O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

niedziela, 30 stycznia 2011

kwiatek z kolejnej awantury młodego.

Szanowny pan wrzeszczy do mnie:

- Nie lubie cię!!!! Jesteś zwykła nitka!!!! (przynajmniej tak zrozumiałam ten ryk z innego pokoju).

Razem z Teściową zaczełyśmy chichotać. A tu rozlega się dalej:

- Nie wolno sie śmiać, jak ktoś brzydko kogoś nazywa!!!!!

Zdaje się, ze powinnam się zawstydzić, ale okazałam sie niewyuczalna. Ryknęłyśmy śmiechem ponownie.

sobota, 29 stycznia 2011

Nie mam już siły.

Dla piotrka ten okres jest bardzo trudny. Znudzony potwornie, zdenerwowany, wkurzony, że nie może wychodzi na dwór czy bawić sie z kolegami, usiłuje wymuszać na nas różne rzeczy. Zmęczony siedzeniem w domu.

Ja też jestem bardziej drażliwa, boli mnie ta noga, chodzenie o kulach jest niewygodne  trzeba zwyczajnie nabrać wprawy, a ja mam NIE chodzić. Przeszkadza mi hałas, szybciej sie wkurzam., nie mogę pójść do niego, nawet, jesli słyszę, ze naprawde jest kłopot wymagający mojej obecności .

Skorupiak zarżnięty do imentu, biega do pracy, orze w domu, walczy z humorami Piotrka....

Słowem atmosfera jak w rodzinnym grobowcu.

Dziś wieczorem Pitorek od dobrej godziny urządza koncert. Najpierw okazało się, że płytki Była Sobie Ziemia są porysowane - a chwilę wcześniej tłumaczyłam mu jak chłop krowie w rowie, żeby zaczekał  na tatęz wkładaniem do laptopa. Nie, uparł sie, ze musi teraz sam - i zniszczył.

potem była kolacja - nie chciał pójść wtedy, kiedy był na to czas. Potem, jak sie okazało, ze nie może dostać kanapki, tylko będzie banan i mandarynka to był kolejny bunt. W końcu usłyszał, ze w takim razie nie ma kolacji wcale, jazda do łazienki.

Znowu wrzask.

Jak w końću tam poszedł, to po chwili rozległ się ryk - tu jest pająk, ja sie go boję, zabij go. No, tak to nie będzie, nie ma powodu, żeby zabijać pająka, który nam nic nie zrobił. Kolejna dyskusja i wrzask.

W końcu po chyba dwóch godzinach darcia dzioba sie uspokoił.

Wiem, ze jest mu ciężko. Nam też. Nie mam juz pomysłó, jak sobie z nim radzić, żal i go serdecznie, nawet jak wrzeszczy i nas wyzywa od złodziei - najgorszy epitet jaki zna. Po prostu wiem, zę sobie nie radzi z nudą, strachem i bezradnością. martwi sie o mnie, równocześnie chciałby żebym się z nim bawila w pociąg.

Dalej sie drze w łazience. Wściekły, bo Skorupiak stwierdził, ze to chyba jest po prostu bardzo mały chlopczyk, skoro sie tak zachowuje.

Nie mam siły. Żal mi go. Jestem na niego wściekła. Mam ochotę mu przylać. I przytulić. Jestem zmęczona. chciałabym móc zająć sie dla odmiany sobą. Szkoda mi potwornie zmęczonego Małża. Jestem wdzięczna rodzicom, którzy nam bardzo pomagają. I szlag mnie trafia na postawę dyrekcji ZOZu.

innymi słowy, mieszanka wybuchowa. Musi eksplodować.

piątek, 28 stycznia 2011

Nie ma lekko, życie nam nie daje chwili spokoju. Zapomniałam wczoraj dorzucić  do koszyka nieszczęść, ale co się odwlecze to nie uciecze.

Otóż jak już pisałam, byłam z Piotrkiem na ostrym dyżurze okulistycznym, żeby mu sprawdziili, czy to czerwone oko to powikłania poospowe, czy coś mniej groźnego.

Na szczęście okazało się, że zwykłe zapalenie spojówek. Ale dostał krople do oczu, na receptę.

Po powrocie do domu mama wzięła tę receptę, wzięła moją z urazówki i pojechała do apteki. A tam wyszło, że przytomna pani dr owszem, podpisała się, ale zapomniała przybić pieczątkę.... Do tego ponieważ był tam stempel ostrego dyżuru, to pediatra nie może jej przepisać i wystawić ponownie, trzeba jechać z powrotem do szpitala.  W tak zwanym iędzyczasie jeszcze przyjrzałam się tej recepcie dokładniej i wszystko mi opadło.

Pani dr nie dość, że się nie podstemplowała, to pokopała dane. To znaczy, jak spisywała z rodzinnej legitymacji ubezpieczeniowej męża, to jako pacjenta wpisała imie i nazwisko Skorupiaka. I pesel Piotrka. Normalnie cyrk na wrotkach.

Jak sie wreszcie dodzwoniłam do centrali szpitala, bo w rejestracji nie odbierali, to usłyszałam, ze dziś to będzie ciężko coś załatwić, ale miły pan dał mi numer do działu statystyki medycznej, gdzie trafiły dokumenty z dyżuru. Pani statystyczna najpierw się wielce zafrasowała co by tu, bo lekarzy nie ma, do tego dane faktycznie walnięte i NFZ im nie zwróci za przyjęcie pacjenta, który nie istnieje - bo sie nazwisko z numerem ni cholery nie zgadza. Jak mi powiedziała, że ktoś musi przyjechac przed 14 (a była już 12.30), albo czekać do poniedziałku, to wysłałam Małża - ja z tą nogą to bym sie do jutra nie dowlokła, a na następną taksówkę nie nie stać.

