O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

piątek, 31 stycznia 2014

wszystko sie ładnie bilansuje.

Dzisiaj Rano Piotrkowi wypadła kolejna jedynka - jest uroczo szczerbaty, wygląda, jak po dużej rozróbie.

Wieczorem u Grześka pojawiła sie na wierzchu ostatnia dwójka.

Żeby tak jeszcze inne rzeczy chciały się rónie ładnie zgrać...

czwartek, 30 stycznia 2014

Jak przekonać Potomka młodszego do noszenia rękawiczek? Zdejmuje pierwszą, zanim zdążę nałożyć drugą, broni się i protestuje, a tu zima jednak wreszcie sie zrobila całkiem konkretna i łapki marzną. 

Już doszłam do tego, zę w samochodzie zawsze mam kocyk, przykrywam gościa i w ten sposób mam chociaż nadzieję, że jak mu te łapy zmarzną, to je pod nim schowa. Siedzi za mną, więc nie widzę - dzięki temu się mniej denerwuję...

Chyba posmaruję mu rękawiczki od środka butaprenem. Myślicie, zę to pomoże?

Z radością wielką usłyszałam dziś, że moja Rodzicielka jest wredną małpą. Usłyszałam to od niej samej, zeby nie było, że szkaluję Przodkinię.

Zasadniczo nie jest to dla mnie nowina, o tym, że bywa złośliwa, to wiem - i obie mamy z tego dużo radości. Co dowodzi, że jestem równie wredną małpą, tylko jeszcze wprawa nie aż tak duża :)

 

Zadzwoniła dziś do Mamy panienka z Tepsy, z propozycją zmiany abonamentu. Mama uprzejmie podziękowała, dobrze jej z tym, co ma. Panienka była uparta, zaczęła tłumaczyć, że ten nowy lepszy, ciekawszy, korzystniejszy i w ogóle. No to Mama uprzejmie poprosiła o przysłanie pisemnej oferty, poczyta i wtedy podejmie decyzję. Nie jest to jakaś specjalnie dziwaczna prośba, prawda? 

Niestety, tepsowa panienka poinformowała, że ona może, owszem, takie warunki przesłać pisemnie, ale wyłącznie PO uzyskaniu zgody na przejście na nową taryfę. Czyli kup pan kota w worku, to jak sie zdecydujesz, my ci powiemy, co właściwie kupiłeś.

Na to Rodzicielka uprzejmie podziękowała za worek i kota. Panienka dalej - że to korzystne, mimo, że płacić trzeba więcej, ale więcej można dostać. Mama - dla emerytki to jest różnica. Panienka - twarda zawodniczka, przekonuje - ale to tylko 38 groszy. Nie powiedziała, za ile te 38 groszy, podejrzewam, zę za dzień. To tak nawiasem.  Mama sie nie dała przekonać i wypaliła z grubej rury:

- Wie pani, ale ja wolę te 38 groszy przeznaczyć na rozpustę! -  tu panienka sie załamała i dała spokój...

wtorek, 28 stycznia 2014

W zeszłym tygodniu zębów było 5. Dzisiaj - 7 albo 8, nie dał sobie zajrzeć dokładniej w paszczę. I jeszcze co najmniej jeden taki już prześwitujący pod wierzchem.

trudno się dziwić, ze ostatnio nieco więcej marudził...

niedziela, 26 stycznia 2014

Mieszka u nas Skarpetkowy Potwór.

Jego głównym zajęciem oraz sensem istnienia jest zjadanie pojedynczych skarpetek, tak że potem zostają takie sieroty bez pary. Dla nich została założona Torba Skarpetkowa.

Dzisiaj - zapewne z powodu mrozu - okazało się, zę Potwór był bardzo głodny i owa Torba przepadła całkiem. Widocznie zżarł je wszystkie.

Szukaliśmy długo po całym mieszkaniu - nie ma i nie ma. POd fotelem, za fotelem, na kanapie, w kanapie, w pudle z grzesiowymi zabawkami - wszędzie. 

