O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

czwartek, 31 stycznia 2013

Po naszym powrocie ze szpitala Skorupiak jest całkiem skołowany. Z jednej strony szczęśliwy, że juz jesteśmy, z drugiej - cały czas sie denerwuje, czy z Grzechotkiem wszystko w porządku.

 W związku z tym jego odpowiedzi na różne pytania bywają zabawne.

Dwa ostatnie dialogi:

- Kochanie, zjadłabym coś słodkiego....

- mogą być słone paluszki?

 

I drugi:

- Kochanie, czy rozmawiałeś ostatnio z M? (chodzi o potencjalnego zwierzchnika Skorupiaka w pracy, o którą sie stara).

- Nie, właśnie mu zmieniam pieluszkę!

Jak sobie to wyobraziłam, to mi sie zrobiło wesoło :)

JUż dwa razy zaczynałam notkę o Grzechotku, ale stale coś właziło w paradę, a notke szlag trafiał.

Dziś też będzie trochę co innego, aczkolwiek niewątpliwie z Grzechotkiem powiązane.

Zgodnie z zaleceniem szpitala Skorupiak wybrał się dziś do USC zarejestrować naszego Węża. 

Zaczął parę dni temu od dyskusji na temat adnotacji na druczku szpitalnym - że należy dostarczyć odpis aktu ślubu rodziców. Chyba nawet jeszcze mamy, ale taki sprzed 13 lat - mogliśmy sie w tym czasie dziesięć razy rozwieść, a urząd szanowny zgodnie z przepisami nie ma prawa żądać danych, w których posiadaniu już jest. Skorupiak troche podyskutował, oparło sie o panią dyrektor czy kierownik czegoś tam, ale przeszło.

Pojechał dzisiaj z dwoma dowodami osobistymi (nawiasem mówiąc, to też chyba nie do końca zgodne z paragrafami, takie posługiwanie sie cudzym dowodem). 

I sie zaczęło. Okazało się, że w bazie urzędowej figuruję pod jednym nazwiskiem -a w rzeczywistości mam podwójne. I wyszła niezgodność między dowodem a ich bazą. zaczęły sie schody, ale pani dyrektor złapała za telefon, zadzwonila do archiwum, tam wykopali wersję papierową. Pani dyr wycedziła - "proszę to poprawić natychmiast...". Po chwili już sie nazwisko zgadzało. 

Ale... okazało sie, że dla odmiany nie chce sie nam zgodzić data ślubu - ktoś, kto przestukiwał te papierki w wersję elektroniczną wpalcował datę dotarcia ich do urzędu, a nie datę naszego ślubu. Parę dni później. Kolejny telefon, kolejne warknięcie pani dyr. Poprawili.

Pani zapytała o imiona, drukarka bzyknęła uprzejmie i voila! - dokument w ręku. Ale... Czyta Skorupiak, czyta - i zaczyna sie dziwić dalej. 

Dzieci mają nazwisko takie jak ja - podwójne. Do tego jedno z tych nazwisk złośliwie pisze sie przez y a czyta przez j. I w dokumentach Grzechotnika ja mam nazwisko przez y, ale on już ma przez j. Nosz...... 

Na szczęście w końcu udało się wyprostować wszystkie błędy. Grzechotnik zaistniał w urzędowych rejestrach, teraz trzeba jeszcze tylko poczekać na przydział peselu i papierkologia bedzie z głowy.

A swoją drogą bardzo żałuję, ze nie mogłam posłuchać komentarzy pani dyr do całego tego zamieszania. Musiały byc ciekawe....

 

 

czwartek, 24 stycznia 2013

Jest Grzechotek. 

Ma 59 cm, wazyl4150 g.Dostal 9 pkt, niestety potemm wypatrzyli mu jakies nieduze ognisko zapalne w prawym plucu.W zwiazku z tym dostaje antybiotyk i wrocimy w przyszlym tygodniu ewnie dopiero.

Jak wrocimy to napisze wiecej. 

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Odmeldowuję sie. Wrócę tu za parę dni, razem z Grzechotkiem.

Trzymajcie sie  i nie rozrabiajcie za bardzo pod moją nieobecność ;)

 

PS. Ostateczny bilans tycia podczas ciąży - 0,4 kg powyżej stanu początkowego :))))

sobota, 19 stycznia 2013

Ostatni będzie po porodzie, potem przestanę sie chwalić.

