O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
Archiwum
O autorze

  Statystyki
stat4u

środa, 31 stycznia 2018

Miałam już sobie dać spokój z tematem wyprawy Tomka Mackiewicza i Elisabeth Revol, bo ile można, ale dołożę jeszcze jeden drobiazg. Znalezione w sieci, komentarz do wpisu na blogu teklak.pl.

Dokładnie to, co pisałam i mówiłam od początku, tylko tym razem autorstwa kogoś, kto to przeżył - syna himalaisty, który zginął.

Wklejam jak jest, bez cenzury, mimo, że normalnie bym wywaliła wszystkie wulgaryzmy. Tym razem zostawiam je z pełną świadomością, pokazują, jak wiele trudnych emocji buzuje nawet po latach.

 

Prawdomowny, 28 stycznia 2018, 22:42
"Zbiórka zbiórką, Kasa kasą – chuj mi do tego kto, ile i na co daje. Napiszę z innej perspektywy. Jestem synem człowieka, który na niejeden ośmiotysięcznik wchodził – na jeden wszedł i zginął. Chodziłem wtedy do podstawówki. I nie będę pisał o żadnym bohaterstwie mojego ojca. Wystarczająco nasłuchałem się tych wszystkich bredni na ulicy, w szkole, od urzędników, którzy widzieli moje nazwisko i z odmętów pamięci przypomnieli sobie o moim ojcu – chcąc mi sypnąć komplementem – słyszałem tysiące razy jakim to był wielkim bohaterem i jaką potężną miał odwagę. Chuja miał – nie odwagę. Chujem był a nie bohaterem. BOHATEREM była moja matka! Dopóki nas nie było na świecie razem wspinali się tu tu to tam. Obietnica była jedna – przychodzi dziecko na świat – odstępujemy od tego sportu w wymiarze ekstremalnym. I przychodzę na świat. Jest siermiężny PRL. Po co bawić się w kartki i kolejki, po co użerać się z bachorami, na chuj z tym wszystkim. I spierdolił. Mój ojciec był tchórzem ponad tchórze. Zostawił nas z tym wszystkim. Zostawił nas z traumą o której nawet głośno nie można powiedzieć – bo przecież był bohaterem! W imię czego bohaterem? W imię własnych ambicji które były ważniejsze niż dzieci? Na co szedł hajs? Na książki, zeszyty, ubrania, jedzenie? Zwykle pierdolenie – chodziłem w szmatach do szkoły, żarłem mortadele na która matka ledwo zarobiła biegając od jednej roboty do drugiej, z drugiej o trzeciej (i byłem szczęśliwy dzięki miłości matki). A on kartki sprzedawał by mieć na sprzęt. W dupie miał wszystko. Po co to piszę? Mackiewicz zostawił dzieci. Będą żyły z tym samym piętnem z którym ja i moje rodzeństwo borykaliśmy się tyle lat. I niech to będzie komentarz do jego bohaterstwa. Kocham góry ponad wszystko – ale kocham je mądrze i ta miłość to miłość przekazana dzięki matce. Wspinam się, ale nigdy nie narażę swojego życia w imię czczego bohaterstwa, w zapomnieniu dla rodziny i wartości, które powinny być nadrzędne dla każdego rozsądnego człowieka. Wychować dziecko – to jest bohaterstwo, odpowiedzialność to jest bohaterstwo – a nie wpierdolenie się na 7 tysięcy bez tlenu. Samobójstwo w imię dwóch zdań na wikipedii i jakiejś płaskorzeźby w bliżej nieokreślonej lokalizacji, w imię szyby wkutej w bloku mieszkalnym, w imię nazwy szkoły, której młodzież ma w dupie kim był patron, w imię jakiejś nazwy ulicy i bestialsko pojebanej gloryfikacji. I teraz walka z mitem – po co wchodzą na ośmiotysięczniki? Po co akurat tam? Dla pokonania własnych słabości, walki z ograniczeniami? Ściema kurwa. Ja Wam powiem po co mój ojciec to robił. By zaistnieć, by zapisać się na „kartach historii”, z nonszalancji, chujowo rozumianego splendoru, bo zwyczajnie w innych dziedzinach był zerem. Palił, pił – sportowiec. Przecież można wchodzić na o wiele mniejsze góry – nadal niebezpieczne – ale? No własnie nikt się takim wejściem nie interesuje. Na Mont Blanc wchodzą tabuny Januszów jak po browara w Biedronce. I tam „chwały” nie będzie. No chyba ze wszedłby boso. Mocarz bez tlenu wchodzi na Nanga Parbat i zostawia dzieci – i ja a takie bohaterstwo podziękuję."

