O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

piątek, 27 lutego 2015

Chłopaki wrzeszczą jak się bawią, wrzeszczą jak sie wściekają, wrzeszczą jak czegoś chcąi wrzeszczą, jak czegoś nie chcą - na przykład wykonywać obowiązków.

Ja chcę stąd uciec!!!!! Cztery ściany, Grzesiek bez przerwy, Piotrek z przerwami - na szczęście chodzi do szkoły, na judo i na szachy, ale jak wróci, to nadrabia. A ja nie mam gdzie sie schowac, nie mam kiedy zrobić czegoś tylko dla siebie - jak już ich spacyfikuję to padam na pysk...

W sumie - zastanawiam sie, czy na kogoś nie napaść, albo lepiej spróbowac obrabować bank. Zamkną mnie w pudle i będzie cicho...

czwartek, 26 lutego 2015

Mam już dość wszystkiego. Chcę uciec jak najdalej i nie wracać. Przynajmniej przez miesiąc.

Wali mi sie na głowę od dawna, ze wszystkich stron. Wspieram bliskich, staram sie ogarniać co się da, przytulam, pomagam... I wiem, żę w drugą stronę to też jest. Ale wiem to "na rozum", bo tak emocjonalnie czukję sie komopletnie wypalona, niezauważana - taki matkobot, potrzebny bo użyteczny, bo ktoś musi te wszystkie rzeczy robić i być tym cholernym filarem, ale jak spróchnieje, to sie wymieni na inny, wszystko jedno jaki buyle był i podpierał. 

Mnie jako mnie w tym wszystkim nie ma. 

Nie umiem już niczego chcieć, nie wiem, co mi sprawia przyjemność. Pytanie "na co masz ochotę" jest absolutnie zabijające. Nie wiem. Nawet jeśli dotyczy kwestii tak trywialnej, jak to co chcę zjeść - i to w ramach ograniczonych możliwości, nie biorąc pod uwagę wystawnych dań z homara i krewetek ( i dobrze, nie lubię, jak coś na mnie patrzy z talerza. A może nie "nie lubię", tylko nigdy nie miałam okazji sprawdzić, a to jest obrona przed przyznaniem się do kolejnej życiowej porażki?)

Jedna dobra wiadomość jest taka, że z mamą lepiuej, chyba już doszli, co jest przyczyną jej problemów  i powinno to sie dać odkręcić.

Siedzę sama cały dzień w domu - Grzesiek chory, ja też prycham, noga mnie boli jeszcze po spacerku po lesie. Do tego dziś w nocy śniło mi się, że muszę gwałtownym rzutem na taśmę zwiewać z drogi autobusu, który chciał mnie rozjechać i zrobiłąm to tak skutecznie, że spadłam z łóżka. I walnęłam  się bolącą stopą o krawędź, a w łydce drugiej nogi złapał mnie kurcz. Biedny Skorupiak miał ciekawą pobudkę o czwartej nad ranem.... W sumie - chodzenie nie jest moją ulubioną czynnością.

Nie mam do kogo pyska otworzyć - poza GRzesiem, oczywiście, a ten gada stale. ALe ja bym tak chciała porozmawiać na nieco inne tematy, niż to, co interesuje dwulatka... I żeby ktoś czasem sie mną zainteresował, pogłaskał, zadbał, przytulił... I żeby nie było słychać ciągłego łomotu Potomków. Kochani są, ale robią tyle hałasu, z Piotrkiem sie co chwila ścieram o robienie czegoś dla domu, wypełnianie obowiązkó. Ja uważam, ze on nie ma ich wcale tak dużo, a on się piekli, że koledzy to nic nie muszą i jestem wredna bo od niego wymagam. A on jest przecież dopiero dzieckiem i musi mieć czas na zabawę. A kiedy ja mogłabym sie pobawić? zrobić coś dla siebie? żeby nikt na mnie nie wrzeszczał, nie łaził po plecach, nie domagał się gonienia, patrzenia, czytania po raz setny tej samej, skądinąd uroczej, książeczki o Findusie?

Jest mi źle. Czuję sie niewidzialna, potrzebna tylko do czynności domowo-obsługowych. Ja w tym wszystkim przestałam istnieć już daeno, nawet nie wiem kiedy. I tylko szkoda, zę nikt mnie nawet nie chciał poszukać...

