O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

czwartek, 27 listopada 2008

niesamowite, jak z odpowiedzi na kilkaset idiotycznych pytań wyciągnąć kopę informacji o człowieku. Siedziałam dziś i dłubałam przy testach pacjentów. Co prawda wolę prace z pacjentem, niż z papierkami, ale to jednak kopalnia informacji.

Za jakieś półtorej-dwie godziny chwila prawdy. Czy moje dziecko przekroczy magiczny czwarty dzień i jutro pójdzie znowu do żłobka, czy znowu przyniesie jakiegoś wirusa? Miło by było, gdyby sie wreszcie uodpornił troszeczkę...

Święta sie zbliżają, po raz pierwszy od dawna poszłam do empiku. księgarnie omijam z zasady, bo potrafię tam zostawić znacznie więcej kasy niż w sklepie z ciuchami. I oczywiście wyszłam z bólem serca, książek, któe bym chciała mieć jest cała sterta. Nic to, prezenty sugerowane dobra rzecz :)

sobota, 22 listopada 2008

Duża rodzina fajna jest. To jest motto dzisiejszegowpisu.

Duża rodzina ma to do siebie, ze zawsze znajdzie sie  ktoś sympatyczny, ktoś, kto wie coś na potrzebny temat, ktoś, kto ma  i może pożyczyć poszukiwaną książkę, ktoś w moim wieku, z kim można pogadać... I tak dalej. A do tego jest mnóstwo śmiechu, jak sie zacznie ledzić pokrewieństwa i nagle okazuje sie, ze kuzynka starsza o dwa lata ode mnie jest pokoleniow licząc moją ciotką. Moja najmłodsza kuzynka (z mojego pokolenia) ma obecnie około pół roku - czyli mój syn ma ciotkę młodsza od siebie :)

Tak mnie jakoś naszło na rozważania rodzinno-filozoficzne, bo przyjechała ciotka z Luksemburga, babcia tej mojej najmłodszej kuzynki.  Bardzo ją lubię, z racji odległości rzadko widuję, najwyżej czasem dzwonię.

W ogóle rodzina rozpirzona po całym świecie, tylko niestety bilety lotnicze drogie... A tak fajnie byłoby spędzić urlop w Australii, RPA, Włoszech, Francji, Kanadzie, Brazylii, Holandii, Szwajcari czy gdzie tam jeszcze. Ale czasem się daje zobaczyć i wtedy języki bolą od pytlowania :)))

piątek, 21 listopada 2008

Młodociany zaczyna gadać. Fajnie to brzmi, na razie poza mną i Małżem to mało kto coś zrozumie, ale nie o to chodzi. Jedną z ulubionych rozrywek młodocianego jest wypatrywnie samochodów. A jak widzi toyotę (najlepiej ten model, co nasza) - to piszczy z radości i drze się "mama, mama". Ostatnio powstało nowe słowo - mianowicie toyota to jest uja. Pozostałe marki są w tyle, ale kilka następnych też już zaczyna nazywać sam.

Ani chybi rośnie nam rzeczoznawca samochodowy :)

wtorek, 18 listopada 2008

Wydzwonili mnie ze szpitala, jak byłam w połowie opisywania wyników testu pacjenta. Piotrek ma 38,8, czy może pani przyjechać i go zabrać do domu. pewnie, ze mogę, sprintem do metra, do domu, łapać samochód i do żłobka.

Cholera, czy on kiedyś pójdzie 5 dni ciurkiem, czy już zawsze będzie tak - 4 dni w żłobku i 2 tygodnie w domu??????

poniedziałek, 17 listopada 2008

Piotrek do żłobka, ja do szpitala, Małż do roboty. W szpitalu  - jak to na psychiatryku. paru nowych pacjentów, standardowe problemy z fumami NFZ - ostatnio z radością dowiedziałam się, że jak na recepcie lekarz napisze PESEL pod nazwiskiem i adresem, to jest ok, a jak nad, to jest to ciąg nic nie znaczących cyferek i NFZ odmawia refundacji. Paranoja.....

Do żłobka należy dostarczyć klej brokatowy. Zachodzę w głowę, ki diabeł, otatecznie klejem sie przykleja coś do czegoś, to po grzmota w środek brokat? Ale jak mus, to mus, poszukamy.

Pies znowu zeżarł kanapki młodego. Ciekawe, czyy ta głupia suka nauczy sie kiedyś, zę za taki numer ląduje sie w kagańcu. Przecież nie z głodu to zrobiła, zwłaszcza, zę michę dostała pięć minut wcześniej.

