O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

czwartek, 25 lutego 2010

Mam dośc zimy. KOmpletnie, całkowicie i absolutnie. I w ogóle. Ciemno, zimno, brudno.

Czekam na wiosnę. Ma ona swoje wady - na przykład sterty brudnego śniegu, błocko i niestety wyłażace spod śniegu zimowe psie pozostałości. W sezonie bezśnieżnym, jak rozmaite służby miejskie sprzątają to w miarę na bieżąco, to nie jest tak okropnie, ale teraz, jak wyłazi urobek  z całej zimy, to jest to koszmar.

Dociekliwym wyjaśniam, ze ja po swoim psie sprzątam. Nauczyłam tego Piotrka, tak, ze jak teraz gdzieś zobaczy psią kupę, to jest bardzo zdziwiony, jak to sie stało, ze ktoś zapomniał  - bo przecież OCZYWISTE jest, ze sie sprząta.

No.

Ale i tak za nią tęsknię. Za słońcem. Za lżejszymi ciuchami - nie znosze tych ciężkich , zimowych. Za możliwością wyskoczenia z domu z psem lub ze śmieciami bez całego ceremoniału przyodziewania sie w liczne warstwy. Za kiełkującymi roślinkami. Krokusami w ogródku, prymulkami. Nawet kocie marcowanie pod oknem jest lepsze niż te zwały śniegu.

Na pocieszenie - wiosenna fotka. Dostałam ją przez łańcuszek znajomych, nie mam pojęcia, kto jest autorem, jeśli sie takowy objawi i zażąda usunięcia, to oczywiście zdejmę ze strony.  A na razie - dla wszystkich zmęczonych zimą.

Wiosna juz idzie, sarny wychodzą na łąki:

 

 

poniedziałek, 22 lutego 2010

Młody twardo trzyma sie tematu.

Wpadliśmy do supermarketu, bo okazało sie, ze kończy sie jedzenie dla psa. przy okazji chciałam kupić parę rzeczy, które też sie kończyły, ale po które nie chciało mi sie jechać wcześniej, miedzy innymi jajka. Wybrałam sobie na półce właściwe (to znaczy od wolnobiegających kur - wizja tych biednych zwierzaków ściśniętych w klatkach, z poobcinanymi dziobami i pazurami odbiera mi apetyt...), wrócilam do moich chłopaków i widzę, ze Małżyk zatacza sie ze śmiechu.

Po chwili, jak sie nieco uspokoił, podzielił sie przyczyną swej niepohamowanej radości.

Otóż Potomek jedyny (jak dotąd) zobaczył, że wybieram jajka i zapytał:

- To mama teraz bedzie wysiadywać maleństwo?

 

niedziela, 21 lutego 2010

Młody po śniadaniu zniknął nam z oczu.

Szuranie w sypialni sugerowało, ze wlazł do szafy. Czasem tak robił, i natychmiast rozlegał sie okrzyk z prośbą, żebyśmy go szukali. Tym razem okrzyk się nie rozległ. Początkowo nie zauważyliśmy tego niepokojącego faktu. I to był błąd... Dzieci jednak należy pilnowac przede wszystkim na słuch - jak nie słychać, to znaczy, że dzieje sie coś BARDZO podejrzanego.

Zajrzałam w końcu do szafy. Już jak podchodziłam, to mój nos wychwycił skądinąd całkiem sympatyczny zapach - kremu ochronego do pyszczka.  Zajrzałam - widmo w białe plamy. Złapałam za nogę i wywlokłam natychmiast - niestety, moje podejrzenia potwierdziły się. Młody wysmarował sie dokładnie, razem z włosami. A połowa zawartości szafy nadaje sie do prania....

A ja  - z jednej strony zła z drugiej rozbawiona - przypomniałam sobie jedną z rodzinnych opowieści.

