O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

czwartek, 29 listopada 2012

Jak w tytule, dzieć sie nudzi, co oznacza, że rozrabia. Biega po mieszkaniu, wydaje znienacka gromkie okrzyki, ciska si epo meblach, co skutkuje głównie tym, ze co jakis czas wali w twarde meble i wrzeszczy jeszcze głośniej. A ja dostaję szału ze zmęczenia.

Dziś udało mi sie go skanalizowac na dłużej, bo zaproponowałam partyjkę master minda. Od dawna go uczę, jak sie w to gra, sama lubię ( w przeciwieństwie do szachów, za mądre na mnie), a to świetnie uczy analizowania danych i wyciągania wniosków - na nieskomplikowanym na razie materiale. 

Trzeba przyznać, zę szło mu dziś znakomicie. Mnie gorzej, do tego stopnia, e złapał mnie na błędzie w kodowaniu odpowiedzi, co mi sie nie zdarza. Młody nakręcony własnymi sukcesami grał długo, rozkodowywał wzory coraz szybciej, raz nawet udało mu sie w trzecim podejściu! Co prawda to w dużej mierze był fuks, ale wszystkie dostępne informacje wykorzystał i prawidłowo zinterpretował.

Potem jeszcze wyciągnął sobie książkę Andrzeja Kruszewicza "O ptakach" i długo ją oglądał, po czym zażyczył sobie, abym mu poczytała trochę w ramach wieczornej lektury. Wybrał rozdział o gołębiach, potem przeczytałam wszystkie krukowate, a na koniec sam przeczytał rozdział o dzięciole!!!

Zdrowieje mi potwór, co samo w  sobie jest pozytywne, tyle że do szkoły pójdzie najwcześniej w poniedziałek, jeśli nie we wtorek (kontrola miała być w pn, zastanawiam sie, czy nie pójść jutro), ale faceta roznosi. A ja nie mam na niego siły....

środa, 28 listopada 2012

Jak juz pisałam, na wczoraj zapowiedział nam sie ksiądz po kolędzie. 

Co prawda z nasza parafią nie mamy nic wspólnego (nie odpowiada mi ani intelektualnie - zdaje sie, ze tam obowiązuje linia taka bardziej radiomaryjna, ani estetycznie - siostra organistka piszczy przeokropnie a piękna surowa cegła została parę lat temu tandetnie opacykowana  i całośc wygląda jak sen szalonego cukiernika ze spękanym wyszarzałym lukrem), ale pogadać możemy, czemu nie. Tyle, że nie uważam za stosowne wysilać sie jakoś specjalnie z tej okazji, to nie ja zapraszałam tylko odgórnie ktoś postanowił mnie w danym dniu odwiedzić, nie sprawdzając, czy mi to pasuje.

Tym razem nie pasowało jak licho - wszyscy jesteśmy chorzy, nie mam siły na sprzątanie, a do tego wczoraj u Pytona w szkole było zebranie. 

Na zebranie poszłam i zdążyłam wrócić, zanim ksiądz dotarł - czego sie zresztą spodziewałam, biorąc pod uwagę układ mieszkań. Oczywiście zadzwonił w chwili, gdy wyciągnęłam na stół składniki do kolacji - czego sie równiez spodziewałam. Prawo Murphy`ego działa w takich przypadkach jak złoto.

I tu sie zaczęło wesoło. Zaprosiłam go do środka, uprzedzając przy tym, że wchodzi na własna odpowiedzialność, bo u nas wredny wirus, zaraźliwy i rozkładający na obie łopatki. Jesli chce - oczywiście prosimy, ale niech wie, w co wdeptuje. Ksiądz sie spłoszył, zamamrotał coś na temat zaproszenia później, jak wyzdrowiejemy. 

- Ciężko będzie, bo wyzdrowieć nie możemy już dwa miesiące, więc nie wiadonmo, kiedy to sie skończy, niedugo są Święta a ja potem rodzę. 

- To po porodzie możecie zaprosić, omówicie przy okazji szczegóły chrztu.

- Chrzest na pewno będzie gdzie indziej, u dominikanów

- A dlaczego nie tutaj?

 - Bo z dominikanami jesteśmy związani od lat, zresztą stosowna adnotacja w księdza kartotece widnieje  na ten temat od dawna....

Trochę sie zdziwił, skąd o tym wiem (jak tłumaczę Piotrkowi - mamy wiedzą różne dziwne rzeczy...), po czym sie poddał i poszedł. 

Całość załatwiona w minutę. I z głowy. A jak będziemy chcieli zaprosić księdza na pogadanie, to będzie to ojciec Michał, którego wszyscy lubimy i szanujemy, bo jest mądry człowiek (mimo, ze młodszy chyba o dychę ode mnie  - czasem się nieco dziwnie z tym czuję...), a nie jakiś nieznany ksiądz wpadający na urzędowe pięć minut.

wtorek, 27 listopada 2012

-Być albo nie być! - rzekło z emfazą moje dziecko.

- Synu, a wiesz, z czego to cytat? - zapytała matka o zapędach dydaktycznych.

- Ze Shreka! - odrzekł potomek.

 

poległam....

poniedziałek, 26 listopada 2012

 Pan dr uziemił Pytona do poniedziałku włącznie. 

Ja chyba oszaleję!!!!!! Moja wdzięczność dla pana doktora nie zna granic.

Tak naprawdę nie mam co sie czepiać, dobry jest, a to nie jego wina, ze wirus jest jaki jest. Ale przynajmniej moge ponarzekać.

Jak zamorduję dziecko, to w paczkach przysyłanych mi przez wiernych czytelników do mamra poproszę o mandarynki, obrazki logiczne, coś do czytania i jakieś robótki ręczne.

Jak myślicie, czy uda nam sie pozbyć zarazy zanim urodzę? Tak żebym potem miała choć z tydzień na przygotowanie wszystkiego dla malucha? bp na razie nie mam siły, a i wyciąganie tego wszystkiego nie za bardzo ma sens, żebyśmy to okichali zarazkami???

Zaraza czy inny pomór. Jak zwał, tak zwał, w kazdym razie mamy rundę II.