W końcu komus przyszło do głowy, że ten kłąb pojedynczych skarpet, który chciałam dołożyć do torby, mógł zostać wywleczony z niej, a pusta torba poleciała do innych toreb :).

A taka była fajna teoria o głodnym potworze...

sobota, 25 stycznia 2014

Ludzie kochani, prośba wielka.

Jak idziecie do sklepu, to NIE BIERZCIE ze sobą psa!!!!!!

Kolejny raz widziałam dziś takiego trzęsącego się potwornie zwierzaka przywiązanego pod sklepem.

Przecież takie wyjście nie ma nic wspólnego ze spacerem rekreacyjnym ani ze spacerem siusianiowym. 

Człowiek ma buty, płaszcz, czapkę, rękawiczki, wchodzi do ciepłego sklepu, w którym się rusza.

Pies ma futro - często krótkie, tak jak ten, kórego dziś widziałam, smycz uniemożliwiającą jakiekolwiek poruszanie sie, żęby sie rozgrzać. Stoi w miejscu, nie wie, jak długo, trzęsie sie jak galareta. Nie ma butów, a chodniki często są solone. Nie może nawet załatwić potrzeb fizjologicznych - bo potem będzie stał w tej kałuży, nie ma przecież gdzie sie odsunąć. 

Jeżeli kogoś oswoisz, to jesteś za niego odpowiedzialny. Bądźmy prawdziwie odpowiedzialni za naszych Braci Mniejszych.

Czort jest kotem ponadnormatywnie cierpliwym. 

Dziś rano leżał sobie u nas na łóżku. Obok przebierałam wiercącego sie nieprzytomnie Grześka, który wreszcie - po zakończeniu procedury wyrwał mi sie i popełzł na drugi koniec. 

Po drodze złapał za kocie wąsiki. Świętość największa, kto ma lub miał kiedykolwiek kota, to wie,że nie wolno, można za to dostać pazurem albo zębami.

Czort nic.

Grzesiek przelazł po kocie.

Kot nic.

Grzesiek został zawrócony i przelazł po kocie po raz drugi. 

Kot w końcu uznał, zę starczy tego dobrego, wstał i sobie poszedł.

I to jest kocur bojowy, postrach podwórka, starszy pan, który już dawno wyrósł z okresu kochic figli i tarmoszenia... 

On po prostu bardzo, ale to bardzo kocha naszych chłopaków.

Oni Czorta też.

piątek, 24 stycznia 2014

Wczorajszy dzień mieliśmy zaplanowany całkiem fajnie.

Ponieważ w szkole u Piotrka w planie był bal karnawałowy, a Pyton szkolnych imprez nie znosi (słusznie twierdząc, ze tam sami głusi je organizują i on nie ma zamiaru w tym uczestniczyć), postanowiliśmy zwolnić do z dwóch lekcji, które miał mieć, olać bal i pojechać do Kopernika.

Pozbieraliśmy sie rano, zapakowaliśmy wózek i Grzechotka do samochodu i w drogę. 

To znaczy, takie były plany....

OKazało się - jak zwykle, że planowanie jest bez sensu, bo życie i tak da ci prztyczka w nos. Nam też dało.

Okazało sie mianowicie, żę nasza bryczka, pieczołowicie zatankowana pod kurek dnia poprzedniego, podlana dodatkowo środkiem zapobiegającym zamarzaniu paliwa - słowem, zadbana jak należy, nie chce odpalić i ponuro świeci mi lampką, która świecić nie powinna. I nie chce przestać.

W końcu po długich bojach odpaliła - i natychmiast zdechła. Wściekli cokolwiek zabraliśmy dzieciaki z powrotem do domu i nura w internet, szukać, co mogą oznaczać zaistniałe objawy i ten konkretny zestaw światełek.

Wyszło nam, że po prostu nabraliśmy trefnego paliwa, chrzczonego, i zamarzło nam w układzie....

