O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

wtorek, 30 listopada 2010

umówiłam się z mamą, żo pojedziemy dziś po sadło dla gawronów. Przyjechałam do niej, pogadałyśmy, w końcu zbieramy sie do wyjscia. Chciałam jeszcze zgasic oświetlenie blatów w kuchni, macnęłam na ślepo i zamiast w wyłącznik trafiłam w szkło lampki - gorące szkło dodajmy....

wrzasnęłam, pognałam pod zimną wodę. niestety poparzyłam się całkiem solidnie, bo po trzech godzinch boli, jeśli nie trzymam czegoś zimnego. Dobrze, że jest śnieg, bo Panthenol nie pomaga, a na Lignokainę trzeba mie receptę. W każdym razie mam bąble na trzech palcach.

całe szczęście,  ze to lewa ręka...

 

PS. Ale sadło kupiłyśmy. Ptaszory muszą mieć co jeść :)

taki nieduży. W sam raz dla psa w śniegu.

Agra , która generalnie jest zmarzlakiem takim jak ja, dziś była zachwycona - ryła w śniegu, brykała, skakała, ganiała z pigułami. czasem ponad śnieg wystawał tylko czubek ogona i czarny nos. Skakała takimi śmiesznymi sarnimi susami - żeby cokolwiek zobaczyć.

Taka zima to może być, jak teraz ten mróz utrzyma, ale niech nie dosypuje już wiecej. Bez wiatru, -7 dziś rano - można sie bawić.

Piotrek też szczęśliwy - do przedszkola pojechał na sankach.

poniedziałek, 29 listopada 2010

Niestety nie moim karmniku. Mimo całej sympatii dla ptaszorów nie mam i nie zamierzam mieć karmnika przed oknem.

Powód jest prosty. Kot. Czort niestety lubi łowić ptaki i robi to dość sprawnie. Próbowałam zakładać mu pbroże z dzwonkiem, ale bardzo szybko je zdejmował. W obliczu bankructwa dałam sobie spokój.

Ale u rodziców mogę sie oddawać przyjemności obserwowania ptaków do woli. Po pierwsze, na tarasie mają coś, co kiedyś było kominem wentylacyjnym do przepompowni, ale po wymianie czegoś tam jest po prostu słupkiem. Słupek jest obecnie karmnikiem dla drobnicy  - ma daszek, przez szczebelki żaden wróg (kot czy sroka) nie sięgnie, więc można bezpiecznie zajadać. Poza tym na linkach, na których rozpięta jest winorośl, wiszą kule dla ptaków.

I wokół tego wszsytkiego kręci sie cały tłum sikorek - modraszek, ubogich, wróbli - głównie mazurków, a czasem różne inne drobie. Dzisiaj przyleciała zięba, oczywiście były kawki, kiedyś bywał dzięcioł, dzwońce, gil, kwiczoły, a nawet pewnego dnia rodziców odwiedził krogulec. Co prawda nie doleciał na taras, tylko usiadł na ścieżce do furtki i pożywiał się jakimś własnym prowiantem (trudno stwierdzić dokładnie, zostało tylko kilka piórek...). Żeby nie było wątpliwości, rodzice nie mieszkają na wsi. Mieszkają w Warszawie.

Poza tym, jest moja wielka miłość. Czyli gawrony.

Jakieś piętnaście lat temu (jak nie dwadzieścia, na pewno długo przed ślubem) zaczęłam zimą dokarmiać gawrony.  Początkowo były nieśmiałe, jak wychodziłam przez balkon z talerzem sadła to czekały, aż wrócę do domu i dopiero nabierały odwagi. Teraz, po latach doskonale wiedzą, zę jak pada snieg, to tu rano jest wyżera. Ja sie co prawda wyprowadziłam, ale rodzice dzielnie dbają o czarne kury.

Wygląda to zawsze tak samo. Rano gawronów w okolicy nie widać, ot, jeden czy dwa siedzą na wierzbie przed blokiem. Jak ktoś wyjdzie z talerzem przez ogródek - rozlega się krakanie i nagle w powietrzu robi sie czarno. Sadło wyrzucamu na niski wał przed blokiem - w momencie, kiedy sadło poleci, czarne spadają z drzew, dachów okolicznych bloków, zanim karmiciel zdąży dojść z powrotem do furtki (pokonać szalony dystans około pięciu metrów).

Trwa to parę minut, i po chwili znowu jest cisza, spokój i tylko kilka ptaków na gałęziach.

I tylko śnieg jest jakby bardziej zdeptany....

Uwielbiam to widowisko i zawsze, jak zimą wpadam rano do rodziców, to sama wychodzę wyrzucić im sadło. Im - moim dzieciom...

sobota, 27 listopada 2010

Konkretnie między Piotrkiem a psem.

A było tak:

Ścięło mnie co nieco, więc padłam się troszkę przedrzemać. Obok mnie w naszym łóżku siedział sobie Piotrek i oglądał minimini. Gdzieś tam w nogach leżał pies.