 

środa, 25 lutego 2015

Grzesiek ma  zapalenie oskrzeli. Znowu.

Brak mi słów.

poniedziałek, 23 lutego 2015

Co chwilę kątem oka widzę czarny cień. 

Oglądam się - nie ma...

Boli...

sobota, 21 lutego 2015

Proszę Piotrka o pomoc przy sprzątaniu. Boli mnie noga i pewnych rzeczy nie mogę zrobić, np. schylać się i kucać.

Piotrek ostatnio miga się od roboty, jak może, zużywając na to więcej czasu i energii niż potrzebowałby na zrobienie tego, o co proszę.

- Synek, pozbieraj proszę klocki Grześka z podłogi w pokoju.

- Bo ty nie zauważasz, że ja jestem dzieckiem i potrzebuję też czasu na zabawę!!!!

- Piotruś, to jest nasz wspólny dom i razem o niego dbamy.

- Ale ty mi dajesz za długie polecenia! Ja wolę dużo krótkich!

- Proszę bardzo. Idź włóż do pudełka jeden klocek.

Dotarło. Prychnął śmiechem i pozbierał klocki nie kłócąc sie dalej.

 

Jeszcze nie zapamiętał, że matki nie przegada...

piątek, 20 lutego 2015

Trudno jest. 

Co chwila oglądam się, gdzie jest, wydaje mi się, że słyszę miauczenie albo mruczenie. Sprawdzam, czy nie usiądę na kocie siadając w fotelu.

Powinnam zabrać się za likwidowanie kuwety, miseczek, oddać karmę znajomym kotom-nerkowcom... Jak na razie zdobyłam się tylko na zdjęcie hamaka z kaloryfera i wrzucenie do prania. 

Czorcik, bardzo mi cię brakuje...

czwartek, 19 lutego 2015

Przegraliśmy tę ostatnią walkę. Dzisiaj uśpiłam Czortka...

Dwie noce z rzędu miał ataki duszności połączone z niedowładem tylnej połowy ciała. Nie było szans, nie chcieliśy go męczyć.

Smutno i źle...

środa, 18 lutego 2015

Wczorajsza noc była straszna, myślałam, że kot już jej nie przeżyje. 

Z panią doktor ustaliłyśmy, że dajemy my czas do soboty...

 

Kotuś, proszę. Ostatnia próba, ostatnia szansa. Wiem, ze te zastrzyki i kroplówki są nieprzyjemne, wenflon w łapce przeszkadza - ale jak sie uda, to wiosną pójdziesz znowu powkurzać sroki...

 

jakby mało mi było rozrywek, to jeszcze Czort mnie całkiem solidnie ugryzł.

Nie mam do niego pretensji, głupio go chwyciłam przy próbie zrobienia zastrzyku i wbił sie zębami w to , co miał najbliżej, czyli moją dłoń. Ledwo ruszam kciukiem. 

Do tego boli mnie prawa noga, którą sobie załatwiłam na kijkach w sobotę. 

Kaleka prawostronna.

wtorek, 17 lutego 2015

kotu znowu sie pogarsza. Kreatynina wzrosła, mocznik też, wyraźnie jest jakaś infekcja.

Boję sie, że to już koniec, nie chcę , żeby sie męczył...

Żle mi.

poniedziałek, 16 lutego 2015

Z okazji bez okazji tata kupił nam prezent. 

Ławeczkę do ćwiczeń, taką skośną. Stwierdził, że mam małe szanse na wyjście gdzieś na jakikolwiek trening, bo Grzechot na mnie wisi, a tak będziemy mogli poćwiczyć. Chłopcy zaś będą mieli zjeżdżalnię  i dadzą mi wreszcie spokój - do tej pory zjeżdżali z moich kolan. Z Grześkiem jeszcze szło, ale Piotrek waży prawie 30 kg i stawy mi piszczały...

Węże zjeżdżają na potęgę, Piotrek ćwiczy brzuszki, Grzechotnik parę razy spadł - obaj są szczęśliwi. Mogą sie pokotłować, a ja mam chwilę spokoju, co zwłaszcza wobec stanu mojej nogi jest cenne. Co prawda jest już dużo lepiej - chodzę już bez kul i boli znacznie mniej, ale jeszcze czuję. a tak chłopaki mają zajęcie, ja nie musze się nimi zajmować przez cały czas - pełnia szczęścia.