Źródło - komentarz do artykułu: "
Dlaczego nie byli ubezpieczeni" na teklak.pl



poniedziałek, 29 stycznia 2018

W mediach przetacza się fala tekstów o akcji ratunkowej pod Nanga Parbat. Dwójka himalaistów chciała zdobyć szczyt (podobno nawet im się to udało, jakby to miało w obecnej sytuacji jakiekolwiek znaczenie), ale zaczęły się problemy i w rezultacie ratunku, niech nam ktoś pomoże. I wrzask o tych wstrętnych Pakistańczykach, którzy ośmielili się żądać najpierw gwarancji finansowych zanim poderwali do akcji helikoptery.

A ja się tak zastanawiam.

To była samodzielna decyzja dwojga dorosłych ludzi. Którzy do tego doskonale znali warunki panujące tam, gdzie się wybrali – nie była to ich pierwsza próba. Wiedzieli, jakie jest ryzyko, koszty, możliwości. I zamiast się do tego odpowiednio przygotować – poszli sobie tak po prostu.

Ja rozumiem, że koszty wypraw  tego typu są ogromne. I zakontraktowanie na miejscu helikoptera, który  by był gotów do startu w razie problemów, do tego z odpowiednio przeszkoloną załogą gotową pójść w ścianę i zbierać delikwentów od razu podniosłoby te koszty wielokrotnie, ale cóż, podobno życie ludzkie jest najważniejsze, to chyba nie ma co oszczędzać?

Oczywiście, znacznie łatwiej jest przerzucić te koszty na kogo innego – na przykład na społeczeństwo, niech szuka na tempo sposobów, pieniędzy itp. Na innych wspinaczy, którzy akurat przypadkiem byli „niedaleko” i pognali na pomoc ryzykując własnym życiem.

Równocześnie pojawiają się opowieści o przekraczaniu siebie, o tym  jak   Tomasz Mackiewicz kochał tę górę… A ja się zastanawiam, czy tak samo mocno jak górę, kochał swoje dzieci, których miał trójkę. I jak się będą te dzieci czuć, wiedząc, że dla tatusia ważniejsza niż one była jakaś góra. Jakie będzie życie tych dzieciaków – z których najstarsze ma  9 lat – bez ojca, za to ze świadomością, że nie były wystarczająco kochane, by dla nich zadbał o własne bezpieczeństwo.

Tomek Mackiewicz sam mówił, że był wcześniej uzależniony od heroiny, ale udało mu się wyrwać z uzależnienia.

Nieprawda, on się z żadnego uzależnienia nie uwolnił. Zamienił tylko jedną śmiertelnie niebezpieczną używkę na inną. I ta druga go zabiła. Jasne, że bardziej romantycznie brzmi, że  został na górze, którą kochał, niż że został pod mostem, pod którym ćpał, ale w ostatecznym rozrachunku wychodzi na to samo.

Jeszcze jedna rzecz, która mnie zirytowała. Już widziałam w necie apele o zbiórkę pieniędzy na utrzymanie jego dzieci , bo sam nie miał ubezpieczenia na życie i ogólnie będzie ciężko. Wiem, że będzie ciężko, i głęboko im współczuję, ale jednak żeby przy takim hobby nie pomyśleć nawet o jakiejś polisie rentowej dla dzieciaków – to już jest nieodpowiedzialność do entej potęgi. I dlatego wolę dorzucić się do zbiórki na leczenie chorego dziecka, gdzie ta potrzeba nie wynika z niczyjej winy czy działań, dla ludzi, który  ciężko walczą każdego dnia, niż tutaj – przy całym moim szacunku dla ich nieszczęścia i postawy żony Tomka, która w tym dramatycznym dla nich momencie umiała zachować klasę, podziękować i nie oskarżać innych, że podjęli decyzję o zakończeniu akcji ratunkowej.

