O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

czwartek, 28 listopada 2013

Żmija!!!
Bez takich pomysłów, proszę!!! Limit głupich dowcipów wyczerpałaś dawno. Proszę sie natychmiast zacząć zachowywać właściwie.

Howgh! 

Nadal karmię Grzechota piersią. 

Postanowiłam przeciągnąć karmienie do wiosny - żeby przeszedł z zabezpieczeniem przez okres smarcząco-grypowo-przeziębieniowy.  Mam świadomość, że to prawdopodobnie ostani raz w zyciu okazja do takiego kontaktu z maluchem, że już więcej nie będę mogła zobaczyć uśmiechniętego pyszczka zerkającego jednym okiem spod biustu czy łapki obejmującej pierś. Dlatego tez przeciągam jak mogę....

Ale ma to blaski i cienie. 

Karmienie Grzechotka wygląda dosyć zabawnie - najczęściej na leżąco, bo juz strasznie wielki z niego facet sie zrobił. I przedni koniec Węża jest przyssany i mlaszcze smakowicie - a tylni koniec odstawia balety. Dosłownie, przebiera nogami, tańczy, wspina się na mnie, na poduszki, pościel, wszystko, co się znajdzie w zasięgu nóg. Przedni koniec cały czas mlaszcze...  Łatwo sie domyślić, ze taka gimnastyka akrobatyczna bez puszczenia piersi bywa nieco bolesna... Ale wygląda to przekomicznie.

Szkoda, żejuż niedługo koniec...

wtorek, 26 listopada 2013

Miałam pomysł na notkę. 

I uciekł. 

Wiem, że to było coś o moich Wężach, ale co? Ni emam pojęcia.

Muzo, wróć!

Od paru dni na stronie głównej Gazety właził mi w oczy artykulik. Typowo plotkarski, więc nie otwierałam linka. W końcu jednak nie wytrzymałam.

A nie wytrzymałam, bo zmieniające sie tytuły nad tym samym zdjęciem zaczęły mi sie składać w mocno humorystyczną całość. Jak przeczytałam - pomyślałam, że ktoś tu upadł na głowę.

Otóż poszło o księżną Kate - nieszczęsna dziewczyna odważyła sie wyjść z domu na jakąś oficjałkę i na zdjęciach z imprezy widać, że ma odrosty, jakiś siwy włos tam ktoś wypatrzył! Skandal nad skandale, że młoda matka, choćby nie wiem, jak utytułowana, nie pędzi do fryzjera farbować włosów co cztery tygodnie. Wszak osoba na tym stanowisku, wiedząc, że będzie fotografowana (bo jest, jak tylko wyściubi nos za próg), nie ma prawa prezentować się gorzej niż idealnie. 

Przyznam, że opadło mi wszystko. I już sama nie wiem, czy bardziej żałosne i nie na miejscu wydaje mi się robienie takiej afery - zwłaszcza, że ona nie miała czarnych odrostów na blond włosach (lub odwrotnie), farbuje sie na kolor zbliżony do własnego, sądząc po zdjęciach, czy wysnuwanie teorii, że zrobila to specjalnie, żeby pokazać innym matkom, żę nie musza byc idealne...  A jak przyszło do gdybolenia, czemu w tak młodym wieku ma już siwe włosy, czy jest zestresowana, czy co? Kurcze, ja pierwsze siwki miałam około dwudziestki, ona ma dziesięć więcej, nie róbmy z tego cyrku!

Czy juz naprawdę nie ma innych tematów? Czy taki drobiazg można określić słowem "skandal"??? Do tej pory wydawało mi sie, że na takie określenie to zasługują np. pijackie wybryki osób publicznie znanych, bójki polityków, afery korupcyjne, oszustwa, podwójne życie osób duchownych czy coś w tym rodzaju. A widzę coraz częściej, że plotkarskie portale określają tym słowem właśnie niedofarbowane włosy, urwany guzik, czy plamkę z potu na ubraniu.

Ludzie, puknijcie się w czółko, naprawdę nie macie nic do roboty?

niedziela, 24 listopada 2013

Idziemy na wieczorny spacer. Skorupiak, Wąż Młodszy w chuście, pies i ja. 

Z przeciwka idzie jakiś facet  a za nim toczy sie coś małego. Mniejsze od głowy Agry, czarne. 

Pokurcz taki na krzywych łapkach.

- Ty, popatrz, rotweiller miniaturka - zauważył Skorupiak.

 

No faktycznie. Skoro może byc pudel miniaturka, sznycel (przepraszam, sznaucer) miniaturka, to chyba rotweiller też? Ale to był bardzo nowoczesny model, stopień miniaturyzacji znacznie bardziej zaawansowany niż w tych starszych rasach...

