O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

niedziela, 29 listopada 2009

Sama nie wiem tak właściwie, co chcę dzisiaj napisać. Nie umiem sie pozbierać, ogarnąć tego co sie stało. Jest mi cholernie źle. A był taki fajny dzień....

Pojechaliśmy na mszę do Dominikanów, jak co tydzień. Na studencką. Kiedyś byliśmy z Piotrkiem na dziecinnej, ale schola maluchów tak fałszowała, zę Piotrek pół mszy przestał z paluchami wetkniętymi w uszy - nie dało sie słuchać. Ja miałam ochotę zrobić to samo. Wiec przestaliśmy przychodzić na 11.

Dużo bardziej przypasowała nam msza studencka. Co prawda trochę późno jak dla Pietruszki, bo na 20.15 ale jeszcze do przeżycia, a spiewają dużo lepiej. Dla mnie akurat ten aspekt jest bardzo ważny, dla Piotrka jak widać też. Dopomina sie  i pilnuje, żeby jeździć, konkretnie do Dominikanów i dokładnie na tę mszę.

Jasne, że Pietruszek trochę się tam wierci, pogaduje - jak to dziecko.  W końcu musi sie jakoś nauczyć zachowania w takim miejscu, i widać, że sie uczy. Wie, że wchodząc do kościoła należy zdjąć czapkę, że się przyklęka przechodząc przed ołtarzem i tak dalej.

Dzisiaj po jakichś pięciu minutach mszy podeszła do mnie jakaś młoda dziewczyna i dość kategorycznie stwierdziła:

- Proszę uspokoić dziecko, bo to mi przeszkadza.

Zamurowało mnie dokumentnie.

Z jednej strony miała rację, ze kościół to miejsce, gdzie ludzie przychodzą sie pomodlić, a nie bawić.

Ale z drugiej... Piotrek nie krzyczał i nie biegał, nie zachowywał sie głośniej, niż zwykle, a dotąd raczej widziałam uśmiechy ludzi do malucha. Jak ma sie nauczyć zachowania w kościele nie chodząc tam? Ja nie wiem, jak to wytłumaczyć nie chodząc. Nie wyobrażam sobie sytuacji, gdzie nie chodzę z dzieckiem do kościoła dlatego, że jeszcze nie umie sie zachować idealnie cicho - przecież w ten sposób nigdy tego nie zrozumie.

Skończyło sie tym, że po prostu wyszliśmy. Poczułam sie zwyczajnie wypędzona, a że moje relacje z Kościołem są, hm... delikatnie mówiąc, napięte, dopiero próbuję sobie to jakoś poukładać na nowo - i jest to dla mnie bardzo trudne, to zastanawiam sie nad tym, po cholerę ja w ogóle się staram. Czy ja chcę wracać do Kościoła, w którym znowu zostałam tak potraktowana.

Może mi sie coś pokręciło? może tylko mam zwidy myśląc, że tekst "pozwólcie dzieciom przychodzić do mnie" warto wziąć na serio? Bo przecież dzieci hałasują, kręcą się, gadają, pytają i milion rzeczy naraz? I przeszkadzają dzielnym chrześcijanom, którzy karnie przyszli na mszę? To może faktycznie nie będziemy przychodzić, przeszkadzać, z Bogiem można pogadać i bez pośredników, a etykietka wyznaniowa nie jest mi potrzebna do szczęścia.

Do tego jeszcze - jakby było mało - jak wróciłam i siadłam pozłościć sie troche na blogu, to znalazłam odpowiedź na mój komentarz u kogoś. Tamten blog jest pisany przez księdza, dość kategorycznie i oceniająco.  Tym razem pisał między innymi o księżach złamanych przez UB i inne służby tego rodzaju - że nic ich nie obchodzili ludzie, których zdradzili w ten sposób. Czy coś w tym sensie. Napisałam, ze ocenia nie wiedząc, czemu ci księża dawali się złamać, kogo czym szantażowano - i dostałam po łbie. Konkluzja była taka - ja wiem, a ty jak nie wiesz, to się nie odzywaj. No to sie nie będę u/do niego odzywać, nie muszę. Ale po raz drugi dziś usłyszałam, że kościół nie jest zainteresowany moją opinią, ani w ogóle moją osobą. A później się dziwią, ze im się zmniejsza liczba owieczek.... Że coraz więcej osób mówi o Kościele "oni". Nie "my"...

