O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

niedziela, 28 lutego 2016

Zbierało mi się od dawna.

Wkurza mnie ten nowy blox jak rzadko, aż sie zastanawiam, czy nie przenieść się z blogowaniem gdzie indziej. Ja rozumiem, że teraz taka moda, że ma być dużo obrazków i mało tekstu, ale jednak nie lubię byc traktowana jak niedorozwojek. Nie potrzebuję  obrazków, drażni mnie nikła ilość informacji na ekranie startowym bloxa, po jakiego grzyba te wielkie puste przestrzenie?

Do tego jakoś nie mogę go oswoić, za każdym razem szukam potrzebnych mi funkcji, a podobno miało być takie intuicyjne....

Generalnie irytuje sie za każdym razem, jak widzę radosne hasło, że blox się zmienia dla mnie.

Otóż nie, dla mnie to mógłby pozostac taki jaki jest.

środa, 24 lutego 2016

Odbierając wczoraj Grzechota z przedszkola stwierdziłam, że jest przyodziany jakby... odwrotnie. Bluzka tył na przód, spodnie też, kapcie prawy na lewej nodze, lewy na prawej i skarpetki piętkami na wierzchu stopy.

Uśmiechnęłam się pod nosem i domyślnym tonem zapytałam ciocię:

- Sam się ubierał po leżakowaniu?

- I do tego nie pozwolił poprawić, chciał to wszystko zrobić sam.

Tego się właśnie spodziewałam, Grzechot od czasu jak usłyszał, że Piotrek w przedszkolu też sam wkładał kurtkę i buty, koniecznie chce być taki jak on.

Dzisiaj odwrotnie były już tylko buty i skarpetki.

Uczy się Wąż.

niedziela, 21 lutego 2016

Wczoraj wieczorem chłopcy zaliczyli przygodę prawie jak z filmu o gangsterach. Co prawda ostatecznie gangster okazał się mało gangsterski, ale... nie uprzedzajmy faktów.

Piotrek miał zanocować u moich rodziców - lubi to, oni też, to czemu nie. Wpakowałam całe zoo (łącznie z mężem) w samochód - zimno, ciemno, co mi tam, odwiozę starszego, młodszy się trochę ruszy i potem pójdzie spać.

Już skręciłam w ulicę, przy ktorej mieszkają rodzice i zadowolona zaczęłam się zastanawiać, ile możemy tam posiedzieć - tak, żeby Grzechot zwiądł, ale jeszcze się nie mazał. Jeszcze tylko przejście dla pieszych - zatrzymałam się, żeby przepuścić dwie osoby, które czekały z obu stron przejścia, w końcu ja mam blaszany parasol, a im wieje.

I w tym momencie obok mnie po prawym pasie (stałam na lewym) śmignęło jakieś coś, przejechało prawie po palcach obojga pieszych (zdążyli się już zbliżyć do siebie na odległość może trzech metrów) i pojechało dalej nie zatrzymując się.

Takich cwaniaków to ja nie lubię, po tym przejściu chodzą dzieciaki do pobliskiej szkoły, a w ogóle co to za numery. Ponieważ ludziom się nic nie stało, pojechałam po prostu za tym cosiem, a Skorupiak złapał za telefon i zadzwonil na policję.

Przejechałam sobie spory kawałek w kierunku, w którym się w ogole nie planowałam udać, Skorupiak raportował przez telefon trasę, aż w końcu na światłach dogoniły nas dwa radiowozy i dwóch tajniaków, wyłuskali z tłumu kierowców stojących na światłach owo coś i zgonili na krawężnik.

Moje chłopaki były niezmiernie podekscytowane, akcja jak z filmu sensacyjnego. Sensacja się co prawda szybko skończyła, bo kierująca pojazdem nie zamierzała uciekać, a za to papierkologia zajęła sporo czasu, ale i tak byli zadowoleni.

Dla takich kierowców nie mam litości. Półtora roku temu kawałek dalej kierowca zabił trzylatka. Tu też identyczna sytuacja,  solidnie oznakowane przejście dla pieszych - przystanek, szkoła, ja się zatrzymałam, a ktoś gna obok. Tym razem cudem nikomu nic się nie stało, ale naprawdę o włos. Mam nadzieję, że zabiorą jej prawo jazdy, bo jest niebiezpieczna dla otoczenia.

 

Przynajmniej Grzesiek w domu padł jak ścięty.

OStatnio nawiedzila nas Niedoszła Kuzynka.

Od czasu,jak wyemigrowała na północ widujemy się znacznie rzadziej, niż bym chciała, ale za to nadrabia, jak wpada do stolicy.

Została zaakceptowana przez koty - nie każdy dostępuje tego zaszczytu, ale oba po kolei władowały sie jej na kolana i kazały miziać. Z tego obowiązku wywiązała sie znakomicie;).