Wesoło nam było dalej na spacerze...

Dzisiaj w Pytonim klubie judo były zawody dla najmłodszych. Oczywiście Pyton startował - gadał o tym jak nakręcony od momentu, kiedy sie o nich dowiedział (co wredna matka wykorzystała jako czynnik motywujący do właściwego zachowania...)

Trzy konkurencje - tor przeszkód, przeciąganie pasa i walka sumo. Nie wiem, czemu to tak nazwali, mi bardziej by chyba pasowały zapasy, ale mniejsza o większość, nie nazwa jest istotna. 

Byłam bardzo ciekawa, jak to wyjdzie, zwłaszcza, zę umiejętnośc przegrywania nie jest najmocniejszą stroną osobników w tym wieku, a Piotrek nie jest wyjątkiem. 

W sumie wyszlo znakomicie - w pięcioosobowej grupie (tak zostali podzieleni, według kategorii wagowych) zdobył trzecie miejsce, przy czym dzieci, które zajęły pierwsze i drugie chyba trenowały dłużej - zawody były dla dzieci, które trenują nie dłużej niż dwa lata, czyli w praktyce rok i trzy miesiące. A Piotr trenuje od września... W ten sposób ma  i lekcję przegrywania - nie był pierwszy,  i sukces.

Dzielny Wąż. Gratulacje, synku!!!

sobota, 23 listopada 2013

w związku z moim nienajlepszym stanem psychicznym (bo ileż można siedzieć w czterech ścianach i toczyć poważne konwersacje na takie fascynujące tematy jak gle gle gle czy mamamama. Jak róznież rozrzucać klocki), Skorupiak zarządził mi wychodne. Raz w tygodniu mam sobie gdzieś pójść. 
Gdzie? Moja sprawa, może być kino, basen, park (no, może nie p tej porze...), kosmetyczka - co mi do głowy strzeli.

Kosmetyczka odpada, zwłaszcza tuż przed świętami kieszeń nie wytrzyma.

Kina nie lubię, te reklamy mnie wkurzają, a rónocześnie organicznienienawidzę sie spóźniać i jak mam na bilecie godzinę 19.30 to będe o 19.30, momo świadomości, żę zaserwują mi pół godziny reklam. Poza tym przeważnie jest zwyczajnie za głośno.

Trzeba było znaleźć inne zajęcie.

I znalazłam.
W poniedziałek u dominikanów na Starówce była debata pt.: Gender - błogosławieństwo czy przekleństwo? Rozmawiały panie Dominika Kozłowska (naczelna miesięcznika Znak, Zuzanna Radzik (Tygodnik POwszechny) i Agnieszka Graff (Krytyka Polityczna).

Prowadziła Marta de Zuniga z Instytutu Nauk Politycznych.

Zaczęło sie rozrywkowo, bo pewien młodzian przekonany dogłębnie o jedynej prawdzie i nieomylności swych poglądów, które początkowo demonstrował cicho, trzymając tylko tablicę z napisem "Gender=666", postanowił nawrócić obecne tam zbłąkane owieczki i zaczął sie wydzierać, zę gender to kłamstwo, z kłamstwem sie nie dyskutuje, tylko je niszczy i wszyscy prawdziwi katolicy mają stamtąd wyjść. I że to hańba, Iż w takim miejscu (Sala Prowincjalska klasztoru oo. dominikanów) ktoś ośmiela sie poruszać tak bezecny temat. 

Zanim kilku silnych słuchaczy wyprowadziło wydzierającego sie "katolika", zdążył jeszcze (chyba on, ale może któryś z kolegów) rzucić jakiegoś dymiącego śierdziela, którego któryś z ojców złapał i wyniósł. 

Swoją drogą, mam nieodparte wrażenie, ze  tego pana to ja juz widziałam  - w telewizyjnych migawkach z zadym pod krzyżem na Krakowskim pRzedmieściu w 2010 r. Taki fanatyk, który nie próbuje przekonać o błędzie, tylko zakrzyczeć i zmusić do zmiany poglądów. 

Potem jeszcze uaktywniło si eparę osób, które koniecznie usiłowały pokazać, zę gender jest be - bardzo rozrywkowo to wyglądało.