Chrapię sobie ci ja w najlepsze, aż tu nagle obudził mnie warknięcie psa i płacz Piotrka. Oprzytomniałam błyskawicznie i badam sytuację.

Co sie okazało - pies dziabnął Piotrka w nos. Niedramatycznie, ale skórę naruszył. Ponieważ ja raczej w takich sytuacjach najpierw działam, a ewentualnie potem, jak już wszystko jest  opanowane, zaczynam histeryzować (niekoniecznie), to szybko obejrzałam paszczę i przytuliłam mojego pogryzieńca. Rany nie były poważnew głównie najadł się strachu. Małż w tym czasie przyniósł zimny kompres i coś do przemycia i zdezynfekowania, oraz zakagańcował psa - w końcu nie wolno gryźć Piotra, niezależnie od wszystkiego. Opatrzyłam, co trzeba i zaczęłam śledztwo. Pies nie jest agresywny i takiego  numeru bez powodu nie robi (żeby było jasne, TEN pies, nie mówię o wszystkich. Odchyły zddarzają się i u ludzi i u psów. A Agra Piotrka bardzo kocha i przeważnie go całkiem ładnie słucha).

I okazło sie, ze Piotrek właściwie sam poprosił o karniaka. Oglądając TV zrobił sobie z psa poduszkę. Pies warczał, narzekał, tłumaczył jak chłop krowie w rowie, ze sobie nie życzy, bo poduszką nie jest, a pietruszkowy łepek ciężki. A tu nic, jak grochem o ścianę. No to wytłumaczyła dosadnie i zrozumiale.....

Piotrek sam mi to wszystko opowiedział, uznał, że faktycznie powinien przeprosić Agrę za zlekceważenie sygnałów ostrzegawczych, o któych wielokrotnie rozmawialiśmy. Zdjął jej kaganiec, psica przyczołgała się do niego bardzo skruszona, nadstawiła brzuszek do podrapania i juz było dobrze.

Tylko na nosie będzie siniak - a może i mała blizna.

A mnie po raz kolejny zadziwiła powtarzalność historii.

Jak byłam dokładnie w tym samym wieku - miałam 4 lata i miesiąc z kawałkiem, tyle ile Piotrek teraz - też zostałam dziabnięta przez psa. I też w dziób. Co prawda pod nosem, a nie w nos, ale blizna jest. I też trudno tam mówić o jakiejś złośliwości psa - spadłam z krzesła z pędzelkiem w garści i rozwaliłam mu nos. Zabolało, to otworzył paszczę i złapał, to co wpadło.... Potem tata z kuzynem - właścicielem psa i chirurgiem w jednej osobie pojechali mnie zacerować, a mama uspokajała kuzynkę. Następnego dnia przyszłam przeprosić Czoka, bo w końcu jego też nosek bardzo bolał - i było po temacie.  Po powrocie z ferii (bo oczywiście te rozrywki miały miejsce na wyjeździe w Krynicy) rodzice wzięli szczeniaczka  - i problem lęku przed psami wynikającego z traumatycznych przeżyć został załatwiony definitywnie i na wieki. Nie boję się psów, mimo, żejak mi powiedziąła jedna pani profesor na studiach, po pogryzieniu i to w twarz jest to właściwie niemożliwe - innymi słowy, zgodnie z teorią, POWINNAM SIĘ BAĆ.

Cóż. Zawsze byłam nienormalna....

 

 

środa, 24 listopada 2010

Naszło mnie tak bardziej filozoficznie na dumanie.

Zaczęło się  - jak zwykle - od zachwytów nad Piotrkiem (A co sobie będę żałować .)

Że taki wesły, pogodny, bystry miły dla innych, uprzejmy, a równocześnie mający własne zdanie, wygadany. "Grzeczny".

I tu sie zaczęłam zastanawiać, co właściwie oznacza słowo "grzeczny".  Wyszło mi, że w powszechnym odbiorze dziecko grzeczne, to takie, które:

  • wykonuje bez dyskusji polecenia
  • nie sprzecza się
  • nie zadaje niepotrzebnych pytań
  • siedzi spokojnie i nie przeszkadza doroslym
  • zajmuje sie samo sobą
  • nie ma wymagań

Po dokonaniu tej wyliczanki przyjrzałam sie jej dokładniej i stwierdziłam, ze jakbym spotkała takie dziecko, to zagnałabym je do psychologa w trybie natychmiastowym. Bo to absolutnie nie są zachowania zdrowego, szczęśliwego dzieciaka.

A jednak takie dziecko przez wiele osób zostałoby określone jako "grzeczne"....

Słowo "grzeczny" w ogóle chyba przestało cokolwiek znaczyć. Podobnie jak wiele innych, modnych ostatnio, takich jak "ekologiczny".  Używają wszyscy, ma zdecydowanie wydźwięk pozytywny, a jak zapytać kogoś o definicję, to zwykle jest klops...

