O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

środa, 30 grudnia 2009

Jakoś nie mogę w to uwierzyć. Nie wiem, kiedy to przelecialo, w końcu całkiem niedawno bylam w liceum, wkurzałam polonistę tekstami, że po co mi mąż i dzieci - nie dlatego, że tak myslałam, ale on sie fajnie wściekał... Niedawno łaziłam z przyjaciółmi po różnych krzakach i górach, a teraz ci przyjaciele mają już dzieci w liczbie mnogiej. Niedawno czułam się małolatą... i nadal sie tak czuję, a według metryki już mi ten zaszczytny tytuł za cholerę nie przysługuje.

Mam kaca moralnego,  i czuję się staro. Wynika to głównie z faktu, że jestem zwyczajnie zmęczona, niedospana i mam dość wszystkiego. Marzy mi sie, zę będe mogła pospać spokojnie do 10 - nic z tego, albo musze odprowadzić Pietruszka do przedszkola, albo tenże Pietruszek włazi na nas w łóżku i kwiczy:

- Mama, budź się, tata budź się!!!! - i nie zawsze jest tak uprzejmy, zeby poczekać z tą pobudką do 9...

Zostawienie małżonkowi porannych rozrywek z Piotrkiem tez jest raczej niezbyt wykonalne - małżyk jest typową sową, wieczorem może sobie długo siedzieć, ale rano jest nie do życia - robi tyle ile absolutni musi i okropnie przy tym warczy.

Innymi słowy, żeby sie wyspać, to musze wyjechać na urlop gdzieś daleko. Nie zapowiada się na razie.

Jakieś smętne te urodziny, nic mi sie nie chce. POgadaliśmy sobie fajnie z rodzicami i teściową h.c. wraz z synem (szwagier h.c. chyba w tej sytuacji?), ale ja po prostu mam dość wszystkiego. Ciesze sie, ze nie urzadzałam wielkiej imprezy. Ciesszę się, zę nigdzie nie idę na sylwestra. To znaczy, przepraszam, idę. Spać. i to będzie najfajniejsze. Może nawet uda mi sie nie obudzić, jak chłopaki będa oglądać fajerwerki....

 

piątek, 25 grudnia 2009

W rozpędzie porządków przedświątecznych i ogólnego zapotrzebowania nabyłam płyn do podłóg marki Gold droop, czy jakoś podobnie.Stał na półce pośród wielu innych, pech, że złapałam akurat to.

I klnę potwornie - po uzyciu tego dziadostwa dostałam jakichś parchów na rekach, swędzą nieprzytomnie, szorstka skóra, zaczerwieniona - orażka kompletna. Do tego od paru dni nie mogłam dojść, co mnie tak załatwiło, dopiero dziś rano Małżyk zmywał podłogę, bo sie psicy w nocy zdarzyło nieszczęście, i łapy ma w identycznym stanie. Dzięki temu udało sie zidentyfikować mazidło parchotwórcze przynajmniej.

Smarujemy oboje kremem mniej więcej co piętnaście minut, a właściwie nawet nie kremem, tylko maścią cholesterolową, robioną dla piotrka na sytuacje, kiedy skóra robi mu sie szorstka i nieprzyjemna. I czekamy dnia, kiedy będzie ożna pójść do sklepu i kupić coś innego do mycia podłóg, a tamto ciepnąć do śmieci.

Bo pracy w rękawiczkach nie znoszę, wolę zmienić płyn do mycia.

Szok przeżyłam.

Tyle sie mówi i trąbi o problemie śmierdzących psich kup niesprzątanych przez nikogo i "ozdabiających" trawniki. My akurat sprzątamy. Piotrek jest tak przyzwyczaony do tego, ze sam przypomina o zabraniu stosownego sprzętu.

Dziś wieczorem poszliśmy sobie we czwórkę - ludzie plus pies. Pies oczywiście wybrał sobie w tak zwanym celu miejsce pod krzaczkami, trudno dostępne, do tego dokładnie pod balkonem, na którym stał jakiś facet. Liczyłam sie z tym, ze mnie objedzie, że mu pies smrodzi pod oknem - zdarza się, że słyszę takie ochrzany, na co grzecznie wyjaśniam, ze ja po swoim psie sprzątam i jest po temacie.