Edit: instruktor alpinizmu PZA, biegły sądowy ds. BHP i wspinaczki oraz były szef Komisji Bezpieczeństwa PZA (cały czas ten sam człowiek, mimo wielu funkcji ;) po przeanalizowaniu całości też doszedł do wniosku, że wyprawa była organizowana po łebkach. Brak odpowiedniej aklimatyzacji, ubezpieczenia obejmującego akcję ratowniczą  zużyciem helikopterów, wyjście we dwójkę bez wsparcia - jak się coś spieprzy, to nie ma komu ratować, i parę innych drobiazgów.

sarmacki hurraoptymizm i jakoś to będzie. No to jest.



czwartek, 25 stycznia 2018

Mam takie marzenie, wieloletnie już bardzo. 

Chciałabym śpiewać w chórze. Nie jakimś takim na rodzinne występy, nie w scholi, tylko w porządnym prawdziwym chórze.

Głos mam, jak się rozśpiewam to całkiem, całkiem. Podobno kontralt. Skalę zacną. I po prostu lubię to.

Nawet znalazłam chór, który spełnia wszystkie moje kryteria - Ursynowski Chór Iuvenis. Który do tego prowadzi nabory - najbliższa okazja 5 i 12 lutego.

Jest jednak parę problemów.

Po pierwsze, obawiam się, że spełniane kryteriów może być cokolwiek jednostronne - nie mam żadnego przygotowania muzycznego, nuty czytam tyle, ile się nauczyłam w podstawówce, i to na początku tejże. czyli bardzo dawno. 

Po drugie - kwestia czasu. Zwyczajnie nie bardzo mogę sobie  pozwolić na tak czasochłonne hobby, obejmujące wyjazdy zagraniczne, weekendowe kursy i tak dalej. Chłopaki i kasa.

Po trzecie - niestety mam tendencje do infekcji górnych dróg oddechowych i regularnie chodzę zachrypnięta. To trochę utrudnia karierę wokalną, nieprawdaż?

W Iuvenisie nawet już rok temu byłam na przesłuchaniach, ale  - z resztkami zarazy, co było zdecydowanie słychać, ograniczało mi możliwości mocno. Stanęło na tym, ze mam się pojawić, jak będę zdrowsza. 

Zdrowsza może i będę, ale bilans czasowy jest cały czas do bani, a jeśli jeszcze chciałabym w przyszłym roku pójść na studia podyplomowe, to już całkiem czarno to widzę. 

No i chyba w te sposób marzenie pozostanie marzeniem.....

niedziela, 21 stycznia 2018

Tyle czasu minęło... 

Jutro Grzechotek kończy 5 lat.

Pięć lat od dnia, kiedy leżałam na stole i gadałam z miłą panią anestezjolog. Od kiedy zobaczyłam małego Grzechotka leżącego w inkubatorze z jakimś czymś na pyszczku - ustrojstwo ułatwiające oddychanie, ja miałam jakąś infekcję górnych dróg oddechowych, a u niego wyszło wrodzone zapalenie płuc.

Od komicznego spotkania pod drzwiami oddziału neonatologii - pielęgniarka mnie zawiozła na wózku do Grzesia, a po drodze ujrzałam męża koleżanki, która urodziła tam dzień po mnie - M stał sobie z mydelniczką zawierającą potomka, więc się zatrzymałam i zaczęliśmy gadać. W tym momencie pojawiła się pani doktor, która godzinę wcześniej kroiła jego żonę i opitoliła mnie od góry do dołu. "Czy pani oszalała???? Pani powinna leżeć przez najbliższe 12 godzin, a nie jeździć po korytarzach!!!! Co za ludzie" i trochę jeszcze o kompletnej nieodpowiedzialności. Chwila minęła, zanim dotarło do niej, że A leży grzecznie tam, gdzie powinna, a ja z całą pewnością nie jestem żoną M. i już mam prawo wstać z łóżka i obejrzeć własne dziecko :). Zaprzyjaźnione przy okazji też.