Jeśli dziecko o wyżej wymienionych cechach jest grzeczne, to mój Piotrek jest zdecydowanie niegrzeczny. Bo:

  • potrafi sie postawić
  • kłóci się,
  • domaga sie uzasadnienia pewnych spraw (odpowiedź "nie bo nie" jest natychmiast kwitowana - "to nie jest żadne argument!")
  • zadaje milion pytań na godzinę
  • bez przerwy w ruchu, biega, skacze, łazi po nas i po meblach
  • lubi dorosłych, zagaduje ich
  • domaga sie różnych rzeczy - odpowiadania na pytania, wyjaśniania świata, czytania książek, wychodzenia z min na spacery - bardzo absorbujący z niego stwór
  • potrafi skomentować głośno do mnie  dorosłego, który nie sprzątnął kupy po swoim psie
  • sprawdza granice

I cała ta "niegrzeczność" Piotrka bardzo mnie cieszy.

Bo widzę, ze rośnie mi człowiek myślący. Prawdziwy Homo sapiens.

 

 

Woziłam sie z tematem od jakiegoś czasu.

Piotrek miał na piątek wyznaczone testy skórne. Ze wzgledu na solidne obciążenie rodzinne i podwyższony poziom IgE pani dr kazała zrobić.

Ze względu na dość skomplikowaną i urozmaiconą medyczną historię rodziny mam wbite w łeb ogólne zauffanie do lekarzy. To nie znaczy, ze słucham w czambuł i totalnie bezrefleksyjnie, ale kredyt zaufania jest.

I dwa powyższe elementy zebrane do kupy spowodowały u mnie ciężką myślówę - aż mi sie zwoje przegrzewały.

Bo tak - z jednej strony lekarz zalecił. Lekarz z dobrą opinią, polecany przez wiele osób.

Z drugiej - Piotrek nie jest uczulony bardzo na nic. Jakby był, to bym wiedziała i bez testów, bo by sie robił parchaty, albo dusił, albo coś. A tu nic.

Jeśli nie jest uczulony bardzo - to nie ma co odczulać - no bo z czego. Czyli byłaby to trochę sztuka dla sztuki. Najwyżej mogłoby sie skonczyć tym, zę lekarz na wszelki wypadek da sterydy - ze względu na wywiad rodzinny z astmą w tle.  A tego chcę uniknąć. W ogóle nie znosze podawania leków bez potrzeby, dla uspokojenia rodziców.

I tak się woziłam z tym, wozilam, a termin się zbliżał. W końcu przegadałam sprawę z mamą, przegadałam z mężem - i odwołałam.

Ulżyło mi.

Jak będzie trzeba, to testy zrobimy za dwa-trzy lata. teraz potrzeby nie widać, a on jest jeszcze mały - mimo, że to ogólnie bardzo dzielny facet, to jednak takie testy to solidny stres.

A na razie damy sobie spokój i tyle...

wtorek, 23 listopada 2010

Dziś od powrotu Piotrka z przedszkola mam w domu bitwę.

Konkretnie Piotrek walczy z Białą Czarownicą.

Jak skończyłam mu czytać [i]Lwa czarownicę i starą szafę[/i], to pozwoliłam mu obejrzeć film. To znaczy, oglądaliśmy razem, za łapkę, z tłumaczeniem różnych rzeczy.

I widać przewagę obrazu - co prawda bitwa i okolicę sa urozmaicone elementami których jako żywo w książce nie uświadczysz, wiec nie jest tp bezmyślne odtwarzanie, ale jdnak. Najbardziej podobały mi sie negocjacje Piotrka z tatą na temat godziny spotkania z Aslanem, który przyszedł do nas na herbatę.

A teraz gania z psem po pokoju i tylko czekam, aż któreś z nich rozpłaszczy się na ścianie, bo nie zdąży wyhamowac.

Dobrze, że poszedł do przedszkola, bo chyba bym zamordowała....

niedziela, 21 listopada 2010

Wróciłam dziś do domu po załatwieniu paru różnych rzeczy i okazało się, że moje chłopaki są w stanie półśpiącym, a właściwie nawet trzyczwarteśpiącym. To znaczy mniejszy śpi całkiem, a duży prawie.

Ponieważ ja też byłam ledwo ciepła (ciśnienie leci, czy co?) po chwili tez poczłapałam do łóżka pod kocyk. I zamarłam. Zobaczyłam bowiem, jaki zestaw jedzeniowy Skorupiak przgotował sobie do łóżka. Już pomijam żarcie w łóżku, wie, zę tego nienawidzę i się wściekam, a on to olewa równo i systematycznie. Ale zestaw wyglądał następująco:

  • cola
  • wafle, zdaje sie orzechowe
  • kiełbasa chłpska.

Takich zachcianek ja nawet w ciąży nie miewałam. On zwykle ma dość delikatny żołądek  a przynajmniej tak twierdzi, ale mam wrażenie, że żołąek to ma strusia, tylko traktuje go z buta. W końcu taki koktajl może wywołać bunt na pokładzie u największego twardziela, a on żre wyjątkowo debilnie, a potem płacze, jaki to biedny, bo go brzuszek boli.

