O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

piątek, 28 lutego 2014

Mamy taki.

Zaczyna nadawanie o 6 rano (czasem jescze wcześniej). Gada. Turkoce. Kręci się. 
Na jakiś czas pomaga zatkanie dzioba dystrybutorem -  jesli mamy nieco szczęścia, to pomlaszcze i zaśnie jescze na chwilę.

Nie dziś.

Gadał i gadał, dałam gościowi swoją komórkę, żeby sie czymś zajął (nie umie jej odblokować - jeszcze...) i próbowałam dalej spaćć.

Młody po chwili popełzł na koniec łóżka - a ja polepałam siebie po plecach za nauczenie go techniki schodzenia. Wystawiłam głowę spod poduszki i zaproponowałam, zęby poszedł do bratka. Bratek też pewnie spał, ale może już nie...

Sugestia została wzięta pod uwagę, Wąż Młodszy popełzł do sąsiedniego pokoju. I po chwili słychać było pogadywanie - bratek został obudzony. 

Bardzo podoba mi sie ta wersja budzenia starszego. Po pierwsze  - na młodszego starszy nie wrzeszczy, tylko wita z radością. Po drugie - NIE MUSZĘ DO TEGO WSTAWAĆ Z ŁÓŻKA! Po trzecie - Grzechot jest zajęty gdzie indziej, a ja mam jeszcze pięć minut spokoju.

Pierwszy raz w życiu wyczekuję wiosennej zmiany czasu - możę choć przez jakiś czas gadzina będzie się budzić o siódmej - myśląc, zę to szósta....

czwartek, 27 lutego 2014

Do tej pory nie pisałam nic o tym, co sie dzieje na Ukrainie. NIe pisałam, ale to nie znaczy, że nie śledziłam tamtejszych wydarzeń. 

Teraz tez nie będę sie rozpisywać. Mam nadzieję, że Ukraińcom uda się wyrwać ze szponów Rosji - tak jak nam sie udało. Że stworzą tam uczciwy, demokratyczny rząd, który będzie rządem ukraińskim, a nie marionetką na rosyjskim sznurku, zainteresowaną wyłącznie swoimi zyskami. Szczzerze im tego życzę.

A dziś wędrując po sieci (z Grześkiem śpiącym na kolanach) znalazłam piosenkę, która staje sie właśnie symbolem polsko-ukraińskiego braterstwa. Posłuchajcie, warto.

I jeszcze jedno - komentarze pod filmem. Poruszające.

środa, 26 lutego 2014

Miałam marzenie.

Takie sobie, nie za wielkie - typu np. wycieczka na Wielką Rafę Koralową, zanim umrze zalana zanieczyszczeniami (To tez jest na liście, ale to inna sprawa).  W związku z sytuacją rodzinno-finansową realizacja marzenia wpadła daaawno na listę "poczekamy na lepsze czasy" - czytaj - ad calendas graecas. Buty dla dzieci, pieluchy, zajęcia dodatkowe dla Pytona, naprawa samochodu, kurtka dla Skorupiaka - tysiąc piętnaście spraw codziennych powodowało, że marzyłam sobie w cichości ducha, bez żadnej nadziei na realizację.

I stał sie cud.

Na gwiazdkę dostaliśmy w prezencie - MOJE MARZENIE. Całkiem niespodziewanie, bo ja nie chodziłam i nie ogłaszałam, że właśnie to chciałabym mieć.

Trochę było komplikacji, ale w sumie wyszło najlepiej, jak mogło - pogrzebałam sobie na allegro i sama wybrałam właściwy egzemplarz, taki, jaki pasował nam rozmiarami i podobał sie najbardziej.

I jest. Cieszę się za każdym razem, jak na niego popatrzę. I jak usłyszę. Pasuje nam do mieszkania,  i sprawia mi wielką radość. Nie przeszkadza, nawet w nocy.

Szafkowy zegar ścienny - taki z wahadłem, nakręcany kluczykiem, wybijający godziny. Kluczyk ma pięknie kuty, szafkę przeszkloną, prostą - bez bajerów, nie jest to jakiś wypasiony Lenzkirch czy inny Gustav Becker - taki sobie zwykły, do domu a nie do pałacu. 

