O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

poniedziałek, 30 stycznia 2012

Zainspirowana notką Krogulca postanowiłam wrócić do  czasów dawnych, kiedy to byłam jeszcze piękna, młoda i nie marzłam tak potwornie.

Było to dwa dni po moich 18 urodzinach, 1 stycznia. Wybraliśmy sie z tatą i bratem do Łazienek na karmienie sikorek. Ptaszyska jedzą tam z ręki (wiewórki też, ale z racji pory roku  nie bylo co na to liczyć). 

Stałam juz dłuższą chwilę karmiąc ten drób (a żarte były potężnie, czemu nie ma sie co dziwić - zimno było okropnie,  co najmniej tak jak dzisiaj, albo jeszcze gorzej, na pewno - 15 co najmniej). 

W pewnym momencie podeszła do mnie jakaś kobieta i powiedziała, ze znalazła jeża. Pewnie sie wybudził, bo zmarzł, ale ona jest spoza Warszawy, za parę godzin ma pociąg - czy mogłabym sie zwierzakiem zająć?

Mogłabym, przecież go nie zostawię, zęby zamarzł na śniegu. Zabraliśy go do domu. Tam pierwszą rzeczą była kąpiel - kiedyś z jakiegoś programu Gucwińskich zapamiętałam, że jeże są strasznie zapchlone - w sumie nic dziwnego, bo niby jak mają się pozbyć pcheł?. Micha ustawiona skosem (żeby sie do pyszczka nie lało), jeżyk zostal obficie podlany ciepłymi mydlinami - i woda zrobiła sie czarna, błotnista i pełna pływających pcheł.

Następnym punktem programu był telefon do Zoo. Na szczęście akurat wtedy miałam znajomą w Dziale Hodowlanym, więc ją przepytałam, co dalej. Okazało się, ż oni nie bardzo mają warunki, bo mogą wpuścić zwierzaka najwyżej do pomieszczenia, gdzie jeży jest już kilkanaście - a to przecież samotniki. A latem wypuszczą w Lesie Kabackim. Czyli tam, gdzie i ja bym go wypuściła, bo najbliżej. I ogólnie, jeśli mogę, to lepiej mu będzie u mnie w domu.

jeszcze tylko szczegółowe instrukcje dotyczące karmienia i innych takich - i decyzja jest. Jeż zostaje.

Ponieważ zwierzak jest pod całkowitą ochroną, trzeba było teraz załatwić zgodę konserwatora przyrody na trzymanie go w domu - też poszło bez klopotów.

Jeż dostał wklinowy kosz z dużą ilością suchej trawy i ciepłymi szmatkami, miseczki - i imię. Filip. nazwisko wyklarowało sie później - Sracz. Niestety, szanowny pan nie zwracał uwagi na takie drobiazgi jak porządek i pozostawiał ślady tam, gdzie go akurat przypiliło. nasze podłogi bardzo to odczuły, mimo różnych zabezpieczeń na stałych trasach.

Zwierzyna na początku była prawie niewidzialna i niesłyszalna, ale to szybko minęło. W niedługim czasie doszło do tego, ze o godzinie 22, kiedy to Filip wstawał, niezależnie od tego, co robiłam (mogłam kuć do matury, nie miało znaczenia), jeśli nie było jedzenia w miseczkach, szanowny pan zaczynał biegać nerwowo, sprawdzając ze wszystkich stron, czy coś sie jednak nie znajdzie. I wtedy byłam odrywana od zajęć z hasłem - Twoje dziecko jest głodne!!!!!

Nie było siły, szłam przygotować michę. W końcu należała się i tyle.

Z naszym psem  relacje zostały ustalone szybko. Bromba, jako istota towarzyska i ciekawa chciała zawrzeć bliższą znajomość z tym dziwnym szarym kolczastym czymś, ale Filip umiał skakać w różnych kierunkach, ze szczególnym uwzględnieniem strony, z której zbliżał sie psi nos. Po jednej czy dwóch próbach pies przestał dostrzegać nowego lokatora.

Jeż się szybko oswoił - pozwalał się brać na ręce, zwłaszcza wtedy, kiedy trzeba było go wyciągnąć z jakichś zakamarów - na przykład z mojej półki ze swetrami. Chciałam włożyć ciepły sweter, a tu okazywało się, ze juz był zamieszkany...

Rodzina została powiadomiona, że skończyłam 18 lat i wrócilam do domu z synem, Filipem. Zabawa byla przednia, bo niektórzy mieli bardzo gęste miny - w końcu matury jeszcze nie miałam, o mężu nie słychać, ne wiadomo, gratulować, czy wręcz przeciwnie...

Wiosną Filipek został wypuszczony na terenie ogródków działkowych niedaleko lasu. Jeże tam bywały, ślimaczków dużo, zagrożeń w postaci lisów brak. 

mam nadzieję, ze mu dobrze było....

 

sobota, 28 stycznia 2012

Szafa na mnie czekała.

Kusiła, przywoływała...

W końcu sie poddałam. Wywaliliśmy ze Skorupiakiem całość pościeli i ręczników i zaczęliśmy robić w tym porządki.

