki mieszkają, a na globusie nie widać - nie ta skala.

Jeszcze Piotrek przepytał, gdzie statek pana Shackletona wmarzł w lód - pokazałam mu, przy okazji pogadaliśmy sobie o urokach Hornu, żółwiach na Galapagos, Nilu, piramidach w Egipcie, podbojach Imperium Brytyjskiego i Morzu Sargassowym.

Ciekawość i chłonność takich maluchów nieodmiennie mnie zachwyca. W tej chwili on tę wiedze połyka - a przecież nie faszeruję go na siłę w celu przerobienia na geniuszka. On pyta to odpowiadam i tyle. Za parę lat w szkole prawdopodobnie byłoby to już nudne wkuwanie - nie mam zbyt wielu złudzeń, jeśli chodzi o nasze szkolnictwo. A tak, mały sam nie będzie wiedział, kiedy i skąd, ale będzie miał ogólen pojęcie o tym, co jest gdzie na kuli ziemskiej, bedzie umiał korzystać z mapy (zwłaszcza, że na wszystkie wyjazdy zawsze bierzemy, więc są okazje, zęby wykorzystać tę wiedzę - nie jest to szkolne kucie na zaliczenie), będzie rozumiał co to jest skala, po co są te poziome i pionowe kreski na mapie i nie będzie ich szukał na gruncie...

Tak sobie pomyślałam, ze zawsze wydawało mi się, ze szkoła domowa to coś, do czego ja  bym sie nie nadawała. A widzę, że właściwie to właśnie robię. Oczywiście nie wszystko - jestem za mało systematyczna i konsekwentna (innymi słowy - za leniwa), żeby wziąć na siebie taką dpowiedzialność. Ale tak naprawdę może sie okazać, zę sporo z programu nauczania szkoły podstawowej ja z nim zrobiłam zupełnie przypadkiem rozmawiając  o tym, co się dzieje wokół, odpowiadając na ptania, pozwalając mu rozwijać zainteresowania.

Ciekawa jestem bardzo, jaki człowiek wyrośnie z mojej malej Pietruszki. Zapowiada sie, ze będzie ciekawy, inteligentny, otwarty, życzliwy ludziom, mający wszędzie przyjaciół i uśmiechnięty. Oby...

Piotrek sie ubiera. Chwilę temu zadzwonili moi rodzice z pytanie, czy nie zabrać Piotrka gdzieś, zeby się mógł wyszaleć.

Przekazuję pytanie synkowi, proponując różne opcje - takie, żeby się mógł wybiegać. Ostatnio szaleje po domu i tylko patrzeć, kiedy nie wyhamuje i rozkwasi dziób na ścianie.

Odpowiedź mnie zaskoczyła:

- Nie chcę nigdzie jechać, zostanę w domu, Mój napędnik do biegania jest osłabiony i musi odpocząć.

Ciekawe, czemu tego nie widać....

sobota, 25 grudnia 2010

jednym z absolutnie obowiązkowych punktów świątecznego menu jest kisiel z czarnej porzeczki. Taki rzadki, do picia.

Ponieważ wczoraj byliśmy u moich rodziców, za produkcję zabrałam się dzisiaj. Niezbyt to skomplikowane, zwlaszcza że porzeczki przetarlam i zamrozilam już z tydzień temu, zeby się teraz w to nie babrać.

Postawila kocioł wody na gazie - najwiekszy, jaki mamy, a i tak będzie za mały, kisiel jakoś dziwnie paruje chyba. Po czym dokonałam przykrego odkrycia - w domu nie ma ani grama cukru. W sumie nie używam zbyt często, i przegapilam. Do kiślu wrzucam niedużo - 4 łyżki na 5 litrowy garnek, ale trochę trzeba jednak. A to nic....

Zadzwoniłam do mamy powściekać się na własny brak rozeznania w mojej osobistej kuchni poklęłam trochę w słuchawkę i stwierdziłam, zę może jutro jakoś wpadnę   i wysępię ten cukier.  W końcu jak zrobię kisiel w niedzielę, to też tragedii nie będzie.

skończyłyśmy gadać, zajęłam sie czym innym, a tu po chwili telefon. Tata dzwoni i pyta, czy przywieźć mi  kilogram cukru....