Małż załatwił sprawę skuteczniej - stanęło na tym, ze receptę przepiszą, i zostawią do odbioru na portierni.

Kolejny wątek z ostatnich rozrywek.

Ponieważ nogę mam ewidentnie uszkodzoną, stabilizator, zastrzyki z heparyny, kule, zalecenie leżenia i boli solidnie, uznaliśmy, że Placówka Medyczna, na schodach której tak pojechałam, powinna jednak ponieść konsekwencje w postaci odszkodowania. Mają OC na takie przypadki, a nie może być tak, ze człowiek wchodzi tam zdrowy a wychodzi na urazówkę.

Małż zażądał rozmowy w dniu dzisiejszy z szefostwem naszego ZOZu, podania numeru polisy OC i paru innych rzeczy.

A pani dyrektor jasno i treściwe oznajmiła, ze polisę to oni pokażą dopiero w sądzie, po czym wezwała straż miejską, żeby usunęła Małża, przy okazji mówiąc mu, że jest głupi.

Miała pecha. Okazało sie, że przypadkiem absolutnym była to ta sama załoga, którą wysłano w środę na naszą prośbę o zrobienie dokumentacji schodów, żeby potem nie było, że schody były w porządku, tylko ja jestem lebiega do kwadratu, albo zgoła mąż mnie zepchnął  a pretensje do kierownika przychodni.

Nie mam ochoty na sprawę sądową, ale nie popuszczę. Jak chcą to tak rozgrywać, to ja sie uchylać nie będę.

Dlaczego, do ciężkiej cholery, u nas nic nie może byc normalnie, bez jakichś dzikich atrakcji dodatkowych? nawet pochorować jak ludzie nie możemy....

Dzisiaj przyjechała do nas Teściowa h.c. - głównie po to, żeby mnie pilnować, żebym nie łaziła. No ale jak mam nie łazić, jesli siedzę w domu z potężnie znudzonym czterolatkiem, który poziomem energii przypomina wulkan?

Ponieważ Mama dzielnie ganiała z nami wczoraj, pilnując Piotrka, jak kupowałam stabilizator i potem w szpitalu na dyżurze, więc dziś chciałam jej dać odpocząć - w końcu nie należy dziadków za bardzo eksploatować, bo się zepsują ;). Poprosiłam Teściową o pomoc w zagospodarowaniu Piotrka i upichceniu czegos na obiad. Kochana kobieta postanowiła przywieźć nam klopsa. NIestety, jako osoba nie posiadająca psa, jest całkowicie pozbawiona właściwych odruchów. Na przykład takich, że się nie zostawia torby z mięsem na podłodze.....

Nie wiem, które z naszych zwierzątek dokonało tego niecnego czynu, ale fakty są bezlitosne: w torbie zostało elegancko wymiecione opakowanie po mięsie i tyle....

Osobiście bardziej podejrzewam kota.

Na razie dostaję cholery z powodu własnego kalectwa. Nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo bezradna jest osoba uziemiona w łóżku czy na fotelu. Z jednej strony co chwila czegoś potrzebuję - chustki, coś do picia, poprawić poduszkę, do łazienki, ciepłe skarpetki, bo mi nogi marzną... Z drugiej fatalnie się czuję ganiając kogoś po te wszystkie drobiazgi, czy prosząc o pomoc w poprawieniu poduszki pod nogą. W rezultacie albo rezygnuję, albo sama łażę.

To, zę była dziś Teściowa, to całe szczęście, bo pilnowała mnie niczym klawisz w mamrze, żebym się nie pętała. Na szczęście Pietruszek lubi pomagać i jak go proszę o podanie czegoś, to najczęściej słyszę: "Już lecę" albo "za chwileczkę". I przynosi, podaje, poprawia...

Chciałam jeszcze wyjaśnić, bo chyba nieprecyzyjnie sie wyraziłam.

Otóż pan dr nie mógł mnie zapamietać z czasów studiów, bo nie miał pojęcia o moim istnieniu aż do środy. Nie wiem, byc może ma świetną pamięć do twarzy i po prostu wiedział, że mi zaliczenia nigdy nie wpisywał? Neurologii nie musiałam brać w ramach fakultetu i jej po prostu nie wzięłam.

Tak że teorie o wrażeniu, choć bardzo przyjemne, to jednak niestety nie mają żadnych podstaw. Poza tym, on jest już solidnie po sześćdziesiątce..... Jakoś nie gustuję w starszych panach.

 informacja z następnego dnia:

mięso jednak zżarł pies. I w nocy zas...ał całą kuchnię. Tak sie tylko zastanawiam, czy nam tez by zaszkodziło....

 

czwartek, 27 stycznia 2011

Tytuł notki  stanowi wniosek ogólny z wizyty u specjalisty i ogólnie dnia wczorajszego .

Jak u przemiłego zresztą pana doktora odpowiedziałam na milion pytań w ramach wywiadu lekarskiego, to on powiedział głośno to, co sama pomyślałam - dziewczyno, ty masz na głowie tyle, ze wszystkich stron, że nie ma siły, żeby cię nie bolała.

Doszliśmy też do wniosku, zę jestem złośliwa, bo przyszłam  i zwaliłam mu na biurko te wszystkie moje kłopoty, a on pomóc może mi tylko troszeczkę na jeden z nich. reszta jest niemedyczna, albo medyczna prehistoryczna i nie jego działka. Dobrze mi zrobiło odgadanie sie  u kogoś, kto rozumie, przy okazji usłyszałam pytanie, którego w życiu bym się nie spodziawała idąc do lekarza:

- A dlaczego nie chodziłaś na fakultet z neurologii na studiach?