Co oznacza przede wszystkim furę prasowania - starannie kupuję pościel z kory, która nie wymaga prasowania za każdym razem, ale od czasu do czasu dobrze jej robi.

Przy okazji Małżonek jedyny podjął wreszcie bohaterską decyzję o rozstaniu sie z ulubioną albą z czasów młodości, kiedy to pętał sie w okolicach ołtarza. od tamtej pory jednak nieco urósł (w różnych kierunkach) i alba jest za krótka o jakieś 15 cm. Co najmniej. 

Odetchnęłam z ulgą, gdyż co prawda ma bardzo ładny krój, ale tę zaletę niweczy potężna wada - prasuje sie ją wyjątkowo parszywie. 

Uprasowałam ją po raz ostatni, dołożyłam jeszcze jedną - też przykusą i jutro oddamy dominikanom. Tam pewnie znajdą kogoś, komu sie przyda - tych chłopaków ze służby liturgicznej jest tam sporo, a ja już nigdy nie będę musiała jej prasować!!!!!!!!!

czwartek, 26 stycznia 2012

Dziecko nasze jedyne po raz kolejny powaliło nas na kolana.

Zaczęło się niewinnie, podczas kolacji młody złapał mój kubek, wypił sporą porcję, po czym popatrzył krytycznie i stwierdził:

- Wypiłem ci jedną czwartą picia. 

Oczywiście zgodnym chórem zapytaliśmy go, czy wie, ile to jest jedna czwarta (zwłaszcza, ze ubytek płynu faktycznie określił dość precyzyjnie). 

Tu już było troszkę gorzej, ale wspólnymi silami doszliśmy do jakiejś sensownej a nieskomplikowanej definicji. Ugruntowaliśmy jeszcze wiedzę na rzodkiewkach i mogliśmy sie dalej zająć konsumpcją.  

Żeby jednak nie było za łatwo, młody po chwili znów zaczął liczyć. Już nawet nie pamiętam co, w każdym razie w efekcie tego jego liczenia Skorupiak zapytał go, czy wie, ile to będzie, x+3=6. ile wtedy wyniesie x i jak go w ogóle wyliczyć.

Wiedział, co spowodowało bębnienie szczęką po stole.  Przy okazji zeszło na liczby ujemne - szanowny pięciolatek nie miał specjalnie klopotów ze zrozumieniem, że 9-1=8 , ale 1-9=-8. 

Po czym poszedl myć zęby podśpiewując pod nosem kanony po łacinie. Całkiem prawidłowo i z nienajgorszą wymową. I cześciowo rozumiejąc tekst...

Nie wiem, co będzie w szkole, ale już sie boję.

wtorek, 24 stycznia 2012

Wróciło mi sie jakoś ostatnio do Harrego Potera. Nie wiem czemu, tak jakoś.

A równocześnie w ręce mi wpadła książka Haliny Bortnowskiej - "Co to to nie". A tam - między innymi felieton właśnie  o tych książkach.

Wielokrotnie wściekałam się słysząc o podejściu niektórych osób duchownych do tej młodzieżowej, bardzo popularnej serii przygód młodego czarodzieja. Zakazy, gromkie okrzyki o satanizmie, czarach, magii, odciąganiu od Boga, uczeniu, że wystarczy wypowiedzieć zaklęcie i mieć -  nie pamiętam, co tam jeszcze było, w kazdym razie miałam poczucie, że chyba rozmawiamy o zupełnie różnych książkach.

Tu wreszcie znalazłam zrozumienie - więcej, tam było napisane dokładnie to, co mi chodziło po głowie, tylko znacznie dokładniej, mądrzej, piękniej. Od razu mi ulżyło, bo skoro ktoś taki, jak Halina Bortnowska ne uważa, żeby HP był samym złem, to chyba nie jestem tak całkiem głupia i w poprzek nauczania kościelnego. Może tylko troche po skosie... Ten skos wychodzi mi najczęściej tam gdzie zaczynam samodzielnie myśleć,  co samo w sobie jest bolesne, bo trudno mi pogodzić sie z tym, że boscy urzednicy mówią o wolnej woli, rozumie, ale jak ktoś ośmieli sie z nich skorzystać, to natychmiast dostaje po łbie.

Wracając do Harrego Pottera i zakazywania przez katechetów czytania / ogądania jego przygód, od dawna sie zastanawiam, jak to się dzieje, że nikt z nich nie wpadł na to, jak wykorzystać tę popularną książkę do przekazania wartości, o które katechetom chodzi.

Bo one tam są. I to w dużych ilościach, bym powiedziała.

Mam poczucie, że spokojnie dałoby sie przygotować cykl katechez zbudowanych właśnie wokół tej książki (a właściwie książek).  Można by poruszyć takie tematy jak wierność zasadom, uczciwość, wartość rzetelnej pracy, bez której nie ma nic darmo - w końcu czarodzieje nie machali różdżkami ot tak sobie, oni musieli najpierw solidnie wkuwać, zdawać egzaminy roczne, sumy, owutemy, egzamin na prawo teleportacji - całkiem, jak prawo jazdy, byli oceniani; różnica pomiędzy charakterami poszczególnych Domów i ich mieszkańców... Miłość bliźniego, przyjaźń, troska o innych, - przecież to są kwestie uniwersalne, chrześcijaństwo, a tym bardziej katolicyzm nie mają monopolu na bycie dobrym człowiekiem. 