Nie wiem, co zrobić. Moja przekorna dusza ma ochotę odpowiedzieć przekornym tekstem z przedszkola :"nie to nie, łaski bez". (swoją drogą, nie mam pojęcia, czemu tak idiotyczna formułka). I po prostu odpuścić sobie, dać spokój z całą tą dziwną instytucją. Z drugiej - nie chcę. Jest to dla mnie jakoś ważne, staram się  zrozumieć , czego ja tu właściwie chcę, o co mi chodzi. Trudno, a dziś jeszcze taki podwójny kopniak. I podwójnie bolesny, bo za pierwszym razem - ugodziło w mój najczulszy punkt, czyli Piotrka. Za drugim - z kompletnie niespodziewanego kierunku, bo z Kościoła wygania mnie ksiądz.

Nie wiem jak sobie z tym poradzić, nie umiem. Jest mi źle.

 

Nie będę zołza (ha ha, jeszcze ktoś uwierzy prze pomyłkę) i powiem, co mały ostatnio chce mieć czytane przed snem. Fiona słusznie się żabiła, że to jakaś obłędna ilość książek do wyboru. Mea culpa, ale prawdę mówiąc, sama musiałam ochłonąć.

otóż moje dziecko pokochało Pratchetta "świat dysku", zdaje się, że konkretnie "zbrojnych". Nie wiem dokładnie, który tom, bo czyta mu małżonek najszanowniejszy , a ja ostatnio byłam na etapie "Maskarady". Jak on zacznie cytować w przedszkolu babcię Weathervax albo nianię Ogg i jej oggistyczne podejście do świata, ewentualnie magów z Niewidoczego Uniwersytetu, to ja padnę.....

sobota, 28 listopada 2009

Konkurs ogłaszam.

Pytanie brzmi:

Jaka jest obecnie ulubiona książka Piotrusia?

W ramach podpowiedzi (wiem, że niezbyt ułatwiającej) dodam, że dzieło jest cytatliwe bardzo i raczej bym sie nie spodziewała takich upodobań po osobniku w wieku trzech lat.

Nad nagrodą się zastanowię (bo i tak nie sądzę, żeby ktoś trafił, mnie samą zatkało kompletnie).

wtorek, 24 listopada 2009

Odprowadzałam Pietruszka do przedszkola - jak co dzień. Wycieczka w komplecie -Piotrek, mama, tata, pies, kot też wyszedł, ale sie gdzieś zawieruszył po drodze. Tata potem pożeglował dostojnie do pracy, mama go kawałek odprowadziła. I podziwiali razem tęczę. Dawno nie widziałam, a w listopadzie to juz nie wiem, kiedy. Piekna była.

I przypomniała mi sie inna tęcza. I legenda o garncu złota zakopanym na jej końcu.

A ja kiedyś byłam na końcu tęczy.

Na obozie żeglarskim, w Trzebieży kurs na sternika to był. Pływaliśmy po Zalewie Szczecińskim - jak co dzień. Troszke pokapało, i nagle pojawiła sie tęcza - zaczynająca się u naszych stóp, na pokładzie DZ-ty.

Może i był tam ten garniec złota. Tylko że miało to miejsc na środku toru żeglugowego - parę metrów wody do dna i jeszcze różnej maści statki pasażerskie, kutry rybackie i jachty pętające sie tą trasą.

Nie zanurkowałam. (głównie z powodu tego ruchu na wodzie, to że nie umiem, nie miało nic do rzeczy, prawda?).

Może bym była dziś bogata?

A tak to nie jestem, o.

 

 

piątek, 20 listopada 2009

Młody robi sie coraz sprytniejszy.

Zapytałam go dziś o coś - nie pamiętam, o co, ale to nie takie istotne. Piotrek popatrzył na mnie i wypalił:

- pomyslimy razem?

Zawsze to proponuje,, jesli nie zna odpowiedzi.

Jestem dumna  z Pietruszka. I z siebie też, przy okazji.

Otóż Pietruszek jak był o coś zły, to do tej pory wrzeszczał "nie lubię cię, idź sobie".. Ja mu cierpliwie podsuwałam, że może to jest po prostu tak, ze jest na mnie zły, bo coś tam, na przykład każę mu iść spać wtedy, kiedy on by chciał się bawić, albo jest smutny, bo tęskni za tatą, który jeszcze jest w pracy.Pietruch się zgadzał, po czym było "idź sobie, nie lubię cię".

A wczoraj malutek wystartował swoim zwyczajem - nie lubię taty, lubie tylko mamę, i natychmiast się poprawił:

-Lubię cię tato, tylko nie lubię jak krzyczysz....

Takim kisielowatym głosikiem to powiedział, tacie sie też jakoś miękko zrobiło i obaj się poprzytulali i było ok. A tata, który ma teraz bardzo ciężki okres w pracy (byle do niedzieli...) naprawdę dzielnie sie trzyma, ale czasem mu się faktycznie warknie głośniej. Ale bardzo sie stara.