Jak dla mnie - przede wszystkim jakoś wreszcie mogłam sie dokładniej zorientować, co to właśicwie jest - setki razy miałam sprawdzić definicje, tylko zawsze jakoś pamiętałąm o tym, jak nie miałam dostępu do netu, a potem mi umykało. I czym też ów straszny gender nie jest. I wyszło mi, zę  - oczywiście - prawdopodobnie ci, którzy tak najbardziej sie buntują przeciwko, to zapewne nie mają bladego pojęcia, o co właściwie chodzi, bo widza tylko kwestię tożsaamości płciowej (którą raczej zajmują sie teorie queer, a nie gender). A nie widzą, że jest to po prostu pewna perspektywa badawcza, optyka. oczywiście z tej optyki wynikają pewne tematy - tak sie zastanawiam, czy przypadkiem opór kościoła nie wynika tu trochę z tego, ze cała ta instytucja jest silnie zmaskulinizowana - kobiety w kościele mają znać swoje miejsce i rodzic dzieci albo sprzątać plebanię i kościół. Oraz robić dekoracje z kwiatków na ołtarz. A panowie  całkiem zwyczajnie boją sie utraty pozycji i władzy...

 

Niezależnie od wszystkiego, wyjście oceniam zdecydowanie pozytywnie. Wyszłam BEZ DZIECI. Plus. Rozmowa nie dotyczyła dzieci. Plus.  Elementy rozrywkowe zapewnione przez owego fanatycznego młodziana - plus. Słowem - do przodu.

Może w przyszłym tygodniu pójdę na basen.

piątek, 22 listopada 2013

Mąż zapytał dziś nieśmiało, czy będzie mógł wieczorem pójść na półoficjalne spotkanie - ktoś tam umawia się z kimś innym, do kogo Skorupiak potrzebuje znaleźć dojście, a tak to Pierwszy Ktoś przedstawi go Drugiemu Ktosiowi i będą już kumple. Po czym będą się mogli już samodzielnie umawiać na spotkanie biznesowe.

Pewnie że może, w końcu nie zgłupiałam, żeby mu blokować sprawy zawodowe. Zwłaszcza, że obiecywał, że postara się wrócić jak najprędzej. 

- No godzina, plus dojazd, na kładzenie chłopaków powinienem być.

Pojechał. Jeszcze po drodze zadzwonił nieszczęśliwy, że zapomniał kluczy, więc zadzwoni wracając, żebym mu drzwi otworzyła - bo jakby się zaczął dobijać normalnie, to psica podniosłaby taki jazgot, że pół bloku by obudziła, nie tylko nasze dzieci.

OK.

Młodszy się bawił, ze starszym pograliśmy sobie w Rummikuba. Sprawiedliwie wyszło, raz  on mnie ograł, raz ja jego. 

Zjedliśmy kolację (dosyć późno). Skorupiaka nie ma.

Wpakowałam Potomki Dwa do wanny. Wypluskali sie, pochlapali, odchichotali. Skorupiaka nie ma. 

Nakarmiłam Młodszego, poprzytulałam Starszego. Skorupiaka nie ma. 

Wysłałam SMSa z pytaniem  czy wszystko ok, bo już zaczynałam mieć różne czarne wizje. W pionie trzymała mnie jedynie świadomość, żegdyby coś sie stało, to już by mnie policja albo inny szpital zawiadomili. (przynajmniej tak sobie powtarzałam w duchu dla uspokojenia).

Dostałam zwrotnie - negocjują., Czyli zamiast przedstawienia i umówienia terminu na rozmowy biznesowe panowie od razu przystąpili do rzeczy. Niby powinnam sie cieszyć, ale jakoś tak moment mnie nie zachwyca.

Grzechot nie chce spać, bryka mi po łóżku - nie ma siły, trzeba gościa wziąć w chustę. Pomysł o tyle dobry, że również psu się należy spacer wieczorny. Zapakowałam oba zwierzaki i poszliśmy. Grzesiek w końcu zasnął, odetchnęłam z ulgą. Nie na długo. Za moimi plecami pojawiła sie jakaś dama  z pieskiem bez smyczy i grzmiącym głosem usiłowała mnie przekonać, że nasze psy się będą bawić, bo one na smyczy zawsze bardziej agresywne są, a luzem to spokojniutkie.

Agresywna zrobiłam sie ja, bo w tym momencie Grzechot podniósł łeb i błysnął błękitnym oczkiem. Powiedziałam lodowato, zę z tym psem to tak nie działa i na pewno jej nie spuszczę i poszłam sobie. Ale cóż, było już za późno...

Kolejna runda wokół bloków, kolejny sąsiad  z psem... tym razem rozsądniejszy, widział, że chodzę z Grześkiem, więc tylko coś zaszeptał powitalnie i poszedł dalej.

Skorupiaka nadal nie ma.

To co powtarzam pod nosem, jest długie, kolorowe i nie nadaje sie do cytowania w niejscach dostępnych nieletnim. Jakby miał klucze, to już dawno zawinęłabym sie w kołderkę i poszła spać. A tak - nie ma mowy, musze czekać, żeby wpuścić. O 22.30 wysłałam kolejnego SMSa - na razie bez skutku.

