O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

środa, 30 listopada 2011

Młody dostał na urodziny Atlas Wszechświata. Czytamy teraz o planetach, oblserwatoriach, mgławicach gwiazdach zmiennych, Pasie Kuipera i innych takich ciekawostkach. 

Dowiaduję sie mnóstwa rzeczy, o jakich dotąd nie miałam najbledszego pojęcia.

Dzisiaj zaczął wykorzystywać wiedze w praktyce.

Zapytałam dzisiaj, w co sie bawi - zabawka składała sie z dwóch kubeczków po serku wiejskim, ukochanego Zygzaka, bryłki soli kamiennej ( w kolorze pomarańczowym) i flamastra. 

Konstrukcja wyglądała jakby znajomo, ale nie byłam w stanie skojarzyć co mi to przypomina.

- To jest satelita, mamo - wyjaśniło mi dziecko.

Tego słowa mi brakowało.

poniedziałek, 28 listopada 2011

Wczoraj była większa feta - taty piernikalia, czyli 60 urodziny i moje imieniny.

Nie mam siły pisać o całości, może sie jutro zbiorę.

Bedzie tylko o prezencie od jednej z sympatyczniejszych ciotek. 

Dostaliśmy wspólne życzenia  i zdjęcie. 

Zdjęcie zrobione parę godzin wczesniej we własnym ogródku Cioci.

 

O takie:

 

Piękne, prawda?

Szkoda, zę te poziomki rosną o jakieś 1300 kilometrów od Warszawy....

No dobrze, nie baba, tylko starsza pani - ale nie powinna miec prawa jazdy. 

Stałam sobie na światłach. Pod górkę - w tamtym miejscu tak jest i już, nie jest to żadna nowość, górka nie zmieniła kierunku, tkwi sobie spokojnie od setek lat.

Nagle widzę - samochód przede mną zaczyna sie staczać. NA MNIE!!!!. Nosz, myślę sobie, lebiego jedna, naciśnij hamulec. Myślenie nie pomogło. Kwiknęłam klaksonem - zwykle takie krótkie kwiknięcie pomaga na zagapionego. Tym razem nic.

No to sie rozdarłam tą syreną bardziej i na wszelki wypadek cofnęłam o pół metra. Więcej nie mogłam, bo za plecami miałam autobus. 

Nic, pani nadal sie toczy.

W końcu przestała. 

Jak palnęła mnie w zderzak.

Zdenerwowana niezmiernie - w sumie sie nie dziwię, pani dobrze po siedemdziesiątce, bliżej osiemdziesiątki - i tłumaczy, że ona sie zamyśliła!!!

I nie słyszała trąbienia?

Nie widziała, nie czuła, zę sie stacza?????

Przykro mi to mówić, rozumiem, że dla osoby starszej oddanie kluczyków to po pierwsze znaczne ograniczenie samodzielności i tak już ograniczonej z powodu wieku, a po drugie przyznanie sie do starości, bezradnoości, do tego, zę już nie da rady funkcjonować jak dawniej.

Z drugiej zaś strony, nie może być tak, że dla komfortu psychicznego jedna czy druga staruszka będzie sobie żółwikiem zasuwać 40 po lewym pasie, zamyślać sie za kierownicą, rozglądać.... Jasny gwint, teraz nikomu sie nic nie stało, samochód też nie jest bardzo uszkodzony, jak dobrze pójdzie, to mi jutro w warsztacie zrobią od ręki - a jak nie, to ubezpiecyciel pani daje samochód zastępczy. 

Ale...

Następnym razem, jak pani sie znowu zamyśli, to może nie być tak dobrze. Zamyśli sie przed przejściem dla pieszych? Wjedzie w grupę dzieciaków? I będzie sie tak samo tłumaczyła????

Bezwzględnie po przekroczeniu dajmy na to 65 czy 70 lat badania lekarskie - i to porządne, ze szczególnym uwzględnieniem refleksu, a nie tylko zapłacić i wyjść z papierkiem - powinny być obowiązkowe. A jak ktoś nie zda - przepraszam, ale zabieramy kluczyki, samochodem może jeździć wnuk. Albo sprzedać, będzie taka babcia czy dziadek mieć na lekarstwa.

Niestety, w takich sytuacjach zdecydowanie przekładam bezpieczeństwo wielu nad komfort psychiczny jednostki.

 

Jestem zła.

niedziela, 27 listopada 2011

Uffff....

wróciłam do domu padnięta jak pies Pluto.

dzisiaj była "niewielka impreza rodzinna" - 60 urodziny taty zwane pieszczotliwie piernikaliami, połączone z moimi imieninami. 

Przyszło - drobiażdżek - 21 osób ( nie mam co narzekać na nadmiar pracy, zaproszonych - tych najbliższych było ze 40) razem z nami i rodzicami, u których rzecz cała miała miejsce 26.

Tak to jest, jak sie ma 5 braci  i ze wszystkimi utrzymuje kontakty. Dalszych krewnych już sie zaprosić nie dało, bo by trzeba łyzką do butów upychać.

Nie zjadłam prawie nic, usiadłam na moment pod koniec i nogi mi uszami wychodzą, ale jestem zadowolona - pogadałam sobie z ludźmi, których lubię, a dawno niektórych nie widziałam. 

Kulinarnie też fajnie wyszło,  - uznałyśmy, zę nie bawimy sie z mamą w katering, robimy same, bo wtedy przynajmniej wiemy, co w środku. I wyszło super, przekąski wyglądały znakomicie i były całkiem smaczne., a reszta tez sie udała :)

Muszę jeszcze bardzo pochwalić Pytona. niestety nie było jednej z moich kuzynek, która ma ma syna nieco starszego od Piotrka i młody tak naprawdę nie miał towarzystwa dla siebie. Na początku biegał, a potem wyciągnął sobie samochodziki ze swojej szafki. Ja mu w końcu włączyłam Minimini, żeby miał coś przyjemnego - i młody grzecznie zajmował sie sam sobą. Zaglądaliśmy do niego tak często, jak sie dało, podrzucając jedzonko, pogadując i w ogóle dbając. Kochany facet, nie było żadnego marudzenia, przeszkadzania, pretensji, nic kompletnie. Głupio mi okropnie, że nie mieliśmy jak sie nim bardziej zająć, ale naprawdę sie nie dało. Mój podziw dla własnego dziecka znowu sie znacząco zwiekszył.