Skorupiak od tygodnia na zwolnieniu, jutro idzie po kolejne. Dzisiaj przespał cały dzień, słaby jak pisklak.

Pyton - zaczyna kaszleć znajomo, temperatura podwyższona, osłabiony. Nie puszczam go do szkoły, ale nie wiem, czy od razu jutro będe sie pchać do lekarza - w sumie nic nowego mi nie powie. Wirusy i tak sie leczy tylko objawowo. 

Ja sie trzymam. Poprzednio też sie trzymałam, póki nie wyzdrowieli (przynajmniej trochę), a potem jak mnie ścięło, to kaszlę do dziś. Prawie miesiąc. 

Do tego, żeby nie było za mało - we wtorek mam zebranie u Pytona w szkole - przekładane z powodu choroby wychowawczyni. I wizytę duszpasterską. Na zebraniu musze być, mam parę spraw do obgadania. Z księdzem mogę sobie porozmawiać, jesli sie nie przestraszy wirusa, o którym mam zamiar poinformować go w drzwiach. Niech sam decyduje, czy wchodzi, ze świadomością, ze prawdopodobnie oznacza to dwa tygodnie leżenia w łóżku i potem jeszcze drugie tyle dochodzenia do siebie i solidnego osłabienia. W okresie rorat, adwentu i przygotowań do Świąt. W sumie ciekawe, czy sie odważy....

Inna sprawa, że z nas i tak pożytku  w naszej parafii nie mają i mieć nie będą - nie podoba mi sie tu, zarówno estetycznie jak i intelektualnie. Wolę dominikanów.

Ja chcę wreszcie wyzdrowieć..... Ilez można, kotłujemy sie z tym choróbskiem w sumie już dwa miesiące prawie, mam kompletnie dosyć.  Jeszcze trochę to potrwa i co, będe wracać z noworodkiem do takiego szpitala? Żeby mi sie od razu rozchorował???

 

Jestem zła i gryzę.

niedziela, 25 listopada 2012

Dostaliśmy zaproszenie na sylwestra - do knajpy na szanty.

Pomijam już to, że zamierzałam go - jak zresztą co roku - przespać snem sprawiedliwego we własnym łóżku, gdyż nie lubię się bawić na gwizdek.

Bardziej interesującym aspektem zaproszenia było to, że kumpel Skorupiaka, który rzeczone zaproszenie wystosował, doskonale wie, że jestem w dwupaku. 

I się cokolwiek zacukał, jak usłyszał, że impreza mogłaby być jedyna w swoim rodzaju, urozmaicona porodem na estradzie albo na kontuarze barowym. Biedny, myślał, że jestem mniej zaawansowana - błąd w obliczeniach, od 7 stycznia już oficjalnie mam prawo zacząć się sypać, więc sylwestrowe szaleństwa nie byłyby dobrym pomysłem, naprawdę.

W sumie szkoda, takiej imprezy goście by do końca życia nie zapomnieli....

 

A tak naprawdę, to trochę nawet żałuję, bo szanty uwielbiam, mogę w każdej ilości i to jak na razie jest jedyny - poza przespaniem - sposób spędzenia sylwestra, który nie wywołuje od razu mojej żywiołowej niechęci.

Może za rok. Albo dwa....

sobota, 24 listopada 2012

Sama sobie nie uświadamiałam na początku, jak genialny był pomysł Skorupiaka z zasadą telewizyjną. 

Jak dzisiaj zebrałam sobie w jedną kupkę, ile on sie przy tej okazji uczy, to mnie aż zamurowało.

No bo tak:

  1. Technika czytania. Użyteczna umiejętność, którą i tak będzie musiał nabyć, a teraz robi to bezboleśnie.
  2. Prowadzenie buchalterii. Sam prowadzi zestawienia minut przeczytanych, przelicznik minut czytania na minuty oglądania, sumowanie dawniejszych z nowo nabytymi....
  3. Liczenie - trzeba przemnożyć razy dwa minuty czytania, dodać świeże do dawniejszych, odjąć wykorzystane... Przy okazji weszły już słupki i rozdzielność mnożenia względem dodawania. Koledzy w klasie są na etapie 3+7.
  4. Wartość pracy i zarobionej waluty. Dziś poprosił o 10 minut oglądania. Zaproponowaliśmy nawet 15, bo te filmy na minimini jakoś tak trwają. Stwierdził, że nie, nie chce marnować. Widzi, że aby coś mieć, trzeba zapracować.
  5. Oszczędzanie. Nie gapi się bez sensu, ogląda to, co zaplanował i wyłącza. Ciuła minuty, zbiera... Będzie jak znalazł przy gospodarowaniu pieniędzmi. 

I to wszystko udało nam się wprowadzić bez sięgania do najpopularniejszego sposobu - którego bardzo nie lubię, a mianowicie płacenia za wykonywanie czynności porządkowych w domu. Jestem wrogiem takiego rozwiązania, bo dom jest nasz wspólny i razem dbamy o to, żeby mieszkało się nam przyjemnie. 

Skorupiaku, niski pokłon za genialną koncepcję wychowawczą!!!!!

Widać, że Pyton czeka na brata. 

Czasem przejawia się to w upiornym rozrabianiu, buncie, kłóceniu się o wszystko.

Częściej - przychodzi, głaszcze Grzechotka, opowiada, co będzie robił, jak będzie się z bratem bawił czy nim zajmował.

Dzisiaj usiadł do czytania - zgodnie z zasadą telewizyjną, zarabia kolejne minuty na obejrzenie jakiegoś filmu.

I jak myślicie, jaką książkę wybrał? Tematyka jest oczywista, wybrał najbardziej pasującą z dostępnych - "Franklin i dzidziuś". Czyli o tym, jak to najlepszy przyjaciel żółwika został starszym bratem, o oczekiwaniu na ten doniosły fakt, radości, nadziei i odbiegających od wyobrażeń realiach po narodzinach malucha.

Przygotowania idą pełną parą - na wszystkich frontach. 

 

czwartek, 22 listopada 2012

Skorupiak jest zdechły i kaszle jak gruźlik na wykończeniu.

Przyczłapał do mnie i poprosił o oklepanie pleców.

