O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

środa, 27 lutego 2013

trafiłam na ten program  przypadkiem. Obejrzałam sobie i opadły mi wszystkie macki.

Nie oczekuję  od społeczeństwa wszechstronnej wiedzy na każdy temat, znajomości szczegółów na poziomie habilitacji co najmniej, ale na litość boską, taka głupota i niedouczenie powinno być karalne!!! 

Na pytania odpowiadali ludzie młodzi, tacy, którzy maturę zdawali najdalej kilka lat temu. i niestety, to co najbardziej bije po oczach, to nawet nie braki w wiedzy merytorycznej, choć te są porażające. To kompletna nieumiejętność myślenia, ruszenia tych trzech szarych komórek, które telepią sie między uszami. 

Nawet nie bede cytować pytań i odpowiedzi, jak ktoś chce, niech sobie posłucha na you tube - załamka kompletna i absolutna.

Ten program powinni sobie wziąć do serca decydenci odpowiedzialni za edukację. Bo niestety dowodzi on jasno, że ten temat leży i już nawet nie kwiczy. Co z tego, że ileś procent społeczeństwa ma maturę czy nawet wyższe wykształcenie, jeśli większość z tej grupy stanowią osoby, od których mądrzejsza jest zwykła biedronka. Albo inny bezkręgowiec. 

Reformatorzy maturalni mam wrażenie, zę sami nie wiedzą, co właściwie chcieli osiągnąć. Na pewno częściowo jest to efekt zmieniających sie ekip politycznych - i koncepcji, z jednej strony płacz, że ileś procent abiturientów oblewa i amnestia maturalna ministra Giertycha, z drugiej - płacz wykładowców, że studenci coraz głupsi i dokładanie matematyki jako przedmiotu obowiązkowego. Obniżanie wymagań, progów punktowych - tak, żeby odsetek oblewających był jak najmniejszy. Zajęcia wyrównawcze dla studentów, bo nic nie umieją. Wiekszość z nich po prostu nie powinna zostać wpuszczona na uczelnię, chyba, ze do ułożenia kafelków w łazience - też bardzo pożyteczna i potrzebna działalność. Nie wszyscy musza mieć wyższe wykształcenie.

Znacznie zdrowsza byłaby sytuacja, gdyby ustawić ten egzamin tak, ze np. 40 % go nie zda. Wtedy byłby coś wart, na razie jest to kosztowna impreza, cięzki stres  i mnóstwo zmarnowanego czasu po to, zeby wszyscy dostali świadectwo dojrzałości. To nie lepiej od razu wydać je razem ze świadectwem ukończenia szkoły średniej?

wtorek, 26 lutego 2013

Grzechot jest nietypowym Wężem. 


Ma mnóstwo cech, jakich normalnie u węża nie uświadczysz.

Jedną z nich sa kosmate uszy. On w ogóle jest dość kosmatym facetem, ale te uszy rozczulają mnie najbardziej. Pokryte delikatnym ale jednak zdecydowanie widocznym puszkiem. Jak u szczeniaczka.

Czy to Wąż, Pies, Kot, czy inna Zwierzyna???

Dostałam dla Grzechotka kapciuszki. Śliczne, z oczkami, łapkami, ogonkiem.

Popatrzyłam na nie i pomyślałam sobie, że strasznie wielkie jak na moje maleństwo, trzeba będzie poczekać.

Po czym przymierzyłam... i ledwo włożyłam mu na nogę. W ciągu tych pięciu tygodni, które dziś mijają, stopa urosła mu chyba o trzy centymetry. No może trochę przesadzam, ale niewiele. 

Pediatra też mówił, że facet ma wielkie stopy i będzie wysoki. Wysoki to może niekoniecznie, ale Wielka Stopa na pewno,  u mnie w rodzinie same takie wielkopłetwe, a Skorupiak też nosi niewielkie buciki w rozmiarze 46...

poniedziałek, 25 lutego 2013

Mam dość.

Czuję się, jakby po mnie walec przejechał. Z nosa mi kapie,mówię basem, głowa boli, temperatura w okolicach 38 - raz z jednej, raz z drugiej strony.

Do tego Grzechot - jak to niemowlak (tak, tak, już się przestało być noworodkiem) - je co chwila, paskudzi w pieluchy na potęgę, marudzi nie wiadomo o co, stęka, prycha. Na domową infekcję zareagował żołądkiem, trzeba pilnować, żeby się nie odwodnił. 