Duża rodzina fajna sprawa. Ale czasem przydałyby sie ściany z gumy, bo inaczej sie nie mieszczą....

sobota, 26 listopada 2011

padam na dziób. 

Nie tylko ja, Skorupiak też.

A wszystko za sprawą naszego potomka.

Potomek, jak powszechnie wiadomo, jest osobnikiem inteligentnym. I w związku z tym sprawdza co czas jakiś, czy przypadkiem nie uda sie nagiąć, lub wręcz przesunąc granic obowiązujących w domu.

Od paru dni demonstrował mniejsze lub większe fochy i fumy przy wykonywaniu poleceń, zwlekał, olewał, "zapominał" o umowach - słowem dawał nam w kość.

Nienajlepiej tylko wybrał termin - jutro jest w planie większa impreza - połączone urodziny Taty i moje imieniny, zaproszona tylko naj-najbliższa rodzina (czyli jakieś 30-40 osób). W sumie oznacza to, że jestem nieco zmęczona i zdecydowanie nie mam ochoty na wykłócanie sie z dzieckiem.

Innymi słowy mam wyjątkowo krótki lont.

I dzisiaj przegiął.

Po kolejnej akcji z serii "nie umiem, nie chcę, nie zrobię" usłyszał, że ma posprzątać swój pokój i dopiero jak zaakceptuje wykonanie, to można rozmawiać o zaplanowanej na dziś produkcji wieńca adwentowego.

Po piątym niezaliczeniu wkurzyłam sie już solidnie i powiedziałam, że idę sprawdzić jeszcze tylko jeden raz - jeśli nie zaliczy, to nie będe ganiać co chwilę, nie ma produkcji wieńca i tyle. I nie pomaga mi w przekładaniu koralików (do produkcji biżuterii) do nowego pudełka (stare się z lekka rozpadało). I niestety nie zaliczył.

Dawno nie zdarzyło nam sie takie kazanie do potomka. Usłyszał sporo, niezbyt przyjemnie, ale całkowicie spokojnie, bez krzyku, za to z informacją, zę jestem wściekła, mam absolutnie dość sytuacji w której szanowny pan nie raczy kiwnąć w domu paluchem, a oczekuje od nas, że jak czegoś chce, to mamy popędzić gubiąc buty. 

A ponieważ jeszcze przez pół rozmowy przelewał sie przez krzesło, kręcił, wypinał odwłok, to drugie pół spędzil na stojąco.

Ciężkie było. Młody jednak chyba zrozumiał, co i dlaczego nas tak wściekło, bo karnie odwrócił sie, dosprzątał pokój, przygotował kolację i bez słowa protestu czy narzekania poszedł spać, prosząc tylko o całuska na doranoc (miał już obcięte wieczorne przytulanie, czytanie i śpiewanie). Dostał, powiedziałam mu, dlaczego jestem tak zmęczona - że okropnie nie lubię tak go ochrzaniać, ale zależy nam na tym, żeby wyrósł na dobrego, odpowiedzialnego, mądrego człowieka i dlatego nie możemy pozwalać na takie zachowania. Przeprosił, cmoknął mnie w nos - i po 5 minutach spał.

A ja padłam....

nie lubię takich sytuacji, ale czasem trzeba. Jeśli ukrócimy teraz takie zagrania, to jest spora szansa, ze za dziesięć lat nie będziemy musieli sie użerać z dużo trudniejszym w obsłudze osobnikiem. Ale męczące to jak wszyscy diabli...

środa, 23 listopada 2011

jak w temacie.

Ostatnio ze trzy razy juz zdarzyło mi sie, że chciałam puścić pranie. Niby nic wielkiego, ostatecznie robię to od lat i jakoś działa. 

Ale...

Wrzuciłam, wsypałam, co należy, ustawiłam program, wcisnęłam stosowny guziczek i wyszłam.

Po jakimś czasie - nie słysząc już hurgotu pacującej pralki - z miską w garści podążyłam wyjąć mokre ciuchy.

A tu zonk! Ciuchy sa całkiem suche. Ciekawostka przyrodnicza, myślę sobie, nasza palka ma już parę latek i nie ma takiej mocy wirowania  ani nie jest pralko - suszarką. Coś tu nie gra.

Do tego mój nos zdecydowanie tłumaczy, zę te ciuchy są, hm, jakby tu powiedzieć... no, mucha drugiej świeżości.

Gdy zdarzyło sie raz - pomyślałam - ok, skleroza nie boli, zapomniałam włączyć i tyle.

Drugi - nie miałam czasu na myślenie, puściłam pranie i poleciałam dalej, klnąc tylko z cicha pod nosem.

Ale za trzecim - na przestrzeni stosunkowo krótkiego czasu - zaczęłam analizowac sytuację.

I nawet doszłam do konstruktywnych wniosków. 

Otóż w bystrości swej niezmierzonej, wciskałam nie ten guzik. Zamiast startu - ten obok, czyli zatrzymanie wody...

Idę puścić pranie. Może sie uda. trzymajcie kciuki!

wtorek, 22 listopada 2011

 BOG STWORZY L  DZIECI   (I W REZULTACIE TAKŻE WNUKI)


 Dla tych z nas, w których   życiu s
ą   dzieci, czy to własne czy tez pod   postaciami wnuków, siostrzeńców, bratanków, czy uczniów, oto cos, co  sprawi,   ze zachichoczesz.  