Ale ja też silna specjalnie nie jestem, więc scedowałam uprawnienia na potomka.

- Synu, chodź tu! Rzadka okazja, możesz przywalić ojcu po plecach!!!

I jak normalnie trudno go oderwać od ukochanych klocków lego, tak tym razem wyskoczył zza stołu jak na sprężynie. 

Po czym zaczął energicznie tłuc ojca po plecach. W sumie słusznie, nie wiadomo, kiedy znowu będzie można bezkarnie obić tatę :)

Zimno sie zrobiło. Zwierzakom też, mimo, że mają porządne futerka. To znaczy, kot ma porządne, bo pies to takie bardziej jamnicze.

ALe będzie o kocie. 

Z okazji pory roku grzejniki są juz ciepłe, więc postanowiliśmy wyciągnąć ubiegłoroczny prezent od moich rodziców dla koteczka. 

legowisko zawieszane na kaloryferze.

Za pierwszym razem musiałam tam kota zanieść, trochę nieufnie sie przyglądał, ale nie protestował.  Szybko jednak doszedł do wniosku, ze to jest to, co kotki baaardzo lubią. 

Trudno sie dziwić - milutko grzeje w plecki, miękkie, można sie wygodnie zwinąć w kłębek, znakomity widok na duży pokój i wszystko, co sie w nim dzieje, a jeszcze obok stoi fotel, w którym systematycznie siedzą jakies dobre, głaszczące ręce. I pies nie włazi, miejsce jest wyłącznie kocie. 

Żyć nie umierać!

Tagi: kot
16:52, agra1 , zwierzaki
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 20 listopada 2012

Czas jakiś temu zostałam zaszczycona nominacjami do nagrody blogowej. Nominacji było w sumie aż trzy, pękłam z dumy i trochę czasu zajęło mi pozszywanie siebie - zwłaszcza, ze po a - byłam chora i nie miałam siły na kompletnie nic, a po b - nienawidzę szycia i odkładam je jak mogę.

Wyprodukowałam  w końcu piękny wpis, z odpowiedziami na wszystkie trzy zestawy pytań.

Po czym mi go zeżarło, zanim zdążyłam opublikować. Odzyskać sie nie udało.

W związku z tym zebrałam resztki sił i próbuję po raz drugi. Ale uprzedzam, jak znowu zeżre, to nie będzie trzeciego podejścia!

 

Jak już obrazek jest, to kilka słów o zasadach. Żeby nie było, żem taka pracowita, bezczelnie przekopiowałam je od jednej z osób, które mnie nominowały = dziękuję bardzo, za nominacje i za ułatwienie roboty :)

Wyróżnienie Liebster Blog otrzymywane jest od innego blogera w ramach uznania za "dobrze wykonaną robotę". Jest przyznawane dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość ich rozpowszechniania. Osoba z wyróżnionego bloga odpowiada na 11 pytań zadanych przez osobę, która blog wyróżniła. Następnie również wyróżnia 11 osób (informuje je o tym wyróżnieniu) i zadaje 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, z którego otrzymało się wyróżnienie.

A teraz pytania.

Na pierwszy ogień od Żonyoburzonej (kolejność przypadkowa, żeby sie Panie blogerki nie pobiły o miejsca na pudle)



W tle radio czy telewizja?

  1. Na śniadanie kanapki czy owsianka? - zwykle kanapki, ale owsianka też dobra rzecz
  2. Sudoku czy krzyżówka? - różnie, zależnie od nastroju. Ostatnio raczej sudoku
  3. Przy dźwiękach gitary szanty czy piosenki o górach? - jedno i drugie, byle gitara stroiła i było komu śpiewać!!!
  4. Sałatka z majonezem czy sosem winegret? - zależy od sałatki
  5. Strona budząca czy budzona? - budząca. Jam skowronek poranny, więc na mnie spada wyprawienie potomka do szkoły. W zamian wymiguję sie od wieczornych spacerów z psem, które zostawiam Skorupiakowi - ewidentnej sowie. 
  6. Wymarzone wakacje: kierunek wschód, zachód, północ czy południe? - wszędzie jest ciekawie
  7. Joanna Chmielewska czy Agatha Christie? - Ostatnio żadna. U AC cenię inteligentnie poprowadzoną akcję i charaktery (moja ukochana Miss Marple), u JC - teksty, ale tylko w tych starszych książkach, potem sie strasznie skomercjalizowała. Ale całe zdanie nieboszczyka znałam w młodości na pamięć, teraz mi sie nieco zapomniało - ale tylko nieco!
  8. Grzane wino czy grzany miód pitny? - ojej, nie mówcie przy mnie o tym... chodzi za mną białe winko albo właśnie jakiś dobry grzaniec, a tu ciąża, potem karmienie i pomysł odsuwa sie w czasie solidnie..... Za dużo sie naczytałam na studiach na temat FAS żebym teraz ryzykowała.
  9. Gry planszowe czy komputerowe? - komputerowe, jednoosobowe zręcznościówki li i jedynie - typu mahjong albo pasjanse. Strzelanki wszelkiej maści odpadają w przedbiegach.
  10. 11 listopada w domu czy na manifestacji? - Zwykle w domu, nienawidzę manifestacji i tłumu, niezależnie od przyczyny, okazji i motywu przewodniego. W tym roku poszliśmy sobie na koncert patriotyczny, ale to ze względu na zespół i prowadzącego, którego znamy i bardzo lubimy.

Dalej - zestaw od eli-rudej:

 

1. TGV (teżewe ;) ) czy Orient Express? - TGV jechałam, OE - nigdy i raczej nie ma nato szans. WIęc TGV
2. Małżeństwo czy wolny związek? - Małżęństwo, ja konserwa jestem.
3. Wieczór w knajpie czy wieczór na kanapie? na kanapie, z książką
4. Jezioro czy basen? zależy od pory roku, zimą jezioro to hardcore, ale latem można jakiś żagielek, albo kajaczek... nie tylko pływanie własnołapne
5. Kocham czy pragnę? - kocham - cokolwiek to znaczy. 
6. Mówię czy słucham? - słucham
7. Książka czy ebook? - książka. CHociaż e-booki mają niezaprzeczalne zalety, na przykład waga i objętość w plecaku...
8. Real czy "wirtual"? - real, staram sie przenosić znajomości z wirtuala do reala. A czasem do Biedronki.
9. Rozważna czy romantyczna? - a czy ja wiem? ale chyba rozważna. Ale to nie do mnie pytanie
10. Pączek czy dietetyczny batonik? -  pączek. Chociaż one i tak zawsze lepiej wyglądają niż smakują.