Prawda była taka, że nie interesowało mnie to aż tak, poza tym te zajęcia były wieczorem, a ja jestem jednak zwierze poranne i zajęcia późniejsze niż o 16 to dla mnie nieszczęście. Przez dwa lata studiowałam co innego w trybie wieczorowym i klęłam, aż w końcu poszłam po rozum do głowy i postanowiłam zdawać egzaminy na wymarzoną psychologię. Nie , żebym miała cień nadziei, ze sie dostanę. Ostateczenie od mojej matury minęły już wówczas 3 lata, z przedmiotami egzaminacyjnymi nie miałam do czynienia od dawna (to jeszcze były czasy egzaminów wstęnych, osobnych na każdy wydział). Tak naprawdę nie wierzyłam, zę sie dostanę - ale nie chciałam kiedyś na starość zastanawiać się, "co by było, gdyby". Gdybym poszła na ten egzamin. Gdybym się dostała. Gdybym mogła robić to, o  czym marzyłam od podstawówki.

I poszłam. Na całkowitym luzie, z Tolkienem pod pachą ( a ludzie pracowicie upychali notatki, ściągi, podręczniki i douczali sie w ostatniej chwili).

i nawet, jak wyjęłam ze skrzynki kopertę z pieczęcią wydziału, to pierwsza myśl była taka: "jacy oni uprzejmi, że zawiadamiają mnie, zę sie nie dostałam".....

I jak już doszłam, do tego, zę życie mnie kopie w tyłek, ale ja jestem silna i sie nie dam, to dostałam kolejnego kopa. Kurczę, co za testy na wytrzymałość, prosze państwa?????

Ja chcę czasem móc być słaba... nie za częśto, bo nie wytrzymam. Ale tak od czasu do czasu...

 

PS. A pytanie o wykłady z neurologii brało sie stąd, że to on je prowadził....

Prawdę mówiąc, mnie, osobie gadatliwej, zaczyna brakować słów. Zwłaszcza tych niecenzuralnych.

Wczorajszy dzionek zaczał sie całkiem normalnie, poza tym, ze Piotrek był fioletowy nadal, znudzony potężnie i pełen energii.

Ja miałam w planach urwanie sie dziecku ze smyczy - tatuś na dyżur, a ja do lekarza z wynikami badań. Rozpusta pełna, nie ma dwóch zdań, ale po tygodniu siedzenia w domu z Piotrkiem i to dobre.

Z wyników wyszło to, co podejrzewałam, aczkolwiek wcale sie nie ucieszyłam. Dostałam kolejne leki - tyle dobrego, ze recepty z literką P sa refundowane w prawie w całości - za 4 opakowania  i coś tam jeszcze poza receptą zapłaciłam siedem z groszami.

Potem jeszcze wpadłam na chwilkę do rodziców po coś tam - i tu się skończyły dobre czasy.

Po powrocie do domu razem ze Skorupiakiem obejrzeliśmy oko Piotrka - od paru dni prawe robiło sie coraz bardzej czerwone, a ponieważ ospa potrafi dawać bardzo wredne powikłania, stwierdziliśmy, zę go jednak pokażemy pediatrze.

Podjechaliśmy do przychodni - blisko, ale trzeba było zdążyć, zanim zamkną. Pani dr obejrzała i wystawiła skierowanie do szpitala okulistycznego - ona nie miała oftalmoskopu, żeby tam porządnie zajrzeć. No to tuptamy sobie dalej - kierunek Izba Przyjęć. NIe doszliśmy daleko - na schodach Placówki Medycznej było tak ślisko, ze polecieliśmy oboje - i Piotrek i ja. On wstał dosyc sprawnie, popłakując tylko, że mokro w kuper. Ze mną było gorzej. noga podwinęła mi się tak, że upadłam na nią całym  (niemałym ) ciężarem, wykręciwszy uprzednio. Z trudem wstałam wciągajac sie właściwie po poręczy. Pani dr obejrzała moją kostkę i kazała jechać na urazówkę...

Oczywiście w rejestracji publicznej Placówki Medycznej nie da sie otrzymać informacji o dyżurach. Po co, niech zdenerwowani rodzice szukają sami.

Pojechaliśmy do najbliższego szpitala, w którym kiedyż już pomogli Piotrkowi w sprawie okulistycznej. Ale nie ma tak dobrze okulistyki (już?) nie mają, w poczekalni kłębi sie tłum, Piotrek - z ospą, a ja ledwo chodzę. Wytłumaczyłam chłopakom, żeby wracali do domu, bo nic tu po nich - Młodemu i tak nie pomogą, a on powienien w domu siedzieć. Panowie wrócili, ja wydzwoniłam tatę, (który był akurat w teatrze, więc poczekałam aż się spektakl skończy), żeby przyjechał robić za szofera. W sumie z SORu wyszłam po północy, ale bez gipsu - diagnoza: skręcenie. Gorzej, ze nie dali mi nic przeciwbólowego, ani nawet bandaża, tylko recepta i kazali kupic stabilizator...

W nocy co chwila budziłam sie z bólu, nie mogłam sie ruszyć w żadną stronę. A dziś - w końcu trzeba było pojechac z Piotrkiem do okulisty....

obdzwoniłam chyba pół miasta, łącznie z różnymi informacjami medycznymi, żeby sie dowiedzieć, gdzie mi zbadają dziecko z ospą. Wszędzie na hasło "ospa" było ciężko. W sumie rozumiem, zę do okulisty to przychodzą raczej ludzie bez wirusów i wpuszczenie tam fioletowego typka może spowodować zarażenie kilkudziesięciu osób, ale do diabła, ktoś musi mi to dziecko zbadać!!!!!