Cieszę się z tego bardzo, bo to oznacza, ze moje gadanie mające na celu nauczenie go rozpoznawania własnych emocji daje efekty. A to jest podstawa do radzenia sobie z tymiż emocjami. W pracy stale przychodzą do mnie nastolatki, które mają z tym problem. Dlatego też bardzo mi zależało na tym, zeby Piotrek je rozróżniał - będzie mu zdecydowanie łatwiej z samym sobą, jak będzie wiedział, co oznacza to nieprzyjemne uczucie w środku.

 

 

niedziela, 15 listopada 2009

Kupiliśmy odkurzacz. Od dawna używałam tylko szczotki - poprzedni odkurzacz był koszmarnie wielki, hałaśliwy, ciężki i nie znosiłam go z całego serca. Owszem, miał szmery bajery, odkurzanie, pranie, fontanna, gwizdek i wodotrysk, taki co to krawaty wiąże, usuwa ciąże. Koszmarny po prostu. Do tego dosyć szybko połamały mu sie końcówki, nowe były cholernie drogie, wiec nie dokupiliśmy i już.

A teraz wreszcie mamy. Nieduży, lekki, bezworkowy. Piotrek go uwielbia. Przynajmniej raz dziennie wyciąga, podłącza i odkurza kolejny kawałek podłogi. Ilość śmieci pojawiająca się systematycznie w zbiorniku (przezroczysty jest i to widać) wywołuje moją głęboką konfuzję - taki syf w mieszkaniu.... Pociesza mnie nieco fakt, że przy małym dziecku, psie i kocie nie da sie tego uniknąć, ale faktycznie, powinnam sprzątać częściej. A mi sie nie chce zwyczajnie. Wolę pobawić się z Piotrkiem.

Więc teraz bawimy sie w sprzątanie, ja mu pokazuję, gdzie trzeba, i on odkurza. I fajnie jest.

piątek, 13 listopada 2009

Piotrek wrzucił psią piłkę w kąt, za szafą i pod odkurzacz. Prosi, żebym mu pomogła wyjąć. Nie chce mi sie ruszać, więc mu tłumaczę, że piłka poleży tam do rana, a on pójdzie teraz spać. A młody karcącym tonem wypalił do matki:

- Ty nie rozumiesz! Musimy współpracować, jak chcemy ją wyciągnąć, chodź!

Ja go nie uczyłam tego słowa (współpracować). W sumie nie mam co narzekać, idea współpracy szlachetna rzecz. Ale znowu mi szczęka opadła.....

 

środa, 11 listopada 2009

Spotkałam dziś sąsiada. Krzywiąc sie na pogodę (siąpiło ohydnie) wygłosił złotą myśl, pod którą się podpisuję:

- Trzeba przenieść Święto Niepodległości na 3 maja.

Zgadzam sie. W listopadzie to żadne świętowanie, jak jest zimno, mokro i paskudnie. Ludzie sie narobią przygotowując wystawy, imprezy i inne takie, a potem nkt sie nie zainteresuje, bo wszyscy siedzą w domu i boją sie grypy.

Za to złośliwie pochichotałam nad moknącymi narodowcami. I życzę im solidnego przeziębienia i kataru.

poniedziałek, 09 listopada 2009

Jak wiadomo, jest kryzys.

Z kasą cienko, oszczędzamy gdzie sie da.

Ale dziś chyba jednak przesadziłam w tej materii.

Recykling nici dentystycznej poprzez pranie jej w pralce z ciuchami (czarne i granatowe, gwoli ścisłości) to juz przegięcie.

niedziela, 08 listopada 2009

Zajrzałam do Fiony narzekającej, że jej potomek za szybko sie rozwija i już sobie radzi z kobietami i przypomniała mi sie historyjka.

Byłam z młodym w kościele (znając zycie pewnie byliśmy razem z M, ale akurat ja trzymałam Pietruszkę na rękach. Jeszcze był na etapie wózkowym, czyli pewnie miał ok 1-1,5 roku.

I nagle zauważyłam, że  w skupieniu rozwiązuje kokardki w bluzce dziewczyny stojącej obok. Lato było, bluzka lekka, przód i tył połączone wzdłuż ramion tymiż kokardkami. Jak rozwiąże, to się rozpadnie....

Zamarłam, odsunęłam się, przepraszając dziewczynę, która zaczęła się dusić ze śmiechu. Na szczęście nie zdążył narobić dużej szkody, bo jazda mogłaby byc niezła.

