O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

niedziela, 27 lutego 2011

załamuję sie. Moje najukochańsze dziecko  wcześnie zaczyna z tekstami wyprowadzającymi matkę z równowagi. Ostatnio jest tego coraz więcej:

  • jestem wam do niczego niepotrzebny
  • jestem najgłupszy
  • jestem do niczego

a teraz doszło jeszcze "byłoby najlepiej, gdybym umarł" i "chyba chciałabyś, żeby urodził sie wam ktoś inny, zamiast mnie".

No nie wiem, skąd on to wziął, ale zagotowało sie we mnie. Jak prosiłam chwilę wcześniej, zeby nie ganiał na bosaka po kablu od mojego lapka, to nie, co mu tam. Po chwili ryk, bo sie zaczepił. Proszę, zeby włożył kapcie - wrzask. No to nakaz pójścia do pokoju, a ten sie na mnie zamachnął centymetrem, kóry akurat trzymał w łapie. I jedzie takimi właśnie kwiatkami.

Mam dość ostatnio własnego dziecka. Bardzo go kocham, ale te zagrywki wkurzają mnie koszmarnie, manipulator rośnie pierwszej klasy.  Gotuje sie we mnie,  w takich sytuacjach zapominam o całej mojej wiedzy psychologicznej, jestem po prostu bezradną, wściekłą matką. Mam ochotę wrzasnąć na całe gardło, ale nie mogę, bo i bez tego chrypię. Poza tym, telepie mi sie po głowie jeszcze, że jak sama będę sie drzeć, to jak mam wymagać od niego, żeby nie krzyczał? jak sama go strzelę na odlew, to jakie mam prawo oczekiwać, że on na mnie ręki nie podniesie? przecież dzieciaki ucz sie patrząc na dorosłych....

Nie chcę dać sie wkrecać czterolatkowi w gry, a on stale próbuje dokładnie to zrobić. Z jednej strony jak słyszę "jestem wam do niczego niepotrzebny" to wszystko sie we mnie rwie, żeby przytulić, wziąć na kolanka i powiedzieć, zę nieprawda, jest ogromnie potrzebny, bardzo kochany i w ogóle. Z drugiej, całkiem równocześnie, cholera mnie trżęsie, że cwaniak tak bezczelnie manipuluje. Z trzeciej - lekki wewnętrzny chichocik i jakby nutka podziwu (?), że taki smarkacz, a tak zgrabnie - i skutecznie gra na emocjach. I jeszcze szybka myślówa - jak, do cięzkiej a niewymownej, mam go oduczyć takich zagrywek???????? 

Moje szare komórki oklapły całkowicie, najchętniej bym po prostu uciekła stąd. O, taki tygodniowy wyjazd do SPA, i to nie w Polsce, tylko gdzieś, gdzie jest ciepło. No, a przynajmniej przyzwoite gorące źródła mają, zdaje  sie, ze takie coś gdzieś niedaleko na Słowacji  sie znajduje. Żeby sie mną ktoś porządnie zajął, rozmasował pospinane mięśnie, machnął maseczkę błotną na dziób i całą resztę, ucywilizował paznokcie ( te też jest cała epopeja, pewnie na kolejną notkę, jak  sie zbiorę), żebym wreszcie poczuła, ze ktoś o mnie dba, a ja moge tylko leżeć i pachnieć. 

Niby to wszystko sprzeczne wewnętrznie, a jednak jakoś sie we mnie mieści....

 

piątek, 25 lutego 2011

Piotrek ostatnio znalazł sobie nowy sposób, który wypróbowuje, gdy chce coś na nas wymusić.

Oprócz standardowego zestawu wrzasków, machania łapami, trzaskania drzwiami doszły urocze zupełnie teksty. Wersje są dwie, stosowane oddzielnie lub wspólnie, w zależności od gruboskórności matki. A że matka generalnie dość gruboskórna, to często lecą oba na raz.

Teksty są następujące:

  • Nie nadaje sie do niczego.
  • Jestem wam do niczego niepotrzebny.

Oczywiście wygłosiwszy powyższe młodzieniec popatruje spod oka, skulony na podłodze  sprawdzając, jaki jest efekt tego jakże płomiennego okrzyku. I tu zwykle jest dramat - bo efektu nie ma żadnego,,,

Za pierwszym i drugim razem dałam sie nabrać na to "jestem wam do niczego niepotrzebny", ale potem rozum wrócił na swoje miejsce, przegoniwszy stamtąd emocje i jjuż  spokojnie poinformowałam synka, z eowszem, jest nambardzo potrzebny, natomiast teraz proszę wziąć sie za sprzątanie papierów na stole.

Zasypiam, wiec nie będę sie rozpisywać.

Zatem tylko jedno słowo komentarza:

SPOKÓJ I KONSEKWENCJA!!!!(no dobra, trzy słowa...)

 

Dobranoc

czwartek, 24 lutego 2011

Po wielokrotnym odpowiadaniu na pytanie o samopoczucie standardowym "dziękuję, boli", mogę wreszcie powiedzieć, ze jest nieco lepiej.

Rehabilitanci mnie uprzedzali, ze na początku zabiegów będzie gorzej, zeby mogło być lepiej, więc sie nie zdziwiłam. A ponieważ pierwsza część ich przepowiedni sie sprawdziła stuprocentowo, liczę na to ze i druga też zadziała.

Jakby jeszcze tak ta zima odpuściła to już byłoby całkiem nieźle....

środa, 23 lutego 2011

Co prawda nie hrabia, tylko pokrywka od mojego ulubionego garnka do gotowania na parze, ale dźwięk był podobny. A potem pokryła sie delikatną siateczką pęknięć. Całe szczęście, że miało to miejsce na chwilę PRZED  wrzuceniem do garnka pierogów. bo takich z dodatkiem szkła hartowanego to wolałabym nie jeść.