Mruknęłam coś do psa, że nie musiała tak głęboko w te krzaki włazić, a tu facet z balkonu mówi:

- Niech pani to zostawi.

Zbaraniałam kompletnie, jeszcze sie z czymś takim nie spotkałam. Mówię, że nie jest to problem, a jak mój pies, to ja po nim sprzątam. A facet dalej przekonuje, żeby zostawić psią pamiątkę. Ustąpił w końcu na argument, że jakoś musze dziecko nauczyć sprzątania po sobie.

Czy ktoś z Was coś z tego rozumie????? Bo ja nic.

Święta w toku, szaleństwo ogólne, aczkolwiek umiarkowane. Sprzątanie cokolwiek odpuścilam, stwierdzając, ze rodzinie wściekła matka w błyszczącym mieszkaniu jest jakby niebyt potrzebna. Dzięki temu mają zadowoloną i leniwą matkę w mieszkaniu... hm, pomińmy ten temat.

Działania kulinarne też przeszły ulgowo - Wigilia u moich rodziców, do towarzystwa jeszcze Teściowa honoris causa z synem - czyli trzy kuchnie do dyspozycji. Podzielilyśmy między siebie produkcję, część sie zrobiło wcześniej i wrzuciło do zamrażarki - więc też nie było zarzynania sie tuż przed Świętami.

Podoba mi sie taki układ, zwłaszcza, ze ostatnimi czasy byłam juz solidnie zmęczona.

Wczoraj Pietruszek przeszedł niezłą szkołę cierpliwości. U rodziców pod choinką sterta prezentów jak sie patrzy, wiec młody człowiek od razu wystartował w tym kierunku. A tu oboje z małżem zgodnie poinformowaliśmy że musi poczekać, bo najpierw bedziemy sie dzielić opłatkiem, potem wieczerza, i może uda nam sie zaśpiewać jakąś kolędę.... I dopiero prezenty. i mlody grzecznie czekał. Co prawda trochę poganiał, zebyśmy szybciej jedli, ale czekał na nas.

I w końcu nadszedł upragniony moment. Siedział na podłodze i co chwila wydawał okrzyki zachwytu. Prezenty dostał rzeczywiście przemyslane, fajne. A jak sie dokopal do wagoników - Piorka i Kuby (z serii Tomek i przyjaciele, dla niewtajemniczonych), to po prostu oszalał. I jeszcze gitara - siedzi teraz obok i rzępoli (uszy więdną...) ale cóż, takie są początki. przyniósł mi moją gitarę i poprosił, zebyśmy razem grali, ale udało mi sie wykręcić.

Tylko kot jest obrażony. Dostał w prezencie dropsy do czyszczenia zębów, które mu bardzo samkują, i obrożę z dzwonkiem, która go doprowadza do furii. Nie jest to wynik mojego pędu do ubierania zwierzaków. Czort niestety poluje, i to bardzo skutecznie. Jedyne, co mogę zrobić, żeby da szanse ptakom, to właśnie dzwonek. Jakbym mogła, to bym mu przymocowała do ogona, al nie mam jak, wiec jest obroża. Od wczoraj kot kombinuje, jak sie tego świństwa pozbyć. I znając życie, pewnie mu sie to uda, ale oże chociaż przez chwilę ptaszory będą miały jakieś szanse....

(To nie jest pierwsza jego obroża. Jak "zgubił" piątą z rzędu w ciu tygodnia, to odpuśicłam, bo za drogo wychodziła ta zabawa. Teraz mam nadzieję, zę zapomniał jak ją zdejmował...)

Piotrek rzucił dziś pare fajnych tekstów, ale oczywiście zdążylam zapomnieć wiec nie wpiszę. Szkoda, zawsze mi żal, jak coś przegapię - zostaje mi tylko poczucie, ze było fajne.

I tylko pogoda nawaliła, Rano jak sie obudziłam, to regularnie lało za oknem, teraz jest mokro i jesiennie. jeszczze parę lat i sformułowanie "białe Boże Narodzenie" będzie kompletnie niezrozuniałe  prawie tak, jak opowieści o dinozaurach, kiedyś bywało, ale nik tego nie widział. Szkoda...