I Pyton. Potężnie znudzony, doprowadza mnie do szału. a równocześnie mam potężne wyrzuty sumienia, bo  wiem, że te cyrki są po prostu wołaniem o uwagę, troskę  i czas. Staram się dać mu tyle, ile mogę, ale w tej chwili mogę mało. Nie wyrabiam, poszłabym spać najchętniej. Tyle dobrego, że pan dr pozwolił puścić go jutro do szkoły.

niedziela, 24 lutego 2013

Skorupiak poznaje narzędzia Teorii Ograniczeń. Jest nimi zachwycony, samokrytykę złożył, a teraz kłębią mu sie pod czaszką liczne możliwości wykorzystania tychże. Całkiem tak jak mnie półtora roku temu - kiedy to się zarzekał, że on tego czytać nie będzie. Co chwila ma nowe pomysły, siedzi po nocach i je opracowuje - słowem, świetnie się bawi.

Wczoraj poszedł na spotkanie z kumplem - tym od analiz teologicznych. Po czym przeedukował go nieco z TOC i zaczęli rozpracowywać tymi narzędziami - co? Oczywiście jakieś zagadnienia teologiczne, Pismo Św. itp.

Na maniaków nie ma siły. 

Grzechotek odnosi pierwsze sukcesy. Poprzednią noc w całości przespał we własnym łóżeczku. Dzisiejszej z kolei zafundował matce prezent w postaci ponad pięciu godzin nieprzerwanego snu. (To znaczy że on spał, ja się i tak obudziłam, ale to już nie jego wina).

Na pewno poprawiło sytuację gruntowne olanie zaleceń dotyczących odziewania potomka. Bo przecież - jak nam wciskają różnej maści autorytety - dziecku musi być ciepło, jedna warstwa więcej niż rodzice, ble ble ble.

A mnie w końcu tknęło i trzeci dzień trzymam Grzechotka w samym bodziaku i skarpetkach, z gołymi nogami. I od razu śpi dłużej, awanturuje się dużo mniej - zwłaszcza wrzaski, o których nie wiedziałam, czego dotyczą, są znacznie rzadsze. I już nie jest taki czerwony, jak trąbi.

Jednak warto słuchać instynktu i własnego dziecka. I do diabła z zaleceniami.

piątek, 22 lutego 2013

Zrobiło sie wesoło, jak zachorował Pyton. Już sama nie wiem, co gorsze, Pyton marudny, słaby i chory, czy Pyton zdrowiejący, coraz silniejszy i ciężko znudzony. 

Od paru dni podejrzanie zachowywała sie również mama, w końcu została wczoraj podstępem zapisana do lekarza. Efekt - antybiotyk. Ale za to pan dr pochwalił, że przyszła wcześnie, zanim sie choróbsko rozbujało.

Dzisiaj od rana boli mnie głowa, zaczyna mnie drapać w gardle podejrzanie znajomo i smarczę na potęgę. zapisałam się do lekarza - normalnie leczyłabym sie sama, ale nie wiem, co mogę brać podczas karmienia, żeby nie zaszkodziło Grzechotkowi.

Do tego Skorupiak poleciał na ważną rozmowę, która nie wiadomo ile potrwa.

Słowem - pełnia szczęścia, nie nudzę się:)

czwartek, 21 lutego 2013

- Masz męża kretyna! - stwierdził wczoraj ku mojemu zdumieniu Skorupiak. Nie będę się kłócić, w końcu chyba wie, co mówi w tej materii, prawda?

- Oczywiście masz rację, kochanie, a czemu tak twierdzisz? - zgodziłam się potulnie.

- Bo tak długo broniłem się przed czytaniem Goldratta, a to jest świetne!!!

No tak. Zgadzam się, że to świetne książki, sama mu to tłukłam w głowę i za żadne pierniki nie rozumiałam, czemu się zapiera, że nie. A teraz w końcu zaczął "Łańcuch krytyczny" i stwierdził, żę nie dość, zę mądre i można sie mnóstwo nauczyć, jeśli chodzi o prowadzenie projektów, zarządzanie i w ogóle organizowanie różnych rzeczy, to jeszcze napisane jak najlepsza powieść.

A nie mówiłam????