  Kiedykolwiek twoje dzieci wymkną się spod kontroli,  możesz   się opanować i przypomnieć sobie, ze nawet wszechmoc Boga nie rozciągała  się na Jego własne dzieci. 

 

  Po stworzeniu nieba i ziemi Bóg stworzył Adama i Ewę. I pierwsze, co do nich powiedział to:

- Nie róbcie tego!
- Nie róbcie czego?-  odpowiedział Adam.
 - Nie jedzcie zakazanego owocu. - powiedział Bóg.
 - Zakazanego owocu? Mamy zakazany owoc? Hej, Ewa... mamy zakazany 
owoc!!!!!
- Nie ma mowy!
 - Jest mowa!
 - NIE jedzcie tego owocu! -  powiedział Bóg. 

 - Dlaczego?

 - Bo jestem twoim Ojcem i tak powiedziałem! -  odpowiedział Bóg zastanawiając się, dlaczego nie zaprzestał kreacji po stworzeniu słoni. Kilka minut  później Bóg zobaczył Swoje dzieci, jak robią sobie przerwę na jabłko i naprawdę się zezłościł!  

 - Czy nie powiedziałem wam, ze macie nie jeść tego owocu?  -  Zapytał Bóg.

 - Yhm - odparł Adam.
 - Dlaczego zatem zjedliście? - powiedział Ojciec.
 - Nie wiem. - odparła Ewa.
 - To ona zaczęła! -  powiedział Adam
 - Wcale nie!

- A wcale tak!

- TO NIE JA!!!!

 

 Gdy spotkało Go to od dwójki własnych dzieci, Bóg postanowił ukarać Adama  i   Ewę i sprawić, by mieli własne dzieci. W ten sposób sprawy zostały  ustawione   raz na zawsze.

 W CALEJ TEJ HISTORII JEST JEDNAK CIEN NADZIEI!
 Jeżeli wytrwale i z miłością starałeś się przekazać dzieciom mądrość, a one   jej nie przyjęły, nie karz siebie. Jeśli Bóg miał problemy z wychowaniem   dzieci, dlaczego myślisz, ze dla ciebie miałaby to być bulka z masłem?

 SPRAWY DO PRZEMYSLENIA!
 1. Pierwsze dwa lata spędziłeś ucząc je jak chodzić i mówić. Następnych   szesnaście spędzasz mówiąc im, żeby siedziały i milczały.

 2. Wnuki to boża nagroda za to, ze nie zabiłeś dzieci.

 3. Matki nastolatków wiedza dlaczego samice niektórych gatunków zjadają   swoje młode.

 4. Dzieci rzadko przekręcają to, co mówisz. Tak naprawdę, to powtarzają   słowo w słowo to, czego nie powinieneś był powiedzieć.

 6. Zabezpieczamy nasze domy przed dziećmi, ale one i tak jakoś się tam   dostają.


 RADA NA DZIS: Bądź miły dla swoich dzieci. Któregoś dnia wybiorą ci dom   starców.

 I WRESZCIE:

 KIEDY NIE OPUSZCZA CIE NAPIECIE I BÓL GLOWY, ZRÓB TO, CO NAPISANO NA   OPAKOWANIU ASPIRYNY:

 "WZIAC DWIE TABLETKI"
 oraz schować się  "W MIEJSCU NIEDOSTEPNYM DLA DZIECI"

 

trafiłam ostatnio przypadkiem na jakąś reklamę w telewizorni. Oglądam rzadko, na reklamy włącza mi sie natychmiast wygłuszacz - przestaję odbierać sygnał dźwiękowy. 

Tym razem jakoś mi sie zahaczyło, coś mnie zdenerwowało, bo następnym razem wsłuchałam sie dokładniej.

I już wiem, co mnie wkurzyło.

Reklama popularnego leku na stawy.

Pani sie cieszy, ze może chodzić po schodach (czy jakoś podobnie nie zwracałam uwagi na wątek fabularny).  Koleżanka tez coś zaczyna na ten sam temat. Pan narzeka, ze on ma kłopoty, ale na stwierdzenie obu pań, zeone biorą coś tam i im pomaga, wykrzykuje gromko:

- To w takim razie ja też będę brał!

Debilizm reklamy (jakby nie było leku!!!) jest dla mnie porażający.

Metoda leczenia "na Goździkową" (to z innej, równie głupiej reklamy skonstruowanej według tego samego schematu) jest dowodem na ogłupienie obywateli.

Propagowanie tej metody leczenia jest nieetyczne i niemoralne - potem zdarzają się geniusze, którzy każdego by leczyli tym samym, "bo mi pomogło, to i tobie pomoże". A jakieś dyrdymały o interakcjach z innymi, już branymi lekami, przeciwwskazaniach związanych z wiekiem czy występowaniem innych chorób - a kto by sie tam przejmował....

Powszechnie uważa sie, ze ta kwestia dotyczy tylko leków recepturowych, a te ogólnodostępne są "bezpieczne".

Kurczę, nie ma środków farmakologicznych, które są absolutnie obojętne dla organizmu!!! Głupią witaminę C też jest bezpieczniej jeść w postaci np. pomarańczy niż piguł. 

Ostatnio mama poszła na badania organizowane przez / przy aptece - podjechał osteobus, zrobili pomiar gęstości kości, wyszło, ze ma solidną osteoporozę i od razu apteka w swej łaskawości proponuje półroczny zapas wapnia po bardzo promocyjnej cenie. 

Na szczęście mama jest stary wyjadacz medyczny, zanim zaczęła to jeść to poszła się skonsultować, przy okazji zrobiła jeszcze raz badania - już normalnie, w przychodni, gdzie nikt na tym, jaki wynik jej wyjdzie, interesu nie ubijał - i okazało sie, ze wyniki ma w normie, żadna tam osteoporoza, a do tego lekarz prowadzący stwierdził, zę przy jej kolekcji niespodzianek medycznych to wapno  by jej tylko zaszkodziło. Wapno zje kto inny.

A mnie jest smutno. 