W weekend zamierzam pójść na kijki znowu.

niedziela, 15 lutego 2015

Kolejne zawody judo, kolejny medal - tym razem brązowy. Jakoś tam wychodzi, że zawsze jest albo złoto albo brąz. Srebra nie było jeszcze nigdy i chyba też nie był poniżej podium. 

Dobra robota, synku!

Zachciało mi sie poodchudzać. Zachciało mi sie zadbać o własną kondycję, poruszać sie trochę. 

Zachęcona zeszłotygodniowym sukcesem postanowiłam w sobotę znowu pójść na kijki do lasu. Pogoda piękna, zabrałam Piotrka i poszliśmy. 

W drodze powrotnej poczułam, że mnie trochę pobolewa stopa. Trudno, idziemy spokojniej, ale wrócić do domu i tak trzeba. Łaziliśmy prawie dwie godziny, 8,5 kilometra.

A w domu jak sie stopa rozbujała, to dziś rano zażyczyłam sobie przywiezienia dyżurnych kul od rodziców - kupili je ponad piętnaście lat temu, jka tata sobie nogę solidnie uszkodził i od tego czasu chodzą po rodzinie, jak ktoś potrzebuje. Na szczęście okazało się, że akurat były u rodziców.

I chodzę o kulach. Ortopeda kazał smarować i łykać piguły oraz robić zimne okłady - to ostatnie jest straszne, i bez tego stopy mi marzną. Ale co tam, w końcu kiedyś przejdzie...

piątek, 13 lutego 2015

Grzechot właśnie odkrywa tę prawdę.

Para aż bucha mu z mózgownicy, jak próbuje ogarnąć zasady rządzące językiem. Próbuje, składa zdania - dzisiaj usłyszałam długą historię o tym, jak to poszedł z Dużym do metra, odprowadzić Bratka, który jechał do szkoły, a potem siedział na ławce i oglądał pociągi. 

Za to potem wyłożył sie nieco na trudnym czasowniku "jechać". No bo to skomplikowane jest. Najpierw tłumaczył, że autobus pojechała - skoro mama pojechała, to i autobus też. Ale potem zaczął odmieniać - słucham ci ja i słucham i w pierwszej chwili nie mogłam zrozumieć, co to znaczy "mama, jacham!". W końcu dotarło - "jacham" jak "macham" i "dmucham". Bo niby dlaczego nagle "jadę"?

Takich śliczności coraz więcej, mały trajkocze bez przerwy, mówi coraz ładniej i coraz więcej. I właściwie wymawia bezbłędnie, "r" jest bardzo delikatne, ale zdecydowanie przypomina to, co powinno, a nie jakieś zamienniki, większość słów też jest prawidłowa. 

Zaczął mówić wcześniej niż Piotrek, co było dla mnie oczywiste - w końcu Piotrek nie miał takiego fajnego, kochającego starszego brata ;). Niestety mówi też głośniej i częściej usiłuje wymusić na mnie coś wrzaskiem, co w połączeniu z faktem, że mam o sześć lat więcej niż przy Piotrku w analogicznym okresie powoduje u mnie znaczny spadek cierpliwości...

Obawiam się, że za chwilę zacznie czytać - w końcu widzi, że wszyscy systematycznie wtykają nos w książkę, czytamy mu dużo, a sądzę, że Piotrek w samoobronie nauczy go szybko składać literki - i będzie miał wymarzoną chwilę spokoju.... a potem będzie jazda w szkole :)

czwartek, 12 lutego 2015

Nie wiem, o co kociarze robią tyle hałasu z tym obcinaniem pazurów. 

Ponieważ Czort dostaje codziennie piguły i broni sie przy tym coraz bardziej, postanowiłam mu skrócić elementy drapiące. Pani doktor zaproponowała wręcz, żeby zrobic to w gabinecie, na cztery ręce, bo to awanturnik.

Podziękowałam uprzejmie, mówiac że dam sobie radę sama w domu.

I dałam. Wzięłam kotka na kolana, obcinaczkę do paznokci w dłoń i całkiem spokojnie poprosiłam o wysunięcie pazurków. Koteczek możez bez entuzjazmu, ale też bez protestów pozwolił zrobić, co trzeba. No, może nie do końca, bo po trzeciej nodze miał już dosyć, ale i tak postęp jest. Czwartą nogę obetnę dzisiaj. 