Jutro próba ogniowa. Piertruszek od września chodzi do żłobka, ale choruje stale i dłużej, niż cztery dni to nie był. Jutro będzie czwarty - pytanie, wróci z gorączką, czy nie???

poniedziałek, 10 listopada 2008

tym razem tylko na chwilę. Powinnam czytać o schizofrenii paranoidalnej (juz przeczytane i wynotowane co trzeba), hebefrenicznej ( w trakcie), katatonicznej i inne takie kwiatuszki. NIe idzie jak cholera, dużo tego jeszcze przede mną, a na sobotę musi być wstukane. A ja mam cholerne kłopoty ze skoncentrowaniem sie na tym, zwłaszcza, jak widzę, ile jest do zrobienia w domu. Ale póki Piotrek śpi, to powinnam korzystać z okazji, bo uczenie się, jak on mnie ciągnie za rękaw niestety nie wchodzi w grę.


szkoda, że informacje o lekturze na zajęcia wysłano na tydzień przed faktem, jakby było wiadomo wcześnie, to można by sobie rozlożyć i byłoby łatwiej. Wniosek: przycisnąć o lektury na następne zajęcia, żeby znowu nie wysłali na pięć minut przed dzwonkiem.

 

To żegnam państwa i wracam dzięciolić.

niedziela, 09 listopada 2008
 Kurczę, żałuję, ze nie wpadłam na ten pomysł juz dawno.
A właściwie, to gdzieś  tam mi kiełkował, ale jakoś nie
miałam do tego przekonania. A bo tak mi głupio
upubliczniać siębie, a jak długo będzie mi się chciało  pisac...

Tysiąc powodów, każdy dobry i każdy bez sensu.
A teraz żałuję. Tyle drobiazgów mogłam uchwycić, zapisać. 
Teraz pamiętam tylko niektóre, te co weselsze.
A najdrobniejsze, wywołujące ciepły uśmiech na  twarzy - przepadły...
Ale pamiętam, jak czternastomiesięczny Piotrek  został 
nakryty, jak wytaszczył z kuchni swoje krzesło, przyciągnął
je do drzwi wejściowych, wlazł i zaczął  otwierać górny zamek. 
Albo jak w przeddzień imienin - 28 czerwca 
dwudziestomiesięczny mały cwaniak zamknął rodziców na balkonie. 
Przerażenie M, że mały coś sobie może zrobić, 
a my nie mamy jak się do niego dostać i moja głupawka z 
powodu operatywności  potomka. Telefon do rodziców (M na 
szczęście miał komórkę w kieszeni...) - przyjedźcie i weźcie
klucze, a potem tłumaczenie małemu, że ma przynieść stołek
z łazienki, wejść, przekręcić klamkę  od drzwi... I gdy już się
wydawało, że się udało, Małż powiedział mu, żeby zszedł ze stołka,  
żeby móc otworzyć drzwi - ten mały ancymon przytrzymał się 
klamkę, przekręcił ją i zamknął nas z powrotem... I apiać  od
początku. Ale w końcu nas wypuścił.  
Tylko co będzie dalej, jak on już zaczyna internować rodziców???
Wycieczki do Łazienek - początkowo jak wiewiórka podchodziła, 
to emocje były tak  wielkie, że Pietruszek piszczał na sam widok
zwierzaka. Kiedyś wiewiór już podchodził, gołąb się czaił z
drugiej strony, a jak mały pisnął, to oba zwierzaki  podskoczyły
z przerażenia i zderzyły się w powietrzu, co oczywiście spotęgowało 
ich stres.
A teraz - wiewiórki  i pawie karmi sam, bez wspomagania, z 
sikorkami trochę  gorzej, ale też siadają na łapce - tylko trzeba
siędzieć u mamy na kolanach. 
 Kilka miesięcy, a jak to się zmienia....     
piątek, 07 listopada 2008

Młody zaczyna mówić. W sumie już czas, ma skończone dwa lata. Tworzy rozmaite dziwolągi - "k" i "t" dla niego brzmiątak samo.

W rezultacie ostatnim hitem jest słowo "kakuś" pilnie ćwiczone przez Pietruszka. Kakuś to oczywiście tatuś, co wzbudza nasz duży entuzjazm, zwłaszcza, ze nie wiadomo czemu, ale grubsza sprawa pieluchowa określana jest mianem "kaka". Z francuska, a co. nie wiem, skąd to podłapał, bo ja przy nim nie gadam po francusku - nie mam tu nikogo kto by to zrozumiał.

Tak czy inaczej, słownictwo sie wzbogaca. Pytanie, kiedy zacznie kląć...

 

 

 

czwartek, 06 listopada 2008

Nosiłam sie z pomysłem od jakiegoś czasu. Zobaczymy, jak długo bede pamiętać... Ale co tam, najwyżej przestanę pisać, prawda?

Dziś o mały włos nie udusiłam potomka. Potomek sie nudził. Lekarz zalecił wstrzymanie się z powrotem do żlobka, więc kisimy się w domu, ja ledwo łażę (niech żyją psie zabawki porozrzucane tu i ówdzie...), smarczemy oboje, pogoda jaka jest, każdy widzi. Słowem, nie ma warunków do wyjścia i już. Ale co robić z energicznym dwulatkiem, który nie chce, żeby mu czytać, rysowanie mu sie znudziło, klocki są be... Najpiękniejsze chwile to te, kiedy idzie spać.

Wniosek jest jeden - szybko wyzdrowieć i młodociany do żłoba a ja do roboty, zanim uduszę dziecko albo męża (bo przypadkiem nawinie sie pod rękę).