Jestem zła. ZŁA. WKURZONA. 

JA CHCĘ SPAĆ!!!!!!

Jedno jest stuprocentowo pewne. Jak wróci (kiedyś tam...), to będzie malutki i bardzo skruszony. 

A ja cholernie niewyspana.

 

PS. A może oni już skończyli spotkanie, a Skorupiak poszedł na maraton filmowy, o którym coś przebąkiwał parę dni temu? I wróci rano? Zabiję wtedy na miejscu....

 

PPS. Zadzwonił o 23. stanęło na tym, żę idę spać i zostawiam otwarte drzwi, z nadzieją, ze jakby sie przyplątał ktoś niepowołany, to pies jednak podniesie jazgot. OKazało sie, że Drugi Ktoś, jak już uznał Skorupiaka za swojego, to od razu postanowił omówić sprawy - i uzgodnili wszystko na miejscu. W rezultacie Skorupiak wrócił z ugadanymi szczegółąmi o 3  nad ranem...

środa, 20 listopada 2013

dzieci śpią, bies wyprowadzony, mąż w pociągu. Mogłabym stworzyćkolejną notkę - krąży  mi ich po głowie już kilka, ale zwyczajnie nie mam siły.

Idę spać.

wtorek, 19 listopada 2013

koleżanka odbierała niedawno dziecko z przedszkola. Potomek popędzil do szatni śpiewając radośnie:  "Wyjdź mój Jezu...".

Koleżanka sie nieco zdziwiła, nadstawila uszu. I znowu:   "Wyjdź mój Jezu...".

Poszła do pani zapytać, co jest grane, skąd taki repertuar, jako że nikt z nią nie rozmawiał na temat religii w przedszkolu i ewentuialnej zgody na uczestnictwo dziecka w w/w. Pani też zdziwiona, tłumaczy, zę to nie jest przecież przedszkole wyznaniowe, nie ma takich piosenek normalnie na zajęciach.

A tymczasem młody twardo śpiewa  "Wyjdź mój Jezu..., Wyjdź spod liści."

Wszystko jasne. 

niedziela, 17 listopada 2013

Wieczór w wieczór z Pytonem powtarzała się ta sama dyskusja. Miałam już serdecznie dość, dostawałam szczękościsku, wścieklizny i cholery razem wziętych. 

Chodziło o kwestię wieczornej kąpieli. 

Piotrek sie grzebał, przewlekał każdy gest, zapominał, przeciągał, a ja dostawałam szału. Po pięćsed dwudziestym pogonieniu zaczynałam sie na niego wydzierać, on sie obrażał - polka z przytupem.

Dzisiaj zaczęło sie podobnie. A to że go coś boli, a to zmęczony i nie ma siły słać łóżka, bo przecież późno wrócil z urodzin kolegi.

NIe wytrzymałam w końcu i usłyszał króko i treściwie:

- Skoro tak źle znosisz imprezy u kolegów, to nie będziesz na nie chodził. A w ogóle to szkoda, że sie tak źle czujesz, bo myślałam, że mógłbyś się wykąpać razem z Grzesiem, a widzę, że nic z tego.

- Jak to razem z Grzesiem? - natychmiast postawił uszy do góry.

- Normalnie, w wannie.  - Zawinęłam sie i poszłam. 

W chwilę potem za moimi plecami rozległ się trucht i Pyton popędził do łazienki z piżamą w łapie, upewniając się po drodze, jaka powinna być temperatura wody, żeby Grzesiowi było przyjemnie. 

Gdy położyłam Grzechotnika na przewijaku, rozdarł się gniewnie, ja zaczęłam go rozbierać.

- Grzesiu, uspokój sie, będziesz sie kąpał razem z bratkiem - i oczka sie rozjaśniły, dziób rozpromienił, przestał wrzeszczeć.

Teraz siedzą w wannie i sie chlapią, piszcząc radośnie.

Zdaje się, zę kwestię gonienia Piotrka do łazienki mam z głowy - jak wsadzę Grześka do wanny nawet o 18, to i tak będzie miał towarzystwo :)

sobota, 16 listopada 2013

W ostatnim okresie nastąpił kolejny skok rozwojowy u Grzechotnika. 

Ze trzy tygodnie temu zaczął wreszcie samodzielnie siedzieć, ku mojej wielkiej radości, bo moje plecy bardzo już protestowały.

Po czym przedwczoraj siedząc w łóżeczku podciągnął sie na szczebelkach, stanął i przewędrował trzy kroki wzdłuż barierki.

