O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

sobota, 28 lutego 2009

Wróciliśmy do żłobka. Pani dr stwierdziła, że już można - ku naszej ogromnej uldze. Ja po prostu wymiękam, on teraz ma fazę na nie i do tego do wszystkiego potrzebna jaest mamusia. Tatuś nie może zaprowadzić do łazienki, umyć, dać kolacji, pokazać zwierzaków w internecie... kurczę, ja już dostaję cholery. Dziś robiłam coś ważnego, a ten wrzeszczy, że siusiu. Mąż chce go zaprowadzić - nie, mamusia!!!!!!!.

 Teraz mały potwór na szczeście śpi, Małż poleciał do klientów - na szczęście blisko i tylko na około godzinę. A ja nie mam siły, żeby się zabrać za uzupełnianie kart pacjentów, obiad, sprzątanie, wieszanie prania, rozładowanie zakupów z bazarku..... Po prostu padłam jak pies Pluto. 

Do tego szefowe małża rozliczają się z nim w odcinkach - dostał na razie pensję za styczeń i ogryzeczek prowizji z jednej transakcji, pensja za luty i reszta prowizji - w bliżej niesprecyzowanej przyszłości......

Za to ostatnio Małż wyprostował nieco naszą przychodnię lekarską. Może trochę za głośno to zrobił, ale za to skutecznie. Przychodnia, a ściśle biorąc rejestracje (i dorosła i dziecinna) od lat na różnych forach są określane jako skansen PRL-u. Reszta określeń nie nadaje sie do powtórzenia. Przy kolejnym staniu po numerek i patrzeniu jak panie sie snują i omawiają sprawy prywatne, zamiast obsługiwać kolejkę opieprzył, zażądał procedur wydawania numerków ( bo panie twierdziły, że nie ma możliwości zamówienia numerka na następny dzień, można sobie przyjść o 6 rano i zamówić). Jak potrząsnął tym bałaganem, to się okazało, że w procedurach jest przewidziane wydawanie numerków telefonicznie na następny dzień.  Tylko procedury powstały, żeby dostać certyfikat ISO ileś tam, a potem wylądowały w szufladzie...   Dzięki temu teraz mogliśmy zadzwonić, poprosić o numerek na jutro, bez wstawania o świcie, co było o tyle cenne, zę oboje jesteśmy chorzy, ale nie ma możliwości, żęby paść na dwa tygodnie nazwolnienie, jak mi to zasugerowała bardzo miła pani dr. Se na da, i tyle. Więc chodzę, charcząc, katar mi minął, a niestety po infekcji ja zawsze kaszlę długo - ten typ tak ma....

 

niedziela, 22 lutego 2009

Potomek postanowił być samodzielny, odważny  i niezależny. Przejawiło się to znienacka, wczoraj wieczorem, jak poinformował, że on chce spać w salonie. Proszę bardzo, czxemu nie. Przygotowaliśmy mu łóżko, pościel, Mimi i Małpisia - ukochane przytulanki. Młody człowiek zaordynował jeszczze jako towarzystwo do łóżka ciężarówkę, koparkę, plecak misia pandę i dwie książeczki. BYł niezmiernie podekscytowany, coi chwila wstawał, a to jeszcze siusiu, pić, pogłaskać kotka, wyjrzeć za okno..... ale w końcu zasnął. My cichutko pozbieraliśmy zęby z podłogi - do tej pory bał się sam spać, i z radością się położyliśmy - sypialni tylko dla siebie nie mieliśmy od dwóch lat i czterech miesięcy.... Ale radość nie trwała długo, około pierwszej w nocy (chyba, ciemno było i własnego zegarka nie widziałąm, a budzik stoi za daleko, zębym bez okularów była w stanie stwierdzić, co na nim widać) Piotrek przytuptał i się wpakował do nas. I oczywiście ułożył w poprzek, bo przecież tak najwygodniej.

Ale nic to, pierwsze koty za płoty. Trzeba przygotować mu pokój, co wymaga wywalenia miliona gratów, pomalowania i kupienia paru mebli, więc w weekend sie tego nie zrobi, zwłaszcza, że my znowu chorzy. 