Rozkleilam sie, prawde mówiąc. w końcu nie było to nam niebędne, to nie był antybiotyk dla dziecka. Poczułam sie zaopiekowana jak małe dziecko, które może wleźć tacie na kolana z przeświadczeniem, że nic sie nie stanie, bo tata zawsze obroni.

Dzięki tato, było mi to bardzo potrzebne. Nie cukier, ale właśnie troska i ciepło. Wiesz, dlaczego....

A teraz popijam sobie pyszny kisielek i sie oblizuję :)

 

Piewszy dzień świąt. Można pospać dłużej. Przynajmniej w teorii....

Chwilę przed szóstą słychać tupanie Piotrka. Po chwili do tupania dołącza głosik:

- Mama, miałem zły sen.

- Wskakuj do nas.

Dobra, mały zapatulony, przytulony - może zaśnie.

Gdzie tam, po 15 sekundach słychac znowu:

- Mama, nudzę się.

- To spróbuj zasnąć, nie będzisz sie nudził.

- Ale ja się już wyspałem. Czy mogę pooglądać Minimini?

Kurczę bladę, ja usiłuje spać, a ten mi minimini będzie puszczał nad głową. Nie ma mowy.

Młody znowu zaczyna coś gadać, w końcu mu proponuję:

- Piotrek, jak sie nudzisz, to idź do siebie do pokoju, możesz sie tam pobawić, byle w łóżku. dostałeś prezenty, zajmij sie czymś i daj rodzicom pospać.

Małż zaczyna się wkurzać. Piotrek poszedł do siebie, ale zapalił górną lampę, zamiast małej przy łóżku więc cały korytarz oświetlony, a i u nas też ciemno nie jest.

Skorupiak nie wytrzymał, polazł interweniować. Ja tylko zasugerowałam, żeby dał małemu skarpetki, bo i tak będzie co chwila wyłaził. Wszystko pięknie, tylko do mojego męża przez ponad cztery lata jeszcze nie dotarło, zę Piotrek ma charakterek po mnie, czyli można bardzo dużo załatwić prośbą, a rozkazem i groźbą - jakoś nie za wiele. Mało dążące do zera.

Poszedł, kazał włożyć skarpetki, na co mały oczywiście zaprotestował. Zaczęli się kłócić, w końcu nie wytrzymałam i poszłam. Jednego musiałam zagonić z salonu do jego własnego łóżka, drugiemu zasugerowałam, zeby wyszedł z pokoju Piotrka i sie nie wcinał, jeśli to ma polegac na wrzeszczeniu na nas... Z małym sie udało. Większy sie obraził i poszedł na spacer z psem.

Jasna cholera, dzięki za takie święta, panowie. I bez tego jest smutno, a teraz załatwiliście to już na cacy.

środa, 22 grudnia 2010

Czuję sie parszywie. od rana głowa mnie boli, zmiana ciśnienia, czy co?

Młody po powrocie z przedszkola jak zwykle, szaleje. Ale kochany facecik, wytłumaczyłam mu, że nie nadaję sie dziś do rzeczy wielkich i proszę, żeby nie hałasował i w miarę możliwości zajął sie sam sobą. Piotruś pokiwał łepkiem, stwierdził "nie ma sprawy".

Po jakimś czasie zapytał, czy możemy ponawlekać koraliki. Czemu nie, zajmie sie czymś, działalność nie produkująca zbędnych decybeli ( w przeciwieństwie do zabawy piłeczką z psem albo jeżdżenia niektórymi pojazdami...).

Nawlekamy sobie, fjnie jest, ale nagle widze, ze moje dziecko zaczyna coś dziwnie gmerać paluchem w okolicach nosa.

- Piotrek, czy ty tam sobie przypadkie czegoś nie włożyłeś?

- Tak, koralik... 

Jasny gwint.

Zabronilam gmerania, kazałam wydmuchać solidnie nos w chusteczkę, sama aczęłam szukać już wąskiej pęsety i latarki (na wypadek, gdyby to coś było w zasięgu). I liczyłam się już z jazdą na pogotowie....

