O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

niedziela, 31 stycznia 2010

... to sobie sprawiła zwierzaki do domu. Konkretnie chodzi mi tym razem o psa. Nie taki piekny i rasowy, jak ten ze  zdjęcia, Dla odmiany całkiem rasowy kundel, zwany czasem dla niepoznaki wyżłem kabackim.

Dobrze mi sie spało. Spokój, Piotrek tym razem nie przylazł do nas (zwykle robi to tak cwanie, ze dopiero rano sie orientujemy, że mamy dzikiego lokatora), nigdzie sie nam nie spieszy... Żyć nie umierać. A raczej spać, nie umierać.

A tu nie ma tak dobrze. Około ósmej usłyszałam stukanie psich pazurów po podłodze. Nic nowego, przywykłam do tego dźwięku. Ale tym razem był jakiś inny, nieregularny, troche ciągnąco-szurający. Zaalarmowana podniosłam łeb znad poduszki i poderwało mnie galopem. Pies sie zataczał, jakby nie miał władzy nad tylną połową. Do tego lał po nogach - nietrzymanie moczu.
Wyglądało nieciekawie, po chwili przeszło. Małżon wyskoczył z psem na siusiu, zrobiła, co miała elegancko, bez problemów, chodziła normalnie.

Co prawda przeszło po chwili, ale nie wyglądało  to dobrze, więc panienka została zabrana do weterynarza. Dostała zastrzyk, miała mieć jeszcze rentgen, ale akurat mieli problemy z zasilaniem, wiec będzie we wtorek, kiedy i tak musimy sie pojawić.

Cholera, dlaczego tak zł0śliwie wybierają terminy te paskudy? Ile razy mam w planie słodkie nicnieróbstwo, to sie okazuje, zę ktoś coś wymysli.

 

Moje Drogie, Fiona z Babcią powaliły mnie na kolana!.

Pokazywałam to zdjęcie wielu osobom, przeważały propozycje typu "ptak". W domu zdjęcie zwane jest po prostu Kurą.

Faktycznie, jest to pies. W locie.

A nie jest to byle pies, to jest proszę Państwa briard. Czyli serce zawinięte w piekne, długie, czarne futro.  Kochana morda, która potrzebuje pieszczot i czułości bardziej niż powietrza i kapusty pekińskiej.

Fiona, w związku z Twoją wygraną należy Ci sie uścisk psiej łapy i mokry, futrzasty całus. Jak bys sie kiedyś przypadkiem pojawiła w Warszawie, to nawet Ci załatwię po znajomości osobiste spotkanie z modelką.

sobota, 30 stycznia 2010

Usiłuje zagonic potomka spać.

Potomek ma inne zdanie na ten temat.  Siedzi na orbitreku i wygłasza mowę:

- Słuchajcie, słuchajcie!

Rodzice posłusznie nadstawili uszu.

- Trzeba sie uczyć!!!!

No fakt, nie da sie zaprzeczyć. Ciekawe, czy nie zmieni zdania, jak bedzie chodził do szkoły.  To jeszcze parę lat, wiec może zdążyć. Albo, jak matka wyjdzie na pół piątku i całą sobotę do swojej szkoły - to juz za miesiąc. Może mu wtedy pokażę ten wpis i przypomnę, że to jego własne mądre słowa.....

Szanowni Czytacze,

zima za oknem, śnieg po kolana, na termometr bezpieczniej nie patrzeć.

Postanowiłam więc znaleźć coś przypominającego słońce, plażę, ciepły piasek. I znalazłam.

A teraz pytanie do Was:

Co to jest?

 

Nad nagrodą dla zwyciężcy myślę usilnie, ale na razie mi za zimno i szare komórki siedzą skulone rządkiem i sie nie zamierzają ruszać.  Może wiosną coś wymyślę. A może wcześniej, jak najdę jakiś ciepły koc, wygodny fotel i kaloryfer - z braku kominka... Do tego jeszcze kot na kolana i można spróbować myśleć. Albo spać.

Dobranoc.

 

 

Młody znowu chory. Od jakiegoś czasu pokasływał nieco, ale tak delikatnie. W czwartek popędził na bal karnawałowy - nie miałam sumienia mu tego odmówić, zwłaszcza, ze w zeszlym roku w żłobku też nie poszedł z powodu choroby. Ale wieczorem okazało sie, że robi sie już poważnie - miał gorączkę. Wiec w piątek zostaliśmy sobie w domu. I słusznie, bo wczoraj wieczorem Pietruch miał juz ponad 39. Był spokojniejszy, trochę bardziej przylepny i wiecej czasu spędzał w pozycji leżącej. Czyli zachowywał sie jak w miarę spokojne zdrowe dziecko.

Tak na marginesie, kiedyś przyszliśmy do lekarza, który go nie znał - też infekcja górnych dróg oddechowych, temperatura około 39. Pani dr popatrzyła na niego, jak wbiegł do gabinetu,  i pyta:

- To jest chore dziecko?