Moja mama w wieku chyba tak okołopietruszkowym, do spółki z kuzynką zrobiły podobny numer.  Czasy były trudne, powojenne. Ciotka dostała z jakichś zrzutów pudło białej wazeliny. W tamtych czasach to był skarb, nie do zdobycia normalnymi kanałami. Panienki postanowiły zadbać o urodę. Zabraly pudełko, wlazły pod łóżko i całą zawartość wtarły we włosy. A kuzynka miała długie warkocze.....

Jednak niedaleko pada jabłko od jabłoni

Tata robi potomkowi kanapkę.

- Piotrek, co chcesz na kanapkę? Ogórek kiszony, papryka, ogórek świeży?

- Ogórek kiszony. Papryka jest niestrawna.- Po chwili namysłu - Słodka papryka jest niestrawna.

 

Rany julek!!!!! Dietetyk, czy co?

sobota, 20 lutego 2010

Wybraliśmy się dziś znowu do Muzeum Ewolucji. Tym razem ze znajomymi - mają dwóch facecików trochę młodszych od Pietruszka, więc się puściło całą tę menażerię między dinozaury.

Towarzystwo oczywiście szalało, zachwyceni brykali, usiłowali włazić  tam, gdzie nie wolno, dotknąć ogona wypchanych zwierzaków i w ogóle obłęd w kropki.Czasem zamierałam z przerażenia, widząc, ze kolejny szkielet ( na szczęście to są odlewy, a nie autentyczne) zaczyna się niebezpiecznie kołysać...

Potem poszliśmy sobie do knajpki na gorącą czekoladę - fajne miejsce, z kącikiem dla dzieci, a przede wszystkim BEZ DYMU!!!!! Pogadaliśmy trochę, pozastanawialiśmy, jak by tu wspólnie wyjechać latem w góry i w które  konkretnie (Bieszczady? Beskid Żywiecki?), zaczęliśmy sie umawiać na kolejne śpiewanki (poprzednie kiepsko wyszły, bo mlodzież dawała o sobie znać ;).

Do tego doszły jeszcze atrakcje komunikacyjne. W związku z jakąś modernizacją metra nie chodziło na odcinku nam potrzebnym, więc zostawiliśmy samochód na parkingu przy pętli  i wsiedliśmy w autobus zastępczy. Całe szczęście, że na pętli, bo już na pierwszym przystanku zrobił się dziki ścisk. Piotrka to by po prostu zgnietli, zwłaszcza, że on jednak się kończy sporo poniżej poziomu wzroku. A tak siedzial na kolanach i było dobrze. Wysłuchaliśmy jeszcze pyskówki na temat "weź pan tę rękę, prostaku jeden" (pani wielce elegancka rzucała wyzwiskami jak podpity dorożkarz - z całym szacunkiem dla dorożkarzy). W drodze powrotnej też nam sie udało, bo wsiadaliśmy juz w połowie trasy i bałam się, że będzie koszmarnie ciasno. Okazało sie jednak, ze wbrew rozlicznym zapowiedziom przedstawicieli ZTM autobusy są, były i zapewne pozostaną  zwierzątkami stadnymi - pierwszy zabrał tłumek ledwo domykając drzwi, a w drugim jechaliśmy sobie komfortowo i wygodnie.

Piotrek zapowiedział kategorycznie (ku mojemu zmartwieniu), że on nie pójdzie spać, bo jest już duży i wcale  nie jest zmęczony. Zrobiłam obiad, zjedliśmy i mnie ścięło kompletnie.  Małżyk poprosił, zebym się położyła w salonie - towarzysko. Młody przyniósł mi poduszkę, większy rzucił we mnie kocem (doleciało na miejsce, ale informuję, ze następnym razem poproszę o rzucanie kocykiem elegancko rozłożonym). Po chwili Piotrek sie przytulił, ja sobie jednym okiem oglądałam Vancouver i ... zasnęłiśmy jak susły. Nie na długo, po 45 minutach ktoś zadzwonił do drzwi - sąsiadka z informacją, że kot chce z powrotem do domu. Ja sie obudziłam, wyskoczyłam spod koca, sprawdzić kogo niesie. Po chwili wracam na kanapę - patrzę, Piotrka nie ma. Po uważnym sprawdzeniu znalazłam zgubę - facecik spadł z kanapy i nawet sie nie obudził. Wpakowałam go z powrotem na górę, przytuliłam, jeszcze przyszedł do nas kot... Pełnia szczęścia. Ale uznałam, że nie ma co sie byczyć, jak sie obudziłam, to młodego też trzeba podnieść. Jak pośpi dwie godziny, to będzie walcował do 23, a tego to już nie lubimy.