 

Wszystkim życzę pogodnych, spokojnych i nie przeżartych Świąt - z uśmiechem, czasem spędzonym z najbliższymi, dobrym uczynkiem i radością w sercu.

poniedziałek, 21 grudnia 2009

Jedziemy na sankach do przedszkola. To znaczy, ja ciągnę a jedzie Piotrek. Już w bramie spotykamy sąsiadkę. Sąsiadka wesoło mówi do Piotrka:

- Piotrek, ale ci dobrze, ja też bym tak chciała. - i idzie dalej.

A Piotrek popatrzył na mnie i mówi:

- Jesteś na to za młoda!

Dobrze, że już tego nie usłyszała....

 

niedziela, 20 grudnia 2009

Pietruszek przyszedł do mnie z poważną minką i mówi, że idziemy do Elizy i do Betona. Długo starałam sie zrozumieć, o co biega, aż mnie w końcu olśniło:

- Piotrek, czy chodziło ci o to, żeby puścić melodie Dla Elizy van Beethovena?

- Właśnie mamo, to świetny pomysł.

 

Niech żyją Beton i Eliza.

 

sobota, 12 grudnia 2009

Ciągnęło mnie do tego już od jakiegoś czasu.

Nabyłam sobie niedawno elementy składowe - kulki, szpilki, bigle i , oczywiście, koraliki. Na razie niedużo, ot tak, na początek.

Pierwsze mężoręcznie zrobione kolczyki stały się faktem.

(chciałam je robić sama, ale jak sie facet dorwie do zabawki, zwłaszcza konstrukcyjnej...)

Ale ładne są.

Młody leży już w łóżku. Przynajmniej powinien. Gada jeszcze, kręci się, a ja już marzę o tym, żeby zlec na własnej poduszce (może być na małżowej ;) ).

gagatek cały czas nadaje, ja już wymiękam i w końcu mruczę pod nosem:

- Rany, zamorduje go w końcu.

A z pokoju obok rozlega sie natychmiast:

- O, o. NIedobrze... - Chyba sie połapał, ze robi sie niebezpiecznie i chwilowo nie trzaska dziobem. Oby tak zostało do rana....

Proces ubierania Pietruszki.

Trochę marudził, uciekał, w końcu poprosil o pomoc. Tata się podjął zadania, ale po chwili woła mnie z wyraźnym przerażeniem w głosie. Popędziłam zobaczyć, co się stało, bo brzmiało groźnie.

A tu Tata z wytrzeszczem, włosami sterczącymi na wszystkie strony i opadniętą szczęką.

Okazało się, że Małż dzielny zdejmując Pietruszce spodnie od piżamy powiedział co następuje:

- Pupa do góry, pupa w dół.

A młody dokończył:

- Kto sie odezwie, ten bedzie wół.

Ojciec poległ....

 

Potem dołożył jeszcze matce:

- Mama ty jesteś dieta! - Czyżby aluzja?

 

I po chwili też do mnie:

- Lubię ciebie, arbuzku!

Normalnie bezczelny smarkacz, ja wiem, że jestem grubsza, niż ustawa przewiduje, ale arbuza nie przypominam. Może to przez ten sweter w paski... Ale kto widział czarno-czerwonego arbuza????? (Fakt faktem, mam również bluzkę w paski zdecydowanie arbuzowe, w dwóch odcieniach zielonego, ale akurat nie dziś....)

piątek, 11 grudnia 2009

Moje dziecko i mój pies mają biegunkę. Razem.

Na szczęście nie jest to tak zwana słynna praczka, tylko szaleńcze bieganie po całym domu, po meblach, ludziach, zabawkach - po wszystkim, jak leci.

A wszystko przez to, że Pietruszek wczoraj meldował, ze go boli brzuszek, prawie nie chiał jeść, a w nocy zwymiotował (nam na poduszkę...) wszystko, co wcześniej wchłonął. Wiec nie poszedł do przedszkola i bryka mi po domu z Agrafką.