Na szczęście wysmarkał co trzeba. Nieduży ciemnoniebieski obsmarkany  turkus dla mnie był wart tyle co  - przynajmniej - tej wielkości diament najczystszej wody.

Odbyliśmy jeszcze pogawędkę na temat co sie może stać dalej z takim koralikiem wepchniętym do nosa i jakie mogą byc tego konsekwencje - w najgorszym wypadku szpital i opeacyjne wyciąganie tego z płuc. Mam nadzieję, że dotarło, co trzeba, bo facet jest ogólnie inteligentny i jednak szybko chwyta.

Oby już nie powtarzał takich numerów.

Pytanie, co wymyśli zamiast tego...

poniedziałek, 20 grudnia 2010

Ranek. Małż w wannie ja poszłam budzić Pietruszka.

Telefon. Na mężowską komórkę zresztą. Okazuje się, ze to mój tata. Pomylił numery, miał zadzwonić do domu, ale z listy ostatnich połączeń wybrał nie to co trzeba. Prosi o przekazanie mamie informacji.

Od tej informacji prawie dostaliśmy czkawki ze śmiechu.

Otóż rodziciel szanowny dzisiaj ma w pracy jubel okołoświąteczny. Duży, Najwyższy Z Prezesów specjalnie przrywa urlop, żeby przybyć. Teatr, bankiecik, te klimaty.

A tatusiowi  z rozpędu sie zabrało sprzęt dodatkowy - zapomniał rano wyjąć z kieszeni płaszcza.

Kupozbierak psi.

W sam raz do teatru i na bankiet.

piątek, 17 grudnia 2010

Jest zimno - wszyscy wiedzą.

Moja mama (podobnie zresztą jak ja) jest zmarzlakiem. Siedzi w domu  przyodziana wytwornie w ciepły sweter, welurową, ciepłą spódnicę, i na to jeszcze nadziała polarek. Prześliczny zresztą, taki w jesiennych liściastych szarościo-zielenio-brązach, ale nie o to chodzi.

Piotrek dziś nocuje u nich. Zawieźliśmy młodego człowieka z całym nabojem różności.

Cały szcześliwy biega po domu. Wypatrzył koraliki, które sam zrobil dla Mi kilka tygodni temu.

Kazał włożyć. Polecenie zostało wykonane. Pasuje to do stroju rodzicielki jak kwiatek do kożucha.

A młody popatrzył okiem znawcy na moją mamę - jakby nie było, panią nie pierwszej juz młodości (nie napiszę starszą, bo młodość to charakter, a nie metryka), nie za wysoką, lekko okrągłą, pozawijaną w te wszystkie warstwy i ze srebrną czuprynką typu piorun w szczypiorek i podsumował:

- Mi, wyglądasz ślicznie. Jak baletnica.

Nic dodać, nic ująć.

środa, 15 grudnia 2010

Moje chlopaki są nieszczęśliwe.

Zaczęło sie od większego. Wracając po odstawieniu Pietruszka do przedszkola wyłożył sie na schodach i wyrżnął kością ogonową. Jak wiadomo, takie coś boli jak diabli, a trudno z tym cokolwiek zrobić, bo przecież tyłka w gips nie wsadzi nawet, jęśli kość ogonowa złamana. metoda Piotrusiowa - pocałować, gdzie boli - jakoś mnie nie bawi....

Kiedyś widziałam jakiś stary film z Audrey Hepburn, gdzie ktoś usiadł mając w tylnych kieszeniach spodni kieliszki do szampana.

Potem sporo czasu spędzał w hamaku z wyciętą dziurą. Przydałoby sie coś takiego... Z braku powyższego nieszczęśliwy skorupiak przesiaduje na sedesie. Tam też jest dziura.