A teraz Grzechot jest już całkiem duży, sprawny jak małpa, wygadany, śliczny nad wyraz. No trudno, niech będzie, że się chwalę, ale oni obaj naprawdę są śliczni.  Będą z nich przystojni faceci, nie ma co. I inteligentni. I w ogóle wspaniali, a co.

Dzisiaj szaleństwa z kuzynami, nie odważyłam się zrobić większej imprezy - i tak ja miałam dość po kwadransie, a koty jeszcze wcześniej. Ale urodziny były, tort jak należy - zielony :), i zabawa na całego.

Dobrze, że Grzesiek już śpi....

poniedziałek, 15 stycznia 2018

Trzeba przyznać, ze to się PISOwi udało.

Od czasu, jak się dorwali do koryta i zaczęli siać anty-Owsiakową propagandę, wyniki styczniowych zbiórek WOŚP poszybowały w niebo. Skok co roku o 20, 30 milionów to jest jakiś kosmos!

Dziękuję, Pisie drogi. Zrobiliście kawał fantastycznej roboty, wkurzając ludzi i mobilizując ich do działania. Krzycząc, ze tu państwo dokłada mnóstwo, telewizja państwowa, służby....  I co? I bez kurwizji też się da, bez wsparcia wojska, policji, ambasad, bez tych wszystkich, którym byliście w stanie zabronić, wyniki przebijają wszystko, co można było sobie wyobrazić.

Dzięki, kochani. Jeszcze tylko zmobilizujcie naród, żeby się tak samo wkurzył w czasie wyborów......

Piotrek znowu gubi zęby. 

Wymienia trzonowce, czwórki, piątki, coś tam z tyłu.

Tylko czy koniecznie trzy naraz? Wróżka Zębuszka zbankrutuje.... :) 

wtorek, 09 stycznia 2018

W ramach umartwiania postanowiłam obejrzeć sobie skecz kabaretu Hrabi. 

Zaparłam się i zmęczyłam całość. Coś o egzaminie było.

Oglądałam, oglądałam i jej Bohu nie byłam w stanie zrozumieć, czego ten naród zgromadzony na widowni tak kwiczy. Durne to było do nieprzytomności, prostackie aż zęby bolały. 

Czy to ja jestem nienormalna, nie rozumiem dowcipów i w ogóle odbiło mi, czy jednak naprawdę te kabarety są tak idiotyczne?

Wracam z Grześkiem z przedszkola.

- Mamo, ożeniłem się  dzisiaj z Nikolą!

- Hm, gratulacje. Szkoda tylko, że nas nie zaprosiłeś.

- A Nikola ożeniła się ze mną i z Jasiem!

Nie skomentowałam, zatkało mnie. Zwłaszcza, ze jakoś nigdy nie było u nas tematu narzeczonych przedszkolnych, ja nie ćwiczyłam tego, Piotrek też nie...

Tymczasem Grzechot kontynuował wątek.:

- Mamo, a skąd się biorą dzieci?

- Mama ma takie jajko, trochę mniejsze niż kurze, a tata daje jej nasionko. I jak się połączą, to jajko zaczyna rosnąć, rosnąć i w końcu staje się takim małym Grzesiem, który może już się urodzić.

- Aha, to ja zrobię tak Nikoli! - oznajmił mi Syn Drugorodny.

- Byle nie za wcześnie - mruknęła pod nosem matka, zastanawiając się, czy rwać włosy z głowy, czy parsknąć śmiechem w rękaw. Ostatecznie wybrała wyniosłe milczenie, jako że ręce były jej potrzebne do trzymania kierownicy, jednakowoż do wieczora ta rozmowa odbijała się jej lekką czkawką. kto wie, co jeszcze przyniesie z Przybytku Edukacji kochany syneczek.....

 

poniedziałek, 01 stycznia 2018

Gwizdnęłam od Babci Bez Mohera. 

 

Słoik już stoi i czeka na wrzutki.