W tym przypadku trafiło na osobę przytomną, myślącą i uświadomioną medycznie. Ale ilu ludziom w ten sposób można wcisnąć dowolny kit, jednocześnie drenując im kieszeń i uszkadzając wątrobę? 

poniedziałek, 21 listopada 2011

Ostatni z tematów dyskusji z naszym synem - rzymski zapis liczb. 

Skoro dzieć pyta, to dostaje odpowiedź (jeśli pyta z sensem, bo jak zaczyna sie przekomarzać w niekończący się łańcuszek "a dlaczego", to ucinamy).

Nie wiem, skąd mu ten temat wyszedł, ale wyszedł. 

No to pokazałam kilka znaków. W najbliższej okolicy - na drzwiach sali w przedszkolu widnieje dumnie V, obok VI. Na budynku niedaleko nas, gdzie poszliśmy popatrzeć - jest na zwieńczeniu data budowy, MCMXCVIII....

Pozastanawialiśmy sie wspólnie, dlaczego niektóre rzeczy zapisuje sie przy pomocy liczb rzymskich, a niektóre arabskich (nie mam pojęcia, jeśli ktoś wie, to poproszę o wsparcie przed klasówką).

 

następnym razem chyba zaczniemy cyrylicę.

sobota, 19 listopada 2011

Właśnie sie dowiedziałam, zę dwa dni temu był taki. 17 listopada. 

Nie miałam pojęcia o istnieniu czegoś takiego, ale w końcu nie muszę wiedzieć o wszystkich Dniach Czegoś Tam. 

Tak czy inaczej - Koteczku najkochańszy, dużo wygodnych kolan do układania sie, rąk chętnych do głaskania, srok do denerwowania, kurzej wątróbki w miseczce i okazji do prztulania sie do Piotrka!!!!

 

piątek, 18 listopada 2011

Jakoś przypadkiem trafiłam na gazetowe  Forum Liceum.

Przejrzałam sobie pierwsza stronę wątków - i po raz kolejny zwątpiłam we wszystko i wszystkich. Nauczycieli, rodziców, polityków, wychowawców, a także służby powołane do ścigania nieuczciwości (delikatnie rzecz ujmując).

na pierwszej stronie na 50 wątków 18 z nich jest jawną ofertą napisania nowej bądź sprzedaży już używanej przez kogoś prezentacji maturalnej z polskiego. Strona druga - kolejne 10. 

Innymi słowy, na sto wątków jest 28 zawierających propozycje popełnienia przestępstwa. 

I nikt z tym nic nie robi.

Nauczyciele i wychowawcy - przyjmują na gębę prace, o których czasem na kilometr widać, że dany uczeń nie byłby w stanie czegoś takiego napisać.

Rodzice - widocznie jakoś pominęli kwestię uczciwości w procesie wychowywania potomstwa.  Nie widzą nic złego w tym, raczej uważają za "zaradność". 

Politycy, policja i inni acy - potem będą sie bardzo dziwić i martwić, zę ludzie dają i biorą łapówki, popełniają plagiaty, ze mamy niedouczonych specjalistów, którzy zaliczyli egzamin ściągając. Że uczciwość jest postrzegana jako postawa dla frajerów, a ten, kto kradnie, kombinuje, nie płaci podatków, jeździ samochodem służbowym na prywatne urlopy, bierze lewe zwolnienia i jedzie w tym czasie na narty albo robi remont mieszkania - jest postrzegany jako operatywny, umiejący sobie radzić w życiu i co tam kto jeszcze chce. A jakoś nikomu do głowy nie przychodzi, że bardziej adekwatne byloby określenie "oszust". Albo "złodziej". 

Jak ktoś usiłuje na przykład na uczelni wymusić na studentach samodzielność myślenia, to jest uważany za dziwoląga, a koledzy - wykładowcy sugerują, zeby się przestał wyglupiać.  Parę lat temu była taka sprawa, facet, który ileś lat wykładał w Stanach, w Polsce za złapanie ze ściągawką wywalał z sali  - jaki był wrzask!

Nie chce mi sie nawet pisać. Za rok Piotrek pójdzie sdo szkoły, będe musiała jakoś obgadać z nim ten temat - zwłaszcza, ze nie ściąganie samemu to jedna strona medalu, drugą, znacznie trudniejszą, jest sytuacja, kiedy kolega prosi - "ty, daj odpisać". 

I co, dać, czy nie dać, oto jest pytanie? Jak nie dać, żeby nie ściągnąć na siebie automatycznej nagonki całej klasy - to jest bardzo trudne dla dziecka do wytrzymania, mało kto jest w stanie to wytrzymać. A bolesne - bardzo - jest zawsze...

Dwie wady , powiedziąłabym, "narodowe" są dla mnie szczególnie obrzydliwe. jedna, to społeczne przyzwolenie na chlanie - bo picie to co innego, a druga - właśnie brak nawyku i poszanowania dla prawdy.

Sprawa zbulwersowała mnie od początku, ale starałam sie jednak wstrzymać z komentarzem - poczekać, aż moje emocje nieco opadną, bo nie ukrywam, że cholera mnie trzęsła potężna.

Odczekiwanie nie na wiele sie zdało, gdyż moje nadzieje na jakieś rozsądne decyzje wierchuszki marianów pozostały płonne. Zakaz wypowiedzi dla mediów podtrzymano bezterminowo.

Uzasadnienie? 

Nie bo nie.