Ten garnek w ogóle ostatnio nie ma szczęścia. Jak dwa tygodnie temu była u nas Teściowa h.c., to gotując nam obiad ugotowała również uchwyt od tegoż garnka (nie długą rączkę, tylko ten taki z drugiej strony). I sfajczyła go całkowicie. Teraz szlag trafił pokrywkę...

Bez jednej i drugej części da sie żyć, pokrywka pasuje jakaś inna ale żal - lubię ten garnek, raz że na parze smaczne a dwa, ze można w nim warstwowo, bo ma jeszcze nadstawkę - wygodnie....

A tytuł notki jest odniesieniem literackim. Z moją Mamą uwielbiam sie tak bawić, że jedna rzuca jakimś cytatem, odniesieniem, postacią, skojarzeniem literackim, a druga ma odgadnąć źródło.

Pytanie - skąd pochodzi ten tekst? zdaję sobie sprawę, ze zabawa trudna, to sie daje wtedy, kiedy obie strony czytają mniej więcej pdobne książki i wiedzą o sobie wzajemnie sporo - co lubią, a czego nie.

Ale może komuś sie uda :)

 

Podpowiedź: tego autora znają chyba wszyscy, którzy mają coś wspólnego z morzem...

niedziela, 20 lutego 2011

Całkiem dosłownie. Jak zoaczylam, ze jutro i pojutrze w Warszawie około 7 rano ma być między -20 a -25 stopni Celsjusza.

Wyjeżdżam gdzieś na równik, będzie cieplej. Wrócę wiosną.  Nienawidzę mrozu!!!!!!!

A mąż mi znowu skomentuje - to usiądź przy kaloryferze, tam jest ciepło.... Już ja go znam, już słyszałam takie teksty.... np. tu i tu

sobota, 19 lutego 2011

ostatnie dni były cholernie trudne. konkretnie ciężkie było przebywanie pod jednym dachem z Piotrkiem.

Młody wyraźnie postanowił posprawdzać, na co można sobie z nami pozwolić - i była zabawa w "kto kogo przetrzyma".

Spieszę donieść z nieukrywaną radością, że przetrzymaliśmy my. Młody od trzech (co najmniej) dni robił awantury z wrzaskiem, parę razy nas uderzył, rzucał przedmiotami, wyzywał od złodziei i głupków (mocniejszych epitetów na razie nie zna. Ale nie mam złudzeń, że sie niedługo dokształci, mamy szkołę pod oknami). Jakakolwiek propozycja, żeby zrobił coś pożytecznego (posprzątał, odniósł swoją piżamke z łazienki do  pokoju, zebrał śmieci czy coś w tym guście) kończyło sie draką pod tytułem "ja tego nie zrobię, bo sprzątanie mnie nudzi". Mnie też, jakby ktoś tego nie wiedział. NIe jestem masochistką, żeby uwielbiać powtarzanie w kółko tych samych czynności, które i tak nie daja żadnego efektu, bo zanim skończę sprzątać to już ktoś napaskudzi. I jeszcze szło"jestem wam do niczego niepotrzebny, pójdę zamieszkać u sąsiadów".

W związku z tym Piotrek miał jasno określone konsekwencje i bardzo starannie dotrzymane, włącznie z tym, że nie mamy powodu rozmawiać z kimś, kto nas bije, wyzywa i  na nas wrzeszczy. Skonfiskowane zostało kilka zabawek (przede wszystki ukochane filmy Była sobie Ziemia), a dzisiaj musiał położyć się spać około 12, czego normalnie w domu już od dawna nie ma (w przedszkolu leżakują, ale tam jednak życie jest bardziej intensywne). Oczywiście natychmiast stwierdził, że on nie pójdzie spać, tylko się będzie bawił, ale ma bardziej wredną matkę niż się tego chyba spodziewał. Usłyszał, ze nie będziemy  z nim rozmawiać do momentu, kiedy sie obudzi po spaniu. A kiedy będzie to spanie to już jego sprawa.....

Ale cała ta kilkudniowa mordęga pomogła. jak sie obudził - inne dziecko, miły, uprzejmy, uśmiechnięty, pomocny.... Do rany przyłóż. Zorientował się, ze nie wygra w ten sposób, wrzeszcząc i ciskając przedmiotami. Co gorsza, ze taki sposób załatwiania spraw nie opłaca sie głównie jemu. Z naszej strony był spokój, co nie znaczy, ze ukrywaliśmy swoje uczucia. Wręcz przeciwnie, mówiłam wyraźnie, ze jestem na iego wściekła z powodu jego zachowania i nie zgadzam sie na to, zeby mnie bil. Po czym spokojnie  i chłodno wyciągałam konsekwencje....

Ciekawa jestem, na ile starczy tej lekcji. Bo mam wrażenie, ze przetrzymując te kilka dni załatwiliśmy sobie spokój (wzgledny) na ładnych parę lat później....

 

PS. Dla tych, którym sie wydaje, że Piotrek jest dzieckiem idealnym, zawsze grzecznym i znakomicie wychowanym - informujemy, ze nie. Na całe szczęście....

czwartek, 17 lutego 2011

Czuję sie zdecydowanie nieswojo.

Grzebałam coś po facebooku (kurczę, co za niewygodne słowo, a nie lubię okropnie spolszcznej fonetycznej pisowni, irytuje mnie i już), i wpadł mi w oko profil mojego kuzyna.

Nic nowego, kuzynów mam coś milion pięciuset, albo więcej, nie zamierzam nawet liczyć.

Ten jest osobnikiem smiesznym, przesympatycznym i kompletnie zwariowanym.