 

Eliyahu Goldrat był (niestety, zmarł niecałe dwa lata temu) izraelskim fizykiem polskiego pochodzenia. Lubił doszukiwać sie przyczyn różnych rzeczy i zaczął stosować metody nauk ścisłych do rozwiązywania problemów ekonomicznych - ten człowiek nie zadowalał sie odpowiedzią "bo tak jest". Zawsze chciał wiedzieć, dlaczego jest tak i co należy zrobić, żeby było lepiej. Nie przyjmował do wiadomości, że obecne rozwiązanie jest najlepsze z możliwych - ZAWSZE można jeszcze coś wymyślić. I wymyślał. Jego Teoria Ograniczeń (Theory of Constraints, TOC) jest coraz powszechniej stosowana w rozwiązaniach biznesowych, a od piętnastu lat również w edukacji - ze znakomitymi rezultatami. Jego ksiązki - Cel, Cel II, Wolność wyboru i Łańcuch krytyczny są światowymi bestselerami. W końcu przekonał sie do nich nawet Skorupiak :). A jego jedynym zastrzeżeniem było dotąd to, zę były w wersji papierowej a nie w ebooku, a jego torba i tak jest już ciężka... Teraz dotarło, że mimo tego warto :). POa tym czyta sie szybko. 

 

Ostrzeżenie od Skorupiaka - nie należy zaczynać czytać tego wieczorem - noc z głowy, ciężko sie oderwać, a potem człowiek łazi niewyspany...

wtorek, 19 lutego 2013

Pyton ma jakąś wirusówkę, na szczęscie płuca czyste - a tego sie bałam, w okolicy krązy zapalenie płuc. Ale do końca tygodnia siedzi w domu, a obawiam sie, ze może nawet dłużej - drugi dzień z rzędu leży w łóżku i ogląda filmy. W normalnej sytuacji już by wylazł bawić sie klockami, rysować, czy robić cokolwiek innego, byle nie leżeć. Widać, zę jest słaby.

 

Chciałam podziękować za maile, komentarze i ciekawostki na fb - dzięki temu nie czułam sie tak beznadziejnie uziemiona w domu, jednak jakiś tam kontakt ze światem i żywymi ludźmi jest, a tego bardzo potrzebuję. 

poniedziałek, 18 lutego 2013

To pytanie Skorupiak zadaje mi wiele razy dziennie. Na zmianę z "czy wszystko  w porządku?". 

Zaczynam dostawać piany na pysku - ostatnio na pytanie o oddychanie, wygłoszone podczas spaceru na dworze, spokojnie odpowiedziałam "Nie". I dostał takiego przyspieszenia, że nie wiedziałam, czy mam sie śmiać, czy płakać.

Powtarzanie za każdym razem, że przecież nie byłabym taka spokojna, gdybym stwierdziła, że Grzechot nie oddycha, albo coś innego źle sie z nim dzieje, nie skutkuje.

Aczkolwiek i tak można powiedzieć, ze jest pewien postęp.Przy Pytonie Skorupiak potrafił mnie obudzić w środku nocy tylko po to, żeby zapytać o to samo. 

Rozumiem ojcowską troskę, lęki i obawy, ale takie schizy to juz przesada....

 

Chociaż, mogło być gorzej. Są faceci, którzy sie w ogóle nie interesują własnymi dziećmi, prawda? To ja już wolę jak trochę za bardzo świruje, ale co do jego miłości do synów nigdy nie miałam wątpliwości.,...

za łatwo było. Miałam zbyt wiele czasu i możliwości zrobienia wszystkiego.

Teraz za to nie będzie tak dobrze. Pyton ma 39 stopni. Jest marudny, nieszczęśliwy i bardzo potrzebuje mamy. Problem w tym, że mamy potrzebuje również Grzechot, i wolałabym uniknąć braterskich prezentów w postaci wirusa. 

Czy ktoś wie, jak się rozdwoić????

 

A w ogóle to poproszę o pisanie  do mnie - czegokolwiek, komentarze, maile czy coś. Nie obiecuję, że odpiszę - zwłaszcza w obecnej sytuacji, ale to naprawdę pomaga mi dać sobie radę z rzeczywistością...

sobota, 16 lutego 2013

parę dni temu premier Tusk złośliwie spiskując z papieżem Benedyktem XVI spalił Kaczorowi pokazówę z wnioskiem o wotum nieufności. Mało kto w ogóle zauważył ten fakt w obliczu papieskiej niespodzianki.