W końcu sie udało, jakiś przytomny lekarz, który sam nie mógł przyjąć ( zapchany grafik do przyszłego miesiąca) powiedział mi, że na Sierakowskiego jest szpital okulistyczny który ma dziś dyżur. Nie wiedziałam, ze taka placówka istnieje a co dopiero, że dyżuruje, i tam powiedzieli, zę przyjmą.

Kolejny problem - nie mogę chodzić, prowadzić, musze kupić ten stabilizator. Cholera jasna, taksówka, na szczęście z bardzo fajną panią za kierownicą, poczekała pod sklepem, poczekała pod szpitalem i do domu. Piotrkowi nic groźnego nie dolega, zapalenie spojówek, ale bez zmian wirusowych....

Uffff... Padam na pysk, jeszcze Małż dziś wraca późno - poprzekładał z wczoraj, żeby posiedzeić przy młodym, jak ja sie szwendałam po lekarzach.

Jak na razie impreza już mnie kosztowała ponad 250 zł, a jeszcze nie liczyłam apteki - nie wiem, ile wyjdzie za leki przeciwzakrzepowe dla mnie.

Najchętniej poszabym spać, ale obawiam się, ze Piotrek nie zaśnie - więc ja też nie mogę.

Niech mnie ktoś przytuli....

 

PS. KOlejna miła wiadomość z apteki. Leki przeciwzakrzepowe kosztowały 3 grosze :). Tylko tak dalej poproszę!!!!

środa, 26 stycznia 2011

Znalazłam w sieci cos pięknego. To tak na poprawę humoru wszystkim wątpiącym w siebie kobietom (sobie też):

Kiedy Pan Bóg stworzył kobietę,pojawił się anioł i spytał:

- czemu tyle czasu Ci to zajęło Panie?

Pan mu odpowiedział: Widziałeś zamówienie?

Musi być całkowicie zmywalna, ale nie plastykowa, ma 200 ruchomych części, działa na kawie i niewielkiej ilości jedzenia, ma łono, w którym się mieści 2 dzieci naraz, ma taki pocałunek, który leczy każdą rzecz – od startego kolana do złamanego serca.

Anioł starał się powstrzymać Boga: To jest za dużo pracy na jeden dzień, lepiej poczekać ze skończeniem do jutra.
Nie mogę - powiedział Bóg. Jestem tak blisko skończenia tego dzieła, które jest tak bliskie memu sercu.

Będzie myśleć? - spytał anioł Pan Bóg odpowiedział: nie tylko będzie myśleć, ale rozumować i negocjować.

Anioł zauważył coś, zbliżył się i dotknął policzka kobiety. Wydaje się, że ten model ma skazę. Powiedziałem Ci Panie, że starałeś się dać za wiele rzeczy.
To nie jest skaza - sprzeciwił się Pan Bóg - to jest łza.

A po co są łzy? zapytał anioł.
Pan Bóg powiedział: Łza to jest forma, którą ona wyraża swoją radość, wstyd, rozczarowanie, samotność, ból i dumę.

Anioł był pod wrażeniem. Jesteś Panie geniuszem, pomyślałeś o wszystkim, to prawda, że kobiety są zdumiewające!

Kobiety mają siłę, która zdumiewa mężczyzn. Mają dzieci, przezwyciężają trudności, dźwigają ciężary, ale obstają przy szczęściu, miłości i radości. Uśmiechają się kiedy chcą krzyczeć, śpiewają kiedy chcą płakać, płaczą kiedy są szczęśliwe i śmieją się kiedy są zdenerwowane.

Walczą o to w co wierzą, sprzeciwiają się niesprawiedliwości, nie zgadzają się na "nie" jako odpowiedź, kiedy wierzą, że jest lepsze rozwiązanie. Idą do lekarza z przestraszonym przyjacielem, kochają bezwarunkowo i cieszą się kiedy przyjaciele odnoszą sukcesy.

Łamie się im serce kiedy umiera przyjaciel, cierpią kiedy tracą członka rodziny, ale są silne kiedy nie ma skąd wziąć siły. Wiedzą, że objęcie i pocałunek może uzdrowić zranione serce.

Kobiety są różnych wielkości, kolorów i kształtów. Prowadzą, latają, chodzą lub wysyłają ci -emaile żeby powiedzieć ci, że cię kochają. Serce kobiety jest tym co powoduje, że świat się kręci. Przynoszą radość i nadzieję, współczucie i ideały. Kobiety mają wiele do powiedzenia i do dania.

Tak, kobiety są zdumiewające!


 

Wyślij to, mój Aniele do kobiet...  żeby zwiększyć ich samoocenę i piękno.

Wyślij to do mężczyzn... żeby zwiększyć ich szlachetność. Żeby umieli bardziej szanować, doceniać, rozumieć i kochać kobietę gdy ta 'zapuka do ich drzwi'. I żeby nie pozwolili jej odejść...

wtorek, 25 stycznia 2011

jakieś głupoty mi sie śniły, wiekszość zdążyłam już zapomnieć. Ale jedno utkwiło mi w świadomości.

Budzę się w nocy, jakies zamieszanie. Skorupiak zaaferowany czymś mocno miota się koło mnie. Pytam, co się stało, że nie śpisz. Odpowiedź:

- przyjmuję twój poród, zapomniałaś?

- Aha. To ja idę spać, obudź mnie rano.