Tak mi sie przypomniało, jak go poznałam - mieliśmy jakieś 16 lat (to znaczy, ja miałam, on jest trochę starszy ode mnie, ale z racji różnych jego przygód edukacyjnych byliśmy w równoległych klasach).

był wówczas jednym z redaktorów (i podejrzewam, zę najbardziej pokręconym duchem) gazetki szkolnej w jednym z podwarszawskich ogólniaków. Fajne towarzystwo było, zaczęłam się tam pojawiać częściej, nawet napisałam jakiś tekst do gazetki, Czasem wyjeżdżaliśy całą bandą na wieś  - ogólnie fajne, zwariowane czasy.

A teraz zobaczyłam, ze ktoś mu złożył życzenia urodzinowe na FB. Ludzka rzecz. Tylko to były urodziny już 39. I tu mnie zatkało.... Bo po pierwsze, skoro on zbliża sie do czterdziestki, to ja też. przez te jego obsuwy edukacyjne nigdy nie czułam tego, ze jest starszy, więc mam od razu moralniaka. Poza tym, to jest tak specyficzny osobnik, zę nie umiem go sobie wyobrazić jako poważnego pana . To zawsze jest narwany, rozczochrany nastolatek w okularkach a la Harry Potter, często sklejonych taśmą. To, że ma żonę i dwójkę dzieci jakoś mi w ogóle do obrazka nie pasuje, zresztą ona sie jakoś nie pojawia na rodzinnych spędach.

I teraz nagle poczułam sie zgrzybiale. Dotej pory jakoś sobie radziłam z moim wiekiem, ale , kurczę, czemu to tak szybko leci???? Ja poprosze powtórkę, już nawet zniosę upierdliwego polonistę z liceum, ale chociaż na trochę chciałabym znowu mieć 16 lat, być młodą, głupią, narwaną kozą. Zwłaszcza  że teraz wiem, ile straciłam nie pozwalając sobie na tę młodzieńczą swobodę, wiem, jaka jest cena za to, zę zawsze (no, powiedzmy. Przeważnie, a nie zawsze) byłam odpowiedzialna, grzeczna i w ogóle filar rodzinny. Cóż, taka była sytuacja. trudno kogokolwiek winić, ale tak mi sie marzy trochę dziecięcej beztroski.....

Tak w ogóle, kuzyn nie jest moim kuzynem, tylko moim wujem, licząc pokoleniami. Jego babcia była cioteczno-cioteczną siostrą mojego pradziadka, o. Czy ktoś coś z tego rozumie?

Tak czy inaczej - najlepszego, Droga Mączko Kartoflana!*

 

*Bo jak widać, pokrewieństwo jest typu dziesiąta woda po kisielu :)

 

kontrolna wizyta u ortopedy - po  skręceniu płetwy.

Pan doktor obejrzał, pokiwał głową i wystawił skierowanie na fizjoterapię - konkretnie pole magnetyczne i krioterapię.

Wróciłam do domu, relacjonuję Skorupiakowi.

- No i dostałam krioterapię i coś tam jeszcze, jakieś prądy czy coś (bo oczywiście zapomniałam, co dokładnie. W sumie, po co mam pamiętać, jak mam wpisane na skierowaniu).

A ten drań podsumował krótko:

- Słuchaj, mamy w domu zamrażarkę, mamy gniazdka z prądem - to po co ty masz tam biegać? Załatwimy we własnym zakresie!

Normalnie go kiedyś zamorduję. Jak sie przestanę śmiać.

Idziemy do przedszkola.

- Mamo, ja nie chcę dzisiaj iść...

- A co sie stało?

- Bo Szymek ciągle chce, żebym sie z nim bawił. Ja go lubię, ale chciałbym sie czasem pobawić z kimś innym, albo odpocząć, bo ja jestem jeszcze słaby po tej ospie.

- No tak, rozumiem...- udało mi sie włączyć w słowotok potomka.

- Bo wiesz, porucznik Kruszyna (postać z Było sobie życie, szef limfocytów) jest jeszcze zmęczony i musi odpocząć. A Szymek nie pozwala mi sie bawić z innymi dziećmi i on mnie za bardzo anuluje!

W tym momencie zachłystnęłam sie nieco. W końcu to nie byle co, jak mi ktoś chce anulować dziecko!

środa, 16 lutego 2011

do tego wszystkiego jeszcze kot sie bił z kimś na podwórku. Efekt?

Ropień na uchu, spuchnięte, obolałe.

Dziś dostał dwa zastrzyki w tyłek, a od jutra będę mu wtykać w paszczę po dwie tabletki.

I 75 zł poszło.

Niech to sie skończy, co?.....

wtorek, 15 lutego 2011

CIężki wieczór z Pietruszką dzisiaj...

Zaczęło się od tego, że bardzo grzecznnie zapytał, czy może sobie zrobić czekolade do picia. Powiedziałam, ze nie. Jakiś czas później będąc w kuchni stwierdziłam po śladach, ze jednak ją zrobił. A tu jeszcze a moje pytanie o stan sprawy młody człowiek sie wyparł. Czyli łże w żywe oczy...

Tak to sie bawić nie będziemy. Udowodniłam młodemu, że kłamie. Wytłumaczyłam, dlaczego jest to złe. Powiedziałam, że każde kłamstwo będzie automatycznie oznaczało obcięcie przywilejów do wieczora - czyli bez telewizji, komputera, czytania wieczornego (to zabolało najbardziej), kolankowania.

Młody sie wściekł i zaczął drzeć. Oberwałam (co prawda lekko, ale jednak) łapą, a potem piłką. W związku z czym usłyszał, zę ma sie przebrać w piżamę, nie ma mycia, nie ma kolacji - ma ość spać, bo ja nie mam ochoty rozmawiać z kimś, kto nie dość, zę kłamie, to jeszcze mnie bije.

Zajączek dosyć szybko skruszał, przyszedł porozmawiać, przeprosił... Wszystko pięknie, ale po chwili znowu wrzeszczał.