 

Dziękuję. Bardzo dziękuję, dawno żaden prezent nie sprawił mi takiej frajdy.

A swoją drogą - to już kolejne spełnione z takich marzeń - wydawałoby się - nierealnych. Warto je mieć. Miło o nich pomyśleć, nawet jak sie nie dają spełnić, ale jak sie uda - radość przeogromna...

wtorek, 25 lutego 2014

Pierwsze kroki za nami. Całkiem samodzielne, bez trzymania mamy czy taty za łapkę.

To było piękne - roześmiany pyszczek, wyraz skupienia w oczkach i niesamowita wytrwałość.

Wstał, poszedł, zachwiał się, pacnął na pupę. Wstał, poszedł... I tak chyba przez godzinę, ćwiczył niezmordowanie, a postępy były widoczne z każdą próbą. Pacał na pupę - witał to za każdym razem radosnym śmiechem, po czym próbował dalej. Do taty, do mamy, do Agry. W międzyczasie wlazl na łąwę, zlazł z niej i znowu - ćwiczył chodzenie.

Tata mu zaproponował spacer w chuście - Grzechot zaprotestował, no jak to, przecież on uczy sie chodzić, to co za pomysły z noszeniem go! I dalej krążył między nami. 

Żeby było śmieszniej, obaj - i Piotr i Grzegorz - pierwsze samodzielne kroki zrobili chyba w tym samym momencie, trzynaście miesięcy i kilka dni, dwa, trzy - Identycznie.

Jeśli oni będą tacy identyczni również w innych sprawach - np. w kwestii awanturowania się, jak coś idzie nie po myśli - to czekają mnie bardzo ciężkie czasy... 

Ale na razie fajnie jest. Musze spróbować zrobić małemu zdjęcie, jak sie tak śmieje radośnie padając na kuper.

poniedziałek, 24 lutego 2014

Są różne sposoby reklamowania.

Jednym z nich jest owinięcie istoty ludzkiej w plakat reklamowy z zaleceniem plątania sie po okolicy reklamowanego sklepu/punktu usługowego/czegobądź.

Widziałam dziś takiego pana. Zawinięty gustownie w jadowicie żółty plakat sieci spożywczej na M wyszukiwał w śmietniku puste puszki. 

Nie czepiam sie nurków śmietnikowych, jeśli tylko nie robią syfu w okolicy, ale takie połączenie jakoś mnie nie zachęca do odwiedzin w sklepie...

czwartek, 20 lutego 2014

zatkało mnienieco dzisiaj.

Przyszła do Piotrka koleżanka - sąsiadka,  zaprosił ją na wspólną zabawę lego.

I w pewnym momencie panienka przyszła do mnie i poinformowała, żę chciałaby kanapkę. Zacukałam sie nieco, Piotrek obiad jadł chwilę wcześniej, w lodówce zaczyna pomału hulać wiatr - zwykle robię zakupy w piątki, tym razem zrobię w sobotę, bo inaczej musiałabym taszczyć ze sobą obu chłopaków, co mi sie nie uśmiecha.

POwiedziałam, że mogę mieć kłopot, bo zakupy dopiero w planach, ale coś postaram sie wykombinować. W końću coś w lodówce jeszcze było, ale zależało mi na tym, zęby mieć czym karmić facetów do czasu uzupełnienia zapasów. Panienka sie nie przejęła, na pytanie, czy kanapka z serem, czy z wędliną odparła szybciutko, zę z jednym i drugim. Bo ona takie lubi. Tu już sie nieco zdziwiłam - normalnie jednak nie robię takich wieloskładnikowych, z wyjątkiem zieleniny oczywiście. Jakoś zostało mi z czasów bardzo chudych, że albo rybki, albo akwarium.

No dobra, niech tam, zrobiłam jej te kanapki. Nieco zła byłam już, szczerze powiem, bo ani dzięuję, ani nic.

Czy ja mam tak poprzewracane we łbie? cCzy jednak maniery tej panienki nieco odstają od tego, co jest ogólnie uznawane za poziom przyzwoity? 

Przyszła dziś do mnie koleżanka i opowiedziała następująca historię:

Otóż jedna z jej bliskich osób jest mocno zaangażowana w Kościół Domowy, Oazę, i takie tam  - generalnie osoba bardzo religijna. 