Można spokojnie pokazać uniwersalność tego, co najważniejsze w chrześcijaństwie - i innych religiach. Zrobić lekcje, które przyciągną również uczniów niewierzących czy niezainteresowanych Bogiem. A to już potem daje podstawę do dialogu....

Nie mówiąc już o tym prozaicznym szczególe, że owoc zakazany zawsze kusi i najlepszą metodą na to, żeby dzieciaki przeczytały HP jest zabronienie im tego. 

Co widać genialnie na przykładzie całej historii z zakazem dla księdza Bonieckiego -  jego książka rozeszła sie natychmiast, na spotkania z nim walą tłumy - ludzie, którzy wcześniej czasem nawet nie wiedzieli o jego istnieniu teraz słuchają i zastanawiają się nad tym, co ma do powiedzenia. A wszystko za sprawą zakazu wydanego przez księdza Naumowicza.... 

 

Dzieciom zdarzają sie wypadki.

Różne, większe (rzadziej) i mniejsze (całkiem często).  

W przypadku tych ostatnich delikwent przychodzi do mamy, podtyka pod nos stosowną uszkodzoną część ciała i prosi:

- Mama, boli, pocałuj.

Całuję grzecznie, Pyton stwierdza, ze wszystko już w porządku i pędzi szaleć dalej. 

 

A ja za każdym razem chichoczę sobie pod nosem.

Bo mi sie przypomina kawał następujący:

 

Siedzi sobie młodzian z damą serca swego na ławeczce w parku. Dama omdlewającym głosem co chwila wysuwa postulaty wypisz wymaluj - te same, co Piotrek:

- Paluszek boli... Pocałuj... - młodzian posłusznie wykonuje polecenie.

- czółko boli... Pocałuj... - cmok.

- Uszko boli...

- Kolanko boli...

I w ten deseń dłuższa chwilę. W końcu z sąsiedniej ławeczki odzywa sie staruszek wygrzewający kości na słoneczku:

- A hemoroidy też pan leczy? 

piątek, 20 stycznia 2012

W związku z rewelacjami dotyczącymi Pytonich uszu w przedszkolu chyba się nieco zagotowało.

Następnego dnia po badaniu trafilam na panią dyrektor. Ona akurat miala wtedy dyżur w pietruszkowej grupie, zapytala, jak wyniki - to jej powiedziałam.

I skorzystałam z okazji, żeby przekazać swój komentarz co do całej sytuacji. Oczywiście bardzo spokojniei uprzejmie, ale nie ukrywając, że jestem delikatnie mówiąc, niezadowolona.

A niezadowolna jestem, gdyż cała ta sprawa ujrzała światło dzienne zupełnym przypadkiem wynikającym z mojej zawodowej ciekawości.

Otóż jakiś czas temu postanowiłam umówić sie na spotkanie z panią psycholog, która opiekuje sie przedszkolem, i dowiedzieć czegoś o wynikach potomka. 

Ciekawość ludzka rzecz, matczyna, normalna.

Spotkanie odbyło sie 28 grudnia. 

I byłoby wszystko w porządku, gdyby nie to, że pani psych w swoich notatkach znalazła własną informację, iż Piotrka dobrze by było skonsultować logopedycznie. 

Informację z września, dodam.

Informację, która do mnie nigdy w żadnej formie nie dotarła.  

jak również zdaje sie, że nie dotarła do przedszkolnej pani logopedy. Albo też tamta stwierdzła, że jest wszystko w porządku. Aczkolwiek chyba nie jest, skoro innny logopeda na podstawie sposobu wymawiania niektórych dźwięków zaczął węszyć głębiej i znalazł. 

Mogłabym przyjąć  i zrozumieć, gdybym dostała komunikat, że z Pytonem wprawdzie trzeba troche popracować, ale jego zaburzenia są niewielkie, zwłaszcza na tle innych dzieci w przedszkolu i ona po prostu nie da rady obrobić wszystkich, więc pracuje z tymi z najpoważniejszymi dysfunkcjami.

Ludzka rzecz, wiadomo, ze się kobieta nie rozdwoi.

Ale ja komunikatu nie dostałam żadnego.  

Za to dziś Skorupiak, który odbierał Pytona z przedszkola dostał karteczkę z zaproszeniem na spotkanie z panią logopedą. I jakieś średnio zrozumiałe informacje, z których wynikało, że to badanie pamięci słuchowej to takie jakby mało  istotne? że ktoś tam tak też ma i z tym można żyć?

Kurczę, wiem, że można żyć, bo sama to też mam - ale mądra jestem, że  sobie teraz taką diagnozę postawiłam. Całe życie miałam problemy z zapamiętaniem słowa mówionego, jeśli nie robiłam notatek, to mogłam równie dobrze nie być na wykładzie czy innych zajęciach, bo w momencie zamykania za soba drzwi nie pamiętałam ani słowa. Przelatywało mi między uszami, nawet jak bardzo sie starałam skupić i zapamiętać.  tak że świetnie zdaję sobie sprawę, że żyć sie z tym da. I równie dobrze wiem, jak cholernie to komplikuje i utrudnia proces edukacyjny. I chcę tego oszczędzić własnemu dziecku - zawłaszcza, że to sie daje mocno podstymulowac odpowiednią terapią. tylko trzeba o tym wiedzieć i mieć czas na manewry.