Wcześnie zaczyna rozbieranie dziewczyn, starannie wybierając te najładniejsze. Za wcześnie....

 

Z bliżej nieustalonych dotychczas przyczyn Piotrek ostatnio mówi o sobie Dzięcioł-Bohater. Odrębnie każde zjawisko występowało w naszych rozmowach - dziecioły oglądaliśmy namiętnie w internecie, najbardziej lubianym był dzięcioł czarny. Rozróżnia go, podobnie jak kilka innych. A bohater - po "rozrywkowej"niedzieli sprzed dwóch tygodni....

Ale czemu mu sie tak połączyło, nie mam pojęcia....

piątek, 06 listopada 2009

Popatrzłam w kalendarz i stwierdziłam, że dziś są 1 urodziny mojego bloga.

Równo rok temu z wahaniem zaczęłam pisać. Nie byłam pewna, czy długo bedzie mi sie chciało w to bawić. Z drugiej strony - ciągnęło mnie, zawsze lubiłam pisać. A polonista w liceum skutecznie wybil mi z głowy na długo myśl, że mogłabym byc w tym niezła.

A teraz juz jestem na tyle pewna siebie, żeby umieć dostrzec, że Zientar nie mial racji. Że był zapatrzony w siebie i każdy, kto nie przepadał za nim, kto ośmielił sie dojrzeć rysy na tej jakże świetlanej postaci, od razu byl kasowany i sprowadzany do parteru. Sławetne wypracowanie pod koniec 1 klasy - :"jak ci sie podobały lekcje języka polskiego z profesorem Z." było tego najlepszym dowodem. Ja jedna w klasie ośmieliłam sie go skrytykować. Nie miał zarzutów gramatyczno-ortograficznych, ale i tak dostałam jedną z dwóch w klasie trój. Drugą zarobił kolega, który miał dysleksję (nie były to jeszcze czsy powszechnych zaświadczeń i ulg) i robił koszmarne błędy. Zwykle 3 ortografy oznaczały gola, wtedy - napisał panegiryk na cześć, błędów było mnóstwo  - ale chwalił polonistę, więc zostało to docenione. Reszta oczywiście dostała oceny najwyższe, bo jakże by inaczej.

Patrzę na to wszystko z perspektywy lat - i się cieszę. Wbrew zapowiedziom tegoż polonisty dostałam sie na psychologię. Skończyłam ją. Pracuję w wymarzonym zawodzie, w takim miejscu, które daje mi mnóstwo radości i satysfakcji, w świentnym zespole. Dużo sie tam uczę.

Mam świetnego męża i synka (oraz kota i psa).

I bloga. Może nie jest on jakoś bardzo popularny, ale nie jest mi to potrzebne. Zawsze wolałam mieć kilku dobrych przyjaciół od stada byle jakich. A tu mam parę posób, które zaglądają do mnie systematycznie, komentują - są mi jakoś bliskie. I to mi wystarczy. Dziękuję Wam. Dzięki temu, że jesteście, mam poczucie, że piszę dla kogoś już teraz, nie tylko na przyszłość dla Piotrka. Zresztą, nie są to przecież tylko zapiski z Pietruszkowych kwiatków. Blog daje mi możliwość usystematyzowania myśli, pofilozofowania, jak mnie najdzie  - taki trochę terapeutyczny. Mogę sie wygadać, nawet jak moje chłopaki są w pracy/przedszkolu, albo jak obudzę sie w środku nocy, nie mogę zasnąć i cichutko wykradam sie do drugiego pokoju. Mogę posmęcić, podzielić sie swoją radością, jak coś mi sie uda, pomarzyć. Pomartwić sie, ze Piotrek tak błyskawicznie rośnie - niedawno był niemowlakiem, a teraz to już trzyletni mężczyzna. Pośmiać, jak coś palnie - na przykład o łasuchach, jak dzisiaj rano. I cieszyć, ze te wszystkie drobne perełki nie przepadną. I tak wiele z nich umknęło - nie zdołałam ich zapamietać do chwili, kiedy mogłabym je zapisać. Ale trochę jest - bedzie dla Piotrka, pudełko ze wspomnieniami....

Nie zaśpiewam mojemu blogowi "sto lat". Ale mam nadzieję, ze jeszcze długo będe tu pisać.

 

czwartek, 05 listopada 2009

Piotrek popatrzył dziś rano na mnie z roześmianą mordką i stwierdził:

- Mama, masz łasuchy!

Zdębiałam z lekka, zastanawiając sie usilnie, co on może miec na myśli. A mały doprecyzował, pokazując paluchem na mój biust:

- o, tu masz łasuchy.