Po wystukaniu (przypadkiem) z rury wydechowej korka lodowego potoczyłam sie grzecznie i powoli do pobliskiego warsztatu, modląc sie, żęby mnie przyjęli - nie udało mi sie dodzwonic i jechałam na pałę. Po raz kolejny stwierdziłam, że załatwianie spraw samochodowych na biedną, bezradną blondynkę jest stuprocentowo skuteczne. Pan na początku mówił, że nie wie, czyy zdąży do wieczora, bo mają kolejkę samochodów. Zgodziłam się, że rozumiem, chociaz dla mnie to duży ból, bo jeżdżę przeważnie z niemowlakiem (święta prawda!) i przy takich temperaturach to może byc problem. W rezultacie, jak oddałam samochód około 11, to o 15.30 dzwonił, że gotowe. 

Zabrałam chłopaków, Grzechota w wózek i do autobusu. Oczywiście do warsztatu był jeszcze kawał dojścia, byliśmy tam 16.15. A Piotrek kwadrans później miał zajęcia z matematyki , któe bardzo lubi. Galopem rozliczyłam, co miałam i klnąc pod nosem popędziłam odstawić dziecia, nieco tylko spóźnionego.

Z mechanikiem ustaliłam, że wystawi mi fakturę z dokładnym opisem robót, oraz zaświadczenie o ich przyczynie. Niestety bowiem sieć w pierwszym rzucie odmówila w ogóle przyjęcia reklamacji stwierdzając, zę oni nic nie wiedzą, aby były takie problemy i ich to nie obchodzi. W rzucie drugim łaskawi poinformowali, że reklamacje owszem, można złożyć, ale pisemnie i to po angielsku bo szef jest obcojęzyczny. To ja sie już nie dziwię, że nie mają reklamacji, skoro w ten sposób spuszczają na drzewo potencjalnych rozżalonych / wkurzonych klientów.

Nic, jak dostanę fakturę, to spotka ich przykra niespodzianka, mamy juz zaplanowany tok postępowania i zapewne parę osób sie nieprzyjemnie zdziwi...

 

Tak czy inaczej - ponad pięć stó w plecy, wycieczka do Kopernika poszła sie gwizdać - celowo chcieliśmy jechać w dzień powszedni NIE w czsie ferii, żęby tam się dało w ogóle wejść. Wymagało to alpejskiej akrobacji, żeby Skorupiak mógł mieć pół dnia wolne i pójść z nami - i wszystko sie zmarnowało. Tym bardziej jestem zła i zamierzam siena paliwodawcy odegrać. A tankować tam raczej nie będę w najbliższej przyszłości, oj, nie...

środa, 22 stycznia 2014

Jadłam śniadanie. Młody też, dostał kawałek chleba, podjadał moją jajecznicę, trochę konkretu obiadowego. 

ZNudziło mu sie siedzenie w foteliku, wzięłam na ręce. A ten drań wypuścił .jabłko psu w paszczę i wgryzł sie w cebulkę, która leżała w zasięgu łapki.

Zaciekawiona patrzyłam, co będzie dalej. nic nie było, przeżuł prawie pół cebuli, po czym wypluł - za duże kawałki, za mało zębów. 

Ale wyraźnie smakowało....

wtorek, 21 stycznia 2014

Grzesiek jutro kończy rok. 

Nie wiem, kiedy to poleciało, przecież niedawno chodziłam z brzuchem, niedawno spotkałyśy się z A. na porodówce, niedawno malutek był najmłodszym członkiem rodziny... Teraz przybyło mu już dwoje kuzynów młodszych, a za miesiąc pojawi się jeszcze jedna panienka. M już chodzi do żłobka (czy nie chodzi, bo choruje? Zdrowia urodzinowo życzymy!).  

Bilans roku: 10 kilo, 5 zębów (i trzy czy cztery tuż pod wierzchem), kilka dżwięków o konkretnym znaczeniu, wielka, niezmierzalna miłość do starszego brata (z wzajemnością). Piękna czuprynka, mądre spojrzenie, pogodny charakter. Podrywacz taki sam, jak starszy w tym wieku. 