A ja mam po tym wszystkim moralniaka. Z jednej strony wiem, ze rozegrałam to nie najgorzej - przede wszystkim nie zdołał mnie wyprowadzić z równowagi, on krzyczał, a ja byłam całkiem spokojna. Z drugiej jefdnak strony - strasznie ciężko słuchać takiego łaczu "mamo, przyjdź, proszęęęęę". Miał propozycję, ze co prawda nie będzie czytania i kolankowania, ale tata może z nim posiedzieć, jak będzie zasypiał. Odmówił - jego prawo.

Teraz widzę, ze już ma dosyć, ale jeśli do niego pójdę, to zmarnuję to wszystko - całą tę scenę, jego ból, złość, gniew. Lekcję dotyczącą tego, ze nie można kłamać, bić. Jak wyrażać emocje. Poczucie, ze mama jest bezpieczną opoką - bo jak poradzi sobie z najpotężniejszymi armatami, jakie Piotrek jest w stanie wytoczyć, to poradzi sobie ze wszsytkim. To, ze można załatwiać sprawy bez krzyku, a równocześnie skutecznie i konsekwentnie.

Płacz już ucichł, młody pewnie już zasnął, albo zaśnie za chwilę.

Za pół godzinki zajrzę tam do niego i pogłaszczę po zapłakanym, śpiącym pyszczku. Bo ja naprawdę nie lubię być taką twardą, konsekwentną i stanowczą mamą.  Chciałabym przytulić tego słodkiego szkraba wpatrującego sie we mnie wielkimi, srebrno-błękitnymi oczami, powiedzieć, zę już wszystko w porządku, nie gniewam sie. Bo naprawdę sie nie gniewam, zdaję sobie sprawę, z on po prostu mnie testuje.

Ale on sie inaczej nie nauczy granic.....

Wracamy z Piotrkiem z przedszkola. Synek opowiada mi o swoim helikopterze, oraz o ogrodzie, w którym helikopter parkuje.

I płynnie przechodzi od części helikopterowych do upraw.

Oto, co Piotrek zamierza posadzić na grządkach:

  • marchewka
  • bananowce
  • brzozy
  • fasolka
  • dynie
  • pomidory
  • ziemniaki
  • ogórki kiszone
  • ogórki konserwowe....

Dwie ostatnie pozycje wzbudzły mój niekłamany entuzjazm.

A, na pytanie o pielęgnacje ogrodó, Piotrek nonszalancko stwierdził, że pieleniem grządek zajmie sie ... któzby, jak nie helikopter!. Już widzę, jak kuca na płozachi wirnikiem pracowicie wyrywa chwasty :)

poniedziałek, 14 lutego 2011

ten tydzień dobrze sie zaczął.

Piotrek poszedł wreszcie do przedszkola. Z jego grupy było pięcioro dzieci. I tak lepiej niż w piatek, kiedy była dwójka. Już nie musze siedzieć cały dzień z piekielnie znudzonym dzieckiem. nie, wróć. Nie mogę na niego narzekać, zajmował sie sobą cudownie, przychodzil do mnie pogadać, rozumiał, ze nie mogę chodzić. Potrafił mnóstwo czasu spędzić projektując części do helikoptera, oglądając po raz tysięczny Była sobie Ziemia, albo bawiąc sie samochodzikami.  Ale tak czy inaczej nie muszę ustawiać wszystkiego pod niego.

Skonczyłam przyjmować heparyny - w związku ze skreceniem. Innymi słowy - nie muszę robić już sobie zastrzyków w brzuch. Może nie były  bolesne ale nieprzyjemne....

Udało nam sie wreszcie wywalić z pokoju Potrka gigantyczne biurko, spakować do piwnicy parę rzeczy - teraz jeszcze musimy zrobić ściany - połatać dziury po różnych mężowskich pomysłach inżynieryjnych, pomalować całość - pewnie  dwa najbliższe weekendy nam zejdą, bo czas schnięcia jest nie do przeskoczenia - i można będzie wreszcie pomyśleć o docelowym umeblowaniu. Zdaję sobie sprawę,ze to niezłe tempo, jak Piotrek m już prawie 4,5 roku, ale naprawdę finansowo było nie do przeskoczenia. Więc były różne rozwiązania tymczasowe a jak wiadomo, nie ma nic trwalszego od prowizorki.....

Z rzeczy śmiesznych, moi rodzice postanowili wyjechać na parę dni do kuzyna w okolice Genewy. Na wieść, że jada w Alpy kupiliśmy im jabłuszko, taki dupoślizg do zjeżdżania. Komentarz mojego Skorupiaka potem - fajnie mieć takich teściów co sie obśmieją na taki dowcip, a nie obrażą. (Prawdę mówiąc, jabłuszko kupiliśmy na wyprzedaży z założeniem, zę będzie na przyszły sezon - jak w tym roku zaczął sie śnieg, to rozdrapano w sklepach błyskawicznie i sie nie załapaliśmy.) A tak wizja mojej Mamy zjeżdżającej na jabłuszku ze stoków Mont Blanc (czy co tam będzie w okolicy) rozbawila nas prawie do łez.

Dzielna bylam i umyłam i zapastowałam podłogę w pokoju Piotrka i naszym. Normalnie to nie byłby żaden wyczyn bo przetrzeni nie za wiele, ale ze skręconą nogą, która nie lubi byc wyginana, to już inna sprawa. Bolało potem całkiem zauważalnie.

Bez sensu ten wpis. Może dlatego, ze padam na pysk ze zmęczenia, jak czytałam Piotrkowi, to zasypiałam z książką w garści, budziło mnie pokrzykiwanie potomka: "Mama, czytaj!", linijki tekstu i sie plątały.

W związku z powyższym idę spać.

 

sobota, 12 lutego 2011

Piotrek ostatnio przychodzi do nas w nocy do łóżka. Nie zachwyca nas to z przyczyn oczywistych ;), a po za tym jest zwyczajnie za ciasno. Zwłaszcza, że rezyduje tam jeszcze pies. (Wiem, że jest milion przeciwwskazań, mam to w głębokim poważaniu. Pies świetnie grzeje nogi.)