Mniejszy zakończył dzień wielkim wrzaskiem, ale tu wredna matka nieprzejawiła ani odrobuiny współczucia.
Otóż zaproponowaliśmy Piotrkowi kolacje w porze, iedy on sie gapil w telewizor. Został uprzedzony, żę kolacja jest teraz, albo wcale, i jęśli nie przyjdzie, to potem idzie spać głodny. Powiedział, ze nie chce jeść i możę iść spać bez kolacji. upewniłam sie jeszcze, czy jest pewien tego, co mówi, bo nie będzie zmiłuj, jak sie rozmyśli za godzinę. Potwierdził.

OK, jego prawo, zjedliśmy sobie miło we dwójkę. Po jakimś czasie młody usłyszał, ze ma tuptać po piamkę i do łazienki - i sie zaczęło.... Wrzask, ryk, branie na litość... "Mój brzuszek jest pusty", "Mój brzuszek jest głodny" i inne takie rozpaczliwe apele nie robiły na mnie żadnego wrażenia. przytuliłam, pogłaskałam i spokojnie przypommniałam ustalenia. Oczywiście próbował wymusić, ale standardowe pytanie załatwia sprawę błyskawicznie. (jakby ktoś nie pamiętał: "czy ty kiedykolwiek wymusiłeś na mnie coś wrzaskiem?"). W końcu młody dał spokój, dostał tylko trochę mleka do picia i tyle, po czym poszedł do łazienki.

Potem jeszcze przeczytaliśmy sobie dwa pierwsze rozdziały trzeciej części Opowieści Narnijskich", kolanka, całusek i z głowy.

Kolejny raz przekonał się, że jak sie nie chce ruszyć  na kolację, to sie idzie spać na głodniaka. I że jak zapowiem jakieś konsekwencje, to one będą.

Następnym razem sie zastanowi...

wtorek, 14 grudnia 2010

Szykujemy sie do wyjścia do przedszkola.

Mówię, że jeszcze coś muszę zrobić (nie pamiętam, co), a młody dokłada:

- Tak, jeszcze makijaż. - To zdecydowanie nie było to, o czym mówiłam, wiec sie upewniam:

- słucham?

- Jeszcze makijaż powinnaś zrobić.

- Aha. A możesz mi powiedzieć, po co?

- Żeby ładnie wyglądać - odparło moje dziecko.

- Czy ty chcesz powiedzieć, synu najdroższy, że bez makijażu wyglądam brzydko? - złowieszczo zapytała matka.

Zapadła cisza. Na paszczy malował się wyraz skupienia, cisza sie przeciągała.....

- Nie! - wrzasnął w końcu syn.

Kariera w dyplomacji pewna.

 

Jak już wczesniej pisałam, rodzice dokarmiają ptaszory. I małe (drobnica sikorkowa i nie tylko) i duże (gawrony). Przylatuje tego mnóstwo.

Są indywidualności.

Kulawa kawka na przykład. Ściśle rzecz biorąc, nie kulawa, nogi ma w porządku, ale coś nie tak ze skrzydłem. Nie może normalnie latać, podlatuje troszkę tylko.

Wydawałoby się, że taki ptak jest skazany na zagładę - zimno, inni szybciej dolecą do jedzenia. Koty i inne takie też chodzą po ziemi nie tylko po to, żeby ozdabiać świat.

Ale kawka ma uszkodzone skrzudło, a nie mózg. I z mózgu robi znakomity użytek.

W przeciwieństwie do innych gawronów i kawek, ona nie czeka, aż dostanie śniadanie.

Wycwaniła się bardzo, u rodziców po prostu siada przed drzwiami balkonowymi i domaga sie karmienia. Gwiżdżąc równo na to, że po drugiej stronie szyby jest wielka, czarna, kudłata psia morda. Oczywiście dostaje specjalną porcję - własny kawałek sadła.

Ostatnio odkryła nawet zapasy.- Mama kupuje dużą porcję sadła - ostatnio przytachałyśmy ponad 10 kg - i to wszystko nie może czekać na zjedzenie w temperaturze pokojowej, bo po pierwsze, pies sie dobierze a po drugie , ześmierdnie i przestanie sie nadawać dla ptaków. Więc paka stoi na mrozie, pod złożonymi w piramidkę i przykrytymi płachtą meblami  - stołem krzesłami i huśtawką.