 Nic to, pójdę sobie na to spotkanie i posłucham, co pani L. ma do powiedzenia. Musiała sie już mocno tłumaczyć na dzisiejszym zebraniu zespołu, więc teraz może na wszelki wypadek doszukiwać sie wszystkiego, żeby nie było, że coś pominęła. 

Zobaczymy... 

czwartek, 19 stycznia 2012

Skorupiaka naszło dziś na mortadelę w cieście. Zdarza się.

Postanowił ją zrobić. Zapytał o instrukcje - a ponieważ jest jednostką obytą w kuchni uznałam, ze nie musze mu podawać ze szczegółową gramaturą, tylko normalnie.

Oznaczało to miedzy innymi "odrobine drożdży" rozrobioną w "niedużej ilości" ciepłego mleka.

Po jakimś czasie słysze pytanie:

- słuchaj, czy tak jest dobrze? bo nie wiem, czy nie za dużo drożdży wziąłem.

- A ile wziąłeś?

- tak z jedną trzecią paczki. 

Osłabłam. To była taka standardowa stugramowa kostka. Czyli wrzucił 30 g...  Do tego rozrobil to w prawie szklance mleka.

Po chwili mnie tknęło, obejrzałam kostkę. Brakuje połowy, a nie jednej trzeciej.

- A bo ja wrzucilem do mleka 1/3, resztę zjadłem.

- co?????

- no, z mlekiem, na witamine B.

- ale do picia to sie je zalewa wrzątkiem, żeby zabić drożdże... Chyba, zę chcesz mieć drożdżycę....

- Ups... nie wiedziałem... Popatrz, ile będzie tego ciasta?

- Dużo. Weź największy garnek.

Popatrzył na mnie podejrzliwie.

- Ty sobie robisz jaja, prawda? A w ogóle, to nie za rzadkie to ciasto?

- Nie robię jaj. I owszem, za rzadkie. Dosyp trochę mąki, tylko niedużo.

Dosypał, zamieszał w skupieniu.

- Dobrze teraz?

- Hm... Mówilam, niedużo. Mogło byc mniej....

W tym momencie biedny Skorupiak już nie wytrzymał i wylecial z kwikiem z kuchni. 

Po chwili wrócił.

- Kiedy mam zacząć smażyć?

- Zacznij już, bo ciasto rośnie. Jak odłożysz do jutra, to będziesz mial całą wannę.

 

Usmażył. Całą mortadelę. Kilka parówek. Ciasta starczyło jeszcze na ananasa.

A ja jestem na diecie. 

środa, 18 stycznia 2012

Od poniedziałku - czyli odkąd spadł wreszcie śnieg - procedura po wyjściu z przedszkola jest stała:

Piotrek wskakuje w spodnie ortalionowe, łapie jabłuszko zwane też czasem dupoślizgiem i pędzi na pobliską górkę.  Do towarzystwa ma paru kolegów - w tym najlepszego przyjaciela z grupy przedszkolnej. 

I sie zaczyna. Zjazdy na sankach , jabłuszku, czasem na pupie bez podkładki, ktoś sie sturla przy podchodzeniu - a potem regularna bitwa na śnieżki. Dorośli, dzieciaki - wszyscy, jak leci.

 Wszyscy wygladają jak bałwanki, pisk, śmiechy, chichoty, wrzucanie śniegu za kołnierz - słowem pełnia szczęścia.

Taka zima może być.  

 

Byliśmy dziś z Pytonem na badaniu uwagi słuchowej.

I nie jest dobrze. Prawe ucho ok, natomiast z lewym jest.... delikatnie mówiąc średnio na jeża. On jest leworęczny, czyli prawdopodobnie oznacza to skrzyżowaną lateralizację (badanie trzeba będzie jeszcze powtórzyć, bo w poradni warunki są takie sobie).

W każdym razie mamy sie zgłosić na konsultacje do ośrodka w Kajetanach. I pewnie terapia. 

Do bani. Jestem zła. 

 

wtorek, 17 stycznia 2012

Późno w tym roku bardzo, ale jednak nastąpiło:

Niniejszym ogłaszam, że gawronia stołówka została otwarta!

W sobotę (a może to była niedziela, skleroza, w kazdym razie jak spadł śnieg) na drzewie koło rodziców było czarno.

Siedzialy.

Wyczekiwały.

Cierpliwe.

I głodne.

Póki była trawa - nie interesowały sie, załatwiały aprowiację we własnym zakresie. Spadł śnieg - są.

Wyszłam wyrzucić talerz pokrojonego sadła - nawet przez sekundę się nie zawahały. Nie przeszkadzała im moja obecność, one po prostu wiedziały, że nie zrobię im krzywdy, bo wyszłam wyrzucić im jedzenie.

Rozległo sie wokół - kraa, kraa, kraa!!! - potężne, triumfalne wezwanie tych mniej zorientowanych - rzucili!!!!

Spadły z drzewa zanim zdążylam zejść z wału. 