Widzę tu dwa wytłumaczenia - albo mnie olewa, albo jest w ciąży.

Wolę tę drugą wersję....

A jeszcze będzie mi sie wściekał, że go tu obsmarowałam. To niech mi nie daje do tego powodów, do cholery. Bo mam do wyboru, odbulgotać sie tutaj, albo nawrzucać mu personalnie.

 

piątek, 19 listopada 2010

Byłam dzis w sklepie na tygodniowych zakupach.  I ku swej dzikiej radości znalazłam kolejny ser o pieknej nazwie:

Rotmistrz w parafinie.

Zachwyciłyśmy się z mamą niezmiernie, rotmistrz zdetronizował królującego dotychczas na naszej liście durnych nazw produktów spożywczych Ramzesa wędzonego (to też żółty ser, jakby się ktoś pytał).

Jeszcze dziś widziałam szynkę Fryderyka. I tak się zastanawiałam, która to szynka, prawa, czy lewa? i z którego Fryderyka bo jak z tego najbardziej znanego, czyli Chopina, to szynka cokolwiek przeleżała już....

z cudności nazewniczych w swoim czasie bardzo mnei cieszył pasztet z pieca - zapewne autor miał na myśli proces produkcji, ale ja z wrodzoną złośliwością uznałam, że tam chyba kafle będą chrupać w zębach.

Poza tym cieszy mnie nieodmiennie sokołowski wieprzowy pasztet Zająca -  na opakowaniu ma pyzatą gębę osobnika o tym nazwisku.

Oczywiście standardem sa przeróbki szynki babuni na szynkę z babuni itp.

 W związku z tym, jeśli ktoś ma jeszcze jakieś kwiatki tego typu - czyli idiotyczne nazwy spożywcze) - to zapraszam. 

środa, 17 listopada 2010

Piotrek siedzi na podłodze i wkłada buty przed wyjściem do przedszkola.

I śpiewa.

Wsłuchałam sie w tę pieśń, bo nie brzmiała na przedszkolną a teksty autorskie mego syna niejednokrotnie przyprawiały mnie już o wytrzeszcz.

Nie zawiodłam sie i tym razem.

Pieśń brzmiała:

wuwuwu kropka peel, wwuwuwu kropka peel...

 

wtorek, 16 listopada 2010

Zamieszanie w polityce zrobiło sie potężne. I tak przyszla mi w związku z tym do głowy jedna rzecz.

Jak dotąd nie mielismy partii, na czele której stałaby kobieta, teraz wygląda na to, że sie takiej dorobimy.

I pytanie brzmi: Skoro często o co bardziej widocznych (nie powiem"wybitnych", choć niektórzy by sie chętnie przyznali do takiego określenia) politycznych samcach mówi się czasem "mąż stanu", to jak wygląda żeński odpowiednik tego określenia?

Pytanie skierowane jest głównie do wojujących feministek, które są znane z tego, że zajmują sie takimi rzeczami i żądają totalnej równości we wszystkim. Niech sie więc teraz zajmą wykombinowaniem dobrego określenia, w końcu jak już będziezmy mieć kobietę na czele partii, to chyba nie wypada o niej mówić "prezeska"czy "szefowa"....

niedziela, 14 listopada 2010

Wracaliśmy do domu. Podjechaliśmy samochodem, parkujemy, a równocześnie ktoś wyszedł  z naszej klatki schodowej, wypuszczając przy okazji naszego koteczka, który siedział sobie na schodach.

Kotek wyszedł. Usiadł sobie na chodniku. Z boku pojawił się młody człowiek z puszką w garści. Nie wyglądała na puszkę coca-coli. Młodzian zachwiał się nieco, po czym zastopował widząc kotka. 

Niewtajemniczonym przypominam, że Czort jest wielkim, czarnym kocurem.

Kotek popatrzył na młodziana. Młodzian popatrzyl z uwagą na kotka, po czym spróbował omiąć zawalidrogę tak, by nie przecinać jego drogi. Niestety, kot ma cztery łapy, młodzian tylko dwie nogi, więc Czort prysnął mu przed nosem i wlazł pod samochód.

Młodzian popatrzył zafrasowany, zamyślił sie. Chlapnął sobie z puszki.

I zawrócił. Poleciał wokół całego bloku, żeby tylko nie dać kotu przebiec sobie drogi......

Jeszcze bym jakoś zrozumiała, gdyby to była starsza pani, wychowana w zabobonach. Ale to był młody chlopak.

Ech, ludzie.......

 

piątek, 12 listopada 2010

jak mi sie zebrało na wspomnienia z Wielkiej Brytanii, to jeszcze jedna historyjka, powtarzana  u nas w domu z radością.

Pojechałam kiedyś na kurs angielskiego.