W związku z tym kończę pisanie i zaczynam tłumaczyc potomkowi zalety wynikające z nocnego wypoczynku.

PS. W Muzeum Ewolucji chyba niedługo dostaniemy Kartę Stałego Klienta. A raczej dostalibyśmy, gdyby istniała... :)

piątek, 19 lutego 2010

Potomek pobił dziś chyba wszystkie dotychczasowe rekordy. ( W pierwszym odruchu chciałam napisać "wszystkie możliwe rekordy", ale uznałam, że to jest kuszenie losu).

Dziób mu sie nie zamyka, a co jeden tekst to lepszy. Nie pamiętam nawet wszystkich, tyle tego było. Ale w rezultacie broda mnie boli. Od obijania o podłogę.

1. Jedziemy wzdłuż torów tramwajowych, młody przypomniał sobie, ze kiedyś tu sie zepsuł tramwaj. Rozmawiamy o tym chwilę, po czym Piotrek westchnął z nostalgią:

- Stare dobre czasy...

2. Po kąpieli tata miał przykleic Pietruszkowi naklejkę na brzuchu, taki tatuaż czy coś. Piotrek wybrał wzorek, rajskiego ptaka. Ale tata zapomniał najpierw zdjąż folię ochronną i niestety naklejka nadaje sie wyłącznie do śmieci.

- Nie szkodzi, tato, wypadki sie zdarzają....

A po chwili, jak Skorupiak Wytrzeszczony opowiadając mi tę rozmowę użył jakoś w kontekście słowa "błąd", synek skrupulatnie poprawił :

- błąd to błąd, a wypadek to wypadek.

3. Po kąpieli zwykle przed czytaniem włazi mi na kolana i jest porcja przytulania. Małżon ułożył sie kawałek za moimi plecami, więc sie położyłam opierając o niego głowę. Po chwili jakoś sie przesunął tak, ze zabrakło mi podpórki, wiec zaprotestowałam:

- A gdzie moja podstawka?

a młody dołozył:

- Bardzo miła podstawka pod mamę. :)

4. Po kolejnym tekście młodego zaczęłam sie przyduszać  - ie mogłam sie zdecydować, czy sie śmieję, czy mnie zatchnęło, czy co, i wyszło takie dziwne charczenie. A mały pouczającym tonem:

- ciszej, bo obudzicie Łukasza!- Łukasz to sasiad mieszkający nad nami, ma rok i ostatnio jak Piotrek sie wydzierał, to jednym z argumentów, żeby sie jednak przymknął było to właśnie....

5. Jedziemy samochodem. Zwykle jak jest jakaś sytuacja na drodze wymagająca więcej uwagi, to prosze Piotrka (i nie tylko), żeby na chwile wyłączyl nadajnik, bo musze sie skoncentrować. Dziś poprosiłam o niegadanie (nie ze względu na manewry, ale trajkotał jak katarynka i zaczynałam mieć dość), a ten ały gad pyta:

- Musisz sie skoncentrować? - kurczę, skomplikowane słowo, a on całkiem sprawnie sobie z nim radzi....

6. Wyciągnął ze skrzynki z pluszakami małpkę. Popatrzył na nią, wysunął w stronę ojca i powiedział:

- Uuk.(przy okazji - kto rozpozna, czyj to tekst?)

Więcej nie pamiętam, ale było jeszcze parę. Zresztą, on jeszcze nie zasnął - wszystko przed nami...