Zasadniczo zdrowy - trzzydniówka w lipcu i teraz po świętach zapalenie oskrzeli, tyle tego.

Wesolutki facecik o zdecydowanycm charakterze, lubi ludzi, ale mama labo tata mają byc blisko. I od tej zasady nie ma odwołania, gdy zabraknie któregoś z rodziców, jest straszny wrzask.

 

Tak było rok temu (na, parę dni później, musieliśy wrócić ze szpitala):

 

a dzisiaj...

 

 

Grzechotek przymierza sie do chodzenia, w związku z czym (i z temperaturą na zewnątrz) postanowiliśmy zaopatrzyć go w obuwie.

Decyzja podjęta, zakupy stosowne dokonane. Wąż Młodszy dostał kapcie i butki  wyjściowe, rodzice zachwyceni.

Serpens Minor jakby mniej.

Zrobił potworną awanturę, zabierał nogi, próbował zdejmować buty - nie i nie, on tego czegoś nosić nie będzie i już.

Uznaliśmy, że nic na siłę, dwa dni nas nie zbawią. Kapcie  poleżały w skrzynce z zabawkami, spały w nich samochodziki. A jak się obudziły, to bawiły się w chowanego. 

Przez pół dnia bawiłam się z Grzesiem i kapciuszkami, po czym nadziałam je na wężowe kopytka. Trochę protestował, ale szybko go zajęłam czymś innym i zapomniał. Wieczorem odstawialiśmy Węża Starszego na judo - udało się włożyć buty wyjściowe. 

Dziś rano jeszcze chwilkę pomarudził, ale generalnie widać, że kryzys obuwniczy zmierza ku końcowi.

niedziela, 19 stycznia 2014

Tradycyjne karmienie gawronów.

Zwykle wygląda to tak: pusto, ani śladów ptaków. Wychodzi ktoś z talerzem sadła - rozlega sie triumfalne krakanie, spada czarna chmura, w pięć minut wyjadają wszystko i znikają. Cisza.

Dzisiaj tata poszedł sypnąć. Rzucił, zszedł z wału i uznał, zę chyba ich nie ma - nic nie słychać. Obejrzał sie na wszelki wyoadek - były. 

Zleciały sie cichutko, zjadły co ich i dopiero wtedy rozdarły dzioby.

Dowcip polega na tym, że do gawroniego sadła z;latują sie rónież mewy. Mądre ptaszyska uznały widocznie, że nie będa informować konkurencji, że stołówka otwarta.

sobota, 18 stycznia 2014

Tacie spadł z kanapki na grzesiowy stolik plasterek białej kiełbasy z chrzanem. Ostrym chrzanem, bo taki tata lubi najbardziej.

Grześ wyciągnął łapkę i przechwycił zgubę, zanim Skorupiak zdążył się zorientować, po czym starannie zlizał chrzan. 

I po co ja sie bawię w zmniejszanie ilości ostrych przypraw, jak gotyuję obiad dla wszystkich?

piątek, 17 stycznia 2014

przeglądam sobie stare zegary na allegro.

I czasem mnie z lekka zatyka na opisy. Znalazłam już antyczny zegar wahadłowy na baterię, zegar w dębowej skrzyni na baterie - rozumiem, że to skrzynia taka bateryjna, a starożytni prąd w kubełkach nosili do tych baterii zegarowych. 

uwielbiam takie opisy. To ta sama kategoria, co prezentacja  z degustacją ekskluzywnych garnków, na którą to usiłowała mnie kiedyś zaprosić pewna pani przez telefon. Nie zdecydowałam sie, a właściwie szkoda. Czy kiedykolwiek w życiu inaczej dowiem sie, jak smakuje ekskluzywny garnek???? Cóż za niepowetowana strata....

czwartek, 16 stycznia 2014

Wygląda na to, zę cyrki zdrowotne się nieco ustabilizowały na w miarę znoścnym poziomie (Jutro ostatnia inhalacja Grzechotka i odstawiamy leki), więc żeby nudno nie było, teraz po łbie z innej strony.