11. Piwo czy wódka? - o fu, anie jedno, ani drugie, za jakie grzechy!!! białe winko odpowiednio schłodzone poproszę!

 

I ostatnia partia od nieperfekcyjnejmamy:


1. Niebieski czy różowy? Niebieski. A najlepiej to zielony

2. Deszcz czy śnieg? - zależy jakie. I z jakiej perspektywy - zza okna wyglądają uroczo.

3. Dobre kłamstwo czy urażająca prawda? - trudne... Staram sie mówić prawdę tak, żęby jednak nie urażać.

4. Rozmowy o polityce czy o religii? - może być jedno i drugie, pod warunkiem, że rozmówcy zależy na dyskusji a nie na zmuszeniu mnie do przyjęcia jego wersji. merytorycznie ma być, a nie agresywnie i ad personam.

5. Przedszkole czy niania? - przedszkole. Nie lubię, jak obce osoby kręca mi sie po domu.

6. Ubranie eleganckie czy totalny luz? - luz

7. Kawa słodka czy gorzka? - kawę piję trzy razy do roku i wtedy ejst baaardzo słodka. Ale herbata gorzka.

8. Blog czy forum? - oba, kazde daje co innego

9. Jedno dziecko czy rodzeństwo? - rodzeństwo

10. Spokój i harmonia czy przygody i spontaniczność? - trochę tego, trochę tego, w zależności od warunków. Ale chyba jednak spokój z domieszką szaleństwa a nie odwrotnie.

11. Perfekcja czy jej brak na co dzień? perfekcja jest nudna. brak i dobrze mi z tym.

Dziękuję niezmiernie za wyróżnienia, kłaniam sie nisko i piórem od kapelusza podłogę zamiatam.

Nominacji nie będzie, bo większość osób, które bym nominowała, już i tak dopadł wcześniej ktoś inny. 
A zresztą, będę szczera - nie chce mi się. 

Grzechotek jest gadziną energiczną. Wierzga, kręci się, podskakuje, macha łapkami. 

Już pisałam, ze jego ulubiona pora na brykanie to 6 rano i 22.  Tak jak u Czorta w młodości.\

Oczywiście nie jsą to jedyne godziny szaleństw - ale za to stałe.

Czasami zastanawiam sie, czy mogłabym sie jakoś odłączyć - młody co prawda na razie nie osiągnął mistrzostwa swego starszego brata, który tak mi skopał jeden mięsień, że do tej pory czasami mnie tam boli (nie wiem, czy to był mięsień, wątroba czy inne coś, ale dostało solidnie).

Tak czy inaczej czasem mam ochotę zakrzyknąć bojowo:

Dziecko kochane, nie kop matki , bo sie spocisz!!!!

niedziela, 18 listopada 2012

Niestety, zaraza wróciła, w momencie, gdy miałam nadzieję, że sie jej wreszcie pozbyliśmy.

Poprzednim razem najpierw padł Skorupiak. potem położyło Pytona. Jak panowie wydobrzeli, dopadło mnie - przez dwa tygodnie byłam słaba jak kurczak świeżo po wykluciu z jajka, kaszlałam jak gruźlik w ostatnim stadium i głównie spałam, bo nie miałam siły na nic więcej.

Obecnie już jestem lepsza, trochę kaszlę, ale już znośnie i mam trochę energii na działania domowe.

Za to padł znowu Skorupiak. Objawy dokladnie takie same jak u mnie, wiec jak mi dziś powiedział, że ma nadzieję sie dziś wyspać i wypocić a jutro już będzie zdrowy, to tylko parsknęłam śmiechem. Jak będzie miał szczęście, to najbliższy tydzień przeleży w łóżku i nie będzie miał siły z niego wstać. jak szczęścia będzie mniej - będzie leżał dwa tygodnie.

Pocieszać sie może jednym - ja w ten sposób mimo ciąży i rosnącego szybko Grzechotka schudłam dwa kilo w dwa tygodnie. On w ciąży nie jest (najwyżej spożywczej), wiec jego wysiłki w kierunku pozbycia sie nadmiarów mogą nagle zaowocować wynikami dawno nie widzianymi. Dobre i to. 

Żeby tylko nie rozchorował mi se znowu Piotrek.... Na wszelki wypadek Skorupiak zostanie wyeksmitowany z łózka, przeniesie sie do Piotrka do pokoju, a ja będe spać z małym, żebyśmy nie podłapali tego wirusa od nowa. 

Trzymajcie kciuki za skuteczność tego manewru...

Od jakiegoś czasu szukaliśmy dla Piotrka grupy rówieśniczej. Tak, żeby miał cos oprócz szkoły. 

Jedna taka to zuchy - ale gromada jest w szkole, więc zasadniczo są to ludzie z tej samej placówki, a chodziło nam o to, żeby znaleźć coś jeszcze, pozaszkolnego.

I znaleźliśmy - u naszych dominikanów służewieckich działa duszpasterstwo rodzin, i miedzy innymi jest grupa dla dzieci z podstawówki. 

Po ostatnim spotkaniu  jestem zachwycona. 

Okazało się, że towarzystwo miało zajęcia praktyczne. zostali podzieleni według płci (co mi się nie do końca podoba, ale to sobie przegadam z prowadzącymi jeszcze) i dziewczynki uczyły się przyszywać guziki a chłopcy - pastować buty. Brat Wojtek, który się opiekuje tym towarzystwem miał z głowy czyszczenie obuwia chyba na długo, bo w końcu musieli na czymś ćwiczyć, prawda? a nie wszyscy byli w butach zdatnych do pastowania. 