Kawka włazi sobie tam spokojnie i żre.

Dzięki temu mama przestała mieć wyrzuty sumienia, jak musiała wyjść, zanim ptaszysko zameldowało sie po śniadanie - teraz wiadomo, ze jak nie dadzą, to sobie sama weźmie i tyle...

Mam nadzieję, że przetrwa zimę. Niech sie rozmnaża i przekazuje potomstwu umiejętność myślenia.

A tak w ogóle, to zawsze lubiłam kawki :)

poniedziałek, 13 grudnia 2010

Zadumałam sie ostatnio (prawie jak Stirlitz, spodobało mi się, więc zadumałam się jeszcze raz).

I z tego dumania poszło mi  - jak to u mnie - myślenie łańcuchowe. Od praw dziecka - szlachetna idea, nieprawdaż? Przez szkołę - gdzie od nauczycieli wymaga się coraz więcej, odbierając im jednocześnie kolejne narzędzia w postaci możliwości karania ucznia za niewłaściwe postępowanie. Dalej poszło po rodzicach, którzy (jak jedna moja ciotka) są uszczęśliwiani przez potomstwo informacją, że NIE MAJĄ PRAWA zaglądać dziecku do szuflad. I doszłam do szwedzkiego modelu, gdzie zdarza się, że dzieciaki jak chcą coś od rodziców wydębić, to ordynarnie szantażują, że nakablują na policji, że tatuś czy mamusia je uderzyło. Co wcale nie musiało być prawdą, ale i tak na początku rzeczony tauś czy mamusia zostaną zapuszkowani, a zanim sprawa się wyjaśni, to smrodu będzie tyle, że rodzic woli się ugiąć.

Generalnie wnioski były różne, między innymi taki, że mnóstwo się u nas ględzi o wszelakich prawach jednostki małej i dużej, ale jakoś nie słyszę zbyt wiele o obowiązkach tejże. W szkole widać to chyba najlepiej - uczeń ma prawo do poszanowania godności, wolności, takich tam różnych, ale o tym, że ma obowiązek się uczyć regularnie, odrabiać lekcje, słuchać nauczycieli, samemu szukać informacji i ogólnie MYŚLEĆ - to cisza. Że do uczniowskich obowiązków należy również szacunek dla innych ludzi, zachowanie powszechnie uznawane za kulturalne,  - mało, a nawet, jak się gdzieś przemknie, to bez żadnych sankcji za niewywiązanie się z powinności. Czyli  - jak w przypadku wielu przepisów w tym kraju prosta zachęta, żeby je olewać. Taki jeden z drugim może się radośnie wyszczerzyć i zadać treściwe - i słuszne z jego punktu widzenia pytanie - "i co mi zrobisz?"

W ogóle mamy tendencje do przedobrzania. Chcąc chronić te biedne, katowane przez psychopatycznych rodziców maleństwa twórcy takich dokumentów zapominają chyba, że każdy kij ma dwa końce. I że człowiek, któremu wszystko uchodzi na sucho pod hasłem "mam prawo" nie nauczy się, że życie ma swoje ograniczenia. I że nie wszystko mu wolno. Mimo, że ma ochotę, to na przykład nie ma prawa mi napluć na głowę z pierwszego piętra.  Taki łepek będzie widział tylko, że to ja bezczelnie ograniczam jego wolność. A nie zrozumie, że jego wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się moja. A że na tej planecie ludu jest sporo, to i miejsca na wolność każdego z nas nie za wiele....

I w ten sposób, chcąc pomóc robi się kolosalną krzywdę. Bo prędzej czy później taki osobnik trafi na przeciwnika, który będzie większy, silniejszy, lepiej ustawiony - i który spuści mu łomot w ramach nieograniczania własnej wolności. I będzie kolejna makabryczna sprawa gdzie młodzież polska jako uzasadnienie znęcania się nad kimś poda "bo chciałem zobaczyć, jak to jest".

Kwestia grzebania w szufladach - autentyczna. W szkole dziecku powiedziano, że rodzice nie mają prawa. I dobrze, zasadniczo się zgadzam z tym, że moje nastoletnie (w przyszłości)dziecko ma prawo do prywatności. Ale....