Na razie ubawiłam się serdecznie - znalazłam w necie jakiś kalkulatorek wagi PO ciąży. Trzeba było podać stan  z początku ciąży i wzrost. I wyszło mi, że jak urodzę (czyli od wtorku), to będę ważyć... kilogram czy półtora więcej niż dziś. :)))))

Na razie nieznacznie przekroczyłam stan z początku ciąży (o niecały kilogram, ), ale też mam solidne obrzęki na nogach, więc sporo z tego, co ostatnio przybyło, to po prostu woda.  Tak czy inaczej, przez trzy dni, które mi zostały (najwyżej trzy)  nie dam rady bardzo przytyć, żeby nie wiem, co.

Krótko mówiąc, kurację odchudzającą pod tytułem "Ciąża" można uznać za udaną :). Polecam wszystkim!!!!

piątek, 18 stycznia 2013

Wszystko już wiadomo. 

W poniedziałek zgłaszam się do szpitala, we wtorek na stół.

Trzymajcie kciuki!

środa, 16 stycznia 2013

W ramach rodzicielskiego lenistwa dawno temu nauczyliśmy Pytona jednej rzeczy. 

Mianowicie tego, że jak coś sie zwali, on się przewróci, coś spadnie - słowem, z jego rejonów słychać jakiś podejrzany łomot, to poprosimy o komunikat o sytuacji. Paszcznie, czy jest ok, czy potrzebna pomoc.  

W ten sposób w 90 przypadkach na sto możemy nie ruszać sie z miejsca, nie rzucać tego co akurat mamy w ręku i nie tratować zwierzaków, które w takich sytuacjach ZAWSZE plączą się pod nogami.

Oczywiście wszystko dlatego, że nie chciało nam się lecieć i sprawdzać, czy dziecko całe, prawda?

Ale nie tylko. 

Pyton w ten sposób dostał kilka komunikatów:

  • Troszczymy sie o niego.
  • Szanujemy jego samodzielność, nie traktujemy jak malucha.
  • Może liczyć na pomoc, jeśli jej potrzebuje. Ale ma szanse na samodzielność.
  • Uczy się szacunku dla nas - nie gania nas bez potrzeby
  • Uczy się rozróżniania problemów, z którymi sobie poradzi od takich, w których potrzebuje pomocy.
  • Uczy się proszenia o tę pomoc - i nie nadużywania tego.
  • Uczy się wzajemnej odpowiedzialności za siebie tego, że nie tylko my możemy zadbać o niego. On o nas również. 

W ten sposób regularnie z jego okolic dobiega okrzyk "nic sie nie stało!". I sprawa z głowy. On wie, że czuwamy nad nim, my wiemy, że jest cały i zdrowy i wszyscy są szczęśliwi. 

A wymagało tylko przegadania tego parę razy, powtórzenia prośby po kolejnej mniejszej awarii...

 

Jednak nie ma jak zdrowe lenistwo rodzicielskie.

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Jedną z moich ulubionych rozrywek od lat była zabawa w cytaty. Głównie z mamą, również z przyjaciółką ze szkolnej ławy. Potem wytresowałam sobie w tej kwestii męża. Chociaż nie, wcale nie musiałam go tresować, sam umiał. Po prostu dobrze wybrałam, potem wystarczyło doszkolić sie wzajemnie z niektórych lektur. ALe sporo było wspólnych, w końcu nasz związek zaczął się od tego, że kiedyś rzuciłam odruchowo cytatem, który był lekką złośliwością, a on zamiast sie obrazić - odpowiedział prawidłowo dalszym ciągiem. Ale to inna historia.

Dzisiaj pierwsze kroki na tym polu poczynił Piotrek. Co więcej - zagiął mnie, coś mi dzwoniło, ale nie byłam w stanie przypomnieć sobie, o jaką książkę mu chodzi. Zadzwoniłam po ratunek.

Na szczęście - nie ma to jak mama, rozpoznała natychmiast. Przecież to jasne, że myszy w fortepianie hodował dr Doolittle! Jak mogłam o tym zapomnieć.

Tak czy inaczej - Pyton przekroczył kolejny próg. 

 

PS. Ciekawe, ile osób patrząc na tytuł tej notki  pomyślało, że zaczęłam rodzić? Przyznać się proszę!!!

Moja zmora w związku z Pytonem.

Generalnie odwieczny problem, właściwie mogłabym kupować jedną parę co tydzień - i może wtedy byłoby nieźle. Ale nie kupuję, więc nie jest. 

Problemy spodniowe są następujące:

  • Rozmiar. Bardzo trudno kupić mu pasujące portki, bo takie na 122/128 mają około 66 cm w pasie. A on ma ok. 54. Dodam od razu, że takich w gumkę jest mało, na ten wzrost przeważnie dopasowane na guzik.
  • Rozmiar cd. Zmienny jest, młody szybko rośnie i spodnie po chwili są za krótkie.
  • Dziury na kolanach. Robi je w tempie ekspresowym, wczoraj zobaczyłam  jedną, dziś poszedł w następnych spodniach - wrócił z dziurą na jednym kolanie a drugie jest tak starte, że od razu naszyłam łatę i tam - i tak musiałabym to zrobić jutro.....

Zastanawiam się, czy można by gdzieś dostać spodnie na sześciolatka szyte z takiego grubego niebieskiego drelichu, jak stroje robocze. Może by wytrzymały trochę dłużej.... Albo blaszane, takie jak w zbroi rycerskiej. Tylko wtedy musiałabym je czyścić z rdzy, a na to nie mam ochoty.

Tak czy inaczej, muszę mu kupić ze trzy pary spodni i kapcie do domu. Bo znowu wyrósł. Nie mam siły na wycieczkę do sklepu, jak dziś poszłam do szkoły zgłosić go na Zimę w mieście (raptem może ze 100 m w jedną stronę), to potem padłam spać na dwie godziny.

piątek, 11 stycznia 2013

Dzisiaj miałam w planie usg. Chodziło o sprawdzenie gabarytów potomka, który rośnie i zapowiada się na takiego granicznego - innymi słowy, przed nami decyzja na temat porodu, cc czy sn. Okazało się, że młody człowiek przez równe dwa tygodnie przybrał na wadze jakieś 800 g.  I nieprzyjemnie zbliżył się do granicy decyzyjnej, a do terminu porodu jeszcze 10 dni. Czyli jeszcze zdąży urosnąć, jeśli się nie zdecyduje na ewakuację.

Pan doktor uesgolog stwierdził, że dobrze by było udać się do szpitala, w którym chcę rodzić, i skonsultować z nimi, niech tam podejmą decyzję. Ale do tego muszę mieć skierowanie od lekarza prowadzącego.

Ból polegał na tym, że dr prowadząca jest chora, wróci w poniedziałek - albo i nie.

W domu zasiadłam do telefonu i okazało sie szybko, że do samego zapisu na konsultację muszę zawieźć skierowanie w zębach - jak zapisywałam kiedyś Pytona do alergologa to wystarczyło przedyktować numerki i dowieźć papier w ciągu dwóch tygodni. A tu nie ma lekko.

Dobra, umówiłam sie do jedynego dostępnego gina na dziś - nie ma to jak abonament, było mi wszystko jedno kto, bo iał wystawić tylko papier. Wystawił. Tyle że miałam 40 minut od momentu gdy zadzwoniłam do chwili wejścia do gabinetu. I musiałam sie dostać z obrzeży miasta na drugą stronę centrum. Tę dalszą. Ale zdążyłam.

Ponieważ nie mogłam się dodzwonić do jednego ze szpitali branych pod uwagę, podjechałam do tego bliższego. W przychodni usłyszałam jakże budującą nowinę, że najbliższe terminy są na... kwiecień. Dziękuję bardzo, do tego czasu mam zamiar NIE być już w ciąży od dawna. Na szczęście dziewczyna z rejestracji poradziła, żebym poszła na Izbę Przyjęć, może tam coś dziewczyny wymyślą. 

Wymyśliły, kazały sięnajpierw położyć na ktg a potem do lekarza - ok, tylko zadzwonię do męża. I tu zonk, wcięło mi komórkę. Pomyślałam chwilę i wyszło, że prawdopodobnie zostawiłam ją w kieszeni kurtki. No to do szatni - była. Dobra nasza, radosna jak prosię w deszcz poszłam na ktg. 

Potem już byłam mniej radosna bo to jednak cholernie niewygodne, dwadzieścia minut w jednej pozycji i plecy mnie łupały okropnie, ale niech tam.  A teraz zapraszamy pod gabinet numer 3, pani dr poprosi. Dobra nasza, myślę sobie. Jak na NFZ to jakiś kosmos, całkiem jak prywatna służba zdrowia.

POd gabinetem spędziłam z półtorej godziny kompletnie nie mogąc rozgryźć kwestii kolejności pacjentek. Zresztą i tak pani dr w gabinecie głównie nie było. Po godzinie zadzwonił Skorupiak, miło sobie plotkujemy gdy nagle.... zatchnęło nie na miejscu. 

Zdałam sobie sprawę, że nie mam teczki z całą dokumentacją medyczną. Wszystkie badania zdjęcia z usg, skierowanie, oryginały serologii, paciorkowca i co tam jeszcze. Przepadło. Obleciałam korytarz, zajrzałam pod wszystkie krzesła, zapytałam w rejestracji. Niet.

W końcu mnie tknęło - jeszcze jedno miejsce w który byłam, to ta szatnia. Może tam zostawiłam?

Ano tak. Jak poszłam po komórkę, to zostawiłam teczkę. Nieprzytomna kompletnie. Może dlatego, że głodna - rano zjadłam jedną kanapkę tak bardziej przez rozum, a potem nie miałam czasu. I do 15 zgłodniałam potężnie, co jak widać rzuciło mi się na mózg. 

Tak czy inaczej - wszystkie pogubione skarby znalazłam, głowy na koniec nie zgubiłam (a było blisko), w piątek za tydzień kolejne usg i konsultacja oraz decyzja. Ale podejrzewam, że jednak stanie na cc - z atutem w charakterze pierwszego dziecka gabarytów młodego mamuta, rozmiarami obecnego i paroma innymi ciekawostkami w wywiadzie raczej nie będzie chętnych do sn.

Z jednej strony żałuję - chciałabym urodzić naturalnie, nie czuć się jak eksponat, wszystko jest robione za mnie. Z drugiej - nie zaryzykuję zdrowia Grzechotka a zapowiada się spory. Więc nie będę się kłócić.

Tak czy inaczej - coraz bardziej widać koniec. Koniec kłopotów z wkładaniem rajstop, obcinaniem paznokci u nóg, zjeżdżającymi z okrągłego brzucha spodniami. Koniec z lataniem do toalety co chwilę, bo komuś zachciało się poskakać po moim pęcherzu.

Widać też początek. Początek nowego życia naszej rodziny, już w szóstkę.  Ciekawa jestem, jak zwierzaki powitają Grzechotka. Jak będzie się układało, czy będzie spał w nocy, czy będzie dużo jadł, płakał? A może nie, może będzie taki jak Pyton - ciekawy świata otwarty i pogodny od początku?

Przekonamy sie. Już niedługo.

czwartek, 10 stycznia 2013

Ponieważ coraz więcej osób zaczyna tupać nerwowo i dopytywać się czy moje milczenie oznacza, że Grzechot sie wykluł - oto oficjalny komunikat prasowy:

Grzechot sie jeszcze nie wykluł. Nie ma pojęcia, kiedy zamierza, już ma pełne prawo, ale termin wyliczony to 21 stycznia. Plus minus dwa tygodnie.

Daję Wam słowo, że jak się wykluje, to da znać, jak tylko uda mi sie dorwać jakikolwiek dostęp do komputera.

A na razie po prostu jestem dość zmęczona, do tego jak mam wolną chwilę, to Pyton zagania mnie do Rummikuba. I co gorsza - często ogrywa.

środa, 02 stycznia 2013

... to jeszcze przy obiedzie udało mi sie złamać ząb. 

Fakt, nie był w najlepszym stanie, po porodzie chciałam się z nim pokazać u fachowca, ale stwierdziłam, że poczekam te kilka tygodni, bo nie wysiedzę zwyczajnie na fotelu. Cóż, był to błąd.

Na szczęście udało mi sie umówić na dziś wieczór, więc przynajmniej opatrunek mi założą a może coś więcej się z tym zrobi, chociaż ząb był i tak już taki bardziej na straty. Dobrze że któryś z dalszych a nie front. I do tego od środka się złamał tak że z zewnątrz nie widać. 

Tylko, do licha, czy musiał akurat teraz????

Nigdy nie sądziłam, że kiedykolwiek takie obrazoburcze zdanie przejdzie mi przez usta. Albo przez klawiaturę.