Jakby ktoś przegapił, przypominam, zę nie informowałam o raczkowaniu Potomka Młodszego, bo też nie było o czym informować. On nie raczkuje, to znaczy trochę sie ślizga po panelach, ale klasyczne raczkowanie lekceważy dokładnie. W sumie  po co mu to, skoro już zaczyna chodzić? na razie co prawda potrzebuje podpórki, ale sądząc po tempie nabywanych ostatnio umiejętności motorycznych, za miesiąc będzie biegał.

Do tego zaczyna już różnicować słowa. Pierwsze słowo w ustach Grzechotnika brzmiało - jakżeby inaczej - "tata". jest jeśzcze "koka" - niech sie nie cieszą nałogowcy i tropiciele przestępstw, młody człowiek nie ma na myśli narkotyku, a jedynie czarnego kota imieniem Czort.

Słowo "mama" w sensie mnie, a nie zbitki sylab nie występuje. W drodze szczególnej łaski i wyróżnienia czasem dostępuję zaszczytu i mnie również woła "tata".

Cóż, widać hierarchię w stadzie....

czwartek, 14 listopada 2013

Wróciłam ze spaceru z Grzechotkiem. Zasnął - tak jak chciałam. 

Wyplątałam sie z kurtki i poszłam odnieść go do łóżeczka. A tu zonk, miejscówka zajęta!.

No nie do końca, kot tym razem wyciągnął się wzdłuż, a nie zwinął w kłębek na środku. Zmieszczą się.

Czort otworzył jedno oko, gdy zaczęłam sie wyplątywać dalej z chusty. Po czym je zamknął. NIe zdziwiło mnie to specjalnie. 

Połozyłam Grzechotka obok kota, przykryłam kocykiem.

Śpią tak razem chyba już ponad godzinę.

 

A teraz czekam na uwagi, zę to niebezp[ieczne, bo kot może dziecku wyssać oddech:).

środa, 13 listopada 2013

tak mi sie przypomniało - nadal w kontekście poniedziałkowego święta - jak to wyglądało, gdy byłam w podstawówce. Nie mówię o oficjalnych obchodach, bo ich po prostu nie było.

Chodzi mi o nasze szkolne. 

Mieliśmy tam genialna polonistkę z zacięciem teatralnym. Pani Iza z różnych okazji szykowała fantastyczne przedstawienia. Do tego miała wejścia  gdzieś w teatrze, więc jej spektakle ,miały odpowiednią oprawę - to były rzeczywiście stroje z epoki, a nie domowa wersja kontusza zrobiona z maminego szlafroka...

Przedstawienie z okazji święta Niepodległości w 1988 pamiętam do dziś. Był i marszałek Piłsudski, i Pierwsza Brygada odśpiewana przez szkolny chór, i pięknie odtańczony mazur, i pożegnianie ułana z dziewczyną.... 

Chyba połowa szkół z dzielnicy potem przychodziła obejrzeć, powtórki leciały kilkakrotnie (co mnie osobiście bardzo cieszyło, bo sie wkręciłam do chóru wtedy, wiec bezkarnie zrywałam sie z lekcji).

To był rok 88. W powietrzu już czuć było zmiany, ale nikomu sie chyba nie śniło, jak głębokie i trwałe one bedą. Takie przedstawienie mogło szkołę - dyrekcję i panią Izę - drogo kosztować. I właśnie to - takie przedstawenie mimo ewentualnych konsekwencji było dużo lepszą lekcją patriotyzmu dla uczniów niż drętwe gadanie na apelu plus parę sztywno wyrecytowanych wierszyków. I niż jakiś marsz w wersji Demolka 1.0.

Troche sie przestałam gotować po poniedziałkowym bydle zaprezentowanym przez nacjonalistyczną hołotę (tak, celowo używam takich mocnych słów).

I zastanawiam sie, co tymi ludźmi powoduje? Niby radosne święto. Powinni sie cieszyć, w okńcu niepodległośc to fajna sprawa (pod warunkiem, ze sie umie z niej korzystać...). A tu od trzech lat takie chamstwo i bandyterka.

Gdzieś trafilam na artykuł, z którego wynikało, ze wśród osób o poglądach prawicowych jest statystycznie więcej samobójstw, niż wśród centrystów i lewicowców. I w sumie ma to sens. Prawica skupia sie na przeszłości. Na własnych ranach i zasługach, generalnie patrzy w tył. narzeka, stale ma za złe, czuje się niedoceniona, zdradzona przez wszystkich po kolei. Umartwia sie, źle im, że są ludzie, którzy nie chca przyjąć ich jedynego słusznego światopoglądu w najprzeróżniejszych sprawach. Martyrologia, cierpiętnictwo i wieczna pokuta za grzechy świata.

Tak sie nie da żyć na dłuższa metę. Owszem, pamiętać trzeba - ale wyciągać wnioski na przyszłość! Pamiętać, ale wybaczyć, bo taka zapiekła nienawiść do wroga sprzed półwieku niszczy nienawidzącego! 