I kiedyś przy posiłku potoczyła im sie rozmowa na temat słynnej już prezentacji księdza Oko o zagrożeniach duchowych wynikających z kontaktu z takimi strasznymi rzeczami jak Hello Kitty, różowiutkie kucyki Pony, Harry Potter i inne takie. I o tym, że ona woli uważać i swoim córeczkom nie pozwoli sie bawić kucykami, bo to jednak nie wiadomo, jakie złe przez nie może sie przedostać i jak zaszkodzić dzieciom.

Czas jakiś później, podczas wieczornej nasiadówy z koleżankami (w tym jedną zawziętą, wojującą antyklerykałką) zaczęły rozmowę o in vitro, aborcji i różnych zagrożeniach feministycznych (czyli rzeczach groźnych z punktu widzenia feminizmu). No i poczesne miejsce na tej liście zajęły... różowiutkie kucyki pony. Bo jak dziewczynka będzie bawić się czesząc owym zwierzątkom różowe grzywki z prawa na lewo i z lewa na prawo, to mózg jej sie zwinie w brukselkę,  i zamiast stać sie w przyszłości świadomą swej wartości kobietą, samodzielną i zaradną, będzie bluszczem i kwoką domową, która będzie umiała jedynie rodzić dzieci i czesać im warkoczyki.

Koleżanka pogadała sobie, po czym poszła spać. a następnego dnia jakoś jej zaskoczyło - zaraz, przecież ona już niedawno podobną dyskusję toczyła... Argumenty o szkodliwości kucyków padały, wnioski były właściwie identyczne... tylko punkt wyjścia interlokutorek drastycznie odmienny.

A ja dodam do listy jeszcze jedno zagrożenie, jakie niosą ze sobą różowe kucyki pony.

Otóż jest to zagrożenie estetyczne. Jak sie dzieciak będzie bawił czymś tak paskudnym, to poczucie estetyki, ładu i ogólnie wrażliwość wizualna siądzie mu w kącie i będzie tylko cichutko jęczeć, po czym zemrze z obrzydzenia. 

Kucyki sa po prostu brzydkie - różowiutkie, przesłodzone, z idiotycznie wielkimi oczkami, przez które widać dziurą w miejscu, gdzie powinien być mózg. Ogłupiacz absolutny.

W kontekście kucyków zaczynam sie czieszyć, zę mam samych chłopaków....

wtorek, 18 lutego 2014

Potomek zadał mi przed chweila pytanie:

- Mama, a ty żyłaś w czasie II wojny światowej?

No ja ci bardzo dziękuję syneczku!!!! Dobrze, że nie wyglądam na tyle lat, ile  - jak widać - mam...

poniedziałek, 17 lutego 2014

Chciałamn sobie zjeść jabłuszko. Nie jest to jakaś bardzo fanaberyjna zachcianka, prawda?

Otóż nic z tego.

Przylazła konkurencja i  -  gryz za gryzem - zeżarła moje jabłko.

Zasadniczo powinnam sie cieszyć, ze Grzesiek wcina jabłka a nie batoniki, ale czy koniecznie musi moje? Ostatnio nie mogę jabłka w rękę wziąć, bo natychmiast wywęszy i przypełznie, pokrzykując rozkazująco. ALe przecież nie zapcham mu paszczy cukierkiem, żęby samej wcinać jabłka....

sobota, 15 lutego 2014

Wszyscy i tak cieszą się z podwójnego złota (ja też, żeby nie było), ale jako ilustrację do tematu wrzucę coś, co spowodowało, że sie popłakałam. Ze śmiechu.

 

NIe znoszę tego zadowolonego z siebie mydłka, który uważa, ze on sam, prezes i PIS są sprawcami wszelkiego dobra na tym łez padole. Gdyby kongres PiS skończył sie nieco później, to pewnie by powstała uchwała, z której by wynikało, że to oni są autorami dzisiejszych sukcesów olimpijskich naszych chłopaków, a tamci to tylko za listonosza robili.

piątek, 14 lutego 2014

...zadzwoniła dziś do nas. Chciała streścić, jak się ów potomek miewa, ale nie bardzo były warunki do rozmowy - Grzegorz był juz zmęczony, po szczepieniach dzisiaj i ogólnie hałasował i zagłuszał.