Kotu powol sie poprawia. jeszcze nie jest dobrze, ale kierunek słuszny. I tak trzymać.

środa, 11 lutego 2015

Albo mu coś urwę, obojętne, co . 

Skorupiak usypiał Grześka, który jest dziś wyjątkowo marudny. Już prawie mu sie udało.

A Piotrek wlazł do pokoju pytając głośno, godzie jest tablet.

Oczywiście Minor natychmiast sie obudził.

 

Aaaaaaaa!!!!!! Niech oni wreszcie pójdą spać i dadzą mi święty spokój! Głowa mi pęka od tego wszystkiego.

poniedziałek, 09 lutego 2015

Dzisiaj dla odmiany Skorupiak zapewnił mi trochę emocji. 

Tata miał dziś jakiś długi dzień roboczy i poprosił mnie, żebym wyprowadziła psa gdzieś w południe. Oczywiście zgodziłam się, bo czemu nie. 

Relacjonuję to później Skorupiakowi przez telefon, a ten zastrzelił mnie jednym pytaniem:

- A pamiętasz, że ja mam twoje klucze od ich mieszkania?

Nie pamiętam. No to zonk, biedny pies. Stanęło na tym, że Skorupiak albo wpadnie tam i sam wyprowadzi psa, albo przyjedzie do domu i przywiezie mi klucze.

Ułożyło mu się tak, że przyjechał, zjadł coś i pojechał wyprowadzić Gardę.

Jakiś czas później przechodząc koło drzwi rzuciłam okiem na zamek, bo jakoś podejrzanie wyglądał. Miałam rację, okazało się, że wychodząc zamknął gerdę na dwa razy - co oznacza, że nie da się otworzyć od środka. Czyli dopóki nie wróci Piotrek ze szkoły, nie wyjdę z psem ani z Grześkiem na spacer...

Jak sie doda do tego pomysły Grzesia z dobieraniem się do szafek, szuflad i koszyka z lekami, to się zastanawiam, czy może nie powinnam sobie sprawić takiego pęku kluczy u paska, niczym klucznica w średniowiecznym zamku. Będę latać z tym żelastwem, a jak któryś z moich facetów mi podpadnie, to przypadkiem spadną mu na stopę.

niedziela, 08 lutego 2015

Wąż Młodszy zapewnił mi dzisiaj solidny pęczek siwych włosów. Skorupiakowi też.

Piotrek umówil sie z moim tatą, że dziś u niego zanocuje - od czasu jak mama jest w szpitalu robi to często, "żeby Dużemu smutno nie było'. Skorupiak pojechał odwieźć metrem Potomka Starszego, Potomek Młodszy został ze mną. 

Ja byłam w stanie niezbyt dekoracyjnym - zamaskowana, z łepetyną zawiniętą w folię i ręcznik, w szlafroku. Ale w końcu syn własny nie raz mnie w takim stanie widywał, nieprawdaż?

Korzystając z faktu, że Grzechociński bawi sie klockami poszłam sobie na chwilę do łazienki, zasiąść w wiadomym miejscu. Ale po chwili dotarło do mnie, że jest trochę za cicho....

Wsłuchałam sie w tę ciszę i po paru sekundach wypadłam z łazienki jak torpeda. Grzechotnik zmienił miejsce pobytu, przeniósł sie do kuchni i dobrał do leków.

Niestety oboje łykamy na stałe trochę różnych rzeczy, kot też ma swoje, a że ostatnio prychałam, to jeszcze były jakieś przeziębieniowe. Staramy się pilnować, żeby pod ręką były tylko leki bieżące, ale i tak tego trochę jest. A mały w tym grzebał...

Na moje pytanie, czy coś połknął, oświadczył radośnie:

- Tak!

O cholera. Uświadomiłam sobie, że jeśli będę musiała z nim jechać na Izbę Przyjęć, to mam mokre włosy zapćkane maseczką - pal diabli efekty wizualne, ale nie mogę jechać z mokrą głową, bo sie rozchoruję i ja. Zimno mi sie zrobiło, ale na szczęście w takich sytuacjach nie tracę głowy, więc złapałam michę, małego drania i jakiś ręcznik i wsadziłam mu palec w gardło. 

Tyle sie czyta o takich manewrach w różnych kryminałach przede wszystkim, a to wcale nie jest taka prosta sprawa. W końcu udało mi sie sprowokować u niego wymioty, ale z konkretów było tam tylko trochę jajka z żurku, piguł żadnych. 