Młody jest zdecydowany. Powiedziałabym, że zdecydowanie zdecydowany.

Łagodne prosby nie dają efektu, więc postanowil mocniej.

Po wczorajszej awanturze o czytanie, jak juz pogodził sie z faktem, ze czytać będzie tata, wybrał sobie książeczkę.

"Franklin czeka na siostrzyczkę".

Franklin czekał na wiosnę, bo wiosną miała mu się urodzić siostrzyczka. W związku z tym zostałam przepytana dziś rano o pory roku a potem młody oznajmił:

- To na wiosnę po zimie (czyli za rok) bedziemy mieć maleństwo!

Muszę przyznać, że po raz kolejny zamiotłam szczęką podłogę. Ja na razie nie wiem nic o tym, kiedy dokładnie maleństwwo sie pojawi, a ten dzieć juz zorientowany!!! Ja wiem, ze kobieta zwykle dowiaduje sie ostatnia, ale chyba nie o tym?????

 

 

czwartek, 18 lutego 2010

Młody ostatnio nas sprawdza.

objawia sie to w ten sposób, że olewa otrzymane polecenie, albo usiłuje wymusić coś  (np. czytanie wieczorne w wykonaniu moim, albo coś innego). I zaczyna wrzeszczeć, z nadziją, ze sie ugniemy.

Ma facet pecha - ta metoda na nas nie działa. Zwykle efekt jest taki, zę dostaje krótki komunikat, że z nami wrzaskiem nic nie załatwi, ale może negocjować, po czym wtykamy nos w książkę. I nie zwracamy uwagi na wrzeszczyka.

Wrzeszczyk wrzeszczy przez parę minut (coraz krócej...), po czym więdnie jak sałata i przychodzi cichutko poprosić  o to, co mial do wyboru, a na co wcześniej nie chciał sie zgodzić.

Dziś wieczorem była kolejna rozgrywka tego typu, ryk by, że ja mam wieczorem czytać, a ja byłam mocno padnięta. Tata zadeklarował, ze on poczyta, ale Piotrek w ryk.

powrzeszczał chwilę, po czym przyczłapał do mnie do kuchni taki mały zielony stwór, mocno zasmarkany, i poprosił cienkim głosikiem

- Proszę, czy tata może mi poczytać?

Ciekawe, kiedy załapie, ze jak zacznie od razu od negocjacji, to się mniej zmęczy i więcej uzyska?

PS. Swoją drogą, w epoce zamierającego czytelnictwa dzieciaków, wrzask "musicie mi czytać na dobranoc"  brzmiał jak muzyka dla moich uszu.  Tylko melodia nie ta, i nieco za głośno....

 

wtorek, 16 lutego 2010

Jak juz pisałam przy różnych okazjach, w skład naszej domowej menażerii wchodzi kot. Nie jest to byle jaki kot,  powiedziałabym, ze to KOT, a nie kot. Wielkie, czarne kocisko, o zdecydowanym charakterze, sporym poczuciu humoru nie zawsze docenianym przez otoczenie (zwłaszcza okoliczne sroki), pieszczoch w domu, na dworze basza, pan i władca całej okolicy.

Lubi sie włóczyć, latem spędza na dworze właściwie cały dzień.  Żeby mu nieco utrudnić łowy (niestety, dobrze mu to idzie...), zaopatrzyłam futrzaka w obrożę z dzwonkiem.

Zimą kocisko wychodzi mniej i na krócej - łapki marzną.

Dziś już widać było, ze od siedzenia w domu kot dostaje kompletnego świra. Ponieważ do pracy wychodzę dopiero za jakiś czas, uznałam, ze zdąży zmarznąć i wrócić do tego czasu. Całkiem słusznie uznałam.

Chwilę temu usłyszałam miauczenie w okolicach kuchennego okna. Faktycznie, na tarasach sąsiadów (czyli na dachu hali garażowej) tkwił zakopany po pas w śniegu kot. Pięknie wyglądał, swoją drogą, ale nie wyglądał na zachwyconego. Jak zobaczył, ze otwieram kuchenne okno, to zaczął mozolnie przekopywać sie w moją stronę.