ZNalazłam sobie na forum Małe dziecko wątek o psotach naszych milusińskich i przypomniało mi sie, jak Piotrek puszczał pranie. Zwykle jak ja to robiłam, to mi pomagał - razem nieśliśmy miskę z ubraniami, otwierał drzwi, włączał pralkę.... Jakoś latem - czyli jak miał trochę ponad półtora roku, postanowił puścić pranie sam. Wsad się znalazł - koło pralki mieszkają ścierki do podłogi, więc je wszystkie pracowicie wrzucił. Z proszkiem gorzej, stoi poza zasięgiem, ale Piotrek nie cielę, sobie poradzi. Obok stoi kocia kuweta - wziął miarkę, któej zawsze używam i pełną kociego żwirku umieścił w bębnie pralki.... Na szczęście mamy znajomego fachowca, więc dzięki jego telefonicznym radom pralka przetrwałą. A ja przełożyłam klamkę do toalety - na sztorc - tego mały przez jakiś czas nie otwierał.... Teraz przynosi sobie stołek.

 

Za to sie pochwalę Obmierzyłam się dziś, wlazłam na wagę i stwierdziłam zadowalający spadek zarówno kilogramowy jak i centymetrowy. Dziś było ...5,9, wynik dawno nie widziany. Pierwsza cyfra nadal tajna. Jak się zmieni, to może się przyznam. A może i nie.

 

czwartek, 19 lutego 2009

Na początku się pochwalę, a co. Otóż NIE ZJADŁAM DZIŚ ANI JEDNEGO PĄCZKA. Nie wynika z tego od razu, że  ja taka dzielna jestem. Przeszkód było sporo - klapa finansowa, chora jestem i wyjście z domu po cokolwiek przekracza moje możliwości, pączki zawsze wyglądają i pachną lepiej niż smakują, odchudzam się..... Każdy z tych powodów pojedynczo pewnie byłby za słaby, suma dała taki efekt, jaki dała. I dobrze, jak to powiedziała jedna z koleżanek z zaprzyjaźnionego forum - minuta w ustach, rok w biodrach.

Swoją drogą przypomniała mi się historyjka z czasów dawnych, pewnie sprzed dwudziestu lat. Był Tłusty Czwartek,ja byłam chora - jakoś solidniej chyba, bo leżąłam w łóżku Mama przyniosła mi pączka, żebym niebyła poszkodowana przez nieobecność w kuchni. Zdążyłam raz go ugryźć i wypadł mi z ręki - niepamiętam, ktoś mnie potrącił, czy sama o coś zahaczyłam... Nieważne, tak czy inaczej pączek znalazł się na podłodze. Bromba  - nasza terieropodobna psica - natychmiast wbiła w niego zęby, a jak rzuciłam się odzyskiwać mienie, to zastawiła się zadem, chowając głowę z pączkiem we wnęce pod łóżkiem. A potem się zakleiła i nie mogłą rozewrzeć szczęk. W sumie zabawy mieliśmy mnóstwo, więcej, niż z jednego idącego w sadło pączka :)

Wizytę duszpasterską mamy z głowy. Zaszczycił nas sam proboszcz (ja go nie poznałam, nie bywam w parafii)  i chyba nie był zachwycony, jakna pytanie, czy mamy jakieś uwagi, pytania czy coś do funkcjonowania parafii, usłyszał, ze my tam nie bywamy, tylko po sąsiedzku u konkurencji... Nie miałam odwagi mu powiedzieć, zę kazania mają przegadane, kościół odpacykowali, że wygląda jak sen szalonego cukiernika, więc tylko usłyszał, zę nam się organista nie podoba. Też jest to prawda, tyle, że niecała....

 

wtorek, 17 lutego 2009

... chodzenie do żłobka. Wczoraj ciocie doniosły, zę młody miał 37,6, kaszle jak gruźlik, oczka łzawią i ogólnie trochę nieszczęśliwy. Ale nie mam co narzekać, chodził bite trzy tygodnie i jeden dzień. Jak na niego to rekord świata, do tej pory kapał odcinkami po 4 dni.