Oczywiście, podobnie jak wszystkie inne działania premiera, było to celowe, złośliwie wymierzone w nie-do-premiera.

Tenże jednak bohatersko się otrząsnął po porażce (ma w tym w końcu dużą wprawę) i zapowiedział konferencję prasową.

I co?

I jakaś złośliwa małpa (zapewne Tusk) zesłała deszcz meteorów. I znowu wszyscy mówią nie o tym, o czym powinni...

Ciekawi mnie tylko, jak też premier załatwił te meteory. I z kim w tym celu uknuł spisek. Bo za wiele tego, żeby uznać to za przypadki....

czwartek, 14 lutego 2013

Nie mogliśmy sobie ostatnio poradzić  z Grzechotnikiem. podenerwowany był jakiś, wisiał mi na cycu bez przerwy, jadł co chwila, wyjść sie nie dało, a ja już byłam nieźle zgryziona. 

W końcu Skorupiak wysnuł jedyny sensowny wniosek:

- On jest głodny!

Z początku nie chciało mi sie wierzyć, mleko miałam - ale w sumie cięzko stwierdzić, ile. Na oko nie policzę przeciez. 

W związku z powyższym postanowiłam sie oddoić laktatorem, podać mu z butelki - a bede miała jakiś pogląd ilościowy na kwestię.

Oddoiłam 80 ml.

Wessał jednym miękkim ruchem. Na szczęście Skorupiak widząc, co sie święci, przygotował flachę modyfikowanego. Pochłonął 60ml. Odbiłam gościa po raz kolejny, z nadzieją, że mu wystarczy, w końcu 140 ml na trzytygodniowego faceta to dużo. Gdzie tam, przyssał mi sie do piersi i dożarł  jeszcze trochę. 

 

To było wczoraj.

Dzisiaj postanowiłam wyjść sobie z domu - u dominikanów są fajne wykłady, a dzisiejszy temat zahaczał mi o zainteresowania zawodowe. W związku z tym oddoiłam sie po raz kolejny - 120. Po powrocie dowiedziałam się, żę poprawił sobie jeszcze sześćdziesiątką modyfikowanego. A jak mnie zobaczył, to sie przyssał. Ssak jeden. 

Zastanawiam sie tylko, czy on nie pęknie. Teoria głosi, że dziecka na piersi nie da sie przekarmić. On co prawda dostaje czasem trochę modyfikowanego, ale jednak tylko od czasu do czasu jako uzupełnienie, a nie jako podstawę diety. 

Faktem jest, że ilości, jakie Wąż pochłania bardziej odpowiadają osobnikowi 3-4 miesięcznemu - a on ma takież właśnie rozmiary... Będzie pewnie tak jak z Pytonem, jak miał niecały rok, to chodził w ubrankach z rozmiaru na dwulatka. Płetwę też ma ogromną, położna i pediatra od początku mówili, ze facet bedzie wielki. Ja podejrzewam, ze może nie taki bardzo-bardzo, u  mnie w rodzinie wielka stopa jest dość często spotykanym zjawiskiem. Pamiętam, jak kiedyś moja mama wchodziła do sklepów z obuwiem, pytała uprzejmie, czy mają buty dla dwunastolatka - oczywiście, zę tak... - No to poproszę o rozmiar 46. I następowała konsternacja... Teraz będzie łatwiej, bo więcej jest miejsc, gdzie można kupić duże buty, dwadzieścia lat temu było to niewykonalne. 

 

Ciekawe, ile teraz będzie spał po takim obżarstwie. Oby długo... Ale już zaczyna skrzeczeć.

wtorek, 12 lutego 2013

Ze wzruszeniem patrzyłam dziś rano na naszych synków.

Pyton miał chwilę luzu przed wyjściem do szkoły. I jakoś zniknął mi z horyzontu. Obleciałam mieszkanie i w końcu go znalazłam.

Leżał sobie na naszym łóżku obok Grzechotka i głaskał go po pyszczku. I obaj cię do siebie uśmiechali.

 

Od wczoraj siedzę sobie z Grzechotkiem na ręku (to akurat się nie zmienia w ostatnim czasie) i chichoczę złośliwie. 