Pisałam już, że przyjaciel Pytona wyjeżdża za granicę na trzy lata. Jego tata dostał super pracę, na której mu bardzo zależało, skok zawodowy itp. Jadą całą rodziną, co jest zrozumiałe i słuszne.

Ale...

Zawsze jest jeszcze ta druga strona - ci, którzy zostają. Rodzina, przyjaciele. I tu właśnie jest ból.

Biedny Piotrek przeżywa to bardzo, od paru dni chodzi smutny, dziś  (pierwszy dzień bez T. w szkole) zrobił regularną awanturę, że nie pójdzie, nie chce na basen, boli go brzuch, kostka, głowa... W końcu sie przyznał, że chodzi o to, że nie będzie T. Serce mnie bolało, jak widziałam tę malutką kupkę nieszczęścia, zwiniętą w kłębek na moim łóżku, i wiedziałam, że nie mogę ustąpić i na basen musi pójść. Gdybym dziś pozwoliła, za tydzień byłoby to samo, za dwa, za trzy... Nie zmienię rzeczywistości, oni i tak wyjadą. Odprowadzimy ich w niedzielę na lotnisko i nic więcej zrobić sie nie da. Dogadałam już, że założą T. konto mailowe, tak, zeby chłopcy mogli do siebie pisać, gadać przez skypa, ale to cały czas za mało, wiem o tym. 

Niestety, musi to przeżyć. Życie takie jest, strata osób bliskich też jest w nie wpisana. Tu jest łatwiej - T będzie przyjeżdżał na wakacje, za trzy lata - mam nadzieję - wrócą, będą mogli gadać, pisać do siebie... NIe jest to tak ostateczne, jak śmierć, jest nadzieja, jakiś kontakt. Ale i tak boli, zwłaszcza siedmiolatka, który nic nie zawinił....

piątek, 10 stycznia 2014

niech ta gadzina wreszcie zaśnie!!!!!

Wisi mi na ramieniu od godziny, a co spróbuję odłożyć do łóżeczka, to sie budzi i w ryk. Już nie wytrzymałam, zostawiłam w łóżeczku wyjącego. 

Pomocy!!!!!! niech ktośmu kłysankę zaśpiewa, albo coś, ja już chrypię i ramię mi odpada...

czwartek, 09 stycznia 2014

Jakoś nam się sytuacja uspokaja (chory solidnie Skorupiak, ale my z Grześkiem już wychodzimy) i tak mi sie zebrało na podsumowanie.

To, co zwróciło moją uwagę, to są zmiany w szpitalach. Sama może nie leżałam w nich jakoś bardzo dużo, ale jednak kilka razy się zdarzyło, a moja Mama zwiedzała te przybytki z zapałem godnym lepszej sprawy i widzi to samo.

Jest lepiej.

NIe chodzi mi nawet o odnowione w wielu miejscach pomieszczenia, choć to też ma swoje znaczenie. W końcu duzo przyjemniej sie leży w czystym, świeżym pokoju, niż w takim, gdzie w ramach rozrywki można liczyć liszaje  i dziury po odłażącej farbie na ścianach.

Zmiany są głębsze, sięgają mentalności. Pacjent zaczyna stanowić całość, w skład której, oprócz wątroby, nerek, płuc, czy innych szwankujących aktualnie organów wchodzi również psychika. Widać dużo więcej ciepła, życzliwości, drobnych zmian, które same w sobie może nie dają wiele - poza poczuciem, że komuś zależy. Że ktoś naprawdę chce temu choremu ułatwić i tak nieprzyjemne szpitalne życie.

Jak leżeliśmy z Grzechotnikiem na Działdowskiej, byłam zachwycona. Wszyscy tam do maluchów gadali, zaczepiali, rozumieli, ze taki niemowlak będzie się darł podczas zakładania wenflonu,  nie ma siły. Jak widzieli, że maluch (a czasem i mama) śpią, to jeśli sprawa nie była drastycznie pilna, jak dajmy na to konieczność podania leku o określonej godzinie, to nikt nie budził. Pani doktor umiała powiedzieć, ze przyjdzie później zbadać Grześka, żebym zajrzała do niej, jak sie obudzi - koniecznie prze podaniem kolejnej dawki leku. A na razie - nie budź licha, póki śpi! Nikt nie miał pretensji, jak przychodziłam wieczorem z jakimś pytaniem i przerywałam święty spokój, kiedy już dzieciarnia w większości (z wyjątkiem Grześka) spała. 

Warunki dla rodziców były ciężkie - mało miejsca po prostu, tego nie przeskoczą, ściany nie są z gumy. Ale poza tym - nie dam złego słowa powiedzieć. Serdeczne, miłe, fachowe pielęgniarki, życzliwi lekarze - to zupełnie co innego, niż dawniej, kiedy lekarz był bogiem, a pacjent miał słuchać i nie zadawać głupich pytań.  

 

Pocieszające to. Takie zmiany idą powoli, bo znacznie łatwiej odmalować ściany niż zmienić podejście. Ale idą. Zwłąszcza w sytuacji gdy NFZ płaci jak płaci, takie drobiazgi są nie do przecenienia.

wtorek, 07 stycznia 2014

Stareńki kawał znają chyba wszyscy:

- Panie doktorze, czy mio  to przejdzie?

- Przejdzie, na żonę i dzieci.

 

Prawdziwy jak cholera. Grześkowi zapalenie oskrzeli przechodzi.

Teraz mam je ja.

 

dwa dni później: Mnie już przechodzi. Na Skorupiaka.

niedziela, 05 stycznia 2014

Grzechot dostaje pulmicort. I tak sobie rozmawiamy ze Skorupiakiem, między innymi o tym, czemu niktórzy rodzice nie chcą podawać dzieciom sterydów za żadną cenę - jak przy szczepionkach, niektórzy twierdzą, zę lepiej, zęby sie dzieciak przydusił, niż żeby podać dziecku steryd.

- Wyczytałem gdzieś, żę jednym ze skutków ubocznych sterydów ma być niby obfity zarost na uszach - chichocze Skorupiak.

- O, to czemu mama nie ma kosmatych uszu?

- Bo je pewnie depiluje!

 

Mamo, czego używasz do depilacji uszu?

Grzechot ma inhalacje 6 razy dziennie. Nie jest tym zachwycony, oj nie. Czasem przysypia w trakcie i w tedy jest łatwiej, ale czasem sie rzuca  i wrzeszczy.

Mama wtedy próbuje różnych sposobów, by uciszyć wrzeszczyka - wszak zinhalować sie musi tak czy siak, wiec lepiej, zęby siedzial spokojnie, bo najwyzej przytrzymam go siłą, co nie będzi przyjemne dla nikogo.

Mama śpiewa - ale ostatnio jakoś marnie, z racji przeziębienia. Niektóre dźwięki jakoś tak zanikają.

Mama gada - ale czasem kończy jej sie wena. Wtedy zaczyna odwieczną wyliczanke zwierzątek - mój pieseczku, mój koteczku, wężyku, lewku, lemurku, ostronosku... I w ten deseń. Spróbujcie tak przez piętnaście minut, nie powtarzając się. 

W ramach ułatwienia dzisiaj mama poleciała z pamięci mniej więcej po układzie warszawskiego ZOO. 

- Mój gorylku, mój pawianku, mój lemurku, mój szympansiku, pój pingwinku, moja papużko, mój kondorku...

- CO????? Mój KONDOMKU????? obudził sie nagle drzemiący obok Skorupiak. 

piątek, 03 stycznia 2014

Jestem przeziębiona.

Nos niczym dorodny pomidor, kompletnie zapchany. W głowie krasnoludki pracujące na akord młotami pneumatycznymi. Gardło drapie.

Ja mam dość!!!!!!

Wpadły mi dziś w ręce dwie listy zakupów (obie mojego autorstwa, żeby nie było).

Na jednej pozycja "mielone indycze". 
Na drugiej "mielone ludzkie". 

 

Listy robię dla siebie, więc używam skrótów myślowych, ale to chyba już przesada...

Jeszcze czasem bywa pozycja "mielone psie".

 

środa, 01 stycznia 2014

Udało mi sie dziś wreszcie obejrzeć Meridę Waleczną. Chciałam ten film zobaczyć od dawna, w końcu znaleźliśmy na to czas. 

Piotrek co prawda leżał już w łóżku i czytał, ale jak mu się książka skończyła, to przyszedł i zapytał, czy może pooglądać z nami. Czemu nie, w końcu to film dla dzieci...

Obejrzeliśmy sobie no i się zaczęło.

Piotrek zapytał o niedźwiedzia Mor`du. Dlaczego, co, czemu tak i o co chodziło (nie będę zdradzać szczegółów, nie wszyscy widzieli film, to nie będe uprzedzać). No i poszła nam rozmowa - legenda o czterech braciach, którym ojciec pozostawił cztery części królestwa, koncepcja zaklęcia kogoś w inną postać aż do momentu gdy inna osoba w jakiś sposób odczaruje - tu szczerze pożałuje. Powiązania pomiędzy mitami celtyckimi a chrześcijaństwem, archetypy, podobieństwo pomiędzy sytuacją Mor`du a czyśćcem, sprzeciw wobec woli ojca, szczery żal za grzechy.....

Konwersacja toczyła nam się niczym górski potok, było mi bardzo żal przerywać, ale nieubłaganie zbliżała sie pora grzechocich inhalacji.

Wędrując przez te wszystkie wątki doszliśmy między innymi do tematu śmierci - nie zawsze śmierć jest zła, czasem, tak jak w tym filmie - jest wybawieniem. Mor`du podziękował Meridzie za uwolnienie. Przekładając to na sytuację bardziej zrozumiałą przywołałam przykład osoby śmiertelnie chorej, któej nie można pomóc, a która bardzo cierpi. Dla kogoś takiego śmierć to ulga. 

No i mój syneczek wyciągnął wnioski:

- Mama, to chyba takiej osobie można by pomóc umrzeć, żeby już sie nie męczyła?

No żesz. Nie mogę w takim momencie powiedzieć "Dobranoc kochanie, pora spać", takiego wątku nie zostawia się bez domknięcia. Ale jak to powiedzieć na poziomie dostępnym dla nieco już śpiącego siedmiolatka?

Wyjaśniłam mu, że to, o czym mówi nosi nazwę eutanazji. Że są różne spojrzenia na temat, kręgi szeroko mówiąc kościelne nie akceptują takiego podejścia uważając, że tylko Bóg może decydować o czyjejś śmierci. Że są kraje - nieliczne, ale są, gdzie w ściśle określonych sytuacjach jest możliwe, by pomóc odejść ciężko choremu człowiekowi. Że musi to być sytuacja, gdy osoba jest nieuleczalnie chora, bardzo cierpi i świadomie wyrazi taką wolę. Pogadaliśmy sobie, co by było, gdyby zostało to powszechnie usankcjonowane przez prawo, o możliwościach nadużywania tego "rozwiązania". 

Wreszcie przedstawilam mu swój pogląd na tę kwestię. 

A, i jeszcze wytłumaczylam mu, co to była mizerykordia - krótki sztylet służący do dobijania rannych. I genezę nazwy - miłosierdzie śmierci dla tych, dla których i tak nie ma ratunku.

 

Niezwykle ciekawe są takie rozmowy  z dziećmi. Nigdy nie wiesz, dokąd cię zaprowadzą, na jakie meandry filozofii, historii, kultury zabłądzisz. A dzieciaki nie obciążone stereotypami, schematami, zadają celne pytania - im sie jeszcze chce myśleć.

 

Na razie - pilnie potrzebny mi antropolog kultury!