Złapałam za telefon i uszczęśliwiłam wiadomością Skorupiaka. OKazało sie, że już był w metrze, więc wypadł z niego na następnej stacji, Piotrkowi kazał jechać dalej samemu - w końcu nie pierwszy raz i wyrwał z kopyta z powrotem.

Z przeglądu koszyka z lekarstwami wynikło, że chyba nic nie zjadł, a w najgorszym wypadku góra trzy aspiryny i może dwa apapy. reszta na pewno była w stanie takim, jak powinna, a tu po prostu nie wiedziałam, ilu tabletek brakowało, ale maksymalnie tyle. To jeszcze nie tak tragicznie...

Dostał węgiel, na kolację biszkopty z mlekiem i Skorupiak go teraz usypia. A ze mnie schodzi napięcie...

 

doskonale wiem, że nie powinien móc sie w ogóle do tego dostać. Równocześnie mam coraz mniej miejsc w domu, do których on nie sięgnie, a takich z dostępem umożliwiającym nam sięganie po kilka razy dziennie bez łażenia po drabinie - po prostu brak. Z Piotrkiem jakoś nie mieliśmy takich problemów, on był jednak nieco spokojniejszy. 

Trzeba będzie coś wymyślić.

A na razie idę wpychać piguły kotu w paszczę.... I chyba jednak kupię sobie farbę do włosów, bo w tym tempie do wiosny będę miała całkiem srebrne...

Nareszcie!

Udało mi się urwać  z domu porzucając Skorupiaka z dziećmi i pójść na kijki do lasu. Czaiłam się na to od dawna, a tu albo ja byłam prychająca i smarcząca, albo dzieci, albo jakieś inne sprawy właziły w paradę i nic z tego nie wychodziło. 

Dziś łaziłam bite dwie godziny w ostrym tempie, bez zatrzymywania się - no dobrze, dwa przystanki na sprawdzenie zegarka. Przeszłam las tam i z powrotem, załapałam się na zupełnie solidną zadymkę i było cicho i spokojnie. Nikt nic ode mnie nie chciał, nie wrzeszczał, mogłam iść gdzie chciałam i jak chciałam - po prostu raj!

Jakby się tak udało częściej - to znakomicie wpływa na humor.

PS. Wieczorem

ledwo się ruszam, sztywna jestem  i ruszam się jak paralityk.

sobota, 07 lutego 2015

Czort od początku byl moim kotem. Nie w sensie własności - któż bowiem może byc właścicielem kota?, ale emocjonalnie. Oczywiście kocha rónież Skorupiaka i Węże, ale przede wszystkim jest mój. To ja mogę mu podać piguły do paszczy (co nie znaczy, że je grzecznie łyka, wręcz przeciwnie, ale ja wyjdę z tego najmniej podrapana), oczyścić ranę czy zrobić zastrzyk. 

Ostatnio takich działań jest dużo - kroplówka codziennie, trzy razy dziennie piguły wdziobne, dwa razy alugastrin - miętowe świństwo w zawiesinie, ja go nie cierpię i wątpię szczerze, żeby kot był innego zdania. Wszystkie te działania były i są konieczne - kotu sie znacznie poprawia, bez tego już by nie żył. Nawet, jeślibyśmy go nie uśpili, był już tak słaby, odwodniony i zatruty mocznikiem, że umarłby i tak. 

A Czort, oprócz tego, że w coraz lepszej formie, to zrobił się dużo bardziej pieszczotliwy. Włazi na kolana przy każdej okazji, przytula się, trąca łebkiem i domaga głaskania. Nigdy tego nie było w takim natężeniu, owszem, lubił dać się pomiziać, ale bez przesady. A teraz - w każdej wolnej chwili. Zaraz po podaniu piguł, pięć minut po kroplówce - na kolanka. 

Już kiedyś zetknęłam się z kotem, który podobnie zareagował. Jedna  z kotek mojej mamy była typem półdzikiego samotnika - urodzona w domu, ale przychodziła włąściwie tylko na jedzenie, nie znosiła głaskania itp. Zachorowała, a mama codziennie musiała ją czymś smarować, robić zastrzyki - słowem, znęcać się, jeśli popatrzeć na to z punktu widzenia kogoś tak niedotykalskiego jak Szulda. I co? Jak wyzdrowiała, to właściwie zamieszkała u mamy na plecach. Kawał studiów mama spędziła ucząc sie z kotem na karku. W stosunku do reszty świata kocica  nastawienia nie zmieniła...