Jak staram się nie komentować zbyt często wydarzeń politycznych, to teraz muszę, bo się wrednie cieszę.

Jarkacz zapowiedział wniosek o wotum nieufności dla rządu, przygotował wszystko, żeby media miały czas sie zorientować i znowu zacząć o nim pisać, nadał sie, odpalił fanfary... I Benedykt XVI ukradł mu całe zainteresowanie. 

A co gorsza, tym razem to już chyba nawet PiS nie powie, ze to spisek i wina Tuska :))))).

I jeszcze demot znaleziony wczoraj - jakże adekwatny:

poniedziałek, 11 lutego 2013

Na specjalną prośbę Pytona pochwalę sie synkiem. Widać wyraźnie, że czytanie młodszemu bratu procentuje - Pyton zaczął już czytać bez wokalizowania tekstu, samymi oczkami!. 

Oczywiście zwiększyło mu to znacznie tempo czytania, a komentarz potomka był krótki:

- Mamo, książki to prawdziwy raj!!!!

Ma rację dziecko. 

A do tego obiecałam mu, że jak będzie umiał czytać cicho, bez hałasu, to pogadam z wychowawczynią o możliwości czytania na lekcji w sytuacji, gdy inne dzieci jeszcze będą robić zadania, a on już skończy. Nie wiem, czy sie zgodzi, ale spróbowac warto :)

Skorupiak stanął w drzwiach pokoju, lekko zielonkawy i wstrząsany nerwowym chichotem.

- Wiesz, co twój syn powiedział?

- Nie mam pojęcia, a co?

- Że on chciałby mieć jeszcze dwóch braci. W drodze wyjaśnienia dodał, że mielibyśmy wówczas czterech synów.

- No, mielibyśmy, ale raczej nie będziemy mieli.

- Zapytałem go, czy rozmawiał na ten temat z tobą....

- I co powiedział? - zainteresowałam sie gwałtownie.

- Że jeszcze nie rozmawiał, ale na pewno sie zgodzisz!

Błąd w założeniu, synu drogi, NA PEWNO NIE!!!!!

sobota, 09 lutego 2013

Nawiedziła nas dzisiaj Niedoszła Kuzynka - zawrzeć znajomość z Grzechotnikiem, oczywiście. Oraz nacieszyć sie naszym, jakże interesującym towarzystwem, rzecz jasna.

Gadało sie bardzo miło, konwersacja płynęła niby górski potok, a w pewnym momencie NK opowiedziała nam kawał. Z niezrozumiałych przyczyn mnie ucieszył niezmiernie, ale Skorupiak miał jakby... zastrzeżenia? Wątpliwości? No nie wiem, ale coś mu sie nie podobało. Całkiem nie wiem, dlaczego.

A kawał brzmiał jak następuje:

Jak mężczyzna powie, ze coś zrobi, to znaczy, że to zrobi. Nie ma żadnej potrzeby, żeby przypominać mu o tym co pół roku.

 

Postaram sie powstrzymać i nie przypominać co pół roku o różnych sprawach. W końcu powiedział, że zrobi. Nie dodał co prawda - kiedy....

czwartek, 07 lutego 2013

Matka została skutecznie unieszkodliwiona przez Grzechotnika.

Młody człowiek ma zdecydowany charakter i sprecyzowane poglądy na życie, tudzież plany na najbliższa przyszłość. 

Owe plany wyglądają następująco: jeść, ile sie da, i spać, ale wyłącznie w bezpośredniej bliskości matki. Jak odłożę faceta do łóżka, to się zaczyna drzeć i jedyne, co jest w stanie go uspokoić, to zatkanie dzioba cycem. Fałdę na karku ma juz niczym szczeniak buldożka francuskiego, musze mu jakoś te przerwy w jedzeniu zapewnić, nie może wcinać ciągiem od rana do nocy. W związku z tym nie mam innej skutecznej możliwości, jak tylko siedzieć z gadem śpiącym u mnie na brzuchu. W ostatecznej ostateczności daje sie namówić na spanie u nas na łóżku, pod warunkiem wszakże, że matka siedzi obok.

No nie ma to tamto, nawet próby wymknięcia się cichcem pod prysznic powodują dość szybko włączenie syreny. W rezultacie większość czasu spędzam siedząc w łóżku i już mi tyłek drętwieje.