Miesiąc wcześniej w tej samej szkole był mój brat - mieszkaliśmy u tej samej rodziny. Zabieg był celowy, żebyśmy nie gadali po polsku ze sobą, tylko jednak ćwiczyli język obcy.

P. uprzedzał mnie, że mogę przeżyć wstrząs estetyczny u nich w mieszkaniu, ale jakoś zapomniała o tym, zmęczona podróżą.

Po wejściu do łazienki rzeczywiście mnie wmurowało w grunt na długo i  raczej dokładnie.

Pomieszczenie było spore - tak z 15 metrów kwadratowych. Gruba, szara wykładzina na podłodze. Różowe ściany. Różowa wanna. Różowa umywalka. Różowy brodzik z takąż kabiną prysznicową. Różowy sedes. Różowe podgumowane dywaniki przed wanną i brodzikiem. Biała szafa i komoda, ale dla równowagi na komodzie różowy wazon z różowymi sztucznym kwiatami. I clou programu: aniołki. Na koronkowych, białych serwetkach siedziały (lub leżały) gipsowe amorki. Jeden siedział sobie na wannie, dwa na komodzie, kilka rozmieszczonych strategicznie na ścianach,  i ostatni - na spłuczce od kibelka....

Potem doszedł jeszcze konflikt z Noreen (gospodynią) na tle własnoręcznego prania przeze mnie ciuchów w umywalce. Ona oczywiście oferowała sie, że może prać i moje rzeczy, licząc sobbie skromnie 6 funtów tygodniowo za tę przyjemność. Ponieważ było to dość dawno, kwota ta byłaby dość istotnym uszczerbkie w moim budżecie, więc zrezygnowałam. I prałam ręcznie w umywalce. W końcu lato było, przepranie koszulki czy lekkiej spódnicy nawet nie było problemem. Ale nie dla niej. Wystąpiła z pretensjami, zę mam zaniechać tej działalności, gdyż... chlapię na tę grubą (!!!!!!) wykładzinę przed umywalką i ona potem śmierdzi. zapytałam, gdzie mam prać - usłyszałam i mnie zatkało. Miałam prać w zlewie kuchennym. Bardzo aromatycznie, pranko gaci a potem myjemy talerzyki przed podwieczorkiem.

Poradziłam sobie z tym, po prostu przed praniem przekładałam pod umywalkę dywanik sprzed wanny. I chichotałam za każdym razem.

W ogóle ta rodzinka to było coś pięknego. Po latach, jak obejrzałam Harrego Pottera, to stwierdziłam, ze to musieli być Dursleyowie, tylko sie maskowali pod innym nazwiskiem. Poza tym zgadza sie wszystko, łącznie z (a może przede wszystkim) tłustym, piekielnie rozpuszczonym synalkiem.

Fajne to były czasy.....

 

Jednym z nieoczekiwwanych, acz niewielkich efektów wyjazdu do Londynu było trochę ziół. Takich najzwyklejszych, kulinarnych. Konkretnie  kminek, mięta i liście laurowe.

Wzięło sie to stąd, że J., nasz gospodarz przeprowadzał sie właśnie na drugą stronę Atlantyku i to na dłużej - pewnie na rok. I likwidował różne zapasy. Wożenie kminku do USA zgodnie uznaliśmy za skrajny debilizm, a że głupio było wyrzucać całkowicie nowe, jeszcze nie otwarte opakowanie - stwierdziłam, ze zabiorę ze sobą, zwłaszcza, zę kminek u nas w kuchni schodzi w sporych ilościach.

Wróciłam z Londynu, ale jakoś nie robiłam ani kapuśniaku, ani pieczonej świni, więc stał sobie  i wyglądał na półce.

Dwa dni temu postanowiłam upiec kawałek szynki - i tu pojawil ise na scenie rzeczony kminek. obsypałam jak należy i ...  nos zaczął wysyłać sygnały - coś jest inaczej, nie do końca tak jak powinno. Obwąchałam  dokładniej ten kminek i ręce mi opadły.

Zapach był owszem, znajomy. Nawet lekka nutka kminku tam sie przebijała.  Przez warstwę... mięty?

W rezultacie mięso zjedliśmy  doprawiając je nieco na talerzu, kminek brytyjski polecał do śmieci, a mnie sie przypomniały inne tamtejszze przysmaki - miętowy groszek przedde wszystkim.

Kolejny raz doszłam do wniosku, zę stara teoria dotycząca przyczyn wielkich odkryć geograficznych Brytyjczyków jest jak najbardziej słuszna.

Głosi ona, iż synowie Albionu dokonali tylu odkryć, gdyż nic ich w domu nie trzymało: ani dobra kuchnia, ani piękne kobiety.

 

czwartek, 11 listopada 2010

Sprzedaliśmy potomka do dziadków.

Oni zabrali wnuka do Zoo, a my zabraliśmy się do roboty - ja pisałam pracę, a Małż obrabiał jakieś inne zaszłości.