Całe szczęscie, że wpadł na ten radosny pomysł w piątek, a nie wcześniej. Jest to jedyny dzień, kiedy ja nie idę do pracy, więc mogę się nim zająć bez angażowania wsparcia. Co prawda miałam inne plany - razem z Mamą chciałyśmy pojechać do Teściowej honoris causa (jak co piątek) i lepić pierogi z kapustą i grzybami na święta. Wobec pomysłów potomka Mama pojechała sama - pierogi muszą być!

 

środa, 09 grudnia 2009

Zaczęło sie od tego, że tata przyniósł z pracy piwo. Dostał w prezencie mikołajkowym. Żaden problem.

Postanowił wypić piwo do kolacji. Też nic strasznego.

Po chwili Piotrek przyniósł sobie do kuchni foremki, ustawił na zwoim krześle i zaczął sie bawić. Słuchałam jednym uchem do momentu, kiedy dotarło do mnie pytnie:

- mama, czy ty lubisz piwo?

Zgodnie z prawdą odpowedziałam, że nie.

- Mama, napijesz sie mojego piwa?

- Nie, dziękuję, już ci mówilam, ze nie lubię.

Modelowanie zachowań jak ta lala, ale młody twardy zawodnik. Jak matka nie chce piwa z foremki, to zmienił zawartość i częstuje soczkiem. Soczek wypiłam, czemu nie.

A po chwili zerknęłam na jego działalność i zamarłam.

Otóż mały zorganizował sobie dystrybutor do piwa. Wziął plastikową rurkę, przełożył ją w otwory w krzesełku służące do mocowania blatu, którego chyba nigdy nie używaliśmy,  i z tego wynalazku nalewał piwo.

Nie chodzimy do barów piwnych, knajp czy innych takich, a juz na pewno nie z Piotrkiem. Jedyna sytuacja, kiedy mógł coś takiego widzieć miała miejse w Bieszczadach. czyli na przełomie lipca i sierpnia. mamy grudzień, przez ten czas piwo w domu było może trzy razy.

A młody na zakończenie mnie dobił:

- Mama, ja lubię piwo, napiję się z tatą.

W końcu nas wsadzą za rozpijanie nieletnich.

poniedziałek, 07 grudnia 2009

Piotrek został poproszony o posprzątanie swoich zabawek z podłogi w salonie. Panował tam juz potworny bałagan, patrzeć nie mogłam. Głównie zabawki i śmieci młodego. po jakimś czasie słyszę pełen boleści jęk ślubnego. Poszłam zobaczyć, co się stało.

I óż ujrzały moje piekne, błękitne oczęta? otóż cały ten śmietnik Piotrek przeniósł z podłogi na łąwę. W sumie moja wina, nie doprecyzowałam, że ma poodkładać na miejsce, tylko że ma zabrać to z podłogi. Słabym głosem zapytałam, co to jest, na co mały rezolutnie odparł:

- Kompost, mamo.

- Synku, a ty wiesz, co to jest kompost?

- Tak. Tam sie wrzuca suchą trawę i skórki od banana.

No ma rację maluch.

- Kochanie, a widzisz gdzieś tu suchą trawę, albo skórkę od banana?

- No nie, ale to jest kompost.

Załatwił nas bez mydła, mały drań.

 

Piotrek ostatnio zaczął zdrabniać. Masakra jakaś, słownictwo ma bogate, fantazję takoż, wiec powstają cuda.  Keczapuniek, albo nawet keczapunieczek, marchewunia, strażunia (pożarna), kredkunia....

Zgrzytam zębami na potęgę, niedługo zetrę je na proch, u nas nikt nigdy tak nie mówil. Jak w pewnym momencie u mnie pojawiło sie trochę za dużo kurteczek i kanapeczek, to rodzina mi od razu to wytknęła wykpiwając bezlitośnie przy okazji. A tu taki gips...

Wiem skąd sie to wzięło, przedszkole. Ciocie przedszkolne zdrabniają, to i dzieci też. Tam nawet szafki dzieci są oklejone imionami w wersji rozciapcianej - Piotruś, Martynka, Izunia, Karolek, Ewunia....