W efekcie Pyton - cały dumny z siebie - od wczoraj się dopominał, że on chce nam jakieś buty wypastować. Dzisiaj po powrocie od weterynarza z kotem oddałam mu własne, wyjęłam cały sprzęt niezbędny do tego typu działań - i ja sobie siedzę i skrobię na blogu a buty same się pastują!!!!!

 

Dla uzupełnienia dodam, że nienawidzę tej czynności i zawsze znajdę tysiąc innych niezbędnych i pilnych rzeczy do zrobienia. Moje buty do tej pory pastował Skorupiak, kory nie ma takiego pastowstrętu. Teraz bedzie miał pomagiera :)

Takie duszpasterstwo to bardzo pożyteczna sprawa :)

piątek, 16 listopada 2012

Szykujemy z Pytonem kolację. Właściwie to on przyszykował, ja przyszłam na gotowe ;).

Nagle młody popatrzył na mnie i wypalił:

- Dajcie mi punkt podparcia a poruszę Ziemię!

Zamarłam z lekka. No dobra, ale jak on taki mądry, to ciągniemy temat, skoro zaczął.

- A wiesz, co to znaczy?

- Tak. Że jakbym miał odpowiednią dźwignię i mógł ją o coś oprzeć, to mogę podnieść Ziemię.

No nie ma siły, ma facet rację. 

- No dobrze, a jak to działa?

I tu młody, trochę jeszcze nieskładnie ale zupełnie prawidłowo zaczął mi tłumaczyć. 
W międzyczasie przyszedł Skorupiak i zadzwonił zębami o stół. No ale jak dziecko żądne wiedzy, to głupotą byłoby go gasić jak świeczkę, szkoła zapewne będzie to robić i bez naszej pomocy.  Postanowiłam przybliżyć nieco wątek, bo abstrakcyjne dźwignie do podnoszenia planet to jednak trudne do wyobrażenia. Przeszliśmy do huśtawek na placu zabaw. 

I okazało się, że Pyton naprawdę rozumie temat. Rozgryzł, dlaczego dwójka dzieci o zbliżonej wadze może sie bawić bez problemów i co zrobić, jeśli jedno z dzieci jest znacznie cięższe:

- Można wydłużyć dźwignię z jednej strony.

- Nie da rady, huśtawki są jakie są, a siedzenia są przykręcona na końcach.

- To można temu lżejszemu dać plecak z kamieniami.

- A chodzisz na plac zabaw z plecakiem kamieni?

- Nie... No to można przesunąć to cięższe dziecko bliżej środka.

Skorupiak dołożył kolejny problem:

- A czy gwóźdź wbity w ścianę jest dźwignią?

Piotrek sie nieco zacukał, pomyśłał....

- Jest!

- A dlaczego?

Tu sie trochę zapowietrzył, popatrzył spod oka na mnie - Nie jest? 

- Stary, ja nie powiedziałam, że jest albo nie jest, tylko zapytałam, ja ty uważasz. Jak jesteś jakiegoś zdania to je uzasadnij, a nie zmieniaj tylko dlatego, ze wydaje Ci się, że wiesz, co ja myślę.  

Tu juz trochę z oporami, ale wspólnie panowie ustalili, że jednak jest i pierwsza intuicja byla dobra -  na kawałek wbity w ścianę działa sila w postaci cegieł, a na wystającą część - powieszony na nim obrazek. 

Jeszcze na zakończenie dołożył kolejny wątek:

- Mama, a czy to prawda, zę jak będzie bardzo duże tarcie, to ta rzecz możę sie zapalić?

- Prawda, a jak myślisz , dlaczego?

- No bo ona sie przy tarciu bardzo rozgrzewa....

Zdaje sie, że to było któreś prawo zachowania energii? (o ile było ich więcej niż jedno, nie pamiętam). 

 

Rany, ten dzieciak łapie intuicyjnie rzeczy, z którymi potem znacznie starsi męczą sie jak potępieńcy w szkole na fizyce.  Będzie sie nudził jak mops na lekcjach - oznacza to, że niestety edukacja w tym zakresie dla mnie sie wcale nie skończyła, mimo, że takąż właśnie miałam nadzieję. Na razie - póki nadążam - będę z nim gadac o takich rzeczach i pilnować, żeby Skorupiak nie komplikował niepotrzebnie terminów i umiał sie zatrzymać w chwili, gdy młody straci zainteresowanie. Wróci do tego, jak będzie miał ochotę, prędzej czy później. Ale wróci.

Byle go nie zniechęcić.

Czasem naprawdę boję sie własnego dziecka. A przecież my go nie ganamy na zajęcia dla geniuszków. 

Tylko odpowiadamy na pytania....

wtorek, 13 listopada 2012

Pyton bardzo sie interesuje bratem. Oglądamy razem filmiki z kolejnych tygodni jego życia, stuka do niego, głaszcze, gada, planuje wspólne zajęcia...

Wykorzystuję tę sytuacje do wyjaśnienia mu kwestii rozmnażania - wolę zrobić to sama, niż gdyby miało go uświadamiać podwórko i koledzy. Zresztą pierwsze rozmowy wokół tego tematu odbywaliśmy chyba trzy lata temu - jak pytał, to odpowiadałam tyle, ile potrzebował, a ja czekałam na następne pytania.

I się doczekałam - jasne było, że dociekliwy Pyton w końcu zauważy, że do tego wątku nie doszliśmy jeszcze nigdy.

Moment wybrał interesujący - w kościele na pięć minut przed mszą  usłyszałam:

- Mamo, a kiedy i w jaki sposób dostałaś od taty plemniki dla Grzechotka?

No tak. Z jednej strony spodziewałam sie pytania, ale z drugiej - wyobrażam sobie parę sytuacji bardziej komfortowych do udzielania tego typu wyjaśnień... Wykręciłam się tłumacząc, że już teraz nie zdążymy, ale wrócimy do tematu w domu, bo to ważna sprawa. Przyjął i zaakceptował.