Przed chwilą tata odstawił Piotrka. Powinien byc solidnie zmęczony, pojedzony - na zdrowy rozum pewnie pójdzie spać..... otóż nie. Na nieśmiałą sugestię w tym kierunku młody oświadczył radośnie:

- Nie, ja teraz będę szalał!

Nadzieją matką...

środa, 10 listopada 2010

Z myśleniem panowie mają wyraźnie kłopot. Przed chwilą Piotrek przyleciał do mnie  i  wypalił:

-  Myśleć, nie myśleć, oto jest pytanie?

Dylematy Szekspirowskie w wersji współczesnej?

 

Panowie dwaj robią coś w kuchni. Koordynacja trochę kiepska, w końcu ze zniecierpliwieniem parskam w ich kierunku:

- Panowie, myślcie, to nie boli!

Młody odpalił:

- A po co?

No właśnie, po co?

poniedziałek, 08 listopada 2010

Ja tu sie bardzo staram, żeby jednak nie pisać za dużo o obecnej sytuacji politycznej. naprawdę sie staram.

Dziś po raz kolejny poległam.

Załapalam sie niestety tylko na kawałek "Faktów po faktach". Ale i to wystarczyło.

Piękna Nelly jest moją ulubienicą od dawna - zawsze, jak coś powie, to klękajcie narody.

Tym razem też sie nie zawiodłam.

Nelly  - erudytka wielka - przywołała mitologię grecką. Konkretnie legendę o Ikarusie...

Dostałam prawie czkawki ze śmiechu próbując sobie wyobrazić latające Ikarusy, które były ciężkie, grube i niezbyt lotne. I wiecznie zapchane pasażerami, tudzież nie trzymające się rozkładu.

I przypomniała mi sie historia sprzed lat dwunastu. 30 grudnia byliśmy z wówczas-jeszcze-nie-mężem w Sanoku. Czekaliśmy na dworcu PKS na autobus, który się spóźniał. Zimno było solidnie, wieczór, marzył nam sie już powrót do domu, ciepła herbatka i tak dalej. Podano komunikat, że autobusu nie będzie, więc Skorupiak wściekły do nieprzytomności pognał tocząc pianę z pyska do dyspozytorni po dalsze szczegóły - przede wszystkim te dotyczące transportu zastępczego, podstawienia innego pojazdu czy coś. I po chwili widzę, zę wraca zataczając sie ze śmiechu. Okazało sie, że pani dyspozytorka uświadomiła go, iż autobusu nie ma, gdyż.... zdefekował.  Chodziło jej o defekt, czyli usterkę, ale kobieta chyba w ogóle nie znała słowa defekacja,  i jej sie posklejało.... Jak sobie wyobraziliśmy autobus kucający pod drzewkiem i podnoszący kółeczko w celu siknięcia olejem silnikowym, ewentualnie głębszego skupienia, to prawie spadliśmy z ławki.

Tyle dobrego, że w wesołych nastrojach doczekaliśmy na jakieś połączenie i wróciliśmy do domu chichocząc co chwila.

I teraz się zastanawiam. Czy Ikarus Nelly to ten sam, co kiedyś defekował pod drzewkiem? Bo to był straszny rupieć...

 

PS. Mimo mojego absolutnego braku jakichkolwiek talentów malarskich Nelly natchnęła mnie na tyle, że stworzyłam ilustrację do legendy o Ikarusie. Muszę znaleźć tylko aparat fotograficzny, to wrzucę...

Poddaję się.

Ogórkowej więcej nie będę robić.

Mimo wszelkich starań, własnoręcznie tartych, świeżo kupionych w zaufanym miejscu ogórków - oboje mamy kłopoty żołądkowe. Nie wiem już, na czym dowcip polega, zwłaszcza, że Piotrek też jadł i nic mu nie jest.  Psychosomatyka, czy co?

Za to puściłam Piotrka do przedszkola. Doszłam do wniosku, że właściwie nie mam co się napinać o te testy. Jakby Pietruszek był na coś bardzo uczulony, to już bym wiedziała. A jeśli nawet jest uczulony tylko troszeczkę, to nie będą go odczulać. Czyli sztuka dla sztuki.

Żal mi tej ogórkowej, bardzo ją lubię, ale to nie ma sensu. Jak za prawie każdym razem (3 na 4 podejścia) kończy się s....ką, to szkoda żołądka.

 Pozostanie mi tylko piosenka z kreskówki "Sceny z życia smoków" - "Zupa - ogórkowej pełny talerz - albo wanna"...

niedziela, 07 listopada 2010

Chodzi o zupę.

Konkretnie o ogórkową.

W naszym małżeństwie to jest delikatna kwestia. W jakiś tydzień po naszym ślubie postanowiłam zrobić właśnie w/w na obiad. Robiłam ją po raz pierwszy w życiu, tata nie przepada za kwaśnymi zupami, więc tego po prostu nie bywało. A ja ją bardzo lubię....