Ona dzwoni rzadko, zaganiana jest, jak zwykle przy półrocznym dziecku.

Skorupiak ucieszył sie, jak się zorientował, kto dzwoni, ale zajmował sie Grześkiem i nie mógł rozmawiać, więc tylko poprosił, żebym zapytała, jak się ma W. Dumny jest z dziecka niezmiernie.

 

 

W sumie słusznie - całkiem fajnego ma tego chrześniaka.

mamy z Piotrem problem. A właściwie nie z Piotrkiem, tylko ze szkołą - z wychowawczynią.

Pani jest miła - tylko co z tego. Oczywiście, wychowawca, zwłaszcza maluchów, powinien być miły. Oprócz tego powinien być jednak kompetentny, a tego już jakby nieco brakuje.

Pierwsze sygnały były juz w zeszłym roku, ale ja - jako jednostka programowo ufająca ludziom - przeoczyłam je. Zwłaszcza, zę akurat rodził sie Grześ, było zamieszanie, a Piotrek jest osobnikiem ponadprzeciętnie zdolnym. W rezultacie powyższego w marcu złapaliśmy go na sporych zaległościach w pracach domowych - w sumie ponad 50 stron, kaligrafia i matematyka. 

Ktoś może powiedzieć, zę to też nasza wina, bo trzeba pilnować dziecka. Pewnie tak, ale Piotrek zazwyczaj lekcje robił bardzo chętnie, zwłaszcza na początku. I po prostu co któreś "zapominał". Że nie lubił kaligrafii - rozumiem, nudy na pudy, a jemu było trudniej, bo leworęczny. Z matematyką było całkiem inaczej - lubi matmę, tylko te zadania były tak banalnie proste, my z nim rozmawialiśmy o poęgowaniu, a on musiał liczyć 3+7. 

Tak czy inaczej - pani tego nie zauważyła. 

Teraz problem sie nasila. Rozmawiałam już z kilkorgiem rodziców z naszej klasy - wszyscy mówią to samo. Pani  nie potrafi zorganizować lekcji, uczy chaotycznie, opuszcza bardzo dużo z podręcznika, ale nie daje nic z zewnątrz, nie egzekwuje zadanych prac, przepuszcza błędy...

W tym wszystkim uderzyła mnie mocno jedna rzecz która jakoś w różnych sytuacjach juz mi gdzieś tam doskwierała, ale jaloś sie wczesniej nie wykrystalizowała.Kwestia etylki zawodowej różnych grup, zakazującej krytykowania kolegów po fachu. Jedna z mam jest nauczycielką nauczania początkowego - czyli dokładnie to samo.I podczas rozmowy z nią pdało jedno zdanie, które mi zazgrzytało w uszach - "Nie chciałabym się tu wypowiadać, bo to koleżanka po fachu, nie powinnam krytykować innego nauczyciela". 

A właściwie dlaczego?

Uważam, ze to jest jeden z głupszych punktów różnych kodeksów etyki zawodowej, właśnie ten zakazujący krytykowania kolegów z branży. A przepraszam, kto, jeśli nie drugi fachowiec może kompetentnie stwierdzić, że ktoś zawala robotę? Każdy inny  człowiek może usłyszeć "nie znasz sie, specyfika pracy, tratatata". Jeśli ktoś coś knoci, to należy to wskazać, najlepiej z kierunkami poprawy, aby podnieść ogólny poziom w branży, a nie zamiatać pod dywan, udając, że deszcz pada.

Taki zapis widnieje w wielu regulacjach branżowych - i uważam, zę powinien z nich wszystkich wylecieć jako obniżający poziom i podważający zaufanie do specjalistó. Bo jeśli wiadomo, żę nikt znający sie na rzeczy nie powie o błędach, to oznacza to po prostu powielanie ich i miłe, wygodne ciepełko. A nie rozwój.

środa, 12 lutego 2014

Kajam sie w pośpiechu, gdyż albowiem w obłędzie domowym całkiem zapomniałam ogłosić nowinę:

W niedzielę Piotrek brał udział w I Warszawskiej Olimpiadzie Maluchów Funny Judo (ale nazwa, swoją drogą) i zajął I miejsce w swojej kategorii wagowej!!!