Rano faktycznie koło mnie zaistniał mały facecik o imionach Marcin Adam (kombinacja nie do przyjęcia, kojarzy mi sie z jednym takim nawiedzonym).

Jeszcze pytanie kontrolne do Małża:

- a łozysko też urodziłam?

- O kurczę, zapomniałem...

A przy okazji okazało się, ze moje ulubione mięciutkie poncho zostało rozkawałkowane i małżonek szanowny pozszywał je pracowicie... żyłką wędkarską.

Nie ma to jak kretyńskie sny. Chyba coś za dużo zjadłam na kolację  albo co.

poniedziałek, 24 stycznia 2011

Korzystając z tego, zę Piotrek jest juz w lepszej formie i nie muszeę stale go przytulać, postanowiłam posprzątać łazienkę. Od dawna już wołała o to, ale nie miałam chwili na takie gruntowne porządki.

Wysprzątałam, błyszczy i pachnie, aż miło.

Wieczorem pora kłaść potomka spać. I oczywiście - prysznic i kolejne kropkowanie na fioletowo. Młody coś niechętnie nastawiony do procedury, jeszcze by pobrykał. Szuka, szuka, czym by tu matke skołować, zeby móc sie jeszcze pobawić. I znalazł:

- Mama, bo ja nie chcę iść pod prysznic, żeby nie niszczyć twojej pracy!!!!!

 

 

ja wiem, ze już o tym było.

ALE DAM KRÓLESTWO ZA KÓŁKO DLA CHOMIKA W ROZMIARZE PIOTRKOWYM!!!!!!!!!!

Nie wyrabiam. Młody w fioletowe kropki (a miejscami raczej fioletowy w białe kropki) czuje sie świetnie. Wysyp się skończył, juz nie swędzi, gorączki nie ma. I szaleje.... Biega tam i z powrotem, bawi się z psem piłeczką, pokrzykuje radośnie - pełnia dziecięcego szcześcia i koszmar rodzica.

Jak pomyślę, ze siedzi w domu jeszcze przez co najmniej 6 dni, to siwieję z miejsca....

czwartek, 20 stycznia 2011

Tak właśnie wygląda teraz Piotrek. I będzie wyglądał przez najbliższy czas.

Przyczyna jest prosta - ma ospę. Wczoraj był jakiś marudny, a dzis wydzwoniły mnie panie z przedszkola, ze ma powyżej 38 i skarży się, ze go głowa boli.

poszłam, zabrałam, pani Basia pokazała mi kropki na Pietruszce - więc od razu do pani dr, tylko z przystankiem na zmierzenie temperatury. Dzięki informacji o tym, co podejrzewam czekaliśmy niedługo - normalnie dostać sie bez numerka to horror, trzeba odczekać, aż wejdą wszyscy pacjenci z numerkami, a ci przychodzą i przychodzą... A tu tylko zapytałam, czy przyjmie dodatkowo takiego podejrzanego, po czy poszliśmy sobie do izolatki i po chwili pani dr sama przyszła, więc było bez żadnych kwasów kolejkowych.

teraz przede mną ciężkie dwa tygodnie, bo Pietruszka, która sie nudzi to piekło i szatany - jeśli nie ma naprawdę wysokiej gorączki, to jest żywiutki i pełen energii....

 

 

Buszowałam sobie po rozmaitych blogach szukając czegoś nowego a ciekawego.

I znalazłam. fotoblog dla odmiany, koci konkretnie rzecz biorąc. Ponieważ koty bardzo lubię - zajrzałam.

I mnie zatkało. Ze zdjjęć patrzyl na mnie MÓJ KOT!!!!!. Duży, czarny, tym samym kształcie głowy - po prostu identyczny.

Jakoś się pozbierałam po wstrząsie, ale przez jakiś czas patrzyłam podejrzliwie na kocura - który sie tym wcale nie przejmował. Jak zwykle.

Za to zajrzałam głębiej w owego bloga - w końcu jak jest dużo fajnych kocich zdjęć, to warto obejrzeć. I przeżyłam kolejny wstrząs, tym razem większy. Tamten też ma na imię Czort! Gdyby nie to, ze jest młodszy o siedem lat, to bym uznała, że moje kocisko wypuszcza się na znacznie dalsze spacery, niż się do tego przyznaje. A tak to mogę sie tylko pozastanawiać nad tym, czy nasi nadworni weterynarze na pewno wycięli mu wszystko, co należało te dziesięć lat temu? Bo może jednak coś przeoczyli i Czorcik ma stadko przystojnych, czarnych dzieci????

Jestem w szoku i tyle.

środa, 19 stycznia 2011

Całkiem nie miałam dziś pomysłu na notkę - więc nie zamierzałam jej pisać, bo jak wiadomo, milczenie jest złotem i szkoda tracić taką dobrą okazję do nie mówienia niczego.

Ale okazało się, ze pomysł pojawił się sam, a ściśle rzecz biorąc podrzuciła mi go Witaminkaa nominując mnie do Kreativ Blogger Award - za co dzięki wielkie składam.                  