Polska prawica od paru lat święto Niepodległości obchodzi urządzając burdy, demolując pół miasta. Potem tłumaczą, zę to nie oni, tylko prowokatorzy drugiej strony, a w ogóle to oni byli grzeczni i czego sie ich czepiają? 

W przyszłym roku prezydent Warszawy - ktokolwiek nim będzie - powinien od tego towarzystwa zażądać kaucji na pokrycie ewentualnych strat wynikających ze zdarzeń okołomarszowych.

Uczę się być dobra dla siebie. 

Ciężko jak cholera, okazuje sie, zę zupełnie tego nie umiem. Jakoś zawsze moje potrzeby spychałam na koniec kolejki - i zanim doszłam do tego końca, to czas mijał, pora paść spać, bo i tak sie nosem podpierałam, a następnego dnia  - od początku. 

W rezultacie umiem zadbać o innych. Kompletnie nie umiem zadbać o siebie. 

Ostatnio Skorupiak przejmuje wieczorami Grzesia - po wspólnej kolacji on zajmuje sie praniem i usypianiem dziecia. I z niebotycznym zdumieniem usłyszałam dzisiaj, jak sie wściekł ze dwa dni temu, kiedy ja w tym czasie - z którym mogłam zrobić, co chciałam - ze trzy razy przyszłam zapytać, czy nie pomóc, czy nie jestem potrzebna, czy nie powinnam już karmić Wężą Młodszego. Bo to miał być czas dla mnie.

A ja nie wiedziałam, co z nim zrobić.

Najprościej było pójść po starej linii - zająć sie kimś innym.

Nie mam pomysłów na to, co mogę zrobić dla siebie, gryzie mnie sumienie. Dziś juz sie nie pchałam trzy razy - tylko raz zajrzałam do łazienki, gdzie Skorupiak kąpał Grześka, pod jakimś idiotycznym pretekstem. Możę za jakiś czas uda mi się w takiej sytuacji spokojnie wyciągnąć lakier do paznokci....

Strasznie trudne jest takie dogłaskanie siebie samej po latach zaniedbywania. Przyznanie, ze nei jestem taką silna herod-babą, która wszystko udźwignie, ze wszystkim sobie poradzi. Bo taki właśnie wizerunek siebie mam, i taki prezentuję na zewnątrz. Co więcej, mam wrażenie, że tego ode mnie oczekuje otoczenie, gorzej, ze wiele osób to podziwia i daje im to siły do radzenia sobie z własnym problemami (coś w ten deseń usłyszałam ostatnio od koleżanki). Po takim tekście mam poczucie, ze nia mam prawa usiąść i powiedzieć - dość, ja już nie mogę.

A ja już naprawdę nie mogę. Mam za mało czasu dla Skorupiaka, dla Piotrka, nie radzę sobie z Grześkiem, z domem... O, i znowu. Napisałam tę wyliczanke ważnych osób i spraw, ale mnie tam nie ma. 

Pora przyznać sie przed samą sobą - potrzebuję pomocy. Zarówno wsparcia psychicznego, jak i takiej zwykłej, organizacyjno-domowej. Z tym ostatnim będzie trudno - Tata właśnie dostał pracę na drugim końcu Polski, będzie w weekendy, Mama ma kolejne artystyczne pomysły zdrowotne, konieczny będzie szpital. W tym czasie ich pies ląduje u nas - lubię Gardę, jest kochana, ale wyjście z Grześkiem i dwoma psami przerasta moje możliwości, będzie trzeba chodzić po kolei - czyli albo psy będą chodzić mało, albo ja zamarznę... Generalnie filarem technicznym znowu będe ja.

Może to i lepiej - zawsze lepiej działam, jak mam konkretne zadania. Chociaż, czy lepiej? Skuteczniej, na pewno. ALe cena  za tę skuteczność to już inna sprawa... 

Niech sie przynajmniej zrobi wiosna. Na razie jak widzę te ciemne wieczory, to mi sie odechciewa wszystkiego - zimno, szaro, depresyjnie....

W sam raz pasuje do mojego nastroju.

poniedziałek, 11 listopada 2013

W ramach święta Niepodległości poszliśmy wczoraj na koncert. Lekcja śpiewania prowadzona przez krakowski zespół Loch Camelot - znakomita impreza. śŚwietnie było, pośpiewałam sobie, czego mi bardzo brakowało. Chłopaki tez zadowolone - Piotrek był z przyjacielem z klasy, więc tym bardziej było ok.