W związku z powyższym zadecydowaliśy, zę dziś zostanie w domu, ja pojadę tylko na superwizję, a nie na całe zajęcia i tak to jakoś opędzlujemy. CO będzie jutro, to sie zobaczy. 

 POstranowiłam zmienić wygląd - tamten poprzedni był fajny, ale już zanadto melancholijny i jesienny, a tu przecież wiosna do nas idzie. Co prawda powoli, halsując, i w ogóle, ale jednak się zbliża. Stąd bardziej wiosenny wygląd i piękna orchidea  - lubię te kwaituy, a w ogólnej burości wsyzstkiego potrzebuję czegoś jasnego i promiennego.

niedziela, 15 lutego 2009

Walentynki za nami - i dobrze. NIe lubię tego komercyjnego i plastikowego święta. Uważam, zę okazywanie sobie uczuć i miłe gesty nie powinny być ograniczone do jednego dnia w roku, a jeśli trzeba o tym komuś przypominać rekalmą telewizyjną, to zastanawiam się nad rzeczywistą temperaturą jego uczuć....

Jeden raz walentynki były dla nas świętem szczególnym - i do tej pory wspominanym zsentymentem. ALe to był zbieg okoliczności, zę akurat wtredy przypadkiem był 14 lutego. Każdego innego dnia takie wydarzenie też byłoby równie ważne. Trzy lata temu w walentynki o świcie (przynajmniej z punktu widzenia małżą) powiedziałam mu, zę będziemy mieli dziecko.  Zorientowałam się poprzedniego dnia,m i uznałąm, że zazekam te parę godzin z informacją, skoro już tak się zbiegły terminy. Teraz Piotrek siedzi obok i się bawi, a małżonek wczoraj zapytał (z nadzieją w głosie?) czy przypadkiem nie kupić mi testu ciążowego - ma nadzieję na powtórk? Prawdę mówiąc, ja też, ale raczej za rok. MOże się uda też tak ładnie z datami?

Za to wczoraj w ramach rozrywek towarzyskich poszliśmy na kolację do znajomych - żałuję, zę nie wzięłąm aparatu fotograficznego. Piotrek łaził po J., rzucał do niego piłką, Pełnia szczęścia. Co prawda kolacja walentynkowa w towarzystwie teściowej honoris causa nie jest typowym rozwiązaniem, ale jako sie rzekło we wstępie, walentynki jako takie czniam i tniutniam. Termin taki dlatego, zę akurat przyjechał na dwa dni do Polski jej syn A teściowa h.c. jest pomysłem znakomitym - oboje bardzo ją lubimy, mogliśmy sobie sami wybrać... Super rozwiązanie, polecam wszystkim.

W przyszłym tygodniu mamy wizytację z parafii. Kolęda, znaczy się. Mój entuzjazm jest ograniczony. W naszej parafii - chodziłam gdzie indziej. bywam rzadko - ja jestem typem buntowniczym, więc często robiłam tak, zę parafia oficjalna sovbie, a ja sobie nie lubię, jak mi sie coś narzuca, Równocześnie lubię dyskutować. I czaję się na to spotkanie. Zresztą, zależy, jaki ksiądz przyjdzie. Dwa lata temu przyszedł bardzo fajny - akurat byłam sama w domu, małż jeszcze nie wrócił z pracy, a ja miałam na ręku (i przy cycu) miesięcznego Piotrka. NIe speszył się na ten widok, tylko spokojnie stwuierdził, żę mam zajęte ręce, a Piotrek mnie bardziej potrzebuje, więc darujemy sobie modlitwę, bo w końcu to nie formułka jest najważniejsza, tylko myśl. I pogadaliśmy sobie bardzo fajnie. Za to rok temu był jakiś drętwus. Pouczył nas sztywno, zę powinniśmy zainteresować się własną parafią - nie podobało mu sie, zę chodzimy (jeśli w ogóle) do sąsiedniej, zapytał okasę - nie daję z zasady podczas kolędy, a w ogóle jak ktoś  się nachalnie domaga, to ja się wkurzam. Zresztą, wtedy było bardzo cienko ( i nadal jest), ja robię staże niezbędne do rozpoczęcia pracy, ale za staż to mi nikt nie płaci i nie zamierzam finansować parafii, w któej nie bywam, gdzie kościół mi sie nie podoba - kiedyś był piękny, z surowej cegły, ale opacykowali, ozdobili i wygląda teraz jak bomba w torcie Kazania też mi sie nie podobają - długie i przegadane A u sąsiadów - dookładnie odwrotnie, na dokładkę mają świetną organistkę. Zobaczymy, jak to będzie. Najbliższą wizytę w kościele parafialnym planuję w maju na ślubie kuzynki. Raczej nie wcześniej...

 

No, to sobie pogadałam. Małż spał, nie było do kogo dzioba otworzyć - niech żyje blog!!!!!

 

 

niedziela, 08 lutego 2009

Doszłam do wniosku, zę uprzejmie by było wyjaśnić, czemu blog ma tytuł zastępczy Bo nie jest to tylko i wyłącznie kwestia mojego lenistwa intelektualnego (aczkolwiek oczywiście tego się nie będę wypierać, bo ci co mnie znają i tak nie uwierzą). Historia tematów i tytułów zastępczych jest jednak nieco bardziej skomplikowana.

 

Wiąże się to z moją przyjaciółką  - A. ,jeszcze z czasów podstawówki. Otóż owa przyjaciółka też lubiła zastępować różne rzeczy. Kiedyś  (chyba w ósmej klasie) jak jechaliśmy na obóz w Gorce, zabrałą konserwę w opakowaniu zastępczym. To jeszcze były czasy, kiedy jedzenie na dwa tygodnie brało się ze sobą, dokupując po wsiach tylko chleb i jakąś zieleninę - nie to co dziś. Wracając do owej konserwy. Opakowanie zastępcze głosiło, iż w środku jest  mielonka z dżdżownicy - oraz informacja, zę jest to opakowanie zastępcze, data przydatności do spożycia i inne takie. Jak ta puszka posżła do kotła, to jedna z koleżanek, taka bardziej ę ą i obrzydliwa nie jadła obiadu... A przyjaciółka, która etykietę zastępczą pacowicie drukowała  w domu na drukarce igłowej, zwijała się ze śmiechu. Ja też. Na usprawiedliwienie koleżanki można powiedzieć, że nie były to czasy, kiedy każdy miał w domu komputer, a drukarkę to już w ogóle ho ho ho... 

Kolejny numer A. związany również z zastępstwami miał miejsce w liceum. Polonistka zadała nam w charakterze pracy domowej napisanie felietonu. Temat dowolny, wymyślcie sami. No to A. napisała felieton na Temat zastępczy...  Mnóstwo tam było cudności różnych, najbardziej mi utkwił w pamięci fragment o neologizmach, kalkowaniu słów z innych języków i używaniu spolszczonych terminów branżowych, zwłaszcza informatycznych. Pytanie, jaki może być sensowny zamiennik słowa interfejs  - bo będące dokładnym tłumaczeniem międzymordzie jakoś nie bardzo pasowało.. A wszystko dlatego, zę polonistka miała kota na punkcie poprawnej polszczyzny i obie z A miałyśmy świetną rozrywkę z udowadniania jej, że są sytuacje, kiedy po prostu się tak nie da. Inna sprawa, ze tak poza tym, to obie zawsze bardzo zwracałyśmy uwagę na poprawność i elegancję języka. A. dziś jest tłumaczem...

 Tak a propos spolszczania terminów. Analogiczna sprawa, tylko terminologia żeglarska. Jest takie coś, jak saling. Dla nieżeglarzy wyjaśnię, że jest to kawał patyka prostopadły do masztu, dość wysoko, służy do rozpierania want (stalówek biegnących od szczytu masztu do burt). W dawnych czasach generał Zaruski  - jeden z ojców polskiego żeglarstwa - postanowił spolszczyć teminologię, jako że faktycznie w tej dziedzinie ogromna większość nazw pochodzi z angielskiego, niemieckiego lub holenderskiego. Saling dostał nową nazwę - rozpier, zgodnie ze swoją funkcją. A na większych jednostkach bywa czasem saling górny i saling dolny...  I tak zostaliśmy przy pierwotnej terminologii :).

Swoją drogą, muszę pokopać w papierach, bo ten felieton A. to ja gdzieś mam - poczytam sobie, pośmieję się i powspominam stare czasy... JAkie my wtedy mądre i błyskotliwe byłyśmy, niektóre moje wypracowania naprawdę były inteligentnie napisane. Szkoda, że mi to z wiekiem minęło...

czwartek, 05 lutego 2009

Mam staż. Grupa terapeutyczna.

Wczoraj - zajęcia z psychorysunku. Omawiamy jedną z prac, postać mężczyzny. I komentarz pacjenta: Początkowo chciałem narysować, pana, panie Adamie (to do prowadzącego terapeuty), ale potem sobie przypomniałem, że to miała być postać mężczyzny.

 

W ogóle jest wesoło, bo terapeuci służą między innymi jako obiekty, na których można ćwiczyć wyrażanie złości, więc takie kwiatki się powtarzają częściej...

 

A poza tym, to znowu jestem chora i w związku z tym korzystam z ciszy i spokoju w domu i idę spać Na jutrzejsze kolokwium nauczę się później - albo i nie. Dobranoc.

poniedziałek, 02 lutego 2009

Małż wyszedł wieczorem na spacer z psem. Rzecz zwyczajna, wychodzą co wieczór, chyba, ze akurat ja wyjdę. Wtedy nie wyszłam.

Zwykle łażą długo.

Wrócili po 10 minutach. Małż targa w objęciach jakąś torbę i jeszcze karton. I wyraźnie jest zły. No to zapytałam, o co się tak wkurzył.

Okazało się, że ktoś widocznie robił porządki w bibliotece domowej i całą masę książek uznał za zbędną. Jego prawo. Ale już niekoniecznie musiał je pirzgnąć  w śmietniku na błotnistą podłogę, można to było jakoś spakować. Ale się nie chciało. Może nie pasowały do mebli, a była to jedyna ich funkcja w tamtym domu? Nie wiem, historia milczy na ten temat.

W każdym razie małż zanurkował w śmietniku i w efekcie tegoż przybyło nam parę dobrych pozycji na półce:

 

Krystyna córka Lavransa - Sigrid Unsted, którą bardzo lubię, 

 Targowisko próżności  - W. Thackeray

Buddenbrokowie - T. Mann

Piotr I - A. Tołstoj

Kartka miłości - E. Zola

Opium w rosole - M. Musierowicz - mój egzemplarz był już dokumentnie zaczytany

Dolina bez wyjścia - Thomas Maine Reid, 

pogromca zwierząt - J. F. Cooper

 i jeszcze Colette, Iłłakowiczówna i jeszcze trochę innych. Oczywiście było tam trochę badziewia, któe wróci pod śmietnik, ale porządnie, w torbie - jak się znajdzie jakiś wielbiciel Putramenta, to nie będzie musiał go wyciągać z błota.

 

 Za to ostatni tydzień upłynął nam pod hasłem pogrzebów - najpierw zmarł Wuj  - w USA, więc tutaj była msza za jego Duszę, równocześnie z pogrzebem w Waszyngtonie.

Parę dni później zmarła Ciocia  - pogrzeb tego samego dnia, co msza za Wuja, tylko parę godzin wcześniej.

To było w piątek, a dziś był jeszcze pogrzeb Cioci małża - tyle, że w Łodzi - czyli potomka o świcie do żłobka, w samochód, dojechaliśmy na styk, potem spotkanie rodzinne - prawie zupełnie sympatyczne (mili ludzie, z jednym wyjątkiem....) i z powrotem w samochód. A ja nienawidzę prowadzić po zmierzchu....

 

Do tego młodociany wpakował sie nam do łóżka o 2.30 , i od tej pory nie udało mi sie już zasnąć, bo miałam kompletnie zapchany nos i zawalone gardło.

 

W związku z tym informuję miłych czytaczy (o ile ktoś tu w ogóle zagląda), że padam na dziób i idę spać. Dobranoc.