A jednak.

Kolejny raz po dłuższej przerwie szkolnej - wszystko jedno, czy spowodowanej chorobą, czy świętami - Pyton nie chce wracać do przybytku wiedzy. Płacze, marudzi, że woli zostać z rodzicami, że nie lubi kolegów. Potem idzie i wraca rozpromieniony, ale początek jest trudny. 

Dziś zaproponowałam mu, ze go odprowadzę - od dawna chodzi sam, ale tak mam w zanadrzu coś ekstra, pocieszającą obecność mamy, zadbanie o synka. Zanim doszliśmy, zdążył zapomnieć, że nie chciał iść, w szatni szybciutko sie rozebrał i popędził dalej - ledwo zdążyłam dostać całusa (o którego musiałam sie upomnieć, bo już gnał).

Zdaję sobie sprawę, że w dużej mierze jest to kwestia Grzechotka - Pyton wie, że będą duże zmiany w naszym życiu i to już bardzo niedługo, i zwyczajnie sie tego boi, normalna sprawa. Wykorzystuje do maksimum ostatnie chwile, kiedy jest jedynakiem, kiedy ma nas tylko dla siebie. A my staramy się dać mu tyle miłości, ile sie uda - co nie oznacza bynajmniej ustępowania we wszystkim i spełniania każdej zachcianki, nie zwariowaliśmy do tego stopnia ;).

Jutro już pewnie pogalopuje po staremu i będzie dobrze.

Tylko za trzy tygodnie znowu ferie.... Jednak punkt widzenia BARDZO zależy od punktu siedzenia....

wtorek, 01 stycznia 2013

Sylwestra tradycyjnie olałam. 

Nie lubię się bawić na gwizdek tylko dlatego że robi to cała reszta świata. W tym roku dodatkowo mój stan zdecydowanie nie sprzyjał, już ledwo chodzę na dłuższe spacery, więc jakakolwiek impreza ogłaby się skończyć nieoczekiwanym porodem. 

W związku z powyższym młody dostał wybór - idzie spać po kolacji i pobudka na fajerwerki o północy, czy gramy sobie w Rummikuba aż padnie i nie budzimy go o północy. Tak jak się spodziewałam, wybrał rozgrywki - w połowie trzeciej partyjki już miał całkiem maślane oczka, więc zgodnie unieważniliśmy partię i poszedł spać. Tak trochę po 22. 

Ja zrobiłam to samo niedługo przed północą.

Za to zdumiona byłam potężnie reakcjami naszych zwierzaków. Dotąd było tak, że kot sie nie przejmował, a pies na uspokajaczach trząsł sie jak galareta. 

W tym roku pies całkiem spokojnie dotrwał do samej północy bez piguł - bałam się już jej dawać ze względu na jej wiek, jakby nie było panna ma 11 lat. Sama północ była trudna, ale już leków też nie dostała, bo i tak zaczęłyby działać za późno. Tak czy inaczej widziałą ją już bardziej wystraszoną, nie było źle.

Kot  - cóż, widać jednak spadek kondycji, starzeje sie nam Czorcik. Dwanaście lat i choroba nerek spowodowały, że w tym roku znacznie sie zmienił, już jest po prostu starszym panem. W czasie palby wlazł pod wannę, czego dotychczas nigdy nie robił. 

Całę szczęście, że następny sylwester dopiero za rok.

Najlepszego dla wszystkich tu zaglądających - oby następny rok był lepszy - bo zawsze może być lepiej :)

No i udało sie przekroczyć kolejny próg Grzechotkowy. Zależało mi na tym, żeby jednak poczekał z wyłażeniem do 2013 - zawsze łatwiej w szkole osobnikowi z początku roku niż temu z końca grudnia, wiem coś o tym. 

Od najbliższego poniedziałku ma oficjalne pozwolenie na ewakuację, a ja siedzę w dołku startowym. Torba prawie gotowa, w domu też brakuje tylko paru drobiazgów, Skorupiak zdenerwowany a ja całkiem na spokojnie. Pewnie dlatego, że chciałabym już urodzić i móc sie wreszcie normalnie położyć, zobaczyć własne stopy i - oczywiście - sprawdzić, ile ważę.

Bo nadal ważę ciut mniej, niż na początku ciąży :))).