W każdym razie ucięłam sobie z młodzieńcem pogawędkę na ten temat.

- Piotrek, co sie takiego dzieje, ze przychodzisz do nas w nocy?

- Bo ja sie boję, jak mi sie śnią potwory.

Aha. Co by tu.... Mam!

- Synku, a może byś mógł w trakiej sytuacji poprosić Freda o pomoc? (Fred to szef stada Piotrusiowych wyobrażonych zwierzątek, do którego stale ktoś przybywa).

- Świetny pomysł!

Odetchnęłam z ulgą, z nadzieją, zę dziś w nocy przytulać sie będe jedynie do własnego męża (i psa).

Okolo piątej rano okazało się, że była to zdecydowanie płonna nadzieja. Szurające tup tup tup rozbrzmiało w nocnej ciszy jak seria wystrzałów.

- Co sie stało, Pietruszko?

- Śnił mi sie potwór.

- Przecież Fred miał ci pomagać w takich sytuacjach?

- Tak, ale on spał.- Ja też, kurczę bladę.

- To mogłeś go obudzić.

- Ale on mocno spał, trudno go obudzić. Was łatwiej....

Zwątpiłam.

I znowu było ciasno i obudziliśmy sie oboje ze Skorupiakiem połamani w paragraf.

 

piątek, 11 lutego 2011

naszło mnie na czepiactwo po raz kolejny.

Chodzi mi tym razem o perły spływające ku maluczkim z ust nieocenionego ojca dyrektora.

Dość regularnie zaglądam sobie na Głos Rydzyka - samej rozgłośni radiomaryjnej nie dam rady słuchać, nawet w celach rozrywkowych. Za cięzki kaliber jak na moją wytrzymałość. Ale juz poczytać kawałki spisane przez kogoś innego... A czemu nie. Zwłaszcza, ze  ja jestem typowym wzrokowcem, a ojdyr bełkocze w sposób konkursowy, na słuch nie jestem w stanie zrozumieć, co poeta miał na myśli.

I tu właśnie dochodze do sedna. Ojciec dyrektor (całkiem świadomie pisżę te słowa małą literą, wielka sugeruje choćby minimalny szacunek) jako zalożyciel i pierwszy rektor Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej sam powinien skorzystać z zajęć prowadzonych przez własną placówkę.

Po pierwsze, merytoryka. Jak odcedzić fusy i ozdobniki, to tam kompletnie nic treści nie zostaje. Jakieś niejasne insynuacje, bez podania kto powiedział - przeważnie w tonacji "mówi się" "oni", "media", odwracanie kota ogonem.

Ponieważ sama się czepiam o brak konkretów - proszę, oto garść przykładów. Gdybym ich nie podała, można by uznać, ze postępuję podobnie jak ojciec dyrektor, a to dla mnie koszmarna obelga:

- Rozmawiałem z różnymi ludźmi i mówili mi ludzie, którzy byli blisko prezydenta, że prezydent mówił, że „mogą mnie zabić”.
(RM, niedziela 12.12.10, godz. 00.53)

- Otóż ja słyszałem, nie mogę powiedzieć, kogo to dotyczy z tych rodzin ludzi, wygląda wszystko na to, że byli zamordowani, że to był zamach, tak to wygląda. Bo gdyby nie był, to dlaczego kryją?!
(RM, niedziela 12.12.10, godz. 00.51)

O Holandii: - Nie wiem czy już wprowadzili, w każdym razie, jeżeli jeszcze nie, to idzie to w tym kierunku by normalnie legalnie można było wspomagać eutanazję od 70 roku życia. Czy chory czy zdrowy, można będzie uśmiercać. To jest diabelski plan.
(RM, piątek 30.03.10, godz. 00.24)

- Według informacji jakie posiadamy, a dochodzą następne, rządzący wiele czynią, aby doprowadzić do zniszczenia nas.
(RM, listopad 2008)

Bełkot regularny, coś, ktoś, gdzieś komuś powiedział, my wiemy, ale nie powiemy, ale na pewno jest jak mówimy, bo my tak mówimy. Zalatuje dawnymi czasami i językiem stosowanym w epoce nieopłakiwanej nieboszczki pezetpeerii.

Po drugie - sam język. Jak ktoś był rektorem wyższej szkoły mającej w nazwie kulturę i media, to powinien zdawać sobie chyba sprawę z tego, że jednym z istotnych elementów tworzących całość umownie nazywaną patriotyzmem, jest znajomość i UMIEJĘTNOŚĆ POSŁUGIWANIA SIĘ jezykiem ojczystym. A u osoby wypowiadającej sie publicznie, mającej dostęp do środków masowego przekazu jest to warunek sine qua non. I jeśli ktoś tego nie rozumie, to lepiej, żeby się nie pchał do telewizji i radia.

I nie mówię tu już nawet o takich detalach jak dykcja czy umiejętność wypowiadania sie bez nieśmiertelnego yyyyy wtrącanego niestety coraz częściej przez rozmaite gadające głowy, polityków a nawet dziennikarzy. Mówię o konstruowaniu poprawnych zdań, zawierających podmiot i orzeczenie, wypowiedzi mających jakiś logiczny ciąg, dotyczących konkretnego tematu bez tysiąca bezsensownych, do niczego niepotrzebnych dygresji i tajemniczych niedomówień.

Ojciec dyrektor tego wszystkiego nie tylko nie potrafi, ale nawet nie jest świadom swoich niedociągnięć. No bo jakże, kto śmiałby zarzucić jakiekolwiek braki JEMU???

Ja śmiem. I dlatego nie słucham RM i nie szanuję ojca Rydzyka et consortes.

A cytaty z wypowiedzi zaczerpnęłam z nieocenionego Głosu Rydzyka.