Dzielne moje Wężysko, świetnie walczył - zwłaszcza pierwsza walka była widowiskowa. Zadanie polegało na założeniu trzymania o jakiejś bardzo skomplikowanej nazwie i utrzymaniu przeciwnika przez 10 sekund. A przeciwnik miał z tego trzymania wyjść. Piotrek jak sie przyssał do podłogi o przeciwnika, to leżał plackiem (a przeciwnik pod nim też) do momentu ogłoszenia przez sędziego końca. Po zmianie za to - po prostu wstał, jakby tego drugiego w ogóle nie było :).

Z przyjemnością patrzę na treningi. Piotrek jest świetny, zwinny jak wąż (przezwisko zobowiązuje), szybki, wytrzymały. I sprawia mu to przeogromną frajdę. DO tego mają jeszcze znakomitego trenera, który przede wszystkim lubi dzieciaki i nie zanudza ich ćwiczeniami, tylko wymyśla takie kombinacje różnych sposobów ganiania się po macie, żęby wsadzić tam element ćwiczenia właściwych mięśni, pozycji, czy czego tam, a rónocześnie nie jest to nudne tłuczenie stu pięćdziesięciu brzuszków. Klub Judo Ryś górą!!!!

 

wtorek, 11 lutego 2014

Grzechot przymierza sie już bardzo wyraźnie do startu. 

Dzisiaj przez półtorej godziny dzielnie ćwiczył samodzielne stanie. 

To znaczy, że mama siedziała na podłodze i asekurowała, tudzież robiła za podpórkę, a Grzechot łapał mnie za ręce, wstawał, puszczał mnie, stał przez chwilę - krótszą lub dłuższą, po czym robił pac na pupę. Wybuchał śmiechem, po czym wstawał znowu. I tak w kółko.

Wcześniej przez dłuższy czas chodziliśmy po mieszkaniu - trzymał mnie za ręce, niestety jeszcze za wcześnie na szelki, i wedrowaliśmy - on przodem, a ja tyłem, niczym jakiś monstrualny krab. Z salonu do kuchni, z kuchni do pokoju Piotrka, od Piotrka do sypialni, zahaczając po drodze o łazienkę. Grzechot roi już coraz dłuższe odcinki i właściwie obstawiam, żę przed końcem tygodnia zrobi pierwsze całkiem samodzielne kroki.

Zachwyca mnie w tym wszystkim jedno. Wytrwałość małego człowieka. Pada na pupę i wstaje, pada i wstaje, pada i wstaje. NIc go nie zraża, widzi, że z każdą chwilą jest coraz lepiej, więc ćwiczy. Żeby mu tak zostało na zawsze....

Grzechotek opanowął nową umiejętność - złażenie z kanapy. Do tej pory siadał na krawędzi i pochylał się do przodu, co przyprawiało mnie o gęsią skórkę, ale wreszcie załapał, że należy sie przeturlać na brzuszek i zleźć najpierw nogami do przodu.

Jeden stres mniej...

Złapać dziecko, zanim rozgniecie w paluszkach pająka wędrującego spokojnie po podłodze.

Zdążyłam.

piątek, 07 lutego 2014

 Znalazłam w necie bajkę.

Jest tak mądra, że pozwolę sobie ją puścić dalej - niech kiełkuje w duszach i umysłach....

 

Któregoś dnia zjawił się u filozofa Sokratesa jakiś człowiek i Chciał się z nim podzielić pewną wiadomością.

- Posłuchaj, Sokratesie, koniecznie muszę Ci powiedzieć, jak się zachował Twój przyjaciel.
- Od razu Ci przerwę powiedział Sokrates – i zapytam, czy pomyślałeś o tym, żeby przesiać to, co masz mi dopowiedzenia przez trzy sita?