Nie pójdę prosić, żeby mówiły normalnie, bo i tak tam dość regularnie zgłazam się z różnymi uwagami, więc nie chcę się czepiać dosłownie wszystkiego. Zwłaszcza, ze konwencja zdrabniająca jest tam powszechna i wśród rodziców, więc one sie po prostu dostosowują do większości.

Swoją drogą, okropne jest dla mnie to wyrażanie uczuć przez zdrabnianie do nieprzytomności. Jak babcia kocha wnuka, to nie powie o nim wnuk, tylko wnuczuś, wnunio (słyszałam!), w ostateczności wnuczek. A jak ja mówię normalnie - Piotrek, wstawaj, Piotrek daj dziób do wytarcia - to co, znaczy, że nie kocham?

A ja właśnie bardzo celowo pilnuję poprawności językowej, zróżnicowania słownictwa, celowo używam zwrotów  i form niebanalnych, czasem lekko archaicznych. Niech sie Piotrek uczy, że to wszystko istnieje, niech nabiera wyczucia niuansów językowych. I to własnie teraz, zanim koledzy będą głównym punktem odniesienia. Jak teraz chwyci bakcyla, jak nauczy się poprawnej, ładnej polszczyzny, to potem już mu zostanie na zawsze - nawet nie będzie wiedział skąd, po prosu będzie mówi tak, żeby uszy nie bolały.

W tym celu jeszcze przed ciążą zaczęłam pilnowac siebie i małża i tępić wszelkie przekręcone zwroty - zawsze jest trochę takich "z historią", które mają jakieś dodatkowe znaczenie, albo po prostu lubianych. Chciałam uniknąć sytuacji, która trafiła sie znajomym, kiedy to dziecko w małym wiejskim sklepiku gdzie wszyscy świetnie sie znają, użyło słowa funkcjonującego w domowym wokabularzu i powiedziało "poprosze jebidorki" mając oczywiście na mysli pomidory. Konsternacja pełna, rodzice kolorem sami przypominali wyżej wymienione i w ogóle głupia sytuacja.

Na razie dobrze jest, Piotrek gada jak nakręcony, byle tylko te zdrobnienia mu minęły.... Bo mi uszy więdną, jak to słyszę.

 

piątek, 04 grudnia 2009

Zaczynam świrować.

Co chwila trafiam na jakieś fajne coś, co byłoby świetnym prezentem dla Piotrka. I zwykle to kupujE. Zwłaszcz, jak kosztuje niedużo.

Tą metodą na Piotrka czeka już zegarek, gitara (dziecinna, malutka, na 4 struny - może przestanie sie dobierać do mojej), puzzle (pewnie dostanie później, bo to jest 100 kawałków. Były 30, ale z kiczowatym rysunkiem). Usiłuję go wciągnąć w ten nałóg - ja bez puzzli nie mogę żyć, byłoby wygodnie, jakby tez miał takiego kota. Więc na razie podsuwam mu co jakiś czas - nie zmuszam, ale mamnadzieję, ze zaskoczy.... Szukam jeszcze kolejnych wagoników Tomka, klocków duplo, od mojej mamy też wostanie parę fajnych rzeczy - słowem nie wykopie sie spod tego.

A potem trzeba będzie znaleźć na to wszystko miejsce....

 

Dominikanie są mądrzy.

Po niedzielnych wydarzeniach byłam na tyle wkurzona, ze postanowilam pogadać z kimś z "tamtej strony" - może to niekoniecznie ja mam wszystko pokręcone? I faktycznie. Milo jest usłyszeć, że ktos jeszcze twierdzi, zę księża też ludzie, wiec zdarzają się wśród nich ludzie mądrzy i całkowite półgłówki, księża z powołania i urzędasy, nawet wśród hierarchów.  Podniosła mne ta rozmowa na duchu bardzo.

Nie mam czasu na pisanie, roboty po kokardę, więc wracam do boju, ale chciałam sie tym podzielić zwłaszcza z tymi, którzy mnie wspierali. Dzięki Wam  i wczorajszej rozmowie dużo jaśniej patrzę na świat.