No to wyjaśniliśmy, ze jest spokojniejszy, spowolniony i w ogóle. Na co ona pokręciła głową i stwierdziła:

- To ja nie wiem, jak państwo wytrzymujecie, jak on jest zdrowy...

Teraz jest podobnie. Młody jest spokojny, nie biega przez cały czas.

Ponieważ ostatnio kompletnie nie mieliśmy czasu na sprzątanie, mieszkanie nieco zarosło, wiec dziś zabraliśmy sie za porzadki. Piotrek od razu zaczął przypominać o odkurzaczu - przytaszczył go do salonu i chciał podłączać. Wytłumaczyłam mu, zę najpierw trzeba posprzątać te wszystkie rzeczy, które leżą na podłodze - głównie to były jego zabawki (ale nie tylko - również zabawki małżowe, bo zabrał sie za porządki również z kablowym spaghetti pod biurkiem).

Jak sie to wszystko ogarnęło - mlody stwierdził, że on nie ma ochoty na obiad, obalil dwa jogurty i popędzil odkurzać.

A my - nie dość, ze mogliśmy spokojnie zjeść, to jeszcze dało sie porozmawiać...

Lubię takie rozrywki dziecka.

Zastanawiam się teraz, jak go przekonać do innych, równie pożytecznych - rozkładanie upranych ciuchów na półki (nienawidzę tego), wynoszenie śmieci, wyprowadzanie psa (to robi chętnie, ale na razie pies mu sie może wyrwać w dowolnym momencie - Piotrek jest trochę za słaby na tę zwariowaną sukę), mycie okien...

Właściwie, jak pisałam tę wyliczankę, to uświadomilam sobie, że on te wszystkie czynności ( no, z wyjątkiem prania) lubi i robi - tylko na razie jeszcze nie sam. I tu jest pies pogrzebany - tak czy siak, muszę w tym uczestniczyć, zwłaszcza, jeśli chcę za parę lat móc zwalić to całkowicie na niego. Tak, żeby kojarzyły mu sie fajnie, żeby miał frajdę z pomagania - bo robimy coś razem.  czyli nie mam co liczyć na to, że siądę sobie w fotelu, a pies zostanie wyprowadzony bez mojego udziału, śmieci sie same wyniosą itp.

Ale przynajmniej wiem, że w przyszłości będę miała pomocnika. Że nie będzie siedział z nadętą miną i oczekiwał obsługiwania, tylko będzie uważał za zupełnie oczywiste, że w domu coś robią wszyscy.I nie będę musiała, zgrzytając zębami, recytować w duchu (albo i na głos) znakomitego wierszyka Małgorzaty Strzałkowskiej:

SIĘ

W naszym domu mieszka SIĘ -

ot, maleńkie byle co,

mało sypia, tycio je,

a pracuje, że ho, ho!

 

SIĘ pozmywa, SIĘ posprząta,

pozamiata kurze w kątach, powyciera, gdy coś kapnie

i guziki równo zapnie.

SIĘ ubrania uprasuje,

pyszny deser przygotuje,

zamknie okno, kiedy pada

i zabawki poukłada.

 

Tylko czemu SIĘ strajkuje

kiedy mama zachoruje?...

Zamęt i bałagan w domu,

a SIĘ wcale nie chce pomóc!

Może w kącie SIĘ zaspało?

Może z kimś się zagadało?

No a może - to sie zdarza -

Ma wizytę u lekarza?...

 

poniedziałek, 25 stycznia 2010

Wychodzimy z domu.

Ja do pracy, a po drodze podrzucam Małza gdzieś tam.

Z racji temperatury wszelkie wyjścia są dla mnie stresem, więc teraz biegam po mieszkaniujak oszalała i szukam rękawiczek.

-Kocie, poszukaj ich w kuchni, ja bez rękawiczek nie wyjdę z domu, nie ma mowy.

Kot, czyli Małż, podreptał grzecznie do kuchni, a ja w tym momencie popatrzyłam w dół. Na własne ręce. W każdej z nich od dłuższej chwili trzymałam po rękawiczce...

Ech.

piątek, 22 stycznia 2010

Z lekkim poślizgiem w przedszkolu dziś było przedstawienie na cześć dostojnych gości. Załapałam sie i ja - dotąd ne była na żadnej imprezie przedszkolnej, bo wszystkie wypadały w godzinach mojej pracy. A dziś akurat nie.

Byłam zaskoczona - jak dużo te malchy przygotowały. Były piosenki, wierszyki, tańczyli -  naprawdę sporo, w sumie dobre pół godziny przedstawienia.

Piotrek twardo trzymał sie przy boku Ewy - koleżanka, o której dużo mówi (głównia na nią narzekając że go zamyka w więzieniu i nazywa głupkiem). Mimo tego narzekania stale widzę, ze się z nią bawi dziś próbował wziąć za rękę również w momentach, kiedy scenariusz tego nie przewidywał, objąć...  No cóż...