 

czwartek, 10 lutego 2011

Dziwiłam sie ostatnio, co te spodnie Piotrkowe w praniu sie skurczyły, czy co? Jesienią kupowane z lekkim zapasem, do wiosny powinny wystarczyć, a tu juz woda w piwnicy....

Akurat dziś miałam pod ręką centymetr, miałam Piotrka - przystawiłam dziecia do szafy, zaznaczyłam, zmierzyłam - i szczęka mi opadła.

Na bilansie czterolatka - czyli w pierwszych dniach października - pani pielęgniarka wymierzyła mu 104 cm.

Myślałam sobie w naiwności swej niezgłębionej, że pewnie będzie miał teraz jakieś 107-108.

Otóż nie proszę Państwa. Młody człowiek, mający lat 4 i tyleż miesięcy mierzy sobie... Uwaga... 111 cm. i równe 20 kg do tego.

ja wiem, żę on mnie przerośnie i będzie popatrywał z góry na matkę. Ale proszę, niech chociaż zdąży przed tym pójść do szkoły....

skorzystaliśmy dziś z pięknej pogody - zwłaszcza, zę najbliższa ma byc juz mniej piękna - i pojechaliśmy do parku Łazienkowskiego.

Jeszcze tylko zabraliżmy moją Mamę i słoiczzek orzechów - i jazda.

Młody na początku szalał, jak wypuszczony z klatki - co też w sumie było zgodne ze stanem faktycznym, przesiedział biedak bite trzy tygodnie. A tam tyle atrakcji - przede wszystkim przestrzeń, samolot stanął na pasie stsartowym, otrzepał się, podokręcał śrubki, pomachał skrzydłami... Wieża startowa (czyli ja) udzieliła pozwolenia na start i poszeeeedł.... A my z Mama godnie potoczyłyśmy sie za nim.

A poza tym - pawie, wrony, gawrony, kawki, kaczki krzyżówki, kaczki mandarynki i  - oczywiście - wiewiórasy. Nie wszystkie były zainteresowane orzeszkami, ale dwie wzięły od Piotrka z ręki - młody człowiek juz umie sie zachować, minęły czasy rozgłośnych pisków i kwików, jak taki zwierz sie zbliżał.

Spacer był krótki - ja kulawa (stabilizator i kula), młody jednak słaby po tej ospie... dosyć szybko zaczął marudzić, więc zabrałam gada do samochodu, w domu obiadek i teraz mam spokój - ogląda sobie Był sobie ziemia i nie narzeka :)

A ja wreszcie wyjrzałam z domu i tez odetchnęłam świeżym powietrzem....

środa, 09 lutego 2011

W związku z uszkodzoną nogą moim głównym zajęciem jst siedzenie na tyłku w łóżku z laptopem na kolanach.  A w związku z Piotrkową ospą niewykonalne jest pisanie czegokolwiek poważnego (np. pracy zaliczeniowej, która mi wisi nad głową...).

Wobec powyzszych faktów po przeczytaniu iluś książęk znanych i kochanych postanowiłam sięgnąć po coś nieznanego.

Bardziej ambitnego, może  do przemyślenia, może coś... jednym słowem, sama nie wiedziałam, czego chcę.

Poczłapałam do salony, stanęłam z zamyśloną miną przed ścianą zastawioną książkami....

I do dziś nie mam pojęcia, czemu wybrałam akurat Targowisko próżności Thackeraya. NIe cierpię tego stylu pisania - protekcjonalne poklepywanie czytelnika po ramieniu, zdecydowanie przydługie dygresje i popisywanie sie wiedzą autora dotyczącą tego, co kto mysli, tłumaczenie, dlaczego autor może to wiedzieća czytelnik nie, dywagacje na temat, co, kto, gdzie i z kim robił, a czyj służący pił piwo, a która lady nie przywitała sie z kimś tam.

Do tego nie znoszę ludzi takich jak główna bohaterka - Rebeca Sharp. Cwana, bezwzględna, wykorzystująca ludzi do własnych celów, nie licząca sie z nikim i niczym. I nie mam ochoty zagłębiać sie w ich małe duszyczki, patrzeć, jak niszczą życie kolejnych osób.

Trzeba autorowi oddac sprawiedliwość, zę portret brytyjskiej arystokrcji jest tam bardzo dobrze nakreślony, tylko że mnie to nie bawi.

I niech mi ktoś wytłumaczy, czemu ja to zaczęłam czytać? I czemu zmogłam do końca, zamiast po prostu odstawić na półkę?

niedziela, 06 lutego 2011

Młody po dwóch tygodniach w domu dostaje świra. Ja zresztą też.

Szlaban na przedszkole jest określony jasno - dopóki nie znikną strupki.

Jeszcze jest 6.

Wczoraj pojechaliśmy do moich rodziców - wymoczyć gada w wannie z hydromasażem, ze złudną  nadzieją, ze bąbelkowanie zdejmie z niego te paskudne czarnofioletowe pozostałości po pryszczycy i jutro będę wreszcie wolna....

Procedura z nieznanych powodów zwana jest u nas piaskowaniem - może w nadziei, żę woda, jak ziarenka piasku, zetrze zniego to, czego tam bycnie powinno? W kadym razie uspokajam co bardziej nerwowych czytaczy, zę nie zamierzam dziecka naprawdę traktowac piaskowym papierem ściefnym. Choćbym nawet chciała....

bąbelkowanie trochę pomogło - mniej szaro-fioletowych placków o gencjanie, parę strupków mniej... Ale głównym efektem była wielka radość pietruszki, jak masaż biczami znosił go na środek wanny. Po prostu facet był za lekki, jak na tak silny prąd wody :) .

Przez dobrą godzinę rzecz wyglądała w ten sam sposób:

młody z miną chochlika mości sie na końcu wanny i opiera pleckami o dysze. Mija sekunda... dwie... trzy... i chlup! Piotrek spływa gdzieś na środek, chlapiąc niebotycznie i piszcząc z radości. Moje uszy też piszczały, tylko coraz ciszej.... Wyszłam z łazienki prawie głucha i dosyc mokra.