Uwielbiam ten widok i ten dźwięk.

Kto czyta mojego bloga dłużej, ten zna moją milość do gawronów. Obciążenie dziedziczne, nie ma co. To sa wspaniałe ptaki... 

 

 

czwartek, 12 stycznia 2012

Młody ściele łóżko przed wyjściem do przedszkola.

I śpiewa.

Z pokoju obok dobiega (nieco fałszywie): "A mury runą, runą, runą, i pogrzebią stary świat...".

Wczoraj było "A może tak, a morze nie, morze faluje zawsze tak, jak chce". I jeszcze "Jeżeli wierzysz w Boga - pamiętaj, zę prawda jest jedna"  - Czyli Jacek Kowalski, Homilia św. Jacka. Heksametrem.

wiadomo już, czego słuchają rodzice.

środa, 11 stycznia 2012

Wieczorny rytuał obejmuje między innymi przytulanie. Kładę sie koło Pytona, przytulam, pogadujemy troszkę i jest miło i przyjemnie. 

Czasem zbyt miło i przyjemnie, bo dzieć nie chce mnie puścić.

Ale na kazdego znajdzie sie sposób. 

Otóż wystarczy dziecia uprzejmie poprosić o chwilowe uwolnienie, gdyż rodzicielka bardzo potrzebuje udać sie do toalety. Potrzeba ludzka jest, zrozumiała dla potomka całkowicie, wiec zgodę wydaje, tylko się upewnia, że rodzicielka powróci do obowiązków. Oczywiście dostaje solenną obietnicę. 

I w tym momencie można udać sie juz spokojnie do wyżej wzmiankowanego pomieszczenia - najlepiej z ciekawą książką. Należy posiedzieć tam trochę, tak z 10-15 minut. Można dłużej, zwałszcza, jeśli książka dobra.

Po wyjściu oczywiście trzeba dotrzymać obietnicy - słowo się rzekło, kobyłka u płotu.

Ale...

I tu jest właśnie najpiękniejszy element tej kombinacji. Potomek już śpi. Dostaje jeszcze całuska w czółko na dobranoc, można pogłaskać po pyszczku - i matka ma wolne!!!!

poniedziałek, 09 stycznia 2012

Ostatnio po raz kolejny jakoś wróciłam do tematu samodzielności i odpowiedzialności dzieci.

Chyba dlatego, że gdzieś trafiłam na kolejny artykuł z serii "ci wstrętni, nieodpowiedzialni rodzice, nie dopilnowali x-letniego dziecka, zostawili je samo bez opieki..."

A mnie sie - znowu - zaczyna w środku wszystko gotować.

Przypominam sobie czasy, kiedy szłam do szkoły z kluczem na szyi. Chodziłam i wracałam sama, czasem tylko tata mnie woził rowerem, jak wiózł do przedszkola mojego brata - obie placówki były w tym samym budynku. Inna sprawa, że wóczas też szokowaliśmy, bo brat jeździł na dodatkowym siodełku przed tatą, a ja stałam na bagażniku. I przed drzwiami szkoły po prostu zeskakiwałam, a tata jechał dalej. A naród panikował, że ja na pewno spadnę. Tego, że w razie czego mogłam się po prostu odbić i zeskoczyć, nikt nie zauważał.

Ale to tak na marginesie.

Z ciekawości zaczęłam sprawdzać w przepisach, do ilu lat dziecko musi przebywać cały czas pod opieką osoby dorosłej. I choć nie udało mi sie dokopać do jednoznacznie precyzyjnych przepisów, to i tak włosy mi dęba stanęły.

Otóż w naweselszej wersji mam obowiązek tkwić Piotrkowi nad głową do 15 roku życia. W nieco łagodniejszych wariantach mogłam zostawić w domu na chwilę samego 12-latka.

Nosz cholera jasna, kto to wymyślił???? Pomijam juz trudności techniczne, bo mi żaden lekarz nie wystawi zwolnienia na opiekę nad 14-latkiem, ale kiedy niby taki pietnastolatek ma sie uczyć samodzielności? Rok później w wielu kwestiach może już decydować, odpowiadać jak dorosły, a mając 18 lat jest uznany za dorosłego i w pełni odpowiadającego za swoje czyny. Może głosować, kupować alkohol, ożenić sie i mieć dzieci... A jeśli przez cały czas był traktowany jak dziecko, to co on wie o zyciu?

W USA rozpętała sie straszna afera, jak Lenore Skenazy, matka 9-latka - na jego prośbę - pozwoliła mu samodzielnie wrócić metrem z miasta do domu. Zaopatrzyła w kasę na bilety, przepytała o zasady bezpieczeństwa i wio. Wrzask sie podniósł pod niebiosa, podobno najbardziej wzburzyło publikę to, że nie dała synowi telefonu. Komentowano, że to dlatego, iż telefon był dla niej ważniejszy od dziecka...

A ja uważam, że to był świetny pomysł. Dzieciak był przygotowany, w końcu nie wypuszczała w ten sposób obcego, tylko własne, doskonale sobie znane dziecko. O którym wiedziała, na co go stać, że może mu zaufać.