Nieświadoma rzeczy postanowiłam (już nie wiem, czemu) użyć gotowych, tartych ogórków kiszonych. I to był błąd, jak sie okazało....

W efekcie następnego dnia siedzieliśmy sobie każde na swoim sedesie (dobrze, że są dwa), z książkami w łapkach - w końcu nie ma co marnować czasu, i wymienialiśmy komentarze. Zwłaszcza te mężowskie były dość zjadliwe, gdyż w planach na ten dzień miał całkiem co innego - jakieś BARDZO POWAŻNE OBOWIĄZKI. I niestety musiał je odwołać....

Od tego czasu miałam szlaban na ogórkowa. Jeszcze raz próbowałam, ale, nieświadoma przyczyny poprzedniej porażki, popełniłam ten sam błąd. I efekt był podobny.

trzecia ogórkowa - po jakichś ośmiu latach - była juz na normalnych ogórkach z bazarku, ale tego Skorupiak nie pamięta. Zjadł i zapomniał, bo w końcu nie było w niej nic niezwykłego, po prostu dobra zupa i już.

Dziś postanowiłam spróbować znowu. Cichcem, nic nie mówiąc, nastawiłam wywar. Małż sie zorientował dopiero, jak zobaczył, zę wrzucam starte własnołapnie ogórki do garnka. W pierwszym odruchu zaprotestował, zapowiedział, że zrobi sobie rosół z kostki - paskud jeden. Ale się przeprosił. Zjadł. Oblizał się, wziął dokładkę. Na razie nie narzeka na żołądek.

Zobaczymy, co bedzie jutro....

sobota, 06 listopada 2010

Mój blog kończy dziś dwa lata.

Nie sądziłam, zę tak długo będzie mi sie chciało pisać, a jednak. Piszę dalej i sprawia mi to mnóstwo frajdy. Mogę sobie ponarzekać, podzielić sie radością, zastanawiać głośno, czemu jest jest tak, jak jest, odreagować różne trudne rzeczy.... Tak jak dziś, w pracy było cholernie trudno, nie umiem sę z tym uporać. To, że mogę sobie poklepaćw  klawiaturę - pomaga, chociaż byłoby łatwiej, jakbym mogła to robić w ciszy, a nie w ciągłym hałasie , pomiędzy dwoma nadpobudliwymi, obrażonymi facetami.

Przynajmniej komputer nie gada. On jeden ma taką miłą opcję - mute. Niestety jest to jedyny samiec w okolicy wyposażony w taką możliwość, a szkoda....

Mam wrazenie, jakbym zeszłoroczną notkę pisała kilka tygodni temu. Pamiętam "sto lat" śpiewane przez mamę_pietruszki, życzenia fiony i babci_bez_mohera -  słowo, nie zaglądałam do archiwum.

Szybko to minęło, za szybko. Piotrek jest o rok starszy, coraz bardziej wygadany, bystry. I bryka bez przerwy, nie chodzi, tylko biega, skacze, tańczy, wspina sie na matkę.... Niestety zajęcia dżudo są dopiero od pięciu lat w górę,  ale w przyszłym roku zaczyna chodzić na treningi. Nie po to, żeby startował w jakichś zawodach, nie zależy mi. Raczej wręcz przeciwnie. Ale żeby sie poruszał, wyszalał, zmęczył - chociaż raz w tygodniu....

Cholera, weszłam na stronę klubu  i okazało się, ze  zajęcia mają dopiero dla sześciolatków.... Szlag by to trafił, chyba w przyszłym roku pójde pogadać, Piotrek jest wysoki i silny, jak na swój wiek, inteligentny i bystry bardziej niż przeciętna. Może się zgodzą....

Na razie wygląda na to, zę w poniedziałek to on chyba zostanie w domu - zależy mi na tym, żeby dotłuc choróbsko do końca, BEZ antybiotyku, zyrtecu, pulneo, wapna ani claritiny. Trzy razy juz przekładałam termin testów skórnych i zdecydowanie nie mam ochoty robic tego po raz czwarty. Ale z drugiej strony, jaki jest sens robić testy, jeśli wcześniej osobiście go zamorduję.....

 

piątek, 05 listopada 2010

Zamorduję męża, własnego osobistego.

Dziś rano, jak przysiadłam na łóżku zdaje sie że w celu włożenia skarpetek, zastanowiłam sie nieco, czemuż pies tak węszy przy szufladzie pod łóżkiem. Zajrzałam, i cóż moje piękne oczka ujrzay? Ano spiżarnię. Pudełko pierniczków w czekoladzie, mocno już zdziesiątkowanych, pół kostki żółtego sera, ogonki po pomidorach, cukierki i folijki po tychże, jeden z moich kuchennych noży do warzyw....

Nosz cholera jasna, tyle razy prosiłam o niejedzenie w łóżku, a jeśli już ktoś chory i musi, to odstawianie potem do kuchni.