A dziś wyszło na to, ze cała ta akcja nie przyniosła spodziewanego rezultatu. to znaczy, młody dalej siedzi w domu....

Za to ja się dziś wypuściłam samodzielnie na dłuższa wycieczkę ( to znaczy długa to ona była wyłącznie z punktu widzenia mojej lewej nogi). Na nieduże zakupy do sklepu i na bazarek. Przedobrzyłam zdeczko i do wieczora czułam kopytko (i bynajmniej nie chodzi tu o wrażenia węchowe, jakby sie ktoś złośliwie zamierzał śmiać).

W związku z tym jeśłi jakaś dobra dusza zechce zadzwonić, napisac, albo w dowolny inny sposób nawiązać kontakt, to będzie mi bardzo miło. Juz mi tyłek drętwieje od siedzenia w łóżku z nogą wyciągniętą przed siebie, pion i chodzenie nie są jeszcze najwspanialszym z pomysłó, najakie mogabym wpaść....

Taki na przykład telefon może ocali życie memu dziecku... zanim je zamorduję, jak po raz kolejny usłyszę "Mama, czy mogę obejrzeć Była sobie ziemia?" Albo "mama, w co sie pobawimy?"

Wiosna sie zbliża, to wiecej niż pewne.

Wszystko dlatego, ze oja Mama kupiła przedwczoraj kolejną porcję sadła dla gawronów. Wyspała wczoraj - i nic... W końcu zjadły, ale normalnie to znikało w kilka minut, tym razem - z pół godizny. I były sroki, kawki, mewy... Różne takie ptaszory, które zwykle nie zdążyły dolecieć, póki było jedzonko. A jak nie było jedzonka, to nie było po co przylatywć...

Oczywiście jakoś się ten zapas skarmi zwierzyną, ale już nastęnych zakupów nie będzie.

Wygląda na to, że czarne kury sie szykują do odlotu.

Bardzo je lubię, ale ich nieobecnośc oznacza, ze wiosna już jest blisko, a to jest świetna wiadomość!!!!!!

piątek, 04 lutego 2011

Zainspirowana komentarzem Rysy do poprzedniej notki pociągnę jeszcze wątek retrospektywno-zwierzecy:

Nasz pierwszy pies miał na imię Bromba. Taki niewielki kundelek, który gdzieś daleko wśród przodków miał zapewne jakiegoś teriera.

Dzielna była bardzo. W czasie stanu wojennego strasznie szczekała na milicjantów.

Kiedyś byliśmy na wakacjach na wsi. Mieszkaliśmy u jakiegoś sadownika, który oprócz sadów i plantacji malin miał jeszcze krowy, gęsi i dziesiątkę dzieci. To zapamiętałam, bo zafascynowało mnie, jak im sie udało tak równo - pięciu synów i pięć córek. Być może miał coś jeszcze, ale nie pamietam, a a pewno nie jest to istotne w tej historii.

Dzieciaki, jak to na wsi, miały swoje obowiązki, te młodsze (czyli takie 5-6 letnie, podobnie jak ja), miały za zadanie między innymi pilnowanie gęsi, żeby nie wyłaziły na drogę.

Któregoś dnia (mniejsza o przyczynę) poproszono mie o spędzenie stada z asfaltu. Pewnie byłam jedynym dzieckem w okolicy...

Z pewna nieśmiałością zabrałam się do dzieła, gdyż wielki gąsior - przewodnik stada - od początku wzbudzał mój lęk.

Przeciwnik wyczuł, ze ze mną szkoda gadać, należy pokazać mi, gdzie raki zimują i będzie spokój. Ruszył na mnie z wściekłym sykiem, rozkładając skrzydła - potwór, większy ode mnie.

Ja z wrzaskiem - w nogi - i w tym momencie do akcji wkroczył Barambuszek. Jak sie rzuciła w pogoń za dręczycielem, przepędziła go trzykrotnie wokół domu, przez środek stada, nie myląc go z innymi gęśmi.

Humor mi sie poprawił znacznie, sadownik docenił obronne tendencje psicy - i to, że podczas karnej ekspedycji poza napędzeniem strachu gąsiorowi, nie było żadnych szkód w dobytku.

Bromba była zresztą jego ulubienicą, o ile dzieci miały zakaz wstępu do maliniaka - maliny były na sprzedaż, to psicy nikt nie gonił, jak stawała przy krzaczku i żarła maliny prosto z gałęzi...

czwartek, 03 lutego 2011

Jak mi sie zebrało na wspomiki o Babci, to jedziemy dalej.

Najpierw bedzie jeszcze  o Dudim.

Sąsiad Babci kiedys pozazdrościł świetnych kontaktów z ptaszyskiem i usiłował zachęcić gawrona białym serkiem. Biały serek owszem, sie lubiło ale WYŁĄCZNIE tłusty. A sąsiad był sknera i zaproponował chudy. Dudek popatrzył z jednej strony, popatrzyl z drugiej i .... dziobnął w palec.

Sąsiadowi minęło natychmiast.

 

Kolejna historyjka, o której wspominałam w poprzedniej notce.

Moja Mama jest biologiem z urodzenia. Od dziecka znosiła różne zwierzaki, wiedziała o nich mnóstwo - po prostu maniaczka i tyle.

Między innymi przyniosła kiedyś skrzek. wylęgły się kijanki, z kijanek żabki (tylko dwie niestety). Były to zdaje sie żaby trawne - takie, co jak tracą ogonki, to musza wyleźć na stały ląd. Mama była wówczas całkiem smarkata i o takich niuansach jeszcze nie wiedziała - albo po prostu skrzek był niepodpisany, czyj on. I żabeńka sie przytopiła...