Jeśli nie będziemy naszym dzieciom dawać okazji sprawdzenia się - choćby w drobnych sprawach, przecież nie chodzi od razu o podróż stopem przez Europę, to skąd oni maja wiedzieć, z czym sobie poradzą, a z czym nie? Jak własna matka nie ma na tyle zaufania, żeby zostawić w domu na kwadrans, albo wysłać po chleb do okolicznego sklepiku, to jak taki dzieciak ma zaufać sam sobie?

Już nie mówiąc o tym, że taki kredyt zaufania niesamowicie zobowiązuje. Jak dziecko słyszy - kochanie, wierzę, że dasz radę i zrobisz to znakomicie, to stanie na uszach, a nie zawiedzie. A potem pęknie z dumy :).



Poziom lęku w społeczeństwie wzrósł wielokrotnie w porównaniu z tym, co pamiętam ze swojego dzieciństwa. Boimy sie mnóstwa rzeczy, a przede wszystkim - ludzi. Wszystkich, jak leci, dla zasady. Bo na pewno wszyscy wredni sąsiedzi tylko czyhają na mojego kochanego syneczka.

Równocześnie sami odbieramy sobie po kolei sposoby radzenia sobie z zagrożeniami - izolujemy sie coraz bardziej, tworzymy getta, stwarzamy iluzję bezpieczeństwa stawiając kolejne płoty, kraty, montując kamery w osiedlach, budynkach, przdszkolach naszych pociech... Śledzimy sie wzajemnie - podejrzliwie patrząc na każdego. Nie znamy swoich sąsiadów, mało komu przyjdzie do głowy powiedzieć zwykłe "dzień dobry" czy usmiechnąć sie do osoby znanej z widzenia. A przecież właśnie więzi międzyludzkie, zaprzyjaźnieni sąsiedzi, są najskuteczniejszym zabezpieczeniem i wsparciem. Pomagajmy sobie wzajemnie, w sprawach drobnych i większych. Dzięki temu, że rozmawiam ze swoimi sasiadami, lubię ich, mamy kontakty, nie mam problemu z kotem podczas wakacji. Bo kot nie znosi jeździć samochodem, a za to uwielbia się włóczyć po osiedlu. I dla niego znacznie bardziej komfortowym wariantem niż hotel jest sytuacja, gdy ktoś do niego wpadnie dwa razy dziennie, nakarmi, wypuści na dwór, wpuści z powrotem i pogłaszcze po futerku. Odwiedza co najmniej kilka osób, rąk do głaskania też mu nie brakuje, a my możemy wyjechać.

Jak kiedyś musiałam wyjść, a Skorupiakowi przeciągnęło się spotkanie - ostatecznie wrócił kwadrans po moim wyjściu - zapytałam sąsiadów, czy mogę im na chwilę podrzucić Piotrka. Bawił się świetnie z ich dziećmi i nie było problemu.

takich przykładów mogę podać więcej, tylko po co.

Jak ktoś spróbuje dać dziecku możliwośc przygotowania się do samodzielności nieco spokojniej, niż rzutem na głęboką wodę - to natychmiast znajdzie sie ktoś inny, kto doniesie do OPS-u czy na policję, że tamten zaniedbuje potomka.

Kiedyś wspomniałam jednej z nauczycielek przedszkolnych, że często Piotrek do przedszkola biegnie sporo przede mną - ja sobie idę kilkadziesiąt - sto metrów za nim z psem na smyczy, czasem jeszcze sprzątając po nim pamiątki, co też spowalnia. Odległość z domu do przedszkola jest minimalna, na oko nie ma 150 metrów, chodnikiem, na który żaden samochód nie wjedzie. W jednym miejscu Pyton może ominąć trawnikiem koniec ciągu pieszo-jezdnego - sam koniec, wiec tam też już samochodów nie ma, a jak przypadkiem sie jakiś trafi, to wolniutko - bo by inaczej wylądowa na płocie. Słowem - bardziej bezpiecznie już trudno. Pyton sam sie przebiera w szatni, jak wchodzę do budynku, to przeważnie czeka na mnie w kapciach. I wspomniałam żartem, że właściwie w tych warunkach to mogłabym go nie odprowadzać, chodziłby sam i byłoby dobrze. A pani stwierdziła, że prawdopodobnie po paru dniach ktoś by mi nasłał na głowę kontrolę i miałabym spore szanse na sprawę o ograniczenie praw rodzicielskich, jako nieodpowiedzialna matka... Ona mnie zna, zna Piotrka, ale ktoś, kto tej wiedzy nie ma, mógłby zareagowac inaczej. A przepisy są jakie są i w ich świetle miałby rację.

Ludzie jednak potrafią sobie komplikować życie, nie ma co.

No, to sie wyżołądkowałam.  

niedziela, 08 stycznia 2012

Żona mojego brata spodziewa sie dziecka.

Oczywiście jedną z podstawowych kwestii interesujących wszystkich jest płeć malucha.

Mama  - osoba bardzo racjonalna, twardo stąpająca po ziemi i zawsze patrząca na metodologie badań ma sposób na sprawdzenie - znacznie wcześniej, niż jakiekolwiek USG może cokolwiek wykryć. 

I nie chodzi tu o oklepane majtanie obrączką. 