Mądre są te zwierzaki. Wiedzą, że to wszystko jest po coś - żeby im uratować życie i pozwolić przeżyć jeszcze parę lat w dobrym zdrowiu i kondycji.

Czorcik - zdrowiej dalej, wspólnie walczymy!

piątek, 06 lutego 2015

Grzesiek sie bawi. Ja sie nim zajmuję.

Polega to na tym, że mały biega w kółko po pokoju, śmiejąc się do rozpuku, turla po podłodze, rzuca klockami do pudełka i ćwiczy piruety. 

Ja siedzę na krześle i patrzę. Nie mogę sie odwrócić, zająć czymkolwiek, nawet na sekundę. Nie ma mowy o napisaniu smsa, przyszyciu guzika, dobraniu skarpetek w pary, czymkolwiek. Nie wolno mi oderwać oczu od potomka i tyle. Nawet na sekundę,  bo natychmiast przybiega  i kategorycznie rozkazuje: "Mama, pacz!". No to mama paczy...

W sumie mało męczące takie zajmowanie się, nie muszę sie turlać, budować z klocków, do czego nie mam za grosz talentu, ale takie nicnierobienie jest męczące i nudne. Wystarczy, że robię miny i od czasu do czasu wydaję z siebie groźnie brzmiące ryki i warczenia.

Synu, kiedy ty będziesz umiał czytać, to jest tak ciekawe zajęcie, a nie absorbuje bliźnich....

czwartek, 05 lutego 2015

Od pewnego czasu zbierało mi się na tę notkę - zwykle jak jechałam Puławską w stronę Piaseczna, i zanim dotarłam w pobliże komputera, to zapominałam. A potem wkurzało mnie na nowo.

Na płocie kościoła po drodze czy też na jakimś bilbordzie na ich terenie jest wielki plakat z następującym tekstem: "Odnowić nasze śluby chcemy Maryjo".

Irytuje mnie on niepomiernie - nie ze względu na treść - generalnie nie wtrącam się w czyjeś śluby, wiarę, ale ze względu na sformułowanie. 

Niestety kościelny język ma swój styl, drewniany, sztywny, sztuczny i daleki od ludzi. Jak Episkopat wystąpi z listem pasterskim, to się tego słuchać nie da, albo usypia, albo nie do zrozumienia  - każde słowo z osobna jak najbardziej, ale całość - jakiś bełkot. Nie można było tego napisać normalnie, "Maryjo, chcemy odnowić nasze śluby"?  Te same słowa, to samo znaczenie, a jakoś bliżej, mniej sztywno. Cóż, polski KK jest taki właśnie, sztuczny, sztywny i nadęty, z dużą ilością ornamentów, kokardek i wodotrysków, a zdecydowanie pomijający to, co najważniejsze - mistycyzm, istotę wiary. W zbyt wielu miejscach księża bardziej sie przejmują tym, że trzeba sie ukłomić trzy razy i machnąć kadzidłem sześć (czy ile tam), bo tradycja, symbolika, a nie wpadną na to, że ludzie do kościoła przychodzą posłuchać Słowa Bożego, a nie pogadanki politycznej.

Zastanawiam sie, kiedy kościelni władcy zrozumieją, że w ten sposób oddalają się od swych owieczek - a raczej, niestety, coraz częściej - podwładnych - z prędkością światła. Nie próbują zrozumieć problemów zwykłych ludzi, nie próbują przedstawić swoich racji i poglądów językiem przez tych ludzi zrozumiałym, a potem sie dziwią, że mimo nauczania JPII jakiś okropny procent katolików akceptuje antykoncepcję czy in vitro. 

A może pomogłoby, gdyby na przykład biskupi szanowni zaczęli słuchać? Gdyby poszli franciszkowym tropem i zechcieli porozmawiać a nie tylko wydawać dyspozycje? Choćby zeszłoroczna ankieta - na tyle na ile tylko mogli ograniczyli ludziom możliwości wypowiedzenia się. Jasne, że w ten sposób mają mniej pracy przy zestawianiu tych wszystkich odpowiedzi, ale nie to bbyło głónym celem, obawiam się... Raczej chodziło o to, zęby na zewnątrz móc pokazać wygodny dla siebie obraz. szkoda tylko, że nieprawdziwy.

Sprawa księdza Lemańskiego pokazała, jak bardzo odległa od rzeczywistości jest to wizja. Wyskoki Flaszki Głodzia, z danielami w charakterze ekologicznej kosiarki nie mają wiele wspólnego z pokorą i  skromnością. Dominujący u nas jest model Książąt Kościoła, a nie pasterzy. Zdumiewające jest gremialne milczenie biskupów na temat radia Maryja i ekscesów ojca Rydzyka, który moim zdaniem jest jednym z największych kościelnych szkodników w Polsce.

Nawet, jeśli sie czasem trafi jakiś rozsądny biskup, to i tak się nie przebije. Mam wrażenie, że tam działa zasada "Kruk krukowi oka nie wykole". Może we własnym gronie któryś coś powie, ale na zewnątrz trzymają wspólny front - daleki od ludzi o lata świetlne....

 

Cóż, nie pierwszy raz wkurza mnie polski kościół. Właśnie polski, bo już we Francji, Irlandii, ten katolicyzm jest zupełnie inny, bardziej radosny, nastawiony na uwielbienie, wychwalanie Boga, a nie na narzekactwo i wypatrywanie winnych wśród bliźnich. 

Całe szczęście, że są jeszcze dominikanie. 

 

środa, 04 lutego 2015

Kolejne pisklę rodzinne pojawiło się na świecie.

Witaj Danielu!

niedziela, 01 lutego 2015

Ostatnio znalazłam sobie znakomity patent kosmetyczny, który z upodobaniem stosuję. Suchoty kieszonkowe wymuszają inwencję również w tej dziedzinie, a tu metoda tania i skuteczna.

Siemię lniane.

Zawsze miałam chybzia na punkcie własnych włosów. Mam gęste, przez lata długie, choć ostatnio solidnie skróciłam, ale chyba wrócę do długich bo nie chce mi sie latać do fryzjera co miesiąc. W każdym razie dbam o nie, stosowałam różne maseczki, odżywki, cuda wianki.

A teraz przestałam się bawić w większość wyżej wymienionych, tylko raz w tygodniu (przeważnie, czasem częściej, czasem rzadziej, jak mam czas) robię sobie na łepetynie okład. Na skórę głowy idzie mielone siemię z odrobiną oliwy, a na same włosy - ten glutek po wygotowaniu nasionek. jak sie nie za bardzo zgluci, to daje sie ładnie przecedzić przez sitko i wlać na głowę bez nasion, ale jak nie da, to też można. Jest potem tylko więcej sprzątania.

Następnie zawijam to w folię, ręcznik i idę zająć sie czymś pożytecznym albo i nie - poczytać, sparować pojedyncze skarpetki czy coś. Po pół godzinie myję normalnie głowę i już. 

Mielone dosypuję sobie rónież do jedzenia, gdzie popadnie - na kanapki, do sałatki, serka, ziemniaków, mięsa - jak leci.

Włosy mam zdecydowanie bardziej miękkie, gęstsze, lepiej sie układają, Skorupiak twierdzi, że mniej siwych widać, ale tu już nie wiem, czy nie przesadza. Na pewno dłużej są w stanie nadającym sie do pokazania ludziom bez obawy, że uciekną z wrzaskiem - w sezonie czapkowo-grzewczym poranne mycie wystarczało do wieczora i niewiele dłużej, teraz dwa dni ujdą w tłoku - może nie na imprezę, ale do sklepu da się wyjść. A może będzie jeszcze lepiej...

Szaleję sobie z tym,  zwłaszcza, ze na allegro znalazłam sprzedawcę, który to siemię ma dobrej jakości, w bardzo miłych cenach, jest producentem a nie pośrednikiem,  i jak porównałam z ciotką, która tyle samo co ja zapłaciła za paczuszkę 400 gram - podczas, gdy ja kupiłam 1,7 kg, to mi sie fajnie zrobiło. Ma inne rzeczy też, ciecierzycę, ostropest, słonecznik i inne takie.  Jakby ktoś chciał, to podlinkuję adres i słowo daję, że nie pobieram za to prowizji :)

I jeszcze mogę sie cieszyć, że nie zasyfiam świata plastikowymi opakowaniami po maseczkach oraz samymi maseczkami wlewanymi do Wisły :)