Nawet Piotrek - mający równe czterdzieści lat mniej niż ojciec Naumowicz (autor tego "genialnego" pomysłu) wie, że osobnik myślący jeśli z kimś sie o coś spiera, to uzasadnia swoje zdanie. Jesli młody przypadkiem uzna, że nie podaliśmy mu powodu jakiejś naszej decyzji, to natychmiast słyszymy:

- "nie bo nie" to nie jest żaden argument! - (najczęściej wtedy, kiedy właśnie nabieramy powietrza, by to uzasadnienie podać - ale on bywa szybszy ;)

Ksiądz Adam, wbrew temu, co różne osoby mu zarzucają, nie twierdzi, że krzyż należy usunąć z sejmu, że Nergal był w porządku drąc Biblię. On pyta. Zastanawia się. Zwraca uwagę na fakt, że krzyż w sejmie został powieszony cichcem, po kryjomu. Że nie jest to symbol polityczny, tylko religijny, więc nie powinien  być wykorzystywany do walki i walenia po łbie przeciwników.  Że jeśli facet nie wierzy w Boga, to trudno mówić o wierze w szatana, a to jest niezbędne, by być satanistą. Dostrzega, zę Nergal po prostu zrobił co mógł, żeby narobić szumu wokół siebie - i znakomicie mu sie to udało, a bogobojni oburzeni wierni zrobili dokładnie to, czego chciał. Zamiast goscia po prostu zignorować.... Przypomina, ze jak Bóg dał nam szare komórki, to warto ich używać. Że jest to najlepszy sposób podziękowania za ten dar.  Że wiara zalakierowana na sztywno, bezrefleksyjna, "bo tak wierzył mój ojciec, dziad, to i jak tak będę" - nie jest właściwie wiarą, tylko skorupką. 

Pustą w środku.

Jest taka świetna książka T. Halika "Co nie jest chwiejne, jest nietrwałe". Właśnie o tych wątpliwościach, poszukiwaniach, wahaniach. Jeśli się na sztywno tkwi w czymś, nie zastanawiając sie, jaki jest tego sens, dlaczego tak, a nie inaczej - przyjmuje zdanie księdza, biskupa, proboszcza - to tak naprawdę klepie sie te same formułki, ale traci z oczu istotę rzeczy. 

jedno, co na pewno osiągnęli swoim zakazem marianie, to to, ze teksty ks. Adama  są teraz powtarzane i czytane przez całą rzeszę ludzi, którzy wcześniej by sie nimi nie zainteresowali. Tymi, których Kościół do siebie zraził, lub którzy nigdy nie próbowali doń zajrzeć. 

Pod artykułami dotyczącymi tej sprawy znalazłam wiele wypowiedzi tego samego typu : "Nie jestem wierzący/z ale ksiądz Adam jest dla mnie kimś, z kim warto porozmawiać, kimś , kto pokazuje mi, że nie wszyscy księża to zakłamane szuje". Epitety były mocniejsze, wypowiedzi osób skrajnie negatywnie nastawionych do instytucji - a jednak wszyscy ceniący spokój, mądrość, otwartość i życzliwość księdza Adama. 

Ciekawe, ile osób po tym numerze uzna - tak, jak to powiedziąla już Krystyna Janda - że kontakty z Bogiem to jedno, a Jego personel naziemny jest nie najwyższych lotów? A jeśli sie znajdzie jakiś naprawdę mądry, to jest cięty równo z trawą?

I - co więcej, ile osób będących na krawędzi, po tej sprawie jednak zdecyduje sie na formalne wystąpienie  Kościoła?

Te akty apostazji obciążą sumienie ks. Naumowicza. Chociaż on w swym samozadowoleniu pewnie i tak się tym nie przejmie...

Jeszcze nasunęła mi sie jedna refleksja. Skoro poglądy ks. Adama są tak niezgodne z linią Kościoła, to jak bardzo musiał sie mylić Jan Paweł II prosząc go o zajęcie sie najpierw polskim wydaniem L`Osservatore Romano, potem Tygodnika. 

Ale widocznie ksiądz Naumowicz wie lepiej.



wtorek, 15 listopada 2011

Kiedyś tam, dawno bardzo, przygoowałam sobie kapustę z grzybami do pierogów.

Ponieważ nie miałam czasu (albo ochoty, albo czegokolwiek innego) na lepienie w tamtym momencie, kapustka powędrowała do zamrażarki.

Ostatnio sobie o niej przypomniałam i stwierdzilam, ze może warto by wreszcie przerobić ją na pierogi.

Ku memu zdumieniu okazało sie, że mam świetnego pomocnika - myslałam, ze lepienie będzie zbyt nudne dla Pytona, ale nie. Bawil sie znakomicie. A w efekcie tej zabawy w zamrażarce zaistniało 90 pierogów z kapustką. I jeszcze została bryłka ciasta - starannie zawinięta przeczekała dwa dni.

Po wczorajszym obiedzie zostało z kolei trochę za dużo ziemniaków (nie będe ukrywać, nie był to przypadek...). I dziś po przedszkolu znowu zasiedliśmy do lepienia. W efekcie mamy około 40 pierogów ruskich. 

Znowu zostało ciasta, więc powinnam chyba nabyć kawał wołowiny i zrobic farsz do mięsnych. Albo może takie z kasza gryczaną. 

Potem znowu będzie farsz, a skonczy sie ciasto, wiec znowu dorobię... 

I w ten sposób już do końca świata będe miała zajęcie przy pierogach. Otworzę własną firmę i zbiję majątek. 

A wszystko przez to, że nie miałam pomysłu na to, co zrobić z dzieckiem w pewne niedzielne, listopadowe popołudnie....

poniedziałek, 14 listopada 2011

Skorupiak wrócił z pracy niezmiernie dumny z siebie i położył mi przed nosem torbę słonecznika w kolorowej czekoladzie.

Duma miała swoje uzasadnienie, gdyż uzywałam ich z lubością do działań ozdobno - kulinarnych, a od ponad roku nie mogłam nigdzie znaleźć.

Ale...

- Mężu, kochanie, czy przypadkiem nie pomyliły ci sie święta? Ja tego używam do mazurków wielkanocnych?

Skorupiak jakby skląsł, zamarł w bezruchu. Widać, ze trybiki zaczęły sie obracć w przyspieszonym tempie.

- No... faktycznie, jakoś tak mi sie zafiksowało, używasz tego przy wypiekach świątecznych, a niedługo święta... Ale chyba rzeczywiście nie te.... 