A ponieważ rozmówca spojrzał na niego nic nierozumiejącym wzrokiem, Sokrates tak to objaśnił:
- Otóż, zanim zaczniemy mówić, zawsze powinniśmy przesiać to, co chcemy powiedzieć, przez trzy sita.
Przypatrzmy się temu!
Pierwsze sito to sito prawdy. Czy sprawdziłeś czy to co mas mi dopowiedzenia, jest doskonale zgodne z prawdą?
- Nie, słyszałem, jak o tym mówiono, i…
- No cóż… Sądzę jednak, że przynajmniej przesiałeś to przez drugie sito, którym jest sito dobra. Czy to, co tak bardzo mi chcesz powiedzieć, jest przynajmniej jakąś dobrą rzeczą?
Rozmówca Sokratesa zawahał się, a potem odpowiedział:
- Nie, niestety, to nie jest nic dobrego, wręcz przeciwnie…
- Hm! – westchną filozof. – Pomimo to przypatrzmy się temu situ. Czy to co pragniesz mi powiedzieć, jest przynajmniej pożyteczne?
- Pożyteczne? Raczej nie…

- W takim razie nie mówmy o tym wcale! – Powiedział Sokrates. – Jeżeli to, co pragniesz wyjawić, nie jest ani prawdziwe, ani dobre, ani pożyteczne, wolę nic o tym nie wiedzieć. A i tobie radzę, żebyś o tym zapomniał…

Grzesiek sie rozgaduje coraz bardziej. 

Nawija, pokrzykuje, śmieje się, bulgocze.

W związku z tym zaczynam miec pwewien kłopot.

Coraz częściej nie jestem w stanie na ucho ustalić, czy to miauczy kot, czy Wąż Młodszy. Robi to bardzo udatnie, naśladuje Czorta rewelacyjnie. Psa tez sie stara, ale nie robi tego tak energicznie, jak Agra, więc różnicę słychać.

Niedlugo przestanę zupełnie odróżniać dzieci od zwierząt domowych...

Ale fajny dzień, trzy nowiny o narodzinach! Kuzynka i dwie koleżanki. Chyba sie dziewczyny umawiały!

 

Gratulacje dla Was wszystkich!

niedziela, 02 lutego 2014

Grzechot sprawdza, ile może na nas wymusić. 

Konkretnie chodzi o moją obecność - jak mama jest w zasięgu wzroku, to ma robić wszystko przy Wężu. Jak nie ma innych dorosłych, w szczególności taty - jasna sprawa, ale dziś tata jest. I tu sie zaczął problem. 

Grzechot nie chce jeść, jak karmi tata. Nie chce, żeby zasmarkany pyszczek wytarł tata. Karmić ma mama i najlepiej, żęby wzięła na ręce.

A tu nic z tego. Postanowiliśmy wykorzystać moment, kiedy jesteśmy oboje  i przekonać potomka, że jednak nie wszystko musi mama, tata też się nadaje, a w ogóle inne osoby też mogą się zajmować Grzesiem i nie jest to koniec świata.

Oznaczało to kolację przy włączonej syrenie - tata proponował jedzenie, karmił - i póki mnie nie było w zasięgu wzroku (telefon), było ok, młody jadł, śmiał sie, machał łapkami. Weszłam do kuchni - zmiana o 180 stopni, wrzask   i kategoryczne żądanie - mama, na ręce. Otóż nie, nie będzie na ręce. Mogę podać łapkę, ale nie będe nosić. Karmi tata, nie chcesz jeść? To nie, nie musisz. 

Zjedliśmy, chociaż ledwo ledwo - Piotrek był wykończony, prawie sam płakał, jak widział zaryczanego Grześka. Niestety, musimy to przejść, on musi sie nauczyć, że nie będzie całe życie u mnie na rękach. Wieczorne ablucje i przebieranie - też tata, Znowu ryki, ale już był  bardzo zmęczony - podejrzewam, że śpi, bo cisza od dłuższej chwili.

Bardzo boli takie starcie z niemowlakiem. Nie umiem mu wytłumaczyć, że nie może anektować mamy na własność, że jest tata, Mi, Duży - osoby, które go bardzo kochają i z którymi też może czasem zostać, które go mogą nakarmić, przytulić, pobawić się - nie tylko ze mną.

Mam nadzieję, że dotrze do małego, kochanego łepka. Nie wiem, kto był bardziejnieszczęśliwy, on czy my

 

Jako ilustrację pozwolę sobie wkleić obrazek krążący po fb: