O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

środa, 29 lutego 2012

Jak wracałam po odprowadzeniu pytona do przedszkola, to widziałam srokę tkającą isternie gniazdo na drzewie w ogrodzie szkolnym. 

To gniazdo ma już parę lat, elegancki daszek - jak na sroczy dom przystało - i co roku sie rozrasta. 

Gawrony też juz coraz częściej siedza parami przytulone do siebie - świat sie budzi do życia.

Jak fajnie!!!!!!

wtorek, 28 lutego 2012

Wczoraj u dominikanów był wykład nt. "czy chrześcijanom potrzebna jest psychoterapia?"

Chciałam na to pójść, dogadałam sie ze Skorupiakiem, że wróci o odpowiedniej porze i zagospodaruje potomka.

Wrócił, jak obiecał i szczęśliwa niczym prosie w deszcz pognałam na wykład.

Wparowałam do sali, ucieszyłam sie, ze takie luzy, jeszcze dają herbatkę, ciasteczka... No luksus.

Ale po chwili zaczęło być mi jakos dziwnie. Rozejrzawszy sie uważnie stwierdziłam, że większość ludzi ma jakieś teczki. Jakby tego było mało na środku stalo pudełko z długopisami. Co jest, klasówka po wykładzie, czy co?

Kompletnie przestało mi pasować, gdy wykład sie zaczął - było jakoś kompletnie nie na temat. Po czym pani prowadząca rozdała karteczki, więc skorzystałam z okazji i zapytąłam, co jest grane.

Okazało sie, że trafilam na kurs dla narzeczonych. O ponad dwanaście lat za późno... :)

Na szczęście szybko sie dowiedziałam, gdzie powinnam sie znaleźć, wzięłam pod pachę płaszcz i powędrowałam pod właściwy adres. Wykład był znakomity, zakończony nieśmiertelnym kawałem branżowym:

- Ilu psychologów potrzeba do wkręcenia żarówki?

- Jednego, ale żarówka musi sama tego chcieć.

I tylko sie zastanawiam, czy ta pomylka, to nie był jakiś znak z góry. Zwłaszcza, zę nasze kursy narzeczeńskie były beznadziejne :)

poniedziałek, 27 lutego 2012

Wczoraj wieczorem Pyton wystąpił z problemem:

- Mamo, bo ja nie wiem, z kim mam się ożenić, z Mają czy z Martynką... 

Pomyślał chwilę i dorzucił:

- Chyba jednak z Mają.

- Piotrek, a ty zapytałeś Maję, czy ona też chce za ciebie wyjść?

 - Nie, zapomniałem. Zapytam jutro - postanowił.

czwartek, 23 lutego 2012

łażąc po blogach trafiłam przypadkiem na stronę Harapati. Od razu zachwycił mnie wisiorek na zdjęciu

a gdy się wczytałam dokładniej i zobaczyłam konkurs rozdawajkowy - no nie mogłam sie juz powstrzymać. 

 

Zapisy jeszcze trwają - do 25 lutego, więc strzelę sobie w stopę i powiadomię potencjalna konkurencję, ze tu takie śliczności sie wyrabia :)

Dialog z Pytonem:

- Mama, a kiedy P i A wzięłi ślub?

- półtora roku teu.

- Aha, czyli pół roku temu mieli rocznicę?

- dokładnie tak.

- Ale dlaczego, skoro P ma wąsy?

- ?????

- No bo przecież on jest moim chrzestnym tatą, to nie może.

 

Niezbadane są ścieżki dziecięcej logiki. Nic z tego nie rozumiem.

wtorek, 21 lutego 2012

nareszcie nastąpił dzień wyczekiwany od dawna. Wypatrywany tęsknie i z niecierpliwością.

Dzisiaj mój kochany koteczek został wypuszczony na spacer.

łapka sie już zagoiła, oczywiście jeszcze widać ślady, ale już nie musze sie bać, że sobie otwartą ranę zakazi włażąc do pierwszej z brzegu kałuży.

Trochę sie bałam, że jak pójdzie w tango po dwóch tygodniach siedzenia w domu, to wróci za trzy dni  i miałam nadzieję, zę pogoda będzie niesprzyjająca kocim wędrówkom. 

Nic  tego, słoneczko, lekki śnieżek, kilka stopni mrozu - jakieś dwa lub trzy, nie więcej (właściwie nie mniej). Trudno, ile można trzymać kota - ja już nie dam rady znosić jego wrzasku.

Gdy otworzyłam okno, kot najpierw długą chwilę stał, jakby własnym oczom nie wierząc. tylko czubek ogona mu drżał, reszta nieruchoma niczym posąg w parku. W końcu zasugerowałam mu, że mógłby szybiej przetwarzać dane, bo mi zimno i nie ma mowy o zostawieniu otwartego okna, żeby mógł sie zastanawiać.

Na takie dictum kocisko sie sprężyło i poszło w świat.

Wrócil po jakiejś godzinie, zadowlony i spokojny.

Mam nadzieję zę już nie będzie sie wydzierał godzinami, bo wytrzymać sie nie dawało. Kocie miauczenie z akompaniamentem wiertarki sąsiada przerastało moją wytrzymałość. teraz została już tylko wiertarka. Raj :)...

poniedziałek, 20 lutego 2012

Rozbestwiłam sie. Sama nie wiedziałam, jak mi dobrze aż do czasu, kiedy dobrze byc przestało.

A wszystko za sprawą kota, oczywiście. W końcu po co sie ma dzieci i zwierzeta w domu - żeby było na kogo ponarzekać i zwalić całą winę. A już czarny kot nadaje sie do tego wyśmienicie.

Tak więc czarny kot zachował sie zgodnie z zasadami i dał powód do narzekania. 

Poszło o kuwetę. 

Puszczałam kolejne pranie (wielkiego, beżowego niedźwiedzia), i stwierdziłam, że kocia kuweta wymaga interwencji. Mrunęłam coś brzydko pod nosem, że to już któryś raz w ciągu ostatnich paru dni i w ogóle kotu sie pod ogonem poprzewracało, bo co to znaczy, że tak często trzeba tam sprzatać.

A potem puknęłam sie w głowę. Tak często - codziennie, a właściwie kilka razy dziennie - to jest zupełnie normalna częstotliwość. To tylko ja jestem taka wygodnicka i sprzątam tam raz na tydzień mniej wiecej.

Zanim ktoś sie zacznie zastanawiać, jak ja mogę wytrzymać  w tym, excusez-le-mot, smrodzie, śpieszę wyjaśnić, że kuwetkę sprawdzam systematycznie, tylko sprzątam rzadko. Bo nie ma z czego. Koteczek jest wychodzący, jak już wiele razy tu pisałam, i po prostu zamiast w żwirku, zagrzebuje pozostałości w ziemi na dworze. Porządnie zagrzebuje, sama widziałam.

A teraz, ze względu na rany odniesione prawie dwa tygodnie temu kot siedzi w domu (i dostaje szału z tego powodu. A ja razem z nim.) Drze sie codziennie ze on by już bardzo prosił o wypuszczenie. Ale rana jeszcze zbyt świeża, zwłaszcza jak na obecne solone błotko. 

Tak że siedzi koteczek w domu, wspina sie na klamki od okien, kombinuje, jak by tu zwiać przy okazji każdego otwarcia drzwi.

A ja dochodzę do wniosku, że mam z tym kotem bardzo dobrze i nie mam co narzekać na kuwetę, miauczenie i inne takie. 

Sprzątam po nim rzadko - i tylko kuwetę, nie zdarzyło mu sie zostawić niespodzianki za kanapą nigdy. Bardzo rzadko zwróci to co zjadł - i wtedy faktycznie sprzątam z podłogi, ale nie kamufluje tego po kątach, jak niektóre koty.

Nie obraża się. Nawet jak wyjedziemy na dwa tygodnie i przez ten czas kot jest sam w domu, tylko ktoś do niego zagląda dwa razy dziennie, nakarmić, wypuścić i wpuścić, oraz pogłaskać - po naszym powrocie jest pełnia szczęścia, żadnych demonstracji. A koty potrafią, oj potrafią pokazać, żę są NIEZADOWOLONE...

Lubi jak sie go głaszcze, mizia, drapie - przytulaśny jest i mruczący.

Jest w świetnej kondycji - jak na dwunastoletniego kota. Włóczy sie po okolicy, więc ma odpowiednią porcję ruchu, wrażeń, nie nudzi się, wiec nie rozrabia w domu.

Do tych wszystkich odkrywczych wniosków doszłam, jak kot zaniemógł i siedzi w domu. Nudzi się. I wrzeszczy.

Już niedugo. łapa sie goi, kot pójdzie na spacer, a w domu zapanuje błoga cisza.

Sprzedamy kozę...

niedziela, 19 lutego 2012

Ostatnio co wyjście na spacer to Piotrek wracał przemoczony jak szczur wodny. Nie ma co się dziwić - sanki, jabłuszko, czasem się zjeżdżało na pupie - zwłaszcza, jak jabłuszko wybrało wolność i znajdowało się u podnóża górki wcześniej, niż Pyton.

Dzisiaj nie przewidywałam takich rozrywek - śnieg topnieje, na sanki już się nie da pójść. Do tego rodzice zaproponowali powrót do tradycji przerwanej kłopotami zdrowotnymi taty - sobotnie nocowanie Pytona u nich. Zgodziliśmy się z radością, zawieźliśmy, wykąpałam gada, położyłam - jeszcze Chatka Puchatka i papa.

Spotkaliśmy się dzisiaj w kościele - na mszy dziecinnej u dominikanów. 

W swej naiwności uznałam, że co jak co, ale msza nie stanowi zagrożenia błotno-wodnego. Nic bardziej mylnego.

W ogłoszeniach ojciec Krzysztof zapowiedział, że za chwilę zaprasza wszystkie dzieci, których rodzice się zgodzą, na bitwę na śnieżki.

Po mszy Piotrek pognał na wyznaczony plac boju. O. Krzysztof i o. Michał podzielili towarzystwo na dwie drużyny i dali hasło - do boju! 

No i się zaczęło. Na początku widać było jakiś podział na drużyny, ale po chwili każdy rzucał w każdego, ze szczególnym uwzględnieniem ojców. Ci nie pozostawali dłużni, rzucali całkiem celnie - sama tez parę razy dostałam od jednego z nich :)

W sumie było dobre pół godziny pisków, śmiechów, biegania, szaleństw na śniegu - niewykluczone, że ostatnich takich tej zimy. Piotrek solidnie przemoczony - zresztą nie tylko on, nogawki spodni mieliśmy wszyscy mokre...

A jeszcze o. Krzysztof coś przebąkiwał o bitwie wodnej w przyszłości. Rozumiem, że miał na myśli lany poniedzialek. Trzeba się będzie uzbroić i zabrać sztormiaki :)

To sie nazywa niesienie Ewangelii. Bez zadęcia, za to z wielką sympatią i radością - również, a może przede wszystkim w przypadku dzieci, przez zabawę. 

I dlatego chodzimy właśnie tam, a nie do naszej urzędowej parafii, gdzie jest drętwo, oficjalnie i z zadęciem. Ale bez uśmiechu.

piątek, 17 lutego 2012

jak w tytule.

W związku z odchudzaniem w Tłusty Czwartek nie zjadłam ani jednego pączka.

Poproszę o pogłaskanie po główce i docenienie, bo trudne było....

czwartek, 16 lutego 2012

Ostatnio po przedszkolu plan jest prosty - sanki lub jabłuszko i idziemy na górkę. 

Górka ma mnóstwo zalet - jest blisko, nie za wysoka, ale wystarczająca do zjazdów, ostatnio - z odpowiedniąilością śniegu.

Ma też mankamenty - powierzchnia zjeżdżalna jest stanowczo za mała na dzieciarnię ze szkoły i przedszkola naraz. Poza tym obecnie pod piekną puchatą warstwą śniegu jest równie piękna, twarda i cholernie śliska warstwa lodu - której nie widać.....

Do tego na skraju z jednej strony jest rząd rosy rugosy - kłującej paskudnie.

W związku z powyższym, żeby ułatwić maluchom włażenie, ustawiłam sie dzisiaj na skraju górki w miejscu, gdzie maluchy podchodziły i po kolei wyciągałam je na górę. 

Po chwili już wszystkie wiedziały, jaka jest procedura - podchodzi sie samodzielnie do granicy lodu, potem wysuwa do przodu jabłuszko - mocno trzymając drugi koniec. Ja łapałam wystawiony w moją stronę plastik i ciągnęłam całość. 

Na dole górki stał cały tłumek rodziców. Przytupywali dla rozgrzewki, bo im nogi marzły, ale nikt z nich nie pofatygował się, żeby zrobić to, co ja - na przykład na sąsiedniej górce (są dwie obok siebie). Trochę rozmawiali, ale widziałam wielu, którzy po prostu stali i patrzyli ze znudzonymi minami, czekając aż ich potomstwo sie znudzi i postanowi wrócić do domu. 

A mi było gorąco i całkiem wesoło - przy wciąganiu czasem ktoś sie wywracal na lodzie i był windowany jak worek, z czego było mnóstwo śmiechu, zwłaszcza dla samych delikwentów. Mogłam pogadać z nimi, poznałam w ten sposób połowę dzieciaków z podwórka (i tak ich nie poznam, bo wszyscy w czapkach, kapturach i szalikach. Ale co z tego?). Ucięłam sobie wychowawczą pogawędkę z trzema młodzieńcami, którzy rozmawiali o dokuczaniu koledze - stanęło na tym, ze może da sie jakoś inaczej, a na razie, zamiast naradzać sie, jak mu znowu zatruć życie - zaczęli pomagać maluchom włazić po lodzie.

I tak sobie pomyślałam po raz kolejny - zrobiłam coś, co mnie nie kosztowalo wiele, było mi znacznie przyjemniej, niż gdybym miała stać i czekać z męczeńską miną, pokazałam dzieciakom, że można robić coś pro publico bono - a nie tylko własne dziecko pracowicie wciągać co parę osób uskuteczniało. 

A przy tym świetnie sie bawiłam i nie marzłam.

Jutro idziemy na górkę znowu.

sąsiad za ścianą warczy od paru dni. Punkt ósma odpala wiertarę i boruje dziury w ścianach. W przerwach stuka młotkiem. 

Żyć sie nie daje, mnie boligłowa, pies piszczy, kot miauczy, że chce na dwór - a jeszcze nie możę, musi mu sie łapa porządnie zagoić, zwłaszcza, jak teraz znowu dozorca soli. 

Ech....

I znowu - wrrrrrrrrrrrrrrrr.. Czuję sie jak u dentysty.

środa, 15 lutego 2012

Tata przesłał mi ostatnio wizytówkę zatytułowaną SPAM - nie odbierać. Powrzucał tam różne takie numery dzwoniące do niego, z smsów. 

Zapisałam sobie w telefonie myśląc, że pewnie mi sie nie przyda, bo tacy to zwykle łowią numery od naiwniaków, którzy liczą na superwygrane w superpromocjach i dają sie naciągać na zbójeckie stawki za kolejne smsy.

Otóż nie tylko.

dzisiaj zaczęli sie namolnie dobijać -  trzy telefony w przeciągu trzech godzin.

szlag mnie trafił, jak zadzwonili w trakcie czytania Piotrkowi Kubusia Puchatka - my tu sobie o zabawie w misie-patysie, a tu mi sie dobijają. Do tego telefon zabrzęczał kotu pod brzuchem - leżal sobie wygodnie na moim biodrze i milutko grzał, a jak u zaczęło wibrować, to uciekł. 

Będę wredna. Jak do kogoś dzwonią spod numeru +48223205311 to na drzewo i nie odbierać.

wtorek, 14 lutego 2012

Pyton idzie spać. 

Kręci sie w łóżku, gada, przytula, wygłupia. 

- Piotrek, pora spać. Zamykamy oczka i dziób.

- A ja nie zamknę oczu wcale. 

- Pyton, koniec brykania, zamykamy otwory twarzoczaszki.

- zobaczysz mama, nie zamknę.

- Tak? No to proszę bardzo, będzie po twojemu. Nie zamykasz oczu aż do rana. Pamiętaj, że nie wolno ci zasnąć, nawet na moment. Ale ie wolno przez ten czas sie bawić ani brykać, leżysz z otwartymi oczami.

Tu już sie zaczął łamać. 

- mama, ale tak całkiem do rana to ja nie dam rady...

nie ma sprawy, mogę okazać wielkoduszność.

- No dobrze. Ale przez najbliższe pół godziny masz wytrzymać. ja wychodzę, bo jak tu będę siedzieć to będzie ci za łatwo. Jak przyjdę za 30 minut, masz mieć otwarte oczka.

- Dobrze. I potem już będę je tak powoli zamykał (tu pokazuje, jak to sie będzie odbywało). 

Pocałowałam w nos i wyszłam. Nastawiłam minutnik w komórce (ah, jaka to użyteczna rzecz) na 30 minut i zajęłam sie swoimi sprawami.

Jak zadzwonilo, poszłam do pokoju obok obejrzeć te otwarte oczka. Oczyiście były już dawno zamknięte, młody spał zwinięty w kłębuszek. Dostał jeszcze jednego całuska, poprawiłam kołdrę, zgasilam lampkę solną i dziecko jest z głowy!!!

Pobite własną bronią. Sam sie przechytrzył :). 

Był kot w butach, to czemu nie pies.

A wszystko dzięki znajomej - kupiła swojej psicy butki, ale były o numer za małe, więc przejęła je Agrusia. Ja sie już do takich butków przymierzałam w zeszłym roku, ale poraziła mnie cena tych, które akurat zobaczyłam. Niewykluczone, że były ze skóry karibu, ręcznie haftowane przez buddyjskie mniszki i wysadzane diamentami, bo kosztowały jak za zboże. Odpuściłam temat, a tu okazało się, że wystarczy dycha za nogę :)

Na początku chodziła prześmiesznie, jak kaczka, majtając łapkami na boki. Nie była do końca zachwycona, ale już opanowała technikę i dobrze jest. Tyko po powrocie ze spaceru patrzy na mnie wymownie:

"no zdejmij mi wreszcie to dziwne coś z łapek!!! No już, pospiesz sie!!!"

W samą porę, jak jutro ma sypnąć śniegiem, to dozorca w odwecie sypnie solą - a tego zwierzęce łapki nie lubią...

Oznacza to również kolejny tydzień (co najmniej) wykłócania sie z kotem na temat spacerków. Czort nie wychodzi już ponad tydzień od czasu jak sobie solidnie skaleczył lewą przednią. Smaruję mu maścią, czego kot ma już absolutnie dość, ale nie protestuje i nie wyrywa mi sie - nie mam ani jednego śladu po drapnięciu. Widać dokładnie, że uznaje moje prawo do wszelkich - nawet tych nieprzyjemnych - działań na kocie. Nie ma to jak dobrze wychowany zwierz.

A mówią, że kota wychować sie nie da. Da się, da, tylko trzeba sie a to od razu zabrać. 

 

PS. Wpisu walentynkowego nie będzie. Przekorna jestem, nie lubię tego święta - bo co to a święto, jeśli komuś trzeba przypominać odgórnie, że kogoś kocha i miło by było dać temu jakoś wyraz. Nie uznaję wyznawania uczuć na gwizdek. 

Ten dzień kojarzy mi sie z czymś zupełnie innym - 6 lat temu powiedziałam Skorupiakowi, że jesteśmy już we trójkę :). I to jest ważne.

poniedziałek, 13 lutego 2012

Dzięki za wsparcie.

Wszystko przez to, że całkiem niespodziewanie miałam rozmowę o pracę. Poszłam dowiedzieć sie czegoś o sześciolatkach w szkole i przypadkiem właściwej osobie we właściwym momencie zadałam właściwe pytanie.

Decyzja będzie w czwartek, im sie spieszy a ja mogę zacząć sie wciągać od zaraz.

Na oko oceniam szanse na jakieś 80 %.

Siedzę jak na szpilkach.....

niedziela, 12 lutego 2012

trzymajcie kciuki.

Jutro napiszę co i jak. Dziś nie chcę zapeszyć.

sobota, 11 lutego 2012

Leżymy już w łóżku i  - prawdę mówiąc - mamy lekką głupawkę.

W pewnym momencie Skorupiak zaczyna grymasić:

- Przytuliłabyś się...

- Toż się przytulam...

- Ale ja chciałem na łyżeczkę!

- A ja wolę plecami...

Chwilę się mości, potem zaczyna znowu:

- poproszę jakąś łapkę!

 - nie da się, jedna jest podpórką, a druga pod główką!

Chwila ciszy. Wyraźnie trwa przetwarzanie,  i  po chwili słychać lekko zdumiony głos:

- Dobra, co to jest główka to wiem, ale co to jest pórka, to nie mam pojęcia!

 

czwartek, 09 lutego 2012

W poprzednim wpisie napomknęłam o klatce Schodowa, więc wypadałoby wytłumaczyć.

Star dowcipy na temat wszelkich odkryć dokonanych przez naród bratni pewnie jeszcze większość pamięta - przynajmniej ci, którzy sie urodzili przed rokiem powiedzmy 78 czy 80. 

Młodsi mogą mieć problem.

I takiż właśnie problem zaczął mieć Piotrek, gdy przy jakiejś okazji któreś z nas - już nie pamiętam, Skorupiak czy ja nieważne - poprawiło odruchowo sformułowanie "Przy klatce schodowej" na "przy klatce Schodowa".

Pech polegał na tym, że obecny był przy tym Pyton. I zaczął pytać...

Ponieważ przy różnych okazjach już miał okazję usłyszeć to i owo na temat historii Polski, zwłaszcza okresu zaboru sowieckiego, więc dodaliśmy kolejną cegiełkę - tym razem dotyczącą właśnie kawałów typu 69 ( i nie miaŁo to nic, ale to nic wspólnego z pozycją seksualną, jak sie to zapewne większości teraz kojarzy), kabaretów, piosenek i ogólnie obśmiewania reżimu. 

Opowiedzieliśmy mu o wielkich odkryciach dokonywanych przez - no jakżeby inaczej - przedstawicieli wielkiego narodu radzieckiego, takich jak właśnie Schodow, który wynalazł klatkę Schodowa, Popowie, który wynalazł radio (u Marconiego na strychu),  o wielkim matematyku Pietii Gorasie, Żarówkowie i jeszcze paru innych. 

Słowem - o  najweselszym baraku w całym obozie.

Przy okazji wyszło o tym, jak można śmiechem walczyć z przeciwnikiem, najeźdźcą i wszelakim ciemiężycielem.

Ciekawa jestem, ile z tego  Piotrek będzie pamiętał, ale na razie widzę, że go to interesuje, dopytuje o szczegóły, wraca. Gdzieś tam w małym łebku to wszystko sie jakoś układa...

 

PS. Zapomniałam jeszcze o trzech  Iwanach - Iwan Wielki, Iwan Groźny, Iwan Gogh! Biję sie w piersi i dopisuję :)

 

PPS. I oczywiście wielki podróżnik i odkrywca - Wasia Da Gama!

wtorek, 07 lutego 2012

...sprawiła sobie kota.

Koteczek jest zwierzem wychodzącym, o czym ju wielokrotnie pisałam. Zwiększa mu to znacząco komfort życia (przypuszczam, że długość również), ale jest nierozerwalnie związane z odnoszonymi co jakiś czas obrażeniami różnej natury.

Bywało tego trochę, wracał z poszarpanymi uszami, kiedyś nawet dziurą w jednym z nich, kłem wbitym w bark powyrywanymi kępkami sierści... I oczywiście urazy i skaleczenia łap.

Tym razem też. 

W takie mrozy kotek wychodzi na krótko -  końcu ma sie te prawie dwanaście lat. jesli nas nie będzie w domu, tak żeby można było jaśnie pana wpuścić natychmiast, jak mu ogon zmarznie - to nie wychodzi, co jest zwykle przyczyną solidnej awantury.

Dziś pozwoliłam mu pójść  po powrocie z porannych jazd (sadło dla gawronów sie mamie skończyło, trzeba było uzupełnic zapasy - poważna sprawa).

Zwykle wraca przez okno w kuchni, dlatego nieco sie zdziwiłam widząc kota przed drzwiami klatki schodowej (albo Schodowa, ale to następna notka), jak wychodziłam po Piotrka do przedszkola. Na wszelki wypadek przyjrzałam mu sie dokładniej. I słusznie, okaząło sie, ze idzie jakoś nierówno, więc zawrócilam, poczekałam, aż wskoczy w kuchni na swój kawałek blatu i obejrzałam końcówki. I w jednej z łapek znalazłam taką sobie dziurę obok poduszeczki... Nie było to jeoś bardzo dramatyczne - widywałam już większe uszkodzenia mojego kotka bojowego, ale jednak nieładne. 

Całe szczęście, ze do przedszkola jest bliziutko - odebrałam Piotrka, wytłumaczyłam mu, dlaczego nie pójdziey na górkę z jabłuszkiem, tylko do weterynarza. Przejął sie bardzo. Zresztą niczego innego sie nie spodziewałam, oni z kotem sie bardzo kochają. 

jeszcze tylko kurs do piwnicy po koci transporter, wizyta w bankomacie - jak na złość w portfelu zostały mi tylko żółte blaszki - i jazda.

Pan doktor stwierdził, że Czortowi da zastrzyk z antybiotykiem na pierwszy raz a potem będę sama smarować maścią. Wolę taką wersję, kot nie musi być kłuty, ja nie muszę z nim jeździć i taniej wychodzi. A ja z nim mogę zrobić wszystko. 

Kocie kochany - spróbuj jakoś ostrożniej łazić, bo jak na razie -  masz szlaban przynajmniej do piątku.

sobota, 04 lutego 2012

Skorupiak poszedł wczoraj na piwo z kolegą.

Od dawna go namawiałam, umawiali się parę razy, ale stale coś wyskakiwało - na przykład memu ślubnemu już się nie chcialo ruszyć po pracy, bo był zmordowany i zmarznięty, ale wreszcie się udało.

Siedzą sobie panowie nad piwem, a tu nagle telefon. Godzina 21, piątek, a tu szefowa głowę zawraca. Przegięcie lekkie, ale Skorupiak grzecznie odebrał.

- P, mam problem informatyczny. 

- A co sie stało?

- No bo mam nowego laptopa i nie wiem, jak sie go otwiera....

Całe szczeście, że udało mu sie powstrzymać i ryknąć śmiechem dopiero po zakończeniu rozmowy....

Swoją drogą to już nie pierwszy taki telefon z durnym pytaniem...

 

środa, 01 lutego 2012

Teoria Inteligentnego Lenia była mi znana od zawsze. Autorem jest mój tata - zawsze twierdził, ze jest osobnikiem leniwym, dlatego szybko robił to, co miał do zrobienia - na przykład odrabiał lekcje, a potem już mógł sie spokojnie lenić. Na przykład na przystani. Albo w górach. Na basenie. Albo gdziekolwiek indziej, bo nikt mu nie zawracał głowy, że przecież jeszcze ma zrobić to czy tamto.

No, to hołd ojcu tudzież prawom autorskim oddany, teraz można przejść do meritum.

Teoria ta wydaje mi sie fantastyczną podstawą do wychowania samodzielnego dziecka. 

Sprawa jest prosta. 

Na początku swej kariery życiowej dziecko będzie wszystko wykonywało powoli, niedokładnie i ogólnie w sposób nie spełniający surowych kryteriów Idealnej Pani Domu. Normalna sprawa, jak nigdy wcześniej tego nie ćwiczyło, koordynacja jeszcze szwankuje, to jak ma byc inaczej.

Idealna Pani Domu (IPD) ma tutaj dwie możliwości.

Pierwsza - zapewne częściej wybierana przez IPD, gdyż nie zaburza ich potrzeby perfekcji. Po stwierdzeniu, że dziecko nie umie  (a czasem od razu, bez próby, tylko założenie, że nie umie - skądinąd słuszne), robi sama. Sama sprząta, ściele łóżko, ubiera delikwenta, karmi, wyciera rozlane soczki - co tam kto jeszcze chce.

Delikwent oczywiście nie jest idiotą - skoro ktoś robi za niego, znaczy że tak ma być i nie należy przekonywać IPD, że jest inaczej. Jeszcze by kazała słać łóżko, i to perfekcyjnie od razu... Gdzieś tak około 15 roku życia potomka IPD zaczyna mieć dość robienia wszystkiego samodzielnie. Dochodzi do wniosku, że dziecię jest już na tyle wyrośnięte, ze powinno, zmobilizowane przykładem rodzicielki, wziąć na swe barki część obowiązków domowych (nie wspominając już o samoobsłudze, jak np. robienie sobie kanapek do szkoły).

Ale tu sie zaczynają schody.

Dziecię jest bowiem niemile zaskoczone nagłą i niczym nieusprawiedliwioną zmianą reguł gry obowiązujących przez całe jego życie. Wszak IPD zawsze sprzątała, prała, gotowała i jakoś było dobrze? To dlaczego dobrze być nagle przestało? O co tej kobiecie chodzi?

I mamy konflikt. Drakę. Wojnę.

Druga droga wymaga od IPD wielkiej odporności psychicznej. Samozaparcia. Tolerowania rozgrzebania roboty, spowolnienia, poprawiania po dziecku jakiś milion razy. Powtarzania instrukcji do znudzenia. Do tego bez krzyku narzekania, mędzenia, że niedokładnie i w ogóle do kitu, sama bym zrobiła trzy razy szybciej.

Otóż dziecia należy zachęcać. Taki trzylatek uwielbia wręcz robić to, co mamusia. Być potrzebny. Samodzielny. Oczywiście większość zadań mu nie wyjdzie - czyli trzeba najpierw pokazać. Potem poczekać, aż sam spróbuje. Pochwalić za ten fragment który sie udało (bo część zrobi sam i ta część będzie sie powiększać). A następnie posprzątać i zrobić resztę.

Jeśłi coś sie rozleje - nie pędzić osobiście w celu wypolerowania zbrukanej powierzchni. Wręczyć ściereczkę i spokojnie powiedzieć, że jak sie rozlało, to trzeba teraz zetrzeć i nie ma problemu. Potem juz sie nie wręcza, rozlewca sam wie, gdzie jest i co trzeba z nią zrobić.

To wszystko zajmuje mnóstwo czasu. 

I jest to czas świetnie zainwestowany.

Po jakimś czasie taki osobnik zrobi któregoś dnia mamie niespodziankę i rano sam sie ubierze. Docenić, docenić, zamiast wydziwiać, że czerwona koszulka nijak nie pasuje do pomarańczowej bluzy i wściekle zielonych rajstop!!!!! Koniecznie pochwalić, zę sam, bez żadnej pomocy ani poganiania sie ubrał. posłał łóżko i co tam jeszcze zrobił.

Zacznie pomagać w kuchni - na początku może rozkładać sztućce (ze szczególnym uwzględnieniem łyżek). Podawać po jednym ziemniaki do obierania. Za jakiś czas - obudzisz się w niedzielny poranek i zobaczysz roześmianą mordkę kompletnie ubraną, meldującą, żę śniadanie jest gotowe i tylko czeka, aż najukochańsi rodzice (w tym IPD) raczą pojawić się w kuchni.

A ty będziesz mogła dłużej pospać. Wypięknić sie w łazience.

I jedyne zadanie, jakie pozostanie dla Ciebie, to zaciśnięcie zębów tak, by nikt, ale to nikt nie mógł dostrzec grymasu bólu na widok umytych przez potomka talerzy - na których nadal wyraźnie widać resztki śniadania. Wstawisz je spokojnie do szafki. Umyjesz później. Jeszcze kilka prób i talerzom nie będzie można nic zarzucić, a dzieć będzie miał nawyk sprzątania i ogólnie uczestnictwa w pracach domowych. Bez bólu i krzyków.

Będziesz mogła go poprosić o przyniesienie czegoś do picia. jabłka. Kanapki. 

Dyskusje o słanie łóżka też nie będą trwały wiecznie.

 

Przykład z cyklu "Dialogi z potomkiem" na ten temt:

- Piotrek, świetnie wiesz, że to łóżko i tak pościelesz. Możesz to zrobić od razu i bez bólu, albo poawanturować sie jeszcze trochę, ale i tak to zrobisz. Wybierz sobie opcję i daj mi znać, co zdecydowałeś. A ja sobie poczytam przez ten czas.

Po czym wtykam nos w książkę, albo zajmuję sie czymkolwiek innym. A młody całkiem spokojnie idzie słać łóżko...

 

Teoria Inteligentnego Lenia daje świetne efekty wychowawcze. Nauczyłam Piotrka mnóstwa rzeczy tylko dlatego, że mi sie nie chciało czegoś robić. Nie chciało mi sie nie w danej chwili, tylko w perspektywie robienia tego latami ZA dziecko. Mniej bolało zrobienie od razu - pokazanie, pomoc w opanowaniu umiejętności, z perspektywą świętego spokoju za rok, dwa. 

I teraz często w przedszkolu patrzę, jak Piotrek ubiera sie sam, a rodzice jego koleżanek i kolegów starannie nadziewają kolejne fragmenty garderoby na małe, sztywne manekiny.  I słucham, jak młody opowiada, ze on całkiem sam w niedzielę przygotował śniadanie dla rodziców. Łącznie z mamy ukochanym twarożkiem z rzodkiewką - oczywiście osobiście pokrojoną, nie jakiś tam gotowiec, który trzeba tylko wyjąć z opakowania. Rodzice innych dzieci patrzą  i słuchają z zazdrością.

A ja się mogę lenić...

 

 PS. Dziś rano Piotrek sam sie obudził, ubrał, posłał łóżko i przygotował śniadanie. Ja nie musiałam nawet nic powiedzieć, że nie wspomnę o zrobieniu. To sie nazywa życie :)