Jesli zacznę podejrzewać, że taki osobnik na przykład zaczął ćpać, albo że córka ma zaburzenia odżywiania i zamiast jeść chowa jedzenie po kątach a za to szprycuje się  środkami wymiotnymi - bez cienia wyrzutów sumienia sprawdzę co ma pochowane, i to dokładnie.

Zgadzam się, że dzieci nie należy bić, bo to uczy tylko, że rację ma silniejszy, poniża, i tak dalej. Ale równocześnie uważam, że są jednak sytuacje, kiedy tylko rozwiązanie siłowe ma sens. Przy mnie - i z moją pełną aprobatą - moja mama  szarpnęła Piotrkiem tak, że poleciał na ziemię. Brzmi tak, że pewnie niejeden "obrońca praw dziecka" zacznie  od razu pisać doniesienie do prokuratury, prawda? tylko najpierw proponuję doczytać do końca. To był jedyny sposób, żeby zatrzymać małego gada, który zwiał i za półtora metra znalazłby się na ruchliwej ulicy. Zamiast wylądować pod samochodem, wylądował nosem na glebie - ale na chodniku. Bezpieczny.

I czy ktoś mi powie, że miałam w tej sytuacji tłumaczyć dziecku, jak należy się zachowywać na ulicy? Tłumaczyłam wcześniej, tłumaczyłam później. I generalnie Piotrek teraz umie się odpowiednio zachowywać, nie wyrywa się, nie włazi pod samochód, wie do czego służy sygnalizacja świetlna. Ale wtedy  miał dwa lata i po prostu biegł nie słuchając.

Podobne przykłady można mnożyć, tylko mi się nie chce.

W sumie chodzi mi o to, że próbując chronić tych najsłabszych być może zrobiliśmy im straszną krzywdę. Bo dajemy im narzędzia szantażu, przekonanie, że "mnie się należy", "mam prawo".  A nie uczymy stawiania i respektowania granic.

A to się odbije czkawką  - jest to jedna z niewielu pewnych rzeczy. Powiedziałabym, że tak samo pewna, jak śmierć i podatki.

W związku z tym wszystkim - apel do szanownych rodaków.

LUDZIE, MYŚLCIE. TO NIE BOLI.

sobota, 11 grudnia 2010

 Poranny dialog małża z Piotrkiem. Piotrek siedzi u taty na kolanach, tata wtula nos w szyję synka.

- Tata, nie odgryzaj mi ucha!

- Piotrek, tata nie odgryza ci ucha, tylko chciał wtulić nos w twoją szyję, żeby go ogrzać, jesteś taki cieplutki - wtrąciłam się.

- No to może być, przyda mi się troche brudu - podsumował ojca ukochany syn...

 

wtorek, 07 grudnia 2010

Siedzę i sie trzęsę.

Miałam parę rzeczy, które chciałam opisać, ale większośc zamarzła mi razem  z szarymi komórkami. I wobec tego nie napiszę.

Ja poproszę wiosnę. Najlepiej od już.

piątek, 03 grudnia 2010

Szlag mnie dzisiaj trafił. Taki potężny.

Wróciłam złachana jalk pies z zakupów - zwykle robię tygodniowe w piątek przed południem, bo Piotrek wtedy jest w przedszkolu i nie plącze mi sie pod nogami. Najpierw jedziemy z mamą na sabat do teściowej h.c., a potem do sklepu.

Dzisiaj zaczęło się od tego, zę samochód nam nie odpalił. W sumie nie dziwię sie, jakbym stała bez ruchu dwa dni na takim mrozie, to też bym nie była wyrywna do jakiejkolwiek aktywności.

Ponieważ nie udało sie znaleźć żadnego sąsiada z kablami, trzeba było  ściągnąć taksę, żeby uruchomić. Pan przyjechał, zainkasował 30 zł, zrobił, co miał, jeszcze zaproponował sprawdzenie filtru paliwa, bo jemu to brzmi na tego typu kłopoty.

OK.