Jak tylko panie to zauważyły, żab został wyjęty, ułożony w prawidłowej pozycji (swoją drogą, jak wygląda pozycja boczna ustalona dla żaby??? ;) i rożkiem gazety babcia podnosiła jej łepek. Podziałało.....

 

Czasem Babcia miała pewnie ochotę zamordować swą pierworodną (czyli moją Mamę) za  jej przyrodnicze zapędy. Na przykład wówczas, gdy podczas jakiegos spotkania towarzyskiego w ogrodzie u kogoś moja kilkuletnia wówczas rodzicielka podeszła do swej wytwornej matki z dwiema żabkami na ręce i wygłosiła pełną persią następujący tekst:

- Mamo, popatrz, one kopulują!!!! - co też było prawdą, ale czy musiała o tym mówić? W tamtych czasach male dziewczynki nie powinny znać takich słów,  a co dopiero wiedzieć o istnieniu tej czynności.....

 

no, i jeszcze jeden z moich ulubionych tekstów Babci.

Jeden z kotów (ten ze zdjęcia z poprzedniej notki) miał na imię Czasio. Uznany za samca w dzieciństwie, dostał takie imię i mu zostało, nawet, jak sie okazało, że zdecydowanie samcem nie jest. I kiedys Babcia wchodzi do swego nadwornego weterynarza, który leczył całe pokolenia jej menażerii i prosi:

- Panie doktorze, czy może pan sprawdzić, czy on nie jest w ciąży?

Moja Babcia miała dobrą rękę do zwierząt i roślin.

Zielsko rosło u niej w ogrodzie jak wściekłe, stale miała jakieś przygarnięte zwierzaki, głównie koty, ale nie tylko.

Jej chyba największym sukcesem z zakresu ratownictwa weterynaryjnego było sztuczne oddychanie zrobione małej żabce (jesli nic nie pokręciłam, historię słyszałam dawno, jako dziecko).

Jednym z jej wychowanków był Dudi. Wbrew imieniu nie był to dudek, tylko gawron.

Znalazła takiego nieopierzonego, który wypadł z gniazda, wzięła, odkarmiła, odchowała  i pomogła sie usamodzielnić.

Dudi pięknie wyrósł, poleciał w świat. I potem co roku przez 14 lat jesienią meldował sie na lufciku kuchennym. Początkowo nieśmiało, z czasem przypominał sobie, że tu jest dobrze i bezpiecznie i robił sie coraz bardziej bezczelny.

Jak Babcia szła chodnikiem, to Dudi maszerował równym krokiem obok niej - wyciągając ostro nogi (w końcu miała nieco dłuższe od niego...).

Oczywiście Babcia zawsze miała dla Dudiego różne smakołyki. Biały serek, żółty serek, słoninka, różności. Biały serek jadało się tylko na początku, jak ptaszysko było głodne zaraz po przylocie - potem już kłuł w wydelikacony dziób i ser przelatywał jakoś bokiem - na ziemi pod oknem czaiły się kawki i inne takie, polując na spadki po Dudim. Żółty serek  i słoninka - owszem, czemu nie. Z ręki sie brało bardzo delikatnie.

Pamiętam, ze kiedyś specjalnie nocowałam u Babci, zeby dostąpić zaszczytu poznania i - być może, jeśli jaśnie pan raczy - nakarmienia ptaszyska. Co to były za emocje....

Odkąd pamiętam, u Babci były koty. Za moich czasów dwa, wczesniej jeszcze parę.

 Już po śmierci Babci znalazłyśmy z mamą zdjęcia - stare, czarno-białe, jakościowo takie sobie. Ale niesamowite:

 Lądowanie...

 

  Zaglądamy.....

 

 Wchodzimy powoli...

 

  Coś smacznego tu leży...

 

 

 dzień dobry wszystkim!

 

Jak widać, ani kot, ani ptak nie przejmują sie wzajemnie swoją obecnością. A przecież jest to ptak żyjący na wolności, mający różne doświadczenia z drapieżnikami, nie zmuszany w żaden sposób do wejścia.

bardzo smutno było nam wszystki, jak pewnej jesieni Dudi sie nie pojawił....

 

 

 

 

 

środa, 02 lutego 2011

Dialog z potomkiem:

- jak wrócimy do domu, to zjemy obiad, Pietruszko.

- Dobrze, tylko proszę, nie dawaj mi wina na obiad....

- nie ma sprawy, a dlaczego nie chcesz?

- Bo wino jest gorzkie - stwierdzil autorytatywnie mój syn. Zaniemówiłam po raz kolejny.

- a skąd to wiesz?

- czytalem w książce. 

- a skąd ci to przyszło do głowy, zę mogłabym ci da wino????? - próbowałam jakoś odzyskać równowagę po wstrząsie.

- no właśnie nie chcę, zebyś mi dawała.

Niniejszym informuję, że:

  • młody nie dostaje wina do obiadu
  • nie próbował alkoholu (przynajmniej ja nic o tym nie wiem)
  • w domu alkohol bywa sporadycznie. I rzadko kiedy pijemy, bo ja po dwóch lampkach wina zasypiam, a piwa nie cierpię. Małż twierdzi, ze głupio pić samotnie. I w związku z tym pijemy sok jabłkowy albo herbatki owocowe i dobrze jest.

Co do punktu ostatniego, właśnie co wieczór wyciągam flachę wódki i zmniejszam ilość w butelce. Ale nie ma co sie cieszyć, nie piję, tylko do zdezynfekowania skóry przed zrobieniem sobie zastrzyku przeciwzakrzepowego. A flachę kolega Małża przyniósł, aby oblewać narodziny Pietruszki, widocznie obawiając się (skądinąd dosyć słusznie), że jak nie przyniesie czegoś mocniejszego, to nie będzie wcale. Jakby ktoś zapomniał, Piotrek ma ponad cztery lata, a nadal jej nie zmęczyliśmy....