Pomysł, by uczcić święto w przeddzień wyszedł nam nieco przypadkiem, ale był mi bardzo na rękę. NIenawidzę tłumnych imprez, nieważne, czy to marsz, koncert czy mecz. Nie mówiąc o tym, zę zwyczajnie bałam sie - i słusznie, jak widać - tego, co mogą wyczyniać nacjonalistyczni bojówkarze. No nie mam innego określenia, to sa po prostu bandyci lekceważący kompletnie jakikolwiek porządek prawny, co z tego, zę krzyczą głośno o prawie, sprawiedliwości... WYcierają gęby wielkimi słowami niczym szmatą, ale nie ma co sie oszukiwać - im nie chodzi o wartości, tylko o zadymę.

Dzisiaj za to Piotrek miał atrakcję. NIedaleko nas jest sklep-wypożyczalnia-plac budowy. Lego. Mają tam najprzeróżniejsze zestawy, które można kupić, pożyczyć, albo zbudowac na miejscu. I to ostatnie robił Piotr przez dzisiejsze popołudnie. Jak przyszłam po niego, to sie dowiedziałam, zę zrobił sam cały zestaw w połowie czasu przeznaczonego na to - a był jednym z młodszych...

Nop cóż, nie od dziś wiem, zę ma zdolności matematyczno-techniczno-podobne. A takie miejsce, gdzie on sie śiwetnie bawi, ma rajęcie rozwijające, niedaleko domu - jest na wagę złota. Sądzę, zę był tam może po raz pierwszy, ale na pewno nie ostatni....

Skorupiak poszedł odprowadzić Pytona na zajęcia Lego. Wsadził Grzechotnika w chustę i poszli. Ja sie przez ten czas miotałam po kuchni.

Po powrocie szykuję obiad dla nas i podgrzewam słoiczek dla Małego - nie miałam weny, żęby mu pichcić.

- A ty nie nakarmiłaś go, jak poszedłem z Piotrkiem? - zdziwił sie poirytowany Skorupiak, który liczył na cichy i spokojny posiłek.

- Wiesz, nie. Pewnie dlatego, ze zabrałeś go ze sobą...

Zapadło długie milczenie. Po chwili Skorupiak boleściwie zawył do księżyca.

- Wiesz, jednak brak snu mi zdecydowanie szkodzi....

(wszystko przez nowy sprzęt służbowy - to, co słyszę od paru dni na temat Windows 8.1 jest długie, kolorowe i zdecydowanie nie nadaje sie dla dzieci...)

niedziela, 10 listopada 2013

Siedzimy przy obiedzie i gadamy o wszystkim i o niczym. MIędzy innymi sprzedałam ukochanemu mężowi nową jednostkę chorobową - zespół Macierewicza. Mało brakowało, a by sie udławił makaronem, biedaczek, tak sie ucieszył. 

Potomek starszy, widząc radość ojca, postranowil sie natychmiast dowiedzieć, o co chodzi i czemu nas to tak bawi. Zaczęło sie więc tłumaczenie pokrótce polskiej rzeczywistości politycznej - między innymi gdzieś padło sformułowanie, że PiS bardzo nie lubi osób, które mają inne poglądy, niż oni i takie osoby tępi, szykanuje i generalnie nie daje im prawa do istnienia. 

- To całkiem tak jak komuniści? - podsumował wyedukowany Potomek. 


Coś w tym jest...... 

sobota, 09 listopada 2013

Piotrek ma przyjaciela w klasie. Lubią się bardzo, razem rozrabiają, razem chodzą na większość zajęć pozalekcyjnych.

Z mamą T. złapałam kontakt natychmiast - starszy dzieć w tym samym wieku, młodszy też - oni mają malucha starszego od Grzechotka o miesiąc z kawałkiem. No dobra, mają jeszcze jedno po drodze, ale poza tym - pasuje wszystko. Poza tym - podobne poczucie humoru, podobne zastrzeżenia do wychowawczyni, podejście do życia...  

Słowem - spasowałyśmy sie bardzo. Zapowiadało sie na całkiem fajna przyjaźń, taką z częstymi spotkaniami - wymuszonymi realiami organizacyjnymi, przekazywanie potomków - jedna odprowadza, druga przyprowadza, wspólne wycieczki chłopaków, nocowanie u kumpla. Bo z większością koleżanek tak sie po prostu nie da - dzieci w innych szkołach, różne rozkłady jazdy, no nie ma siły. 

Dzisiaj mi powiedziała, zę za dwa miesiące wyprowadzają sie za granicę. jej mąż dostał pracę - taką, na którą polował, starał sie o nią  - dającą mu ogromne możliwości zawodowe w jego branży. Trudno sie dziwić, ze korzysta. Ale to oznacza, ze wyjeżdżają na dwa-trzy lata....

Mam nadzieję, zę mimo odległości uda sie tę znajomość utrzymać. Że będa przylatywać do Polski na wakacje, ferie, ona zapraszała na jakiś kawałek urlopu do nich... I że wrócą, tak jak zapowiadają.

Smutno mi. mam poczucie, jakbym straciła coś, co sie dopiero zaczynało rozwijać. Co chwila wyłaziły nam różne wspólne upodobania - dziś odkryłam, ze oni tez lubią śpiewać. Ja uwielbiam, a niestety jakoś od dawna, jak zapraszałam znajomych na śpiewanki, to po (ewentualnej) jednej piosence i tak robiły sie z tego ploty, nikomu nie chciało się męczyć strun głosowych. Teraz przed wyjazdem to nie wiem, czy nam sie uda coś zorganizować - niedługo święta, oni muszą sie spakować, przygotować do wyjazdu. 

Rzadko sie spotyka ludzi, o których od razu wiesz, że można z nimo konie kraść. Nasi synowie sie zaprzyjaźnili, my też -  i taka kicha. 

Dlaczego?

czwartek, 07 listopada 2013

Kolejny problem z głowy.

Nie, żeby ich było mało, mnożą się jak króliki na wiosnę nic sobie nie robiąc z faktu, zę to dopiero listopad i do sezonu lęgowego trochę brakuje. Ale ten mnie bardzo martwił, a sie rozwiązał.

Grzechotkowi mianowicie od początku ropiało prawe oczko. Pediatra dał jakieś kropelki, które nie pomogły, odesłał do okulisty - też było trochę przygód po drodze, zmieniliśmy okulistę - i pani dr stwierdziła niedrożność kanału łzowego. Pokazała, jak masować, wystawiła skierowanie do szpitala i kazała mieć nadzieję, zę samo przejdzie.

Masowałam, masowałam... Grzechot sie ciskał i wrzeszczał, nie znosił tego, a ja zaciskałam zęby, klęłam pod nosem i dalej gmerałam mu przy tym oku. Zadzwoniłam do Centrum Zdrowia Dziecka, gdzie mieliśmy sie zgłosić w celu udrożnienia - na ten rok kontrakt wyczerpany, a zresztą maluch musi mieć rok skończony, wiec i tak dopiero w  przyszłym roku. Dzwonić na początku grudnia. 

Jakieś dziesięć dni temu stwierdziłam rano, zę mały ma oczko czyściutkie. Nie dało sie pomylić, normalnie miał zapaprane równo, a bywało, że nie był w stanie go otworzyć, tak było zaklejone. Następnego dnia też, i dalej - od tamtej pory nic kompletnie. Wygląda na to, zę masaż pomógł, moje znęcanie sie nad dzieckiem i soba nie poszło na marne i nie trzeba będzie mu tego udrażniać mechanicznie (podobno to bardzo nieprzyjemny zabieg). Uffff.....

Dobrze, że chociaż to...

środa, 06 listopada 2013

w zeszycie Węża Starszego znalazłam dziś adnotację następującą:

" W klasie opiekujemy sie swoimi pupami"

Zbaraniałam dogłębnie, zwłaszcza, że właśnie mieli warsztaty psychologiczne nt. dobrego i złego dotyku.

Przeprowadzone naprędce śledztwo wykazało, że opiekować się mają PUPILAMI.

Odetchnęłam z ulgą. Jednak nie ma jak pisanie w pośpiechu...

No to już szczyt wszystkiego. 

Kot wlazł mi na biurko i zeżarł chrupka kukurydzianego, którego sobie połozyłam do skonsumowania powoli i z wdziękiem. On zeżarł szybko i absolutnie bez wdzięku.

I weź tu człowieku, spróbuj zmniejszyć takie nerwowe podjadanie. Jak sie staram wolno i z przerwami to po prostu przyjdzie konkurencja i zabierze. Jednak trzeba łapać co swoje i w krzaki, nie ma innej rady....

poniedziałek, 04 listopada 2013

z okazji imienin Skorupiaka i rocznicy ślubu rodziców Grzechotek ujawnił wreszcie długo skrywany czwarty ząb.

Leżymy w łóżku, ostatnie minuty, zanim trzeba będzie wstawać. Skorupiakprzytulił się do moich pleców, coś tam sennie mruczy. 

-Hej, czemu mnie skrobiesz po plecach?- zdziwiłam się w pewnej chwili.

- A bo mnie zaswędział kręgosłup i chciałem się podrapać -odparł niezbyt przytomnie mój połówek. 

- ale czemu drapiesz w moje plecy??? -dociekałam dalej.

-Bo mi się pomyliły....

 

Trzeba mieć talent, żeby popełniać takie pomyłki...