A ja sie zaczęłam zastanawiać, jak on ma sie dostać do domu. Normalnie wskoczenie na parapet na poziomie niedużo ponad 1 metra (licząc od powierzchni tarasu) nie sprawia mu problemu. Ale teraz wszystko ośnieżone, oblodzone - słowem, slisko, jak cholera, a jak nie trafi, to może zlecieć trzy metry w dół (tarasy są na poziomie ok 2 m, a nasze okno jest akurat nad ich krawędzią).

Postanowiłam wypróbować metodę, która technicznie jest bardzo sensowna i skuteczna, tylko kot jakoś nie miał do niej zaufania - wiele razy juz mu proponowałam. Opuściłam przez okno jego koszyk - taki duży, okrągły, wyściełany sianem. Dotąd kot nie zaryzykował podróży w czymś tak niestabilnie majtającym sie w powietrzu, więc nie miałam wielkiej nadziei, że sie tym razem zdecyduje, ale udało się!!!

Kot po krókim wahaniu wlazł do kosza i mogłam go wciągnąć do kuchni. I mam nadzieję, ze sie przekonał, że ta metoda podróżowania też jest dla kotów.

Przypuszczam, ze elementem wpływajacym na męską (hmmm...) decyzję był fakt, że inaczej musiałby sie przekopać przez ogródek i pójść naokoło budynku, po czym poczekać, aż ktoś go wpuści do klatki schodowej. A tu juz było otwarte okno i kochana pani gotowa pomóc.

W każdym razie winda dla kota została zaakceptowana i mam nadzieję, że bedzie używana - jak leje i parapety są śliskie, to też kotu zdarza sie, ze parury sie obsuną....

PS. NIeco później. Oczywiśnie, nie parury, tylko pazury. Kot nie Gżdacz, żywi sie mięsem, a nie parurą i tiritongą.

Oczywiście, mogłam po prostu poprawić błąd, ale to skojarzenie z jedną z książek mojego dzieciństwwa spowodowało, ze zostawilam, jak jest :)

 

niedziela, 14 lutego 2010

Młody ma fazę na dinozaury. W związku z powyzszym postanowiliśmy go zabrać do Muzeum Ewolucji, niech sobie poogląda, a co.

Weszliśmy, a młody z miejsca wypalił:

- Mama, to są skamieniałości!

Zadzwoniliśmy zębami o podłogę. Skad on to wie?????

sobota, 13 lutego 2010

Pojechaliśmy do moich rodziców.

Młody poprosil o picie, dostał jakiś soczek. Spróbował, skrzywił się.

- Niedobre. Tata, moge się z  tobą podzielić!

Kochane dziecko :)

środa, 10 lutego 2010

Ponieważ Cytrynka prosiła o dodatkowe fotki Kury czyli psa, postanowiłam wykopać z głębin dysku coś jeszcze, tym razem bardziej psopodobnego.

W związku z tym mam nadzieję, ze już nikt nie będzie watpił w psowatość (psiość?) Kury, czyli Gardy.

Oto ona!!!!

 

I następne:

 

A to jest pies wpełnej krasie:

 

I jak? Teraz juz nie wygląda jak struś?

Młody znalazł sobie rozrywke.

Na dworze zimno, place zabaw zasypane, huśtawki nieczynne - ale małpa nie cielę, sobie poradzi.

Młody człowiek dorwał sie do orbitreka. Siada sobie na jednym stopniu ( czy jak tam zwać te płaskie kawałki, na których sie staje), zjeżdża w dół o pół obrotu, leci na drugą stronę, i znowu... I może tak sie bawić długo...

Młodemu sie przypomniało, że były Święta.

Mianowicie zaczął śpiewać kolędy. Konkretnie jedną, "Pójdźmy wszyscy do stajenki". Tylko z braku wprawy jeszcze niektóre słowa mu sie zniekształcają - panie w przedszkolu ( bo podejrzewam, żę to stamtąd pochodzi nagły rzut kolędowy w kilka tygodni po terminie) nie tłumaczył chyba poszczególnych słów i wychodzą fajne kwiatki, takie jak:

"... powitajmy manieniego i Marynię, matkę jego"....

W efekcie jak jemu się zbiera na pienia, to ja sie nieco duszę zze śmiechu.

Wytłumaczyłam mu dzisiaj , co oznacza to jego "manieniego" - na co młody skomentował:

- Ojej, to takie skomplikowane słowo!

 

 

wtorek, 09 lutego 2010

Dużo dziś się działo.

W planach byly testy skórne potomka, więc nie poszliśmy (MY, powiedziała mrówka do słonia...) do przedszkola.

Zamiast tego odwieźliśmy Skorupiaka do pracy i pojechaliśmy do moich rodziców. Powody były dwa:

1. Blisko do przychodni.

2. Karmienie gawronów. Kilkanaście lat temu zapoczątkowałam dokarianie czarnych kur i od tego czasu przez cały sezon zimowy przylatują do stołówki.

Uwielbiam to widowisko i  nie mogę odżałować, ze u siebie nie mam jak tego zrobić - za dużo kotów i brak odpowiedniego miejsca.

Zawsze wygląda to tak samo. Około 9 rano - w okolicy widac pojedyncze gawrony siedzące na drzewie ( o tej porze pomału zaczynają sjuz przesiadywać w parach).  Jest ich niedużo, najwyżej kilka. Jak sie wyjdzie przez balkon z talerzem pełnym sadła w ręku, to zaczyna sie poruszenie. Podlatują bliżej, zwołuja kumpli, którzy sa nieco dalej i mogli nie zauważyć. Rozlega sie wtedy triumfalne kraa, kraa - niesamowite. Nagle w powietrzu robi sie czarno - jak jest dużo śniegu, to i ptaszorów jest dużo, parę razy jak liczyłam, to przekraczało setkę.  Po jakichś dwóch minutach do wyżerki przyłączają sie mewy. W tłumie plącze sie czasem jakaś sroka, wrona, czy kawka. Wszystko trwa krótką chwilę - po kilku minutach po sadle i gawronach nie ma śladu. Znowu jest spokój i cisza - tylko śnieg trochę bardziej zdeptany...

Brakuje mi tego widoku i za każdym razem, jak mam możliwość, to zaglądam rano do rodziców.  Nie dość, że takie wyrzucanie sadła to naprawdę świetny widok - teraz, po latach, ptaszyska sie już oswoiły, na początku trzeba było długo czekać, aż podlecą, dopiero, jak wchodziłam do mieszkania odważały sie sfrunąć z drzewa. Teraz zanim rzuc już krążą i czekają....

Poza tym jest to dla mnie kuracja odmładzająca - znów sie czuję nastolatką, jak wtedy, kiedy zaczynałam mój romans z gawronami...

Po gawronach pojechaliśmy do pani doktór. Tam okazało się, ze testów nie będzie, bo młody ma infekcję jeszcze nie ubitą i jest na lekach, które to wykluczają.

Po wizycie zgodnie z zapowiedzią zgarnęliśmy moją mame i pojechalismy do Zoo. Młody w amoku, wpadał do pawilonów, biegiem oblatywał i pedzil dalej. Z jednej strony wzruszające są jego reakcje - bo widać, że mu sie podobało, mimo, ze w takim pędzie, a z drugiej, czasem chciałabym sobie popatrzeć dłużej, a musze gonić uciekiniera. Cóż, taki los matki trzylatka.

A na dokładkę, jak wpakowaliśmy sie do samochodu, to zwały śniegu na parkingu okazały sie na tyle nieprzyjemne, ze nie dało sie wyjechać. Próbowałam  sie wykopać - przewidująco wożę łopatę w bagażniku - ale to też nic nie dało. W końcu jakiś facet nam pomógł i wypchnął kaczkowóz z dołka.

W dordze powrotnej młody zaczął przysypiać, ale wredna matka nie powoliła udać sie w objęcia Morfeusza (Morfi, to nie o tobie ;) , z nadzieją, ze wróci do domu i padnie. Gdzie tam, padała na nos matka, a potomek wcale. Mówi sie trudno, w końcu nie może spać w ciągu dnia do matury, i tak już długo to trwa. Kiedyś musi sie skończyć ten miły okres.

W związku z tym w ramach różych rozrywek Pietruch ograł mnie w memo, potem ułożyliśmy razem puzzla, potem znowu wpędzil mnie w doła i komopleksy zasuwając jak stsary wyjadacz na orbitreku - to jest jedna z jego ulubionych rozrywek....

Teraz wreszcie leży w łóżku, tata mu czyta, a młody skrzeczy żebym ja przyszła.  Konkretnie domaga się suszarki do włosów - faktycznie, ma nieco wilgotne kłaczki.  Tata twierdzi, ze może tak zostać, ale pomnawłasnycjh doświadczeń w tym zakresie i jego niedawnej infekcji - nie chce ryzykować.  Poszłam, wysuszyłam piórka  i wyszłam. O tej porze małe zwierzatka mają spać, do cholery jasnej!!!!!!

 

niedziela, 07 lutego 2010

Miało byc o strasznej Renasze (chyba tak się to odmienia), ale to za chwilę.

Na razie mam ochote przyrżnąć potomkowi w tyłek.

Oczywiście chodzi o kladzenie się spać. Wykąpany, pojedzony, opiżamkowany. Kolanka mamy zaliczone ( wieczorna procedura jest niepełna, jeśli sie nie posiedzi u mamy na kolanach), czytanie takoż. A gadzina wyłazi i wrzeszczy co chwila i już mnie cholera trafia. Do tego dziś mógł posiedzieć trochę dłużej, bo był szwagier h.c., ale teraz juz najwyższa pora, zeby mały pluskwiak spał słodko niczym suseł. A nie śpi.

No.

A Renacha to jest coś, czego moje dziecko się boi. Trudno mi powiedzieć coś więcej, poza tym, że siedzi u niego w łóżeczku i straszy, a czasem idzie sie bawić z naszym zaprzyjaźnionym potworem. Generalnie niesympatyczne i groźne.

Jak sie czegoś więcej o niej dowiem, to napiszę.

Zachwyca mnie fantazja maluchów. Potwór jest w kropki, zielone, czerwone, brązowe i czarne. Nie potrzeba żadnych zabawek, żeby sie z nim świetnie bawić, czasem jeszcze Piotrek dokooptuje do zespołu Olę i Marysię - również wymysł jego wyobraźni, i wtedy zabawa idzie na całego :)

Mam tylko nadzieję, ze nie uprze sie, żeby ewentualna sieostrzyczka, której sie tak domaga, miała na imię Aleksandra lub Maria.

Marii w rodzinie już wystarczy, a Aleksandra tez mi niespecjalnie z różnych względów.

Dobranoc, bo padam na pysk i palce mi się plączą ze zmęczenia na klawiaturze.

sobota, 06 lutego 2010

Piotrek ostatnio ma bardzo sprecyzowane poglądy i wie dobrze, czego chce.

Przedstawia nam to przynajmniej raz dziennie, z coraz wiekszym naciskiem.

Jest bardzo zdecydowany, zdaje sobie sprawę z utrudnień związanych z realizacją jego zamówienia, kłopotów wynikających z tegoż i tak dalej.

Jest stanowczy, nic nie jest w stanie zmienić jego zdania.

Zamówienie brzmi:

- Mamo, tato, ja chcę mieć siostrę i brata!

 

Chyba trzeba sie wziąć do roboty.....

 

piątek, 05 lutego 2010

Wieczorne korowody.

Piotrek awanturowal się na potęgę - najpierw  był zajęty zabawą i nie miał czasu na kolację, jak usłyszał, ze nie musi jeść, jego prawo, ale następny posiłek rano - nagle zgłodniał. Po krótkiej dyskusji stanęło na tym, ze idzie do łazienki. Tam znowu wrzask - on chce mamę, tata jest brzydki. A mamę głowa boli i kąpiel potomka zajmuje chlubnie wysokie miejsce na liście rzeczy, na które mama absolutnie nie ma ochoty.

Potomek drze paszczę, sięga po gruby kaliber :

- mama, ratunku!!!!!!

W końcu zorientował sie, że tata całkiem spokojnie przetrzyma jego wrzaski i nic sie nie da ugrać.

Tata po prostu zamknąl drzwi łazienki na klucz i sięgnął po jakąś książkę, która akurat się tam pętała (zawsze jakaś jest w łazience, w końcu podczas posiedzenia można wykorzystać czas, no nie?). Jak Pietruch się zorientował, ze ojciec nie zwraca na niego uwagi, to skruszał niczym zajączek za oknem, wlazł na kolana, przeprosił i sam poprosił o pomoc w umyciu.

Tata w końcu umył potomka, przyniósł małego gada zawinietego w ręcznik. Po ubraniu w piżamkę czas na poważną rozmowę na temat dzisiejszego wydzierania sie, machania łapkami i innych takich. Dotarło, co miało, ale za chwile zaczyna sie kołomyjka z czytaniem. Chodzi o to, że Piotrek chce, żebym ja czytała, a ja niekoniecznie mam energię - czytać będzie tata.

Znowu dyskusja - jak chcesz, żeby ci czytać, to proszę bardzo, tata poczyta, jak nie, to nie ma czytania. Ok, tata dostał pozwolenie.

Tata czyta, młody pogaduje sobie - i nagle nas zatkało. Młody postanowił skomplementować ojca.

- Tato, ty jesteś bardzo zdolny. Masz dużo talentów.

Ratunku, skąd tak rozwinięte słownictwo u trzylatka? Ostatnio stale wyjeżdża z jakimiś takimi poważnie brzmiącymi kawałkami, a my skręcamy się ze śmiechu. Jak dzisiaj szliśmy do przedszkola, to mnie zastrzelil tekstem:

- Piękny mamy dziś ranek, prawda? taki mroźny i słoneczny.

Jednym z jego ulubionych tekstów jest : "Nie ma takiej opcji". Normalnie komedia, jak staje  z gniewną  miną, podpiera się pod boki i rzuca takimi kwiatkami.

 

 

poniedziałek, 01 lutego 2010

Rozmawiam z Piotrkiem, trochę sie bawimy. Skakał przez hula-hop (po serii brzuszków).

- Piotrek, czy wiesz, jakie zwierzątka lubią skakać?

- Nie wiem, sprawdzimy w komputerze!

Google twoim bogiem jest!

Wrócilam z pracy. Piotrek chory, wiec nie poszedł do przedszkola. Siedział z moją mamą i tęsknił za mną.

Jak wróciłam, to zajęliśmy sie sobą - najpierw ograł mnie w memo (przegranie wymagało sporego wysiłku, ale sie udało ;). Potem Piotrek postanoeił sie poruszać. Wyciągnął zza kanapy moja matę do ćwiczeń i zarządzil brzuszki.  Miało być na zmianę, trochę on, trochę ja.  Zaczął Piotrek, po kilku zarządził wymianę:

- mama, teraz twoja kolej!

Padłam grzecznie na matę, zaczęłam machać brzuszki, Piotrek liczył. Troche dziwnie mu szło, sześć, osiem, dwanaście, wspólnie doliczyliśmy (prawidłowo) do dwunastu i młody stwierdził, zę ma za mało paluszków, wiec teraz znowu on.

Właścwie to było bardzo fajne - dla mnie największy problemem jest jak zacząć - jak juz wystartuję, to dalej jedzie.

Oby tak dalej, może w ten sposób, przy pomocy dziecka, wreszcie schudnę :)