                                                 

Nie spodziewałam się tego, zwłaszcza, że jeśli chodzi o nagrody blogowe, to byłam świadoma istnienia tylko konkursu na Blog Roku, a to zdecydowanie za wysokie progi na moje krótkie nogi. A tak jest mi bardzo miło - dziękuję :)

Prawdę mówiąc, mam zagwozdkę, gdyż zabawa jest podobna do tej, w której juz brałam udział - czyli do tagowania blogów. Tyle, ze tam nie było takiego fajnego znaczka, bo poza tym -  bez różnicy. Tam trzeba było nominować 10 kolejnych blogów i napisać 10 rzeczy o sobie. Tym razem  - tylko 7 (blogów i informacji)

 I teraz się zastanawiam - czy powtórnie pisać o sobie? chyba mi sie nie chce... późno jest, niewyspana jestem, a do tego męczy mnie czkawka (czy ktoś wie, skąd sie to paskudztwo bierze????). Jak ktoś jest ciekawy, to zajrzy i przeczyta w notce poświęconej tamtej edycji. Nominowac następnych by wypadało, więc raz jeszcze -

  1. BBM
  2. Mama_pietruszki
  3. fiona_apple
  4. Krogulec14
  5. Ojciec karmiący (kandydujący również do nagrodu Blog roku 2010)
  6. Kika - za bohaterstwo dnia codziennego z czwórką dzieci ( w tym trojaczki)
  7. fille
  8. Mama Groszka

Tak więc, drodzy nominowani, teraz piłka u was. A ja ide spać.

Piotrek chodzi i śpiewa:

- kolor to podstawa, kolor to podstawa.... - zmienia melodię, rytm, tonację.

i pojawia się tradycyjne pytanie: Skąd on to wytrzasnął????

wtorek, 18 stycznia 2011

Zajrzałam dziś do lodówki z zamiarem przygotowania sobie jakiegoś obiadu i zazgrzytałam zębami.

Przyczyną był mój najukochańszy Skorupiak.

Otóż w niedzielę porzuciłam panów i sobie poszłam przed południem z domu, zapowiadając, że wrócę około 13, prawdopodobnie głodna jak wilk.

Mężczyźni mego życia postanowili zrobić obiad. I chwała im za to, zwłaszcza, ze Małż gotuje całkiem nieźle - ostatnie jego dzieło, zupa gulaszowa, było rewelacyjne.

Z kucharzeniem Małża jest tylko jeden problem. Nie jest w stanie przyswoić pojęć ilościowych, ani faktu że jedzonko ugotowane dziś jest smaczniejsze od tego przedwczorajszego. I że wolę sobie codziennie obrać te dwa ziemniaki (a może dla odmiany ugotować kaszę gryczaną?), niż wcinać resztki z tygodnia.

W rezultacie panowie ugotowali jakąś chorą zupełnie ilość ziemniaków, z części zrobili zapiekankę (całkiem niezłą), do tego garnek pomidorówki (na specjalne życzenie potomka), przygotowali jeszcze 4 kurze nogi do pieczenia (swoją drogą, czemu cztery? nas jest trójka przecież), ale już nie zdążyliich przyrządzić, bo wróciłam.

Efekt tego wszystkiego jest taki, żę w niedzielę i poniedziałek jedliśmy zapiekankę, pomidorówkę panowie jakoś wykończyli, dziś jadłam kurzą nogę z przedwczorajszymi ziemniakami. Te ziemniaki to pewnie będą mnie straszyć aż do czwartku, zwłaszcza, że ja organicznie nie znoszę wyrzucania jedzenia. I potem dogryzam takie resztówki, mając wizje końca tego wszystkiego i jakiegoś normalnego obiadu NIE Z RESZTEK. 

Po czym przychodzi sobota, ja idę prowadzić zajęcia, a panowie znowu gotują obiad....

poniedziałek, 17 stycznia 2011

Piotrek chodzi po domu i śpiewa kolędy:

...anieli grają, króle witają,

pasterze śpiewają, życzenia składają, i całuski przesyłają...

NIe ma jak własna interpretacja :)

niedziela, 16 stycznia 2011

młody gania u moich rodziców i złapał psią zabawkę - taką gumową kulkę z kolcami na sznurku.

- Piotrek, nie machaj tym bo możesz uderzyć siebie albo kogoś i zrobić krzywdę. Najlepiej odłóż do wiaderka (tam mieszkają wszystkie psie skarby).

- Nie mogę, bo to jest mój nałożnik.

Nieodrodny syn swej matki, która kiedyś stworzyła słowo "skopulatka"  oznaczające pewien konkretny kształt kawałków puzzla. Rodzina wówczas zapluła się z radości, ale słowa używa do dziś.... :)

Pojechaliśmy do moich rodziców. Ich mieszkanie ma tę cudowną zaletę, że można tam biegać w kółko, co też Piotrek skwapliwie wykorzystywał.  Ja siedziałam sobie z mamą na kanapie, a tata przysunał krzesło tak, że opierał rękę na poręczy kanapy tworząc szlaban dla Piotrka. Piotrek za każdym kółkiem uprzejmie prosił o otwarcie szlabanu i pędził dalej. W pewnym momencie zatrzymał się i stwierdził, że goni go Biała Czarownica. Włączył komunikator naręczny i poprosił Freda, żeby ten zadzwonił na policję z informacją, iż mają przyjechać i zatrzymać samochód w którym ściga go czarownica.

Dostaliśmy prawie czkawki ze śmiechu wyobrażając sobie całą sytuację: Fred (czyli wyobrażony koń, szef całego stata piotrusiowych zwierzątek) korzysta z telefonu - zapewne komórkowego, tłumacząc glinom (jak najbardziej realnym), że po mieście gania zmotoryzowana wiedźma....  Do tego naręczny komunikator był jeszcze efektem ogladania "Było sobie życie" - tam takie mieli.

Niesamowite jest to przemieszanie wątków - realia, Było sobie życie, Kroniki Narnijskie, własny świat fantazji.

Żałuję tylko, ze nie umiem rysować - ale niestety, ołówek mi służy wyłącznie do rozwiązywania obrazków logicznych.

sobota, 15 stycznia 2011

Urządziliśmy sobie z przyjaciółmi spotkanie. Pierwotnym pretekstem były minione święta, przed się nie dało, wiec było teraz.