W sumie słusznie, łasuchowanie w swoim czasie odchodzilo na całego. Tylko skąd on wziął to określenie?????

 

środa, 04 listopada 2009

Dziecko znakomicie motywuje do różnych rzeczy.

Takich, do których nie mogłam sie zabrać, nie chciało mi sie, ogólnie odwlekałam ile sie dało.

Jedną z takich spraw była wizyta u dentysty.

Przed ciążą doprowadziłam ząbki do stanu przyzwoitego. W ciąży było ok. A potem byłam zajęta Pietruszkiem. A potem nie miałam kasy. Nie mogłam wyrwać ósemki (nie zdążyłam wszsytkich wywalić przed ciążą, została jedna, paskudna). Rzeczona ósemka złośliwa jest, leżąca, wiec będzie lepsza zabawa, z cięciem dziąsła i antybiotykiem osłonowo - nie mogłam , póki karmiłam piersią. (Może dlatego tak długo karmiłam?). Wiec sprawa sie odwlekała.

W końcu zrobiło sie pilnie - trzeba by Pietruszkową szczękę pokazać, sprawdzić, czy wszystko jest w porządku. Do tego, jak już pisałam wcześniej, własne zęby dały do zrozumienia, że należy się nimi zająć. Domagały sie opieki i tyle.

Wyszukałam sobie więc w okolicy dentystę, który był w stanie przyjąć mnie szybko, a nie za dwa tygodnie. I który umie radzić sobie z dziećmi. Zapisałam sie na jutro. A Piotrka na piątek - i zaczęłam się zastanawiać, jak mu tę informację sprzedzać, żeby sie nie zbiesił.

Jak wrócilam wczoraj z pracy, to możliwie entuzjastycznym tonem pochwaliłam sie, ze jestem umówiona do pani doktor, która leczy ząbki. Zgodnie z moimi oczekiwaniami, mały wrzasnął "ja też poproszę!" Na co z radością sie zgodziłam - "dobrze, to pójdziemy w piątek, jak cie odbiore z przedszkola".

I tą metodą idziemy do szczkologa, Piotrek jest przekonany, że to jego własny pomysł, a co ważniejsze, idzie tam z radością. Na razie umówiliśmy się na wizytę zapoznawczą i przegląd - jeśli będzie coś do zrobienia, to zadecydujemy na miejscu, czy od razu, czy następnego dnia.

Gdyby nie Piotrek, to kto wie, ile by mi zajęło zbieranie sie do tej wizyty...

Pewnie do czasu, aż znowu zaczęłoby boleć.

 

poniedziałek, 02 listopada 2009

Z okazji wczorajszego święta ruczyłam wreszcie z Piotrkiem temat, wokół którego chodziłam jak pies koło jeża.

Czyli śmierci.

Nie wiedziałam jak zacząć, a zdecydowanie chciałam to zrobić zanim nadejdzie nieunikniony moment, kiedy zacznie to nas dotyczyć bezpośrednio i boleśnie.

Wczoraj Piotrek wstał tak jak zwykle do przedszkola, czyli o 6.30. Jak na niedzielne wstawanie to pora absolutnie nieprzyzwoita. Skorupiak najdroższy mamrotał gniewnie spod poduszki, to stwierdziłam, ze zabiorę Piotrka i pojedziemy sobie na 8 rano do kościoła i na cmentarz - zanim ruszą tabuny. Pomysł był dobry, szybciutko sie zebraliśmy zostawiając śpiącego ojca zakopanego w  pościeli.

Rozmawialiśmy sobie o cmentarzu - co to za miejsce, że tam są groby, że sie chodzi porozmawiać z bliskimi, którzy umarli. Że każdy kiedyś umiera - bo jakby nie byłoby śmierci, to na świecie byłoby strasznie ciasno, jakby tylko przybywało ludzi.

Zadziwiające dla mnie było, jak naturalnie Piotrek to przyjmował do wiadomości. Bez strachu - nie miał okazji sie zetknąć, ale też bez niezdrowej ciekawości, ot, po prostu. Tak jak informację o planetach, życiu mrówek czy śniadaniu. (No, bez przesady, śniadanie wzbudza większe zainteresowanie).

I tak naprawdę o to mi chodziło - żeby wiedział, jak to działa, że jest to fragment naturalnego cyklu. Że śmierć nie oznacza końca - że można pójść na cmentarz, przynieść prezent (czyli lampkę, kwiaty), pogadać. Żeby, jak już dojdzie do śmierci kogoś kochanego, zdjąć przynajmniej element niezrozumienia, strachu, nieznanego. Bo bólu nie zabiorę....