A najśmieszniejsze jest to, ze on jest całkiem pogodnym osobnikiem. Po prostu chce być blisko mamy i tyle, jak ten warunek jest spełniony, to nie ma problemu.

Nie wiem, co bedzie jutro, zamierzam pojechać na zakupy zostawiając potomka pod czułą i profesjonalną opieką Skorupiaka. 

Oczywiście zakupy mógłby załatwić Skorupiak, ale mnie też sie coś od życia należy. Wyjście dokądkolwiek, nawet do supermarketu zaczyna urastać do rangi rozrywki. A panowie zostaną z flachą odciągniętego mleka i pudełkiem modyfikowanego na wszelki wypadek i dadzą sobie radę, o.

poniedziałek, 04 lutego 2013

Skorupiak wrócił z pracy i skorzystał z okazji, by zająć się potomkiem młodszym. 

Konkretnie oznaczało to zmianę pieluchy, gdyż potomek wykazuje się szybkim przerobem matczynej paszy.

Pogadując pogodnie do Węża Młodszego rozpakował go z odzieży, powycierał, co trzeba, posmarował pryszczaty kuperek stosownym mazidłem, wymienił pieluszkę na czystą i suchą... I w tym momencie dzieć sobie przypomniał, że jeszcze nie opróżnił pęcherza. Co też natychmiast uczynił.

Rodziciel wydał głuchy jęk boleści, po czym zaczął procedurę od początku. Chusteczki, smarowidło, czysta i sucha pieluszka....

Prrrrryk..... I z dolnego końca Węża wylała się kolejna porcja nieapetycznej cieczy. 

Skorupiak zamarł na chwilę w bezruchu. Powiedział coś mało zrozumiałego, ale niezbyt groźnie - i zaczął wycierać odwłok potomka. Wytarł, wymienił pieluszkę na czystą i suchą, posmarował co trzeba czym trzeba.... I w tym momencie młody... Co będę pisać, wiadomo, co zrobił. Tak intensywnie tym razem, że upaćkał Skorupiakowi sweter. W związku z tym on poleciał do łazienki się przebrać, a czynności pielęgnacyjne przejęłam ja. Wytarłam, wymieniłam pieluchę... nie dążyłam posmarować, po poszła kolejna salwa...

W trym momencie uznałam, że koniec zabawy, wydałam gromki ryk do męża w łazience, żeby przyszykował wanienkę, to się od razu gada umyje w całości, bo inaczej będziemy się tak bawić do końca świata i zapasów pieluszek.

Pomysł był dobry, młody w wannie już nie strzelał żółtymi salwami, całkiem zadowolony pozwalał się umyć, nawet nie zaprotestował, jak przy spłukiwaniu łebka troche się polało po pyszczku.

Podsumowując - na jedno przewijanie poszło w sumie pięć pieluch, Skorupi sweter i upaćkane łapy, porcja smarowidła pracowicie wytarta chusteczkami. 

Grzechot, jak już musisz, to proszę, wylej wszystko za jednym zamachem, a nie tak cykaj po odrobinie!!!!!

niedziela, 03 lutego 2013

Chyba ostatni, chociaż nie wiem, czy sie jeszcze kiedyś nie pochwalę.

Nadal nie zamierzam się przyznawać, ile ważę - za dużo.

Ale bilans ciąży jest nader zadowalający:

  •  Różnica pomiędzy stanem z początku ciąży  a tym na dzień przed porodem - 0,4 kg. Tak, to nie jest pomyłka, przytyłam w sumie niecałe pół kilo. i podejrzewam, że to przede wszystkim kwestia świąt i kilku imprez urodzinowych po świętach.
  • Stan po wyjściu ze szpitala - tydzień po porodzie - minus 12 kilo w  stosunku do początku ciąży. I nadal leci w dół, powoli, ale zdecydowanie.

Jeszcze element humorystyczny: w szpitalu następnego dnia po porodzie znalazłam na korytarzu wagę. taką starego typu, lekarską, nie elektroniczną - z ramieniem, na którym przesuwa się ciężarki. I wyszło mi na niej, że ważę... więcej, niż przed cesarką:). A Grzechot jednak swoje ważył....

 

PS. ponad rok temu doszłam do odkrywczego wniosku, że pora najwyższa wziąć się za siebie i schudnąć. Z radością stwierdzam, że mimo  ciąży po drodze jest mnie o ciut ponad 20 kg mniej niż w momencie podejmowania tej życiowej decyzji!