Sala wynajęta w zaprzyjaźnioym miejscu, do dyspoycji czajnik, podłoga, dla dzieciaków, stół i łazienka. czyki impreza składkoowa, jak za najpepszych czasów licealno-studenckich (zresztą zawsze tak jest i fajnie to działa).

Niestety sporo osób nie mogło dotrzeć (głównie z powodu choroby poomstwa), ale trochę było i dzieciaki szalały. Niby tych małoletnich było tylko osiem sztuk, ale hałasu robili za dziesięć razy tyle :). Szkoda, że nie dotarła reszta, w pełnym składzie byłoby tego pędractwa dwa razy tyle. Fajnie było, mrowiło sie to pod nogami, zwłaszcza, jak się zaczęli bawić w berka.

Za to zaskakującym elementem był sygnał, zę impreza sie kończy - otóż z bliżej niesprecyzowanych przyczyn włączył sie alarm pożarowy, wyło równo dość długo i nikt nie umiał wyłączyć. Nie paliło sie nigdzie, prawdopodobnie ktoś gdzieś (nie u nas, na górze była jeszcze jedna impreza) wyszedł na korytarz zafajczyć i czujniki zareagowały.

Po szybkej kontroli stanu i upewnieniu sie, ze nie ma powodu do paniki sprzątaliśmy dalej ze stołu radośnie komentując, że jakby to był prawdziwy pożar, to pewnie by z nas zostały skwarki. (też nieprawda, z naszej sali były wyjścia do ogrodu - jak nie przez drzwi, które trzeba bby wywalić, bo zablokowane, to przez okna by sie wulazło)

Tak naprawdę mało wychowawcze wobec młodzieży to było, bo maluchy mogły nie zarejestrować tego, ze od razu sprawdziliśmy, co sie dzieje i dostaliśmy od personelu sygnał, że jest bezpiecznie. Ale z drugiej strony wypadanie z dzieciarnią pod pachą na dwór przy obecnych temperaturach było bez sensu, zwłaszcza, ze właśnie sprzątaliśmy po sobie i i tak byśmy wyszli w ciągu kwadransa.

Cóż, trzeba to będzie omówić z Piotrkiem, żeby wiedział, że takiego sygnału nie można zlekceważyć. ALe też, że nie można wpadać w panikę, trzeba sie zorientować w sytuacji i wypełniac polecenia personelu - co też zrobiliśmy.

Ogólnie było bardzo fajnie, Piotrek zasnął w samochodzie. NIestety nie na długo, w domu oprzytomniał i zamiast przebierać sie w piżamkę zażądał kolacji. Ale po kolacji padł dosyć szybko - i chwała mu za to.

Ja tez idę spać. Dobranoc.

Jedziemy z Piotrkiem samochodem. Nagle z tylnego siedzenia dobiega głos:

- Mama, ktoś, kto nie patrzy w gwiazdy, nie jest człowiekiem.

Zatkało mnie. A młody dodał poważnym tonem:

- Święte słowa, mamo.

Skąd on to wziął???????

czwartek, 13 stycznia 2011

Przede wszystkim, nie znoszę słowa "ekologiczne". Ostatnimi czasy jest stanowczo nadużywane i mam wrażenie, że przestało cokolwiek znaczyć.

Podejrzewam, że na pytanie "Czy wie Pan/i, co znaczy słowo ekologia?" 90% społeczeństwa udzieli odpowiedzi twierdzącej. Po czym na prośbę o podanie definicji większość tej większości odpowie elokwentnie "Eeeeee".

To tyle tytułem wstępu. Pora przejść do meritum.

Otóż potomek mój jedyny (póki co) na gwiazdkę dostał między innymi pakiecik zacnych filmów edukacyjnych "Była sobie Ziemia". Tak, tak, to z tej samej serii, co "Było sobie życie", zapewne oglądane przez większość szanownych Czytaczy - bo w tamtych ponurych czasach niewiele było filmów dla dzieci przeznaczonych, a do tego jeszcze interesujących. (To nie znaczy, że teraz tych interesujących jest jakoś dużo więcej, ale zalew śmiecia poważniejszy i odłowić te wartościowe trudniej).

Matka do tego jeszcze dołożyła dziecku globus - no i dzieć przepadł. Filmy pokochał niezmiernie, tak jak wcześniej oglądał namiętnie "Było sobie życie", tak teraz przerzucił sie na sprawy dotyczące naszej planety i jej stanu, można by rzec - technicznego. oraz wpływu na tenże działalności człowieka. Po obejrzeniu każdego filmu ogląda sobie na globusie co i gdzie widział przed chwilą.

I tu sie zaczęło. Piotrek pilnuje wszystkich w domu, żeby nie marnowali wody  (przekonał nawet ojca do przerzucenia sie rano na prysznic, zamiast godzinnego moczenia zwłok w wannie). Przypomina o segregowaniu śmieci (i tak  segregujemy, więc unikamy kazania). napomina, żeby oszczędzać energię i gasić żarówki niepotrzebne (tylko sam czasem zapomni...).

Ogólnie zrobił sie tak ekologiczny, że nie wiem, czy mam sie śmiać, czy wściec, jak mnie po raz kolejny poucza, że mam nie marnowac wody - jak myję jeden nóż pod kranem ręcznie, zamiast wrzucić do zmywarki. Taki drobiazg, że ten konkretny nóż jest mi potrzebny teraz, a zmywarka go uzdatni za godzinę, czy coś (nie mam pojęcia, ile trwa stosowny program), jakoś jeszcze nie dociera.