Słowo się rzekło, kobyłka u płotu - trzeba wrócić. Dzisiaj były warunki, Piotrek był na szczepieniu i bilansie sześciolatka, ze szkoły wrócił sporo wcześniej - jedziemy z tym koksem. Wytłumaczyłam starając się nie komplikować niepotrzebnie tematu. I byłam bardzo ciekawa jego reakcji - zdarzało mi się już w pracy rozmawiać na takie tematy z nastolatkami i interesowała mnie różnica w podejściu. Dla nich temat był krępujący, niezręcznie im było rozmawiać z kimś dorosłym, a równocześnie widać było olbrzymie zapotrzebowanie na konkretne informacje.

Piotrek dostał informacje, o które poprosił. 

Pokiwał głową, po czym stwierdził:

- Aha, wiec to się tak odbywa. - I wrócił do budowania z klocków.

Bez żadnych problemów, rumieńców, głupawych chichotów, lęku przed zadaniem pytania. całkiem naturalnie, tak samo, jak wtedy  gdy tłumaczyłam mu zasadę działania elektrowni atomowej.

I to jest kolejne potwierdzenie mojej teorii, że warto tłumaczyć teraz, nie opowiadać bzdur  o kwiatkach, pszczółkach i bocianach. teraz dzieciaki przyjmują to zupełnie zwyczajnie, można dawkować informacje - odpowiadać na pytania i tyle, nie serwując wykładu. Co ma się poukładać w łepku to się poukłada, i dzieciak nawet nie będzie wiedział, skąd i od kiedy wie. A dla rodzica to naprawdę łatwiejsza wersja...

Jak już pisałam, ostatnio Pyton chorował. Skorupiak też, a ja również byłam raczej słabosilna.

Wspomniane wyżej okoliczności w sumie dały efekt łatwy do przewidzenia - nikt nie miał siły zając się Pytonem, który kondycje fizyczną odzyskał najszybciej (ale zgody lekarza na  pójście do szkoły nie) i sie potężnie nudził.

Budował z klocków.

Rysował.

Bawił sie samochodzikami.

I kolejką.

I oglądał telewizję... Niestety.

Nie miałam siły na dyskusje, na wymyślenie mu jakiegoś innego zajęcia, na udział w tym innym zajęciu. Przy telewizorze  kładliśmy sie na łóżku oboje, wtulał sie we mnie i on oglądał a ja spałam. 

Wiem, niepedagogiczne i niezdrowe, ale naprawdę nie miałam siły na nic więcej.

Gdy Pyton ozdrowiał, stwierdziliśmy, że trzeba coś zrobić z nawykiem (błyskawicznie wytworzonym) gapienia sie w telewizor, bo w czasie choroby to jedno, ale tak normalnie to nie ma mowy w takich ilościach.

Przegadaliśmy temat zs Skorupiakiem. I wymyślilismy.

Otóż pan Piotr niezbyt sie rwie do czytania. Uwielbia, jak mu sie czyta, owszem, ale samodzielnie to już jakby mniej. No to może by tak powiązać jedno z drugim?

I została wprowadzona zasada.

Na oglądanie TV (i gry na komputerze - po prostu wszystkie ekrany) trzeba zarobić. Walutą są minuty czytania. Na razie przelicznik - jeden do dwóch, każda minuta książki = dwie minuty ekranu.

Młody podchwycił błyskawicznie. Popędził wykonać stosowną tabelkę do zapisów i buchalterii, po czym wsadzil nos w książkę. 

Skończyło sie marudzenie o filmy. Jak nie ma ochoty czytać - jego prawo, nie ogląda i tyle. Tworzy przedziwne konstrukcje z klocków lego. 

Któregoś razu, gdy zastanawiał się co robić, sięgnął sam po książkę i przeczytał mi kawałek Bolka i Lolka.  Potem starannie zanotował w tabelce, ileż to ma czasu na oglądanie. Prawie godzina sie już uzbierała - poważny wynik.

A przy okazji wyszła jeszcze jedna rzecz, za którą w szkole nas zamordują. 
Dzieci uczą sie na razie cyferek. A ja Piotrkowi pokazałam dodawanie w słupkach, bo sie męczył z sumowaniem minut wcześniejszych i świeżo zarobionych. I teraz trzaska słupki tam i z powrotem.... 

poniedziałek, 12 listopada 2012

rozkręcila sie kolejna zabawa na blogach - Liebster blog.

Wzruszyłam sie, jak dostałam pierwszą nominację, uśmiechnęłam przy drugiej, a po trzeciej zaczęłam chichotać.  Leniwa jestem, zobaczę, może sie jeszcze coś trafi, to odpowiem hurtem ? :) 

tak czy inaczej - dziewczyny, dziękuję Wam bardzo za docenienie i ciepłe słowa. Postaram sie odpowiedzieć na te x razy 11 pytań, ale jeszcze nie dziś, dobrze?

Nie dość, że umiem sobie znaleźć niebanalne rozrywki, to jeszcze te najciekawsze zdarza mi sie powtarzać. A to juz zdecydowanie mi nie odpowiada.

 

Odsłona pierwsza, lipiec 1996:

Byłam z koleżanką we Francji. Mieszkałyśmy sobie w wiosce jakieś 6 km od wybrzeża - jasne, ze czasem chodziłyśmy na plażę. W końcu 6 km to nie tragedia (aczkolwiek Francuzi są innego zdania, oni tam nawet do sklepu odległego o 600 m jeździli samochodem). Godzinka spaceru - co to dla nas.

Miałam wtedy sandały typu rzymki - płaska podeszwa i kilometr rzemyków oplątywanych wokół kostki.

Któregoś dnia wracałyśmy z plaży, kiedy  - jeszcze w nadmorskim miasteczku - zagapiłam sie na coś i zahaczyłam stopą o krawężnik. Bardzo nieprzyjemnie zahaczyłam, bo udało mi sie zdjąć sobie cały paznokieć z małego palca u nogi. A tu do domu wspomniane 6 km, pylista miejscami droga... niefajnie.

Na szczęście wypatrzyłam aptekę, więc powędrowałyśmy tam z koleżanką (zieleniejącą gwałtownie, jakby to była jej noga). Złapałam jakiegoś chłopaka z obsługi i zapytałam, czy może mi pomóc i jakoś to opatrzyć. 

Dalej wyglądało jak w czeskiej komedii. W końcu to była moja noga, prawda? I ja byłam osobą najbardziej uprawnioną do odcieni zielonkawych, omdleń, rozpaczy i okrzyków? Cóż, w praktyce wyglądało to dokładnie odwrotnie. Ja byłam oazą spokoju. Koleżankę wyrzucilam od razu za drzwi, żeby sobie poszła wystawę pooglądać albo co, byle nie mdlała tam na zapleczu.

Młodzian opatrujący mi odnóże co chwila nerwowo pytał, czy mnie nie boli, czy nie zemdleję, na co ja radosnym tonem odpowiadałam, że nie, nie zemdleję. Nieopatrznie za którymś razem powiedziałam mu, że nie mogę zemdleć, bo musze dojść do domu. A daleko? A tak, 6 km szosą... W tym momencie zaczęłam sie zastanawiać, jak ja go będe reanimować, bo mi zaraz padnie. 

Facet co prawda nie padł, ale chciał zapytać szefa, czy mógłby mnie odwieźć, po czym sobie przypomniał, że ona ma przecież rower a nie samochód...

W końcu jakoś mi to zaklajstrował, zdenerwowany do nieprzytomności - w przeciwieństwie do mnie.  Uciekłam, jak tylko sie dało, bo chyba by mnie profilaktycznie zatrzymał, żeby coś mi sie w tę noge nie zrobiło. 

Do domu (a właściwie - namiotu) dotarłyśmy komfortowo, bo złapałyśmy stopa na kawałek trasy - jednak łażenie w pyle to nie było to, co tygryski kochały wówczas najbardziej. Noga sie zagoiła, paznokieć odrósł....

 

Odsłona druga - dziś w nocy:

Zwyczajem ciężarówek poczłapałam sobie po ciemku do łazienki, bo nie lubię, jak mi dzieć skacze po pełnym pęcherzu. Może skakać po pustym, jak juz koniecznie musi. Niestety, ciemno było, kapcie gdzieś przewędrowały (rano okazało się, że całkiem niedaleko, jakieś pół metra raptem, ale na macanego ich nie znalazłam). 

To poszłam na bosaka.

I zahaczyłam małym palcem u nogi o łóżko. Nawet nie bolało bardzo, wiec po pobieżnym stwierdzeniu, żę krew sie nie leje na potęgę poszłam spać. 

Rano okazało sie, że ten sam paznokieć co poprzednio jest połamany w drzazgi i trzyma sie na słowo honoru... Cóż miałam zrobić, obcięłam, zakleiłam i tyle. I nie mam paznokcia.

Tyle że tym razem obyło sie bez efektów specjalnych w postaci mdlejącej koleżanki i chłopaka z apteki.

Ale już nie chcę trzeciej odsłony....

sobota, 10 listopada 2012

Przegapiłam kolejną rocznice początku mojego bloga. 

6 listopada minęła, a ja kompletnie o tym zapomniałam, blog po prostu jest, wieczny jak czas i tyle.

Moje miejsce w świecie wirtualnym. Ja ustalam zasady, moge sobie pisać, o czym tylko chce, nikt mi nie stawia za to pisanie ocen (nareszcie...). 

Spotykam bardzo różnych ludzi - fajnych, ciekawych, życzliwych, pomocnych, ale i złośliwych, nieprzyjemnych, albo takich, z którymi mi po prostu nie po drodze i tyle. Przegląd społeczny.

I to jest fajne i wiele mi daje. Wy mi wiele dajecie. Nawet jesli czasem trafi sie jakas nieprzyjemna uwaga, to forma pisana, czas pomiędzy napisaniem a przeczytaniem i ewentualną odpowiedzią pozwala na spokojne przemyślenie - czy może jednak nie ma tam odrobiny racji? 

Wspieracie w trudnych chwilach, podtrzymujecie na duchu, jak mam doła - mogę liczyc na to, zę zawsze ktoś da kopa na rozpęd, albo powie coś zabawnego, żebym sie uśmiechnęła. 

Mogę wreszcie wyrzucić z siebie różne przemyślenia, wątpliwości czy zwykłe wkurzenie - w życiu codziennym nie zawsze są na to warunki, nie zawsze znajdzie sie ktoś, kto akurat  w tym momencie może i chce posłuchac - jeszcze do tego bez przerywania co drugie zdanie "a wiesz, u mnie było tak samo, tylko ja zrobiłem wtedy...". I już, siedze i słucham, chociaż potrzebowałam sie wygadac. 

Cztery lata pisaniny. 

Zaowocowały paroma bardzo fajnymi znajomościami, odszukaniem Niedoszłej Kuzynki (ukłony dla Kierownika!!!!), długotrwałą korespondencją - wiele ważnych rzeczy.

Dziękuję Wam, że jesteście ze mną.

Nie jest tak źle, jak myślałam. 

Po pierwsze, złapaliśmy zarazę na samym początku, zanim zdążyła dużo zniszczyć. Zmiany w wynikach są, owszem, ale nie dramatyczne, jest duża szansa, że po miesiącu-dwóch diety i leczenia wrócą do normy.

Poza wynikami krwi nie ma pozostałych objawów mocznicy - co wiążę sie ściśle z tym, zę to dopiero początek.

Na razie mamy serię kroplówek i piguły. To przez jakiś miesiąc, natomiast dieta nerkowa - czyli bezbiałkowa - dożywotnio. 

Do tego trzeba będzie kota przetrzymać w domu przez najbliższe dwa tygodnie - dopóki nie wypłucze sie tego mocznika, żeby nie wzbogacał sobie samodzielnie diety w latające białko albo inne myszy. I to będzie najtrudniejsze, bo on nie znosi sytuacji, kiedy nie może skontrolować włości. Jak wiosną rozwalił sobie łapę i siedział dwa czy trzy tygodnie, to był cyrk. Miło nie będzie, ale jest to do zrobienia, a jako cena za przedłużenie mu życia o kilka lat wydaje mi sie, że warto.

Humor mi sie poprawił zdecydowanie.

piątek, 09 listopada 2012

Jest niedobrze. 

Przyszły juz wyniki badań koteczka i jak na razie wszystko wskazuje na kłopoty z nerkami. czyli najgorszy możliwy wariant.

Oczywiście jeszcze sporo rzeczy pewnie trzeba będzie sprawdzić, ale nie wygląda to różowo.

 

Martwię sie bardzo, Czort jest kochanym, cudownym kocurem o niezwykłym charakterze. Nie wyobrażam sobie domu bez niego, a dla Piotrka to będzie dramat... Mam tylkko nadzieję, ze jeszcze nie tak od razu...

Będziemy walczyć, kocie. 

Pyton sie stale dopytuje o Grzechotka. Interesuje, co tam u niego słychać, ile juz urósł, co robi, czym sie bawi i tak dalej.

W związku z powyższym postanowiłam wykorzystać edukacyjnie i wychowawczo nieprzebrane głębiny internetu i pokazać mu co nieco na ten temat. Daleko kopać nie musiałam - sama sobie oglądam z radością filmiki z kolejnych tygodni ciąży, czytam, co tam Grzechotek już ma, co umie i tak dalej.

Oglądaliśmy razem. Najpierw aktualna sytuację, a potem Pyton poprosil o pokazanie od poczatku wszystkich. Czemu nie, chociaż zajęło nam to pare dni, bo to za duża porcja ekranu na raz dla sześciolatka. Niby filmiki krótkie, po 2-3 minuty, mniej, jak sie opuści czołówkę - za każdym razem przecież jednakową. Ale przemnożone przez 38  tygodni to już dużo. 

Młody był zachwycony. Omawialiśmy sobie różne etapy, blastule, listki zarodkowe, z zachwytem oglądał miniaturowe łapeczki, cieszył sie, jak sie dowiedział, że na początku miał oczy z boku głowy, całkiem jak na przykład nasz pies. A uszy dużo niżej, niż są obecnie. 

A ja tak sobie pomyślałam jeszcze w kontekście pomysłów księdza proboszcza z mojej byłej parafii, że oni jak zwykle robią od d... strony. Głupio i bezmyślnie, inaczej mówiąc. Ci wszyscy antyaborcyjni byliby o wiele bardziej skuteczni, gdyby dzieciakom pokazywali np właśnie rozwój zarodka od samego poczatku, a nie wieszali na płotach rozkawałkowane makabreski. Albo puszczali dzieciakom "Niemy krzyk". 

Nie wnikam w tej chwili w ocenę moralną aborcji/zmuszania kobiet do rodzenia nie chcianych dzieci, to nie ten temat, nie o to mi chodzi. po prostu wkurza mnie  - jak zwykle - głupota ludzi, którzy chcąc coś osiągnąć podejmują działania dające skutki dokladnie odwrotne od zamierzonego celu.....

czwartek, 08 listopada 2012

Czort nam choruje.

Przedwczoraj zaczęłam sie niepokoić, bo kocur, który normalnie wątróbkę jak wywęszy to dziurę w drzwiach lodówki zrobi, a na pewno przyleci z końca świata jak sie wreszcie skarb ukochany wyjmie na zewnątrz, tym razem nie był zainteresowany.

Nie tylko nie przybiegł. Jak juz wlazł w okolice michy, to gmyrnął tę wątróbkę pazurem raz, drugi... odwrócił sie i poszedł na fotel spać. W końcu ją zjadł, ale chyba po godzinie.

W nocy zwymiotował, następnego dnia był przytulny i przylepny, taki proszący o zaopiekowanie. 

Tak samo było i wczoraj, więc dziś został zapakowany do transporterka i zawieziony do pana doktora.  Tata pojechał ze mną - potrzebowałam kogoś do noszenia klatki, koteczek wazy prawie 7 kilo - zawsze był wysoki i długi, chociaż troszkę sadełka na brzuchy tez już jest. Ale niedużo.

Okazało sie po pierwsze, że czarny drań jest za zimny. Powinien mieć półtora stopnia więcej, niż ma. czyli osłabiony jest, nie ma siły. Dostał ze cztery zastrzyki plus kroplówę z elektrolitów na wzmocnienie i jutro ciąg dalszy zabawy - pobieranie krwi.

Zabawa będzie niezła - on już raz miał pobieraną krew i  - znając pacjenta - pan doktor poprosił żeby przyjść wtedy, kiedy oni bedą sie zmieniać w gabinecie, bo w pojedynkę z tym naszym bandytą to nie da rady. poprzednio też tak było i walczyli z nim chyba dwadzieścia minut :). 

Martwię sie bardzo. To może być jakaś głupia infekcja, ale może byc coś poważniejszego, on ma już ponad dwanaście lat. We wtorek co prawda zmókł, ale to chyba nie rzucałoby mu sie na żołądek, wiec obawiam się, ze to cos poważniejszego.

Kocie kochany, wyzdrowiej szybko!!!! Jesteś nam bardzo potrzebny, więc proszę, bez głupich kawałów!

obowiązkiem Pytona jest między innymi karmienie zwierzaków. 

Ponieważ czasem mu się zdarza zapomnieć, zostało ustalone, że jak on zawali - i ktoś inny będzie przez niego głodny- to jego następne śniadanie lub kolacja obejmuje wyłącznie chleb z masłem i coś do picia. 

Przyjął to bez dyskusji. Uznał związek pomiędzy winą a jej konsekwencją.

Zdarza sie to rzadko, ale jednak.

A ja patrzę z dumą na mojego syna, jak w takich sytuacjach bez słowa protestu wcina chleb z masłem i sam ponosi skutki własnego zaniedbania. Nie próbuje sie wykręcać, tłumaczyć, po prostu uznaje błąd. 

I nawet nie wie, ile sie w ten sposób uczy. Odpowiedzialności za innych. Za swoje postępowanie. Rozliczania z własnych działań. Ponoszenia konsekwencji błędów, niedbalstwa, zapomnienia. Bo przeciez to nie było specjalnie, ale ktoś cierpiał. 

I zastanawiam się, ilu kłopotów różne dzieciaki mogłyby w życiu uniknąć, gdyby ktoś im kiedyś wprowadził taką prostą regułę... 

 
1 , 2