Sprawdza od dawna - głównie po to, żeby przekonać sie, iż metoda jest nieskuteczna, no bo przecież, do jasnej cholery, to nie ma prawa działać!!!! Jest nieracjonalne, niczym nieuzasadnione, no po prostu bez sensu.

Nie pomyliła sie jak dotąd ani razu, Piotrka tez mi przepowiedziała - tak gdzieś około 9 tygodnia ciąży. 

Bratowej powiedziała, że będzie panienka - i wszyscy z niecierpliwością czekaliśmy na USG. 

Potwierdziło. Oczywiście wszystko sie jeszcze może zdarzyć, znamy ludzi, którym przez całą ciążę po każdym badaniu mówili, zę chłopak, i co? Chłopak ma na imię Ania.

Ciekawa jestem jak norka, czy miała rację. Statystyka przemawia na jej korzyść - jak dotąd 100% trafnych. 

Ale do ciężkiej cholery, jak to działa, skoro nie ma prawa działać?????????

sobota, 07 stycznia 2012

Wieczorem siedliśmy sobie ze Skorupiakiem na kanapie. Wtuliłam sie w niego, cisza, spokój, lampki na choince sie świecą - całkiem milo i romantycznie. 

- Małżowinko moja...

- Słucham????

 - No jesteś moja małżowinka. Może byc uszna. W końcu jak ja jestem Skorupiak, czyli małż,  to ty małżowinka.

Zagotowałam sie lekko.

- Jaka małżowinka??? Najwyżej perła... - nie zdążyłam skończyć zdania, bo sie wciął:

- A niby czemu perła??

- No jak, przecież perły powstają w objęciach skorupiaków, nie? 

- A, to dlatego. Nie, jednak nie perła. Co najwyżej perliczka.

 

Bezczelny facet.

środa, 04 stycznia 2012

 No nie mogłam sie opanować. Znalazłam w głębinach dysku i musiałam wrzucić. 

The European Union commissioners have announced that agreement has been

reached to adopt English as the preferred language for European
communications, rather than German, which was the other possibility.
As part of the negotiations, Her Majesty's Government conceded that English
spelling had some room for improvement and has accepted a five-year phased
plan for what will be known as EuroEnglish (Euro for short).

In the first year, 's' will be used instead of the soft 'c'. Sertainly,
sivil servants will resieve this news with joy. Also, the hard 'c' will be
replaced with 'k.' Not only will this klear up konfusion, but typewriters
kan have one less letter.
There will be growing publik enthusiasm in the sekond year, when the
troublesome 'ph' will be replaced by 'f'. This will make words like
'fotograf' 20 per sent shorter.
In the third year, publik akseptanse of the new spelling kan be expekted to
reach the stage where more komplikated changes are possible.
Governments will enkourage the removal of double letters, which have always
ben a deterent to akurate speling. Also, al wil agre that the horible mes of
silent 'e's in the languag is disgrasful, and they would go.
By the fourth year, peopl wil be reseptiv to steps such as replasing 'th' by
'z' and 'w' by 'v'.
During ze fifz year, ze unesesary 'o' kan be dropd from vords kontaining
'ou', and similar changes vud of kors be aplid to ozer kombinations of
leters.
After zis fifz yer, ve vil hav a reli sensibl riten styl. Zer vil b no mor
trubls or difikultis and evrivun vil find it ezi tu understand ech ozer.
Ze drem vil finali kum tru.

 

Na fali - upraszczamy i polski...

 

Biorąc pod uwagę rosnący problem dysleksji i dysortografii (Gazeta Wyborcza podała kiedyś, że 50% uczniów sopockich szkół średnich miało stosowne zaświadczenia - to nie żart), Rząd Rzeczypospolitej postanowił wprowadzić pięcioletni plan uproszczenia pisowni.

W pierwszym roku, postanowiono pozbyć się problemów przez rezygnację z polskich znaków diakrytycznych i wielkich liter w nazwach wlasnych. Ta prosta zmiana spotkala sie z uznaniem polek majacych do tej pory klopoty z wyborem w markecie odpowiednich polek.

W drugim roku zezwolono na zastapienie "o" przez "u", "a" jak w slowie "dab" przez "om", "e" jak w "reka" przez "en", a na koncu wyrazu przez "em". Zrezygnowano takze z litery "l' jak w "lawka", zastempujomc jom literom "u". Kuopotliwa guoska "w" zastompiona zostaua przez "f". Spoueczenstfo odetchneuo z ulgom. Co prafda, zaczeuy siem pojafiac kuopoty, jak na przykuad pisofnia nazwiska "supczynski", lecz byu to marginalny problem.

W trzecim roku postanowiono zrezygnofac z guosek takich jak "rz" (sz), "dz" (c), "rz" (sz)oraz "z" jak w "zaba" (sz). A straszlife "ch"? Naturalnie "h"!. "z" jak w suofie "zruduo" zastompiono prostym "s". F tamtym roku zespu szantymentalni dau w uckim gniescie piratuf pienkny fystemp.

W cfartym roku pospyto siem fieksosci guosek cfiencnyh na topre.

Na tym etapie panstfofe uszenty straciuy kontrolem fienc f piontym roku sresyknofano se fsystkih reku (cyli sasat) i fprofacono kompletno folnosc i pisofnie fonetycno. I fsyscy som napewno scenslifi - maszenie fprofacono f szycie.