A robienie zapasów pod łóżkiem to już granda absolutna, licho wie co mi sie potem tam zalęgnie.

Wkurzyłam sie i już.

czwartek, 04 listopada 2010

Piotrek oficjalnie jest chory. Przeziębiony, ściśle rzecz biorąc. Kaszle, smarcze, ma podwyższoną temperaturę. W związku z tym siedzi w domu.

O ile we wtorek to jeszcze widać było, że jest chory - polegiwał w łóżku, dopiero około 18 zaczał szaleć, to od dwóch dni proporcja stanu śpiącego do stanu szalalnego jest dokładnie odwrotna.

Ja juz nie wyrabiam. Młody łazi po mnie jak małpa po drzewie, biega  psem, gania z kotem, bryka, pokrzykuje, domaga sie uwagi, szuka zajęcia, rzuca sę do pomocy... Potężnie znudzone dziecko. A równocześnie, jak go kładłam, to miał na pewno powyżej 37, i to solidnie. Tak z 7,7 na moje oko. Innymi sowy, nie ma szans, zeby jutro poszedł do przedszkola.

Chyba zwariuję. Tradycyjny piątkowy sabat czarownic (Mama, teściowa h.c i ja) został przeniesiony do nas - tu jest czym zająć Piotrka, w najgorszym razie pogapi sue trochę na Byli sobie wynalazcy. Odpalę mu z laptopa e jego pokoju i już.

Całe szczęście, zę w sobotę idę do pracy na cały dzień (od 9 do 17 pewnie zejdzie, z omówieniem grup i plotkami towarzyskimi). Odpocznę sobie.

środa, 03 listopada 2010

Ponieważ, jako sie już rzekło, Piotrek jest chorawy i siedzi w domu - dzieć się nudzi. I go roznosi. Szaleje. I ogólnie szuka guza (znalazł, piękny siniak na lewym uchu) i zajęcia (tez znalazł).

Zajęcie polegało na produkcji koralików. Ostatnio wpadł mi w ręce artykuł z biadoleniem (skądinąd słusznym), że dzieci idące do szkoły są kompletnie nieprzygotowane do tego pod wzgledem manualnym, bo kiedyś, to sie rysowało szlaczki, lepiło z plasteliny, nawlekało koraliki, rysowało, a teraz dzieciaki najwyżej ćwicza palec wskazujący na myszce komputerowej.

Ponieważ sama mam fazę na produkcje biżuterii, postanowiłam złapać dwie sroki za ogon - zająć Piotrka i pobawić się sama, czymś, co sprawi MNIE frajdę, a nie będzie tylko dla niego.

Siedliśmy sobie po dwóch stronach ławy, przygotowałam elementy składowe i do roboty. Piotrek robił koraliki dla mojej mamy - zamówiła sobie naszyjnik z zielonych howlitów, a ja produkowałam coś, co chodziło mi po głowie od roku, a teraz już miałam wszystkie części niezbędne do produkcji.

Efekt naszych wspólnych działań wygląda tak:

To jest dzieło Pietruszka

 

A to moje.

Zdjęcia nie sa najlepsze, a na moim wyraźnie widzę niedociągnięcia techniczne, ale niestety dokonanie poprawek wymagałoby, po pierwsze - zrobienia pd początku, a po drugie, przygotowania większego kawałka linki jubilerskiej. I chyba by mnie wtedy szlag trafił, bo strasznie niewygodnie sie pracowało na początku, jak jedna linka była normalnej długości, a za to druga - wręcz przeciwnie. I oczywiście na końcu sie okazało, że jakbym przygotowała sobie o 5 cm wiecej, to byloby wygodniej....

Ale ogólnie jest, projekt, który tupał za mną od roku. Jeszcze muszę do tego tylko zrobić kolczyki. ALe to jutro.

Za to Piotrek jest z siebie niezmiernie dumny (ja z niego też). Zrobił to w zasadzie sam - ja tylko pomogłam w zamocowaniu zapięcia. Chyba będę musiała zaopatrzyć się w większa ilość dużych koralików przed Świętami i Pietruszek prezenty zrobi własnoręcznie - przynajmniej dla damskiej części rodziny :). A przy okazji będzie miał świetne ćwiczenie paluszków.

 

PS. Mamo, już wiesz, co dostaniesz od Piotrka przy najbliższej okazji :)

Małż udał sie na posiedzenie w pomieszczeniu odosobnionym. Po chwili dobiega stamtąd głos, niczym z dna studni:

- Dochodzę do wniosku, że twój kot sra pieniędzmi. (- Obok sedesu stoi kocia kuweta...)

- A chociaż duże nominały?

- To mały kot, więc sra jednogroszówkami.

- Kot jest duży, więc mógłby sie postarać.

- Jak chcesz wieksze, to sobie kup pumę.

 

Trzeba bedzie lepiej kota karmić, może przestawi się na produkcje przynajmniej pięćdziesięciogroszówek. O pięciozłotówkach nie wspominając.....

 

 

 
1 , 2