A ja byłam prawie w niebie. Mogłam pogadać z kimś, kto nie jest ani moim rodzicem, ani dzieckiem, ani mężem, lekarzem czy sprzedawcą w sklepie - niestety do takiego kręgu zawęził mi sie krąg osób, z którymi się spotykam. Jest to smutny efekt ciągłych infekcji - jak nie muszę to nie łażę, bo nie mam sily albo zarażam. Albo jedno i drugie.

Droga Niedoszła! Mam nadzieję, że niedługo znowu zawitasz w te strony i bedzie okazja do pogadania. Zabierz ze sobą Spadnięte Niebo :).

piątek, 19 lutego 2016

zalaegły wpis , nie miałam czasu odnotować

Grzechot indagowany przez matkę w kwestii dietetycznej (czyli normalnie mówiąc, zapytałam, co na obiad w przedszkolu było) odparł któregoś dnia krótko:

- Suchy chleb.

 - Co proszę????? - zdębiałam.

- Suchy chleb i czerwona zupa.

Zaczęłam się intensywnie zastanawiać, co też to mogło być - wiem, jak karmią w tym przedszkolu i jest to naprawdę pyszne.

Nie wymyśliłam, co to ten suchy chleb, wiec weszłam na strone przedszkola i sprawdziłam jadłospis

Zupa-krem pomidorowa z grzankami.

Dzisiaj minął rok od śmierci Czorta.

Trudno uwierzyć, że to już tyle czasu bez ciebie, kocie. Brakuje cię nadal bardzo, mimo, że ganiają tu takie dwa śmieszne futrzaki. Podobne są do ciebie, każdy z nich ma jakiś twój rys. 

Jednak żaden nie jest tobą.... 

Czorcik - dziękuję ci za wspaniałe czternaście lat.

środa, 10 lutego 2016

Grzesiek ma zapalenie oskrzeli.

Czwarty antybiotyk w ciągu niecałych trzech miesięcy. I mam się cieszyć, bo po okolicy fruwa zapalenie płuc.

A jutro przyjeżdża mój brat z dzieciakami i mieli się razem bawić.....

%$&^%$^&%*&^(*&.

Tyle mam do powiedzenia.

czwartek, 04 lutego 2016

Z okazji Tłustego Czwartku nabyłam pączki - jak spora część rodaków.

Akurat byłam na zakupach tygodniowych, jak zawsze w czwartek, w supermarkecie była degustacja. Spróbowałam i się zachwyciłam - z nadzieniem pomarańczowym! Bajka po prostu.

Wrzuciłam do wózka sześciopak pomarańczowy i bardzo zadowolona z siebie wróciłam do domu.

Gdzie się okazało, że - przynajmniej te dwa, które zjadłam - zawierały nadzienie z róży, którego nie znoszę....

wtorek, 02 lutego 2016

Nadszedł w końcu dzień, kiedy to Mi doczekała się swej kolejki w NFZ - termin planowanej operacji zaćmy. Czekała prawie dwa lata, ale w końcu stało się.

Ja byłam jakoś spokojna, ale Skorupiak zna swoją teściową i był nieco nerwowy. Jak próbowałam mu wytłumaczyć, że to prosta, rutynowa operacja, popatrzył na mnie z boleścią i powiedział:

- Wiem, ale to Mi. Znasz jej pomysły...

Faktycznie, znam.

Po południu zadzwoniła, wesolutka jak szczygiełek. I pierwsze, co powiedziała, to to, że ona oczywiście musi coś lekarzom wywinąć.

Z lekka zamarłam, ale głos miała tak radosny, że cokolwiek to nie było, nie mogło się źle skończyć.

Okazało się, że gdy już po wszystkich czynnościach wstępnych zaległa na stole operacyjnym i pan doktor zajrzał jej głęboko w oczy - zapowietrzył się, po czym złym głosem zadał pytanie:

- Kto tę panią kwalifikował do operacji?

Czy się ktoś zgłosił, tego nie wiem, w każdym razie po zakończonym dłubaniu powiedział mamie, że była to bardzo trudna operacja.

Jakoś mnie to nie dziwi, wśród różnych jej pomysłów medycznych oczka też miały swój udział, i to jak zawsze u niej - niebanalnie.

W każdym razie zrobili, co mieli. Teraz jeszcze zostało drugie oko i kolejny pryszcz medyczny Mi będzie z głowy.

Ale ja bardzo proszę, Mi, daruj już sobie to edukowanie naszych kadr medycznych....

Grzesiek ostatnio ćwiczy pamięć. Recytuje całe strony z ulubionych książek, śpiewa zasłyszane piosenki. Czasem mu się coś przestawi albo zgubi kawałek tekstu.

Ostatnio ku swej wielkiej radości usłyszałam, jak  - całkiem nieźle trzymając się melodii - podśpiewywał pod nosem:

- W owym czasie wyszło zarządzenie Cezara Augusta na pobliskiej łące.....

Wizja stada zarządzeń na pastwisku cieszy mnie do dziś.