Jedną z kwestii, które mnie bardzo intrygowały w związku z pojawieniem sie nowego członka rodziny, była reakcja zwierzaków na Grzechotnika. Chodziło mi przede wszystkim o kota, bo co do psa, to mniej wiecej wiedziałam, czego sie spodziewać. 

Kot stanowił zagadkę.

Przy Piotrku byłam zaskoczona - kocur bojowy, trzymający w szachu całe podwórko, samiec - z noworodka przyjął i pokochał niczym najczulsza kocia mama. Opiekował sie nim, sypiał u niego w łóżku (tak, wiem, że to średnio higieniczne, ale trudno), mruczał mu kołysanki i w ogóle dostał kręćka na jego tle. Do tej pory śpią razem, a Piotrek może z Czortem zrobić dużo więcej, niz ja. Mnie sie wyrwie, jeśli bede go niosła w niewygodnej pozycji, Pytonowi nie.

Teraz było kilka możliwości:

  • zlekceważy Grzechotka, bo już ma swojego ukochanego pana
  • przerzuci uczucia na Grześka
  • będzie się zajmował obydwoma.

Najbardziej sie bałam opcji drugiej - Pytonowi i tak nie jest łatwo, zmienia sie cały jego świat, przestał być jedynakiem, co i rusz musi jakoś modyfikować swoje zachowanie ze względu na brata (np. mów ciszej, bo jak go obudzisz, to zamiast grać z tobą w rummikuba, bede musiała sie nim zająć).

Na szczęście już widać, że kot jest porządnym osobnikiem i wybrał wariant trzeci. W nocy śpi u Pytona, jak dawniej, a w dzień często przychodzi do Grześka, przytula sie, gdy leżymy sobie u nas w łóżku, czasem zagląda do niego do łóżeczka i mruczy kołysankę. 

Koty są bardzo mądrymi zwierzakami.  I niech nikt mi nie opowiada bzdur o zagrożeniu życia dziecka, czy osławionym wysysaniu oddechu (swoją drogą, ciekawa jestem, jak by to miało wygląda w praktyce...)

sobota, 02 lutego 2013

O tym, że termin porodu wypada nam z A. prawie idealnie zgodnie - wiedziałyśmy od dawna. Umawiałyśmy sie na ten sam szpital, z nadzieją, ze sie spotkamy - w sumie tydzień różnicy w wyliczeniach, a jak wiadomo tylko około 5% dzieci rodzi sie w terminie liczonym z OM. 

Jak pan dr wyznaczył mi datę cesarki i kazał się zgłosić dzień wcześniej - dałam jej znać, żeby w razie czego jechać razem - zawsze weselej.

W końcu pojechałam sama. Zameldowałam się, rozpakowałam, zamontowali mi wenflon - i zaczęła sie nuda. Co można robić w szpitalu - czytać i gadać przez telefon. No to gadałam, snując sie po korytarzu. I nagle zobaczyłam znajomą twarz śmiejącą sie do mnie przez drzwi jednej z sal. Okazało sie, że A. przyjechała tego samego dnia, a kroją ją dzień po mnie. Przegadałyśmy razem aż do wieczora i poprosiłyśmy o umieszczenie nas potem w jednej sali na położniczym. W końcu jak sie przyjaźnimy juz tyle lat, to należy szczęściu troche pomóc. 

I się udało, co prawda panie z noworodków trochę narzekały, że tak daleko, ale po prostu to była jedyna sala, gdzie było wiadomo, ze będą dwa łóżka wolne równocześnie. A my mogłyśmy sobie plotkować dalej....

Jeszcze była prześmieszna scenka, jak w środę położna zawiozła mnie na fotelu do Grzechotka - sama jeszcze nie dałabym rady dojść. Przed oddziałem noworodkowym stał mąż A. z mydelniczką zawierającą potomka - jasne, ze sie zatrzymałam, obejrzeć Kangura i pogadać chwilę. W tym momencie wyszła z bloku porodowego pani doktor, która była przy porodzie A. i zamarła, widząc nas rozmawiających.