 

  

wtorek, 03 stycznia 2012

Umówiłam sie na jutro w przedszkolu na czytanie dzieciakom. Jest u nas tak, że jak ktoś ma czas i wenę, to może po ustaleniu terminu przyjść - panie to bardzo chętnie widzą, bo po pierwsze - mają chwilę spokoju kiedy kto inny zabawia towarzystwo, a poza tym, zawsze jest to dopływ nowej lektury. 

Tym razem może nie był to mój autorski pomysł - pani Hania mnie złapała i zapytała, czy bym przyszła, bo zgłosiła sie inna mama, ale jej dziecko zachorowało i nie będzie mogła, a dzieciarnia już wie i sie cieszy.

Mogłabym, czemu nie, zwłaszcza że do przedszkola mam rzut beretem.

Wieczorem z Pytonem zaczęliśmy rozmawiać o tym, którą książkę wezmę. 

Piotrek miał propozycję:

- Mama, weź tę książkę o aniołkach (czyli księdza Malińskiego, jest kilka świetnych książeczek - "O diabełku, który odważył sie śmiać", "O aniołku, który chcial nawrócić piekło", "O zaletach i wadach komputeryzacji piekła").

Zastanowiłam sie nad pomysłem i zapytałam, czy wszystkie dzieci chodzą na religię. Okazuje sie że nie, są takie, które nie chodzą.

- To wiesz Piotrek, to nie będzie najlepszy pomysł. Pamiętasz, mówilam ci kiedyś, że nie wszyscy ludzie wierzą w Boga w ten sam sposób.

- Pamiętam.

I tu mu pokrótce opowiedziałam o tym, że są trzy wielkie religie na świecie. Chrześcijaństwo jest jedną z nich. Ale teżz nie jest jednorodne bo jest wiele odłamów (usiłowałam policzyć sobie przy pisaniu tej notki korzystając z Wiki, ale zgubiłam sie w połowie trzeciej setki kościołów chrześcijańskich...). A jeszcze są inne religie i ludzie, który po prostu nie wierzą w żadnego  boga, niezależnie od tego, jakie imię by mu nadać. I rodzice mogliby być niezadowoleni, gdyby w przedszkolu - jakby nie było publicznym a nie wyznaniowym ktoś im indoktrynował dziecko wbrew temu, w co sami wierzą (bądź nie wierzą). I dlatego wezmę jutro Bolka i Lolka.

Skorzystałam z okazji, żeby mu powiedzieć jeszcze, że nie mia wiary lepszej czy gorszej. Bo nikt z nas nie ma telefonu "na górę" i nie może zadzwonić z pytaniem "hej, Szefie, to jak właściwie z tym jest?". (Czasem mam wrażenie, że niektórzy jednak są przekonani, że oni taki kontakt telefoniczny mają a w niektórych przypadkach, że Bóg ustala z nimi swoje decyzje. Ale to inna sprawa.)

I dlatego nie można sie śmiać czy kpić z niczyjej wiary - bo tak naprawde nikt z nas nie wie, jak jest. Bóg jest większy, niż człowiek może to sobie wyobrazić, wiec próbujemy - dość nieporadnie. Ale żadne wyobrażenie nie jest ani lepsze, ani gorsze od mojego. 

A ludzie, który z nie wierzą - też mają do tego prawo. Bo z wiarą jest tak jak z jedzeniem szpinaku. Ja szpinak uwielbiam, mogę go jeść 6 razy na tydzień. Uważam, że jest zdrowy, smaczny i co tam kto jeszcze chce.  Ale nie wolno mi zmuszać innych do jedzenia szpinaku. Nie chcą, nie lubią - ich prawo. Mogę im opowiedzieć, jaki ten szpinak jest dobry, ale to oni sami zadecydują.  I tak samo nie mogę zmuszać nikogo do wiary. Zechce - może zachęcony moim przykładem - to uwierzy. Nie - jego wola.

A co do szpinaku - udało mi sie przekonać kiedyś koleżankę, że to jest jednak jadalne. A bura breja podawana pod tą samą nazwą w przedszkolu z porządnym szpinakiem nie miała wiele wspólnego - mdła, bez odrobiny czosnku, nieprzyprawiona. Następnego dnia po naszej rozmowie dostałam smsa - "z wielkim zdumieniem, ale i ze smakiem dołączam do wielbicieli szpinaku! dziękuję :).

poniedziałek, 02 stycznia 2012

Dopadło mnie. Od jakiegoś czasu nie chce mi sie pisać, wena jakby w zaniku. czasem tylko coś skrobnę, jak Piotrek palnie jakimś wyjątkowo urokliwym tekstem.

Zapewne spowodowane jest to przygnębieniem wynikającym z atakujących mnie ze wszystkich stron informacjach o ciążach koleżanek. Nie, żebym im żałowała, niech mają nawet trojaczki, ale ja też chcę!!!! A tu cisza w eterze, tylko te 4 brzuchy w okolicy.

Jak i przejdzie, to zacznę pisać częściej, ale na razie mi sie zwyczajnie nie chce. I tyle.