Na zakończenie jeszcze anegdotka z czasów, kiedy moja Mama uczyła w szkole biologii. Nie pamiętam, która to była klasa, chyba pierwsza LO, ale to nieważne. W każdym razie panienka w zeszyciku miała wpisaną następującą definicję:

Ekologia jest to wpływ środowiska na orgazm i orgazmu na środowisko.

I proszę nie pluć na monitory.

 

wtorek, 11 stycznia 2011

ostatnio zabraliśy się z Małże za robotę.

Zaczęło się niewinnie - od przestawienia paru książek. Skończyło.... Wielkim Ogólnodomowym Tajfunem. To znaczy - przestawianie WSZYSTKICH książek, jakie mamy w domu. A mamy ich lekko licząc, tak z półtora tysiąca....

Oczywiście książki, to nie wszystko. Trzeba było przejrzeć i wywalić mnóstwo starych papierów ( właśnie napełniam trzecie pudło. I bynajmniej nie jest to pudełko po butach.)

Do piwnicy wyleciało trochę różnych rzeczy, takich co to używa sie raz do roku albo rzadziej, ale jednak, wiec warto mieć. Poleciała biblioteczka - w ramach odgracania pokoju Piotrka - to był jedyny sposób, żeby przejrzeć ( i w większośći wywalić) mężowskie płytki CD. (tak przy okazji, mamy na zbyciu ponad setkę starych płyt CD - może ktoś  potrzebuje do ozdoby sali na jakąś imprezę? alboo do czegokolwiek innego?).

Powstała spora skrzynka książek, które pojada do biblioteki. Trochę dubletów, trochę nielubianych tytułów lub autorów, trochę takich, co nic o nich nie wiemy, ale opis nie brzmi zachęcająco. Przy tej ilości książek (z tendencją zdecydowanie wzrostową) i tak nie przeczytamy wszystkich , wiec nie ma sensu ich trzymać.

W rezultacie tej radosnej twórczości mamy:

  • porządek (prawie) na regale w salonie (takim na całą ścianę, więc efekt widać).
  • miejsce na nowe książki
  • wiedzę  o paru książkach, o których dawno zapomniałam, że je mam, a warto przeczytać
  • koszmarny bałagan w salonie (końcówka takiej oboty jest zawsze najgorsza)
  • wielką drukarę do wyniesienia do piwnicy czekającą na korytarzu
  • monitor - jak wyżej
  • zapowiedzianą na jutro wizytę księdza po kolędzie....

Ten ostatni punkt jeszcze do wczoraj powodował u mnie lekki popłoch, ale w końcu stwierdziłam, ze nie dajmy sie zwariować, to jest dom a nie muzeum, małż jest chory i drugi tydzień na zwolnieniu, ja sie zbieram do kupy, ale miewam jeszcze dołki - chromolę sprzątanie. Zrobię, jak będę miała siły i nie zamierzam sie szarpać jak głupia. Jak sie księdzu nie będzie podobało, że nie jest mieszkanie wylizane na jego cześć, to najwyżej może w przyszłym roku nie przychodzić. I tak w naszej parafii bywam wyłącznie przy okazji ślubów i mszy rodzinnych, poza tym to jak już to dominikanie.

A wracając do wątku głónego, może ktoś mi wyjaśni, CO ZA IDIOTA KUPOWAŁ TYLE KSIĄŻEK?????  Jakby ich było mniej, to bym sie tak nie narobiła....

poniedziałek, 10 stycznia 2011

Małż ma gdzieś wyjść. Wziął buty w łapkę i chce sobie wygodnie zasiąść w fotelu, żeby je nadziać na odnóża.

A tu... Niespodzianka.

Fotel jest pełen śpiącego, rozwalonego kocura.

Małż zaproponował kotu, żeby spadał w poszukiwaniu straconego czasu, albo czegokolwiek innego.

Kot nawet wąsem nie ruszył.

Małż popatrzył i zrezygnował. Przycupnął obok na pufie  i włożył buty ze zrezygnowaną miną.

Widać, kto tu jest naprawdę ważny....

sobota, 08 stycznia 2011

Panowie poszli na męski spacer.

W pewnym momencie Piotrek prosi tatę, zęby ten wziął go "na barana".

- Piotrek, czy ty widzisz tu gdzieś jakiegoś barana? - zadał cokolwiek samobójcze pytanie ojciec.

- Tak. Tu - odpowedział synek, pokazując łapką rodziciela....

 

A mnie po raz kolejny zadziwia powtarzalność niektórych wydarzeń.

KIedyś, wieki temu, jak ja miałam jakieś trzy z kawałkiem, a mój brat  dwa, byliśmy na wakacjach. Poszliśmy z rodzicami na dług spacer, i młodszy dość szybko zaczął marudzić, żeby tata wziął go "na barana". Tata się nie zgodził, twierdząc, ze baranów nie dowieźli.

Ale po jakimś czasie małe nóżki byly już bardzo zmęczone i tata zmiękł, złapał potomka i posadził sobie na karku. A potomek zapytał:

- O, dowieźli?....

Czy takie bezczelne teksty to mogą sie przenosić genetycznie?

piątek, 07 stycznia 2011

W pokoju Piotrka rozbrzmiała pieśń:

- Krzywa buzia, krzywa buzia, to u księcia Józia!

Nie ma to jak żurawiejki... całe szczeście, ze na razie nie rozumiał co poniektórych, bo nie wiem, co by było, jakby zaśpiewał w przedszkolu na przykład "Hej dziewczyny, w góre kiecki, jedzie ułan jazłowiecki", albo "D...y mają jak z mosiądza, to ułani są z Grudziądza". :)

 
1 , 2