Odstawiłam Małżą do roboty - i tak było po drodze, a przez tę akcję był już nieco spóźniony, zwłaszcza, zw wcześniej dzielnie wymienił mi ramki pod tablice rejestracyjne, co może samo w sobie nie jet specjalnie trudne, ale przy takich temperaturach już jest na pewno niesympatyczne.

Na sabat było już za późno, więc zabrałam Mamę i pojechałyśmy na zakupy. Odfajkowałyśmy jeden sklep, potem niestety był potrzebny drugi - parę rzecy, które są tylko tam. Po odwiezieniu Mamy z zakupami dotarłam do domu i zobaczylam bandę wyrostków ewakuujących sie śpiesznie z naszej klatki i wściekłą sąsiadkę w szlafroku. Okazało sie, zę młodzież polska, przyszłość narodu znalazła sobie rozrywkę - weszli do naszej klatki schodowej (nie wiem jak , ale chyba znają czyj kod...), i zaczęłi tam rzucać śniegiem i lodem. Na wycieraczce miałam hałdę lodu, podobna leżała u sąsiada pod drzwiami. Wczoraj już sąsiad uprzedzał mnie, ze smarkateria jakaś urządziła sobie polowanie na Czorta, który siedział na wycieraczce i czekał, aż ktoś go wpuści. Teraz wyraźnie mieli ochotę na powtórkę, ale na szczęście kot był w domu. Więc tylko mi sie zwierzaki zdenerwowały tym cyrkiem na schodach.

Tłukli sie  tam na tyle długo, zę sąsiadka, która jest chora i leży w łóżku, zdążyła się wkurzyć, zejść z trzeciego piętra i ochrzanić towarzystwo.

Biedactwa, nie wzięłi pod uwagę jednego. Otóż naprzeciwko naszej klatki na rogu sali gimnastycznej szkoła zamontowała kamerę. I drzwi są doskonale widoczne.....

Po rozmowie z panią dyrektor stanęło na tym, zę ona w poniedziałek ściągnie informatyka, sprawdzi po planie lekcji, która to mogła być klasa i spróbuje zidentyfikować dowcipnisiów.

A potem sobie porozmawiamy....

Jeszcze potem górka i sanki z Piotrkiem, spacer z psem, zebranie małża z tobołami jakimiś dodatkowymi z pracy, kolacja....

I w efekcie o godzinie 21 padam na pysk, a Piotrek sie awanturuje, zę nie ma czytania. A nie ma, bo on dziś ma jakąś cholerną fazę na niesłuchanie albo natychmiastowe zapominanie, co miał zrobić. I taka jest konsekwencja - jak trzeba powtarzać po kilka razy każde polecenie, , grzebie się jak mucha w smole, to nie starczy czasu na wszystko. nie starczyło na czytanie....

mam dość dnia dzisiejszego.

Dobranoc, idę spać.

 

czwartek, 02 grudnia 2010

Codziennie rano.

Zaprzęg składa się z rodzica w roli psa pociągowego i dziecka na sankach. przemykają pod naszym oknem, dalej wzdłuż płotu szkoły i karnie kończą trasę przed furtką przedszkola. Ciągną tatusiowie w garniturach i eleganckich płaszcza, z teczką w drugiej ręce, dziadkowie w ciepłych uszankach, mamy w eleganckich kozakach. Wszyscy. 

Sama biorę w tym udział. Dzisiaj Piotrek zaczął mnie poganiać, niczym rasowy woźnica - mama, szybciej! Bezczelny typ.

Dzieciaki są zachwycone - w ten sposób, nawet, jeśli któreś nie jest wielbicielem swej placówki edukacyjnej, to jest to znakomita atrakcja. A jak ktoś uwielbia przedszkole - tak jak Piotrek - no to jest "superaśnie" (ostatnio ulubiony superlatyw mojego synka).

Dzisiaj spotkał się z kolegą na trasie, pokrzykiwali do siebie, machali, śmiali się - a dorośli ciągnęli....

Potem przed przedszkolem stoi w śniegu galeria sanek i czeka na trasę powrotną.

Powinna powstać nowa konkurencja olimpijska - zaprzęg rodzicielski.