- To pani już wstała?????? - zapytała ciężko zszokowana. Okazało sie, ze wzięła mnie za A. i myślała, ze ona tak sobie beztrosko w dwie godziny po cc już hasa po korytarzu, zamiast przykładnie leżeć plackiem i nie majtać głową :)

generalnie szpital to kolejne miejsce, gdzie można sie umawiać na spotkania towarzyskie :)

Tagi: poród
14:07, agra1 , ciąża
Link Komentarze (2) »
piątek, 01 lutego 2013

Może mi sie uda wreszcie zebrać te wszystkie ważne i nieważne rzeczy, które działy sie przez ten szpitalny tydzień...

Najważniejsze - jest. Wreszcie mamy wyczekane drugie dziecko. 

Pod tym względem jest podobnie jak poprzednio - wymarzone, wytęsknione, wpasowuje sie w nasza rodzinę jakby było od zawsze. Przynajmniej tak mi się wydaje, Piotrek zapewne widzi to inaczej, ale mam wrażenie, że i na tym polu problemów jest stosunkowo mało. 

Dla Pytona na pewno jest to trudny okres. Widać, że ma straszny mętlik  w uczuciach - z jednej strony cieszy się bardzo, marzył przecież o rodzeństwie i prosił o nie od trzech lat. Z drugiej - jakby nie było, jest to konkurencja do naszego czasu i uwagi. I to bardzo zachłanna konkurencja. Przestałam rano wstawać z Piotrkiem na śniadanie - to przejściowe, jak se skończą ferie, postaram się wrócić do tego zwyczaju, ale teraz i tak trzeba go odprowadzić do szkoły, żeby zapisać na odpowiednie zajęcia Zimy w mieście - zapisy są rano na bieżąco, nie ma możliwości zrobienia tego dzień wcześniej. A o ile mogę zjeść z nim śniadanie i cmoknąć w czółko na do widzenia, to nie ma szans, żebym rano dała radę się ubrać i wyjść z nim - to jest pora karmienia Grzechotnika, tego nie zwalę na Skorupiaka - nie da rady.

Poza tym - ten wymarzony brat też nie jest do końca taki, jak Pyton myślał. Widać, że nie pójdzie jutro pograć w piłkę, nie da się z nim pobawić klockami... Za to świetnie słucha, jak starszy brat mu czyta. I Piotrek przynosi książeczki i czyta Grześkowi codziennie, przy okazji doskonaląc umiejętności w zakresie istotnym z punktu widzenia szkoły. 

Szpitalny okres też nie był łatwy. Jak leżałam jeszcze na stole a panie doktor pracowicie mnie zaszywały, to pielęgniarka podsunęła mi Grzechotka pod nos - mogliśmy sie pokiziać przez chwilkę, pogadałam do niego - od razu widać było, jak się uspokoił słysząc mój głos. Ale potem został zabrany na oddział noworodkowy a ja na pooperacyjny z poleceniem leżenia plackiem i nie majtania głową przez następne osiem godzin. A jak już znieczulenie mi zaczęło puszczać, to się dowiedziałam, że malutek leży w cieplarce, ma jakies kłopoty z oddychaniem i nie moga mi go przywieźć - nawet na chwilkę, na karmienie...

Zobaczyłam go dopiero po ponad 24 godzinach - jak już byłam w stanie sie podnieść, co też nie było takie proste. Pierwsze podejście zakończyło sie fiaskiem, poprosiłam o tramal przed kolejną próbą. Drugie - usiadłam i natychmiast położyłam sie z powrotem, nie byłam w stanie utrzymac piony, zawroty głowy i ból jak licho.

Dopiero po przewiezieniu na oddział położniczy i kolejnej dawce leków przeciwbólowych mogłam sie podnieść i pojechać na wózku do synka. Zaczęłam przychodzić do niego na karmienie, bo cały czas wymagał podgrzewania. Na stałe dostałam go w czwartek. Albo środę wieczorem, już mi się zlewa. Ale chyba jednak w czwartek.

Potem było już z górki, co prawda trzeba było podawać antybiotyki - wykryto zapalenie płuc, ale byliśmy razem, młody jadł jak należy, żółtaczki nie miał i ogólnie całkiem nieźle się sprawował.

na razie tyle, bo zasypiam juz przy karmieniu.

C.D.N.

- żony czasami  umieją być nieznośne! - wygłosił dziś Pyton z przekonaniem. Ciekawe, skąd on to wie?...