Zdecydowanie nie te. 

Nie szkodzi. Piotrek tez bardzo je lubi, więc nie ma szans, żeby sie zmarnowały.

piątek, 11 listopada 2011

Skorupiak chyba w ciązy jest.

Naszło mnie strasznie na jakieś coś do schrupania, więc poszłam zapytać, czy nie ma czegoś - to on jest specem od takich zapasów.

Owszem, miał. Obok siebie miał torebkę ze śmietankowymi wafelkami. Wygarnęłam sobie kilka i... zastopowało mnie. 

przyjrzałam sie jeszcze raz. Nie chce byc inaczej. Miseczka z ...

- Kochanie, czy ty jadłeś te wafle z keczapem?????

- A tak mi jakoś podpasowało...

czwartek, 10 listopada 2011

Poprzednia notka skojarzyła mi sie z jeszcze jedną rodzinną historyjką dotyczącą tego, jak śliczne efekty daje niezrozumienie przez dzieciaki słów modlitw - i ogólnie nietłumaczenie im, co sie dzieje w kościele, w czasie mszy i tak dalej.

Ciotkavusłyszała kiedys jakies dziwne szmery w piwnicy. Poszła sprawdzić, co sie tam dzieje - a tam były jej osobiste dzieci. 

Szur szur szur, szep szep szep... i do ciotczynych uszu dobiega tekst:

- A wino dla panów wajców odpuścimy w piwnicy.....

 

PS. Niewykluczone, że poplątałam nieco okoliczności, to mógł byc ogród zamiast piwnicy, ale tekst zasadniczy pozostaje bez zmian :)

środa, 09 listopada 2011

Młody chodzi na religię w przedszkolu i z tego, co opowiada, nawet niegłupio prowadzoną. Ale czasem coś mu sie poplącze. 

Chodzi dziś po domu i powtarza różne kawałki modlitw, podśpiewuje fragmenty z mszy św. 

W pewnym momencie usłyszałam:

- Niech będzie pochwalony przenajświętszy atrament.

 

Hm.... Mieści sie w świętym kałamarzu?

Chyba powinnam zmienić kategorię mojego bloga. z "dzieci" na "pamiętnik osobisty" na przykład. Bo w sumie wcale nie piszę tylko o Pietruszce. Ani nawet głównie o Pietruszce. 

Piszę o wszystkim, co mi wpadnie do głowy i na klawiaturę, książkach, wydarzeniach bieżących, czasem mi sie zbierze na filozofię, czasem ogólnie o wychowywaniu i psychologii.... Słowem, ryż, mysz i powidło. 

Ale chyba jednak zostanie jak jest.  Dobrze mi tu i tyle. Nie  chce mi sie zmieniać.

Jest sobie taka pani weterynarz, Dorota Sumińska. Napisała (wspólnie z dwiema innymi paniami) książkę o zwierzakach - "Jak wychować dziecko, psa, kota... i faceta".

Nie czytałam całej, wstarczyły mi kawałki podsunięte przez mamę, która to dzieło zmęczyła, żeby zwątpić we wszystko.

Powalił mnie na kolana zwłaszcza kawałek o tym, jak to kot siedzi i wgłębia sie w swoją jaźń (albo jakoś podobnie idiotycznie to szło). 

Albo wątek o tym, że psa nie można ograniczać smyczą, bo będzie sfrustrowany. W związku z tym szanowna pani weterynarz, póki jeszcze mieszkała w mieście, z drżeniem serca puszczała w parku swego amstaffa luzem (głowy nie dam, czy to amstaff na pewno, ale w kazdym razie któraś z tych agresywnych ras) i rozglądała sie, czy nie widać innego zwierzaka. Na szczęscie wyprowadziła sie gdzieś na wieś  i chyba ma dom z ogrodem. 

Oczywiście nie można przywiązywać psa przed sklepem, bo biedne zwierzątko czuje sie opuszczone i porzucone.

Smycz jest pogwałceniem psiej wolności, bo nieszczęsny zwierzak musi iść tam, gdzie chce właściciel, a nie tam, gdzie by sobie życzył. 

Nie można niczego narzuca zwierzakom, bo to jest tłamszenie ich charakteru.

Takich głupot jest cała masa, antropomorfizacja na całego, kompletnie bez uzasadnienia. Ta pani wyraźnie nie ma pojęcia o psiej czy kociej psychice. Nie rozumie, że pies jest zwierzakiem stadnym i bardzo hierarchicznym, potrzebuje jasnego ustalenia, kto rządzi, czystych, klarownych reguł i informacji, kto kogo ma słuchać. Bycie przewodnikiem stada to odpowiedzialność, a w warunkach ludzkiego społeczeństwa pies nie jest  stanie jej udźwignąć - bo niby jak ma sie orientować, skąd sie bierze jedzenie, jakie są zasady ruchu drogowego, co zrobić, żeby całe stado miało norę / mieszkanie? To wszystko powoduje, zę automatycznie pies zajmuje niższą pozycję w stadzie i póki jest to jasno określone, to jest dobrze. Gdy robi sie zamieszanie - ja dostarczam jedzenie (przywilej, ale i obowiązek przywódcy), a pies sam decyduje, gdzie idzie, to taki Azor czy inny Bryś głupieje - bo w końcu nie wiadomo, kto tu rządzi. 

To tak jak z bezstresowym wychowaniem dzieci - potrzebują reguł i granic, zęby sie czuć bezpiecznie i móc nauczyć, jak ten dziwny świat działa. Brak reguł powoduje brak oparcia i poczucia bezpieczeństwa.

Wątek o kocie wgłębiającym sie we własną jaźń wywołał u mnie paroksyzm śmiechu. Owszem, koty wyraźnie lubią obserwować. Nieraz widziałam, jak mój Czort układał sie na oknie i tlko wodził wzrokiem za wszyskim, co sie ruszało, czasem tylko wąsy szły mu do przodu jesli tym czymś bylo stado szpaków. 

Albo jak układał się na najniższej gałęzi drzewa, na którym było srocze gniazdo i słuchał, jak sroki zaczynały sie wściekle drzeć nad jego głową. Ale żeby od razu jaźń?????

Generalnie panią Sumińską zaliczam do niezbyt przeze mnie szanowanego gatunku zwanego "ciotka-entuzjastka". Chce dobrze - plus dla niej. Kocha zwierzęta - kolejny.

Ale trzeba to wszystko robić mądrze, a tego zabrakło....

Książka do oddania.

wtorek, 08 listopada 2011

Namierzałam sie na notkę z okazji trzecich urodzin mojego bloga. 

Odczekałam starannie do dziś, bo jakoś mi sie tak zapamiętało, zę zaczęłam 8 listopada. 

Otóż nie, okazuje sie, ze mam (oprócz różnych innych przypadłości) zaawansowaną sklerozę. 

Urodziny bloga były dwa dni temu, 6 listopada. 

Już trzy lata pisze sobie o wszystkim i o niczym, notuję różne pietruszkowe kwiatki, moje przemyślenia i wydumki na tematy różniste, słowem - blog o wszystkim i o niczym.

Dzięki niemu poznałam wielu naprawdę fajnych ludzi, z którymi inaczej w żaden sposób nie miałabym szansy sie zetknąć - a nawet, gdybym wpadała na którąś z tych osób na ulicy, to powiedziałabym "przepraszam" - i poszlibyśmy dalej. 

Dziękuję Wam wszystkim za kolejny rok. 

Potrzebuję tego bloga bardzo, jest moją odskocznią, mogę sobie poplotkować, pozastanawiać sie nad rzeczywistością, pomądrzyć na tematy wychowawcze (a co, mój blog, to mogę ;).  Tutaj czasem ubieram w słowa to, co gdzieś tam telepie mi sie po głowie, ale jest zbyt złożone, zeby ogarnąć, rozłożenie na czynniki pierwsze bardzo pomaga. 

Tak czy inaczej - tort dla wszystkich. Bloga (i komputera) karmić nie będę, bo by mi sie wejście USB zatkało kremem :).

Od razu na wstępie powiem, ze jestem puzzlomaniaczką. A nawet nałogowcem. Ciężkim i nieuleczalnym.

Co jakiś czas zaczynają mnie świerzbieć palce i nie uspokoję się, póki sobie czegoś nie ułożę. Nie musi byc bardzo duże - na większe, niż 1500 kawałków po prostu nie mam miejsca i czasu. Ale dobre i to, układam w dwa-trzy dni (bo jednak czasem trzeba sie oderwać od ukochanej rozrywki....) i mam na pare miesięcy spokój. 

Od czasu, kiedy urodzil sie Piotrek, marzyłam, jak to będziemy sobie wspólnie układać. Oczywiście nie zamierzałam go rzucać na głęboką wodę  i dawać 1000 na początek - zaczęliśmy skromnie, 24 kawałki czy coś. 

Wczoraj Pyton dostał od znajomej zestaw - 3x49 kawałków.

Po powrocie z przedszkola (i porcji biegania na dworze) wyciągnął układanki i pracuje. Jedną zrobił całkowicie sam, przy drugiej minimalnie pomogłam przy ramce, a środek już byl samodzielnie, teraz trzecia.

I nie jest bynajmniej tak, że Piotrek potrafi poradzić sobie tylko z takimi dziecinnymi. Jak niedawno wyciągnęłam sobie 1000, to dzielnie mi pomagał segregować i sam włożył kilkanaście kawałków.

Wygląda na to, ze skutecznie wciągnęłam dziecko w nałóg.

niedziela, 06 listopada 2011

wkurzyłam sie dziś na Straż Miejską. I to tak solidnie.

Rano wychodząc z psem na spacer namierzyłam przed pobliską szkołą zaparkowany samochód. 

Dodajmy, zaparkowany w sposób absolutna urągający wszelkim przepisom. Czterema kołami na trawniku, gdzie wpasował sie pomiędzy motylami zagradzającymi przejazd a płotkiem ogradzającym (przed takimi właśnie wandalami) sąsiedni trawnik. 

Samochód służbowy, oklejony nazwą firmy schneider-electric - zapewne po to, żeby wszyscy wiedzieli, że całe marketingowe chrzanienie o trosce o środowisko jest tym właśnie. Chrzanieniem.

Po powrocie do domu (bo nie wzięłam komórki) zadzwoniłam do Straży Miejskiej - w końcu za coś pieniądze biorą, a przynajmniej mi bardziej przeszkadza taki pojazd na trawniku utrzymywanym z mojego czynszu, niż staruszka handlująca trzema pęczkami natki.

Pan przyjął zgłoszenie, podziękowałam i sie rozłączyłam. Jakiś czas później samochodu już nie było.

Wróciliśmy do domu z kościoła i potem od rodziców około 14, Skorupiak wziął psa na kolejny spacer. Po chwili dzwoni wpieniony:

- słuchaj, zanotuj numer rejestracyjny. To chyba ten sam, co rano dzwoniłaś, firma ta sama.

Owszem ten sam numer, ten sam samochód. I tak samo zaparkowany.

No to za telefon do SM po raz kolejny. Odebrał ten sam facet, więc przypomniałam mu poprzednią rozmowę. Sprawdził w systemie, owszem, interwencja była. tylko ja dzwoniłam o 9.41, a oni łaskawie dotoczyli sie o 10.27 (czas przejazdu od siedziby SM to jakieś 7 minut).  Zgłosiłam ponownie ten sam problem. 

Tym razem przyjechali po godzinie, do tego toczyli sie uliczką dojazdową tak wolno (widząc, że do samochodu ktoś podchodzi i wsiada - no, chyba, że kierowca i pasażer mieli zamknięte oczy) że facet zwyczajnie odjechał im sprzed nosa. 

Skorupiaka, który tam sie kręcił, żeby sprawdzić czas reakcji krew zalała. Nie miał jak stanąć gościowi przed maską, zeby go zatrzymać, bo ma nogę w stabilizatorze i za wolno sie porusza - nie zdążył dotrzeć na miejsce.

A dzielni strażnicy potem płaczą, zę społeczeństwo z nimi nie współpracuje, nie zgłasza przypadków wymagających interwencji....

sobota, 05 listopada 2011

Drodzy goście z Blogspota (czyli GzB), 

Dzięki za coraz częstsze odwiedziny. Chciałam sie zbiorowo usprawiedliwić z braku jakichkolwek komentarzy u Was - otóż próbuję.

Wielokrotnie, i szlag mnie trafia, jak za każdym razem dostaję odpowiedź, ze nie ma mozliwości zweryfikowania mojego adresu. Nosz cholera jasna, a musi weryfikować? Co on, komisja lustracyjna? 

W każdym razie miło mi Was widzieć na moich śmieciach, GzB, i mam nadzieję, ze bedziecie zaglądać dalej, niezrażeni moim milczeniem. Jak tylko uda mi sie zwalczyć złośliwość przedmiotów martwych, a komputerów w szczególności, to zacznę być bardziej gadatliwa.

piątek, 04 listopada 2011

Pyton dostał ostatnio Atlas Wszechświata.

czytamy sobie wieczorem, oglądamy rysunki, zdjęcia, tłumaczę mu różne rzeczy. Młody łapie w lot, aż mnie zadziwia.

Dzisiaj znowu czytam kolejny kawałek, o pierwszych lotach w przestrzeń i lądowaniu na księżycu i pokazuję rysunek - jak to najpierw rakieta zrobila dwa kółka wokół Ziemi, gubiąc kolejne człony napędu i dopiero potem nabrała odpowiedniej prędkości,  żeby przezwyciężyć przyciąganie ziemskie.

A młody podsumował krótko:

- No bo grawitacja działa tylko do takiej odległości (pokazał łapkami), a jak jest dalej od Ziemi, to już nie. 

Czyli streścił newtonowskie prawo powszechnego ciążenia. 

 Wszak to jest dziecinnie proste.

Powtórzę po raz kolejny - w szkole nas zamordują.

Kluła mi sie ta notka od paru dni.

A własciwie nawet niejedna.

A równocześnie zwyczajnie nie chciało mi sie pisać. Miałam co robić, nie siedziałam tyle przy kompie i nie było kiedy. A nawet jak było, to nie miałam melodii, co było cokolwiek denerwujące, zważywszy ową wykluwającą sie notkę.

Temat pierwszy, który mi sie kotłował pod czaszką był związany z dwiema sprawami, które spowodowały zagotowanie internetu w ostatnim czasie. Czyli, po pierwsze, mistrzowskie lądowanie kapitana Wrony, a po drugie - zakaz kontaktów z mediami dla księdza Adama Bonieckiego wydany mu przez generała zakonu Marianów.

Dwie sprawy, wydawałoby się niezmiernie odległe, nic ich nie łączy. I może samych tematów faktycznie nie łączy zbyt wiele, ale w wypowiedziach dotyczących zarówno jednego jak i drugiego wydarzenia uderzyła mnie jedna rzecz.

Kolosalna ilość chamstwa. Wypowiedzi agresywnych, wulgarnych, powiedziałabym wręcz - prymitywnych. Obliczonych na obrażenie przeciwnika, poniżenie, zmieszanie z błotem. I przeważnie - bez żadnych argumentów merytorycznych.

Innymi słowy - argumenty siły zamiast siły argumentów.

jesli chodzi o kapitana Wronę, to jego samego sie nikt nie czepiał (dobre i to, zę choć raz naród potrafił docenić bohatera), ale oczywiście znaleźli sie tacy, któryz zaczęłi porównywać to lądowanie ze Smoleńskiem... A szczytem szczytów był wpis pani Marty Kaczyńskiej, która otwartym tekstem poprosiła o komentarze do faktu, zę Boeing lądował na betonie i wszystko jest ok, a Tu na błocie i sie rozbił. I tu sie posypało....

Pytanie faktycznie było... nieszczególne, ale mimo wszystko, jakby sie nie lubiło adwersarza, taki stek bluzgów, jaki poleciał wtedy, był dla mnie czyś nieprawdopodobnym. Głupią dyskusję uciął na szczęście sam kapitan Wrona tłumacząc, dlaczego nie można porównywać tych dwóch lądowań (równe podłoże, widoczność, czas na przygotowanie sie do lądowania, vs mgła, jar z drzewami i krzakami, urwana część skrzydła, błędne dane, brak czasu na analizę i decyzję, presja z powodu obecności prezydenta i świadomości kłopotów, jesli poleca na zapasowe lotnisko).

W sprawie księdza Bonieckiego - to samo. I to, co w jakimś sensie jest dla mnie zaskakujące, z obu stron - zwolenników i przeciwników tej decyzji. Wyzwiska, bluzgi, wzajemne poniżanie.

Sądzę, ze to właśnie może być znacznie trudniejsze dla tego mądrego, spokojnego księdza. 

Inna sprawa, żę uważam tę decyzję za pokazowy wręcz przykład strzału we własną stopę ze strony Marianów i Kościoła w ogóle. Masa ludzi, którzy dotychczas pewnie nawet nie słyszeli o księdzu Bonieckim, teraz zaczęła sie interesować tematem. I już znalazłam wypowiedzi ludzi, którzy nigdy dotąd nie czytali Tygodnika Powszechnego, a teraz zamierzają zacząć. Czyli to, co tak sie nie spodobało zwierzchnikom, znajduje teraz znacznie szerszy krąg odbiorców....

Cóż, kolejny przykład na to, że zanim sie coś zrobi - warto najpierw choć przez chwilę pomyśleć, jakie będą skutki...