I przypomniało mi sie, jak w żłobku pani dyrektor opowiadała z rozbawieniem, jak któryś z tatusiów zgłosił pretensję, zę przedstawienia dwulatków są krótkie i mało ciekawe, nie ma na co popatrzeć. A czego facet oczekiwał, że mu żłobkowcy wystawią "Upiora w operze"? Ludzie mają pomysły....

poniedziałek, 18 stycznia 2010

Po okresie walk o spanie nadeszła pora z dawna wyczekiwana - Piotrek sie kładzie prawie sam, nie kłóci sie (przynajmniej nie za bardzo). Kąpiel, o myciu ząbków pamięta sam, czytanie... I oczka ise robią malutkie, zamieniają w szparki jeszcze podnoszone gwałtownie powieki, dużym wysiłkiem woli, żeby nie zasnąć, posłuchać dalej bajki...

Przeważnie czyta tata - to jest ich wspólna pora. Ale nawet wtedy przed czytaniem trzeba posiedzieć chwilę u mamy na kolanach, poprzytulać sie, dać kilka mokrych całusków.

uwielbiam to. Jak malutek potem zasypia, mrucząc sennie "dobranoc mamo" albo "dobranoc tato" - w zależności od tego, które czytało. O ile oczywiście nie zasnął wcześniej. Przytula pyszczek do poduszki, jeszcze ostatnie otulenie kołderką, pogłaskanie po łebku...

Oczywiście, ponieważ postanowiłam go pochwalić, to dziś po wieczonym czytaniu przypomniał sobie, że on jeszcze raz chce siusiu, potem przyszedł do nas zmartwiony, że ma mokrą pieluszke i piżamkę. Cóż, cena za przedwczesne fanfary, ale potem dość sprawnie wrócil do łóżka, kilka całusków i mam nadzieję, ze już zaśnie...

niedziela, 17 stycznia 2010

Wieczorne czytanie. Młody sie wierci, w końcu zapowiadam, że jeszcze raz wstanie i jest koniec czytania.

Znowu wylazł. Zamykam książkę, co oczywiście spotyka sie z protestem i próbami zmiany decyzji. Ponieważ to nic nie daje, młody zaczyna inaczej:

- mamo, ja przecież nie umyłem ząbków, musze je umyć! - Słusznie, mea culpa, zapomniałam. Ale zapowiadam:

- Piotrek, leć umyj zęby, ale potem jużnie ma czytania.

A ten mały cwaniak:

To niemożliwe, przecież wy musicie mi dużo czytać!!!!

 

Witek-sprytek mały.

Naszło mnie kulinarnie. I zaczęłam sie zastanawiać, skąd sie biorą dziwne upodobania smakowe zwierzaków.

Kot mojej babci dałby sie pokroić za świeżego ogórka. Kiedyś spotkałam jeszcze jednego takiego amatora ogórków, dla odmiany kociaka.

Pies moich rodziców - briard - kocha kapustę pekińską. Żadne tam mięso, Garda z liściem w pysku to jest pełnia szczęścia.

Jak byłam mała, nasz pierwszy pies - Bromba - dałaby sie pokroić za wątróbkę.

Moja obecna psica, Agra - wątróbki nie tknie metrowym kijem. I nie musi - Czort zeżre ją w mgnieniu oka, pomrukując i miaucząc z zachwytu.

Ciekawe, skąd im tak sie to poukładało.....

sobota, 16 stycznia 2010

Rodzinny spęd.

Średniej wielkości, to znaczy było  nieco ponad 50 osób (nie wszystkich znam, więc nie pamiętam).przekrój wiekowy pełen, to znaczy najmłodszy Julek miał na oko parę miesięcy. O wiek najstarszych uczestników nie pytałam :)

Piotrek szalał, bawił się z nowo poznanymi kuzynkami ( kuzyni byli w zdecydowanej mniejszości).

Ogólnie fajnie było, poznałam pare kolejnych kuzynek, o których dotychczas tylko wiedziałam, że istnieją i gdzieś tam chodzą po świecie.

Wróciliśmy do domu, Piotrek zmordowany zasnął w samochodzie. obudził sie na chwilę na przejście z samochodu do domu i przepakowanie w piżamkę. Rozmawiamy o spotkaniu i nagle tata pyta:

- Piotrek, a która z dziewczyn była najładniejsza? - pomny upodobania Pietruszki do ładnych dziewczyn (zawsze wypatrzy najładniejszą na imprezie i zaczyna czarować).

A Piotrek zdecydowanym tonem odpowiedział:

- Mamusia!

Tak trzymać!

 

Zdecydowanie lepsza wersja, niż poprzednia.

piątek, 15 stycznia 2010

Kolacja.

Rozmawiam o czymś z Małżonkiem Najdroższym. Piotrek pozazdrościł:

- To moja mama!

- A moja żona!. I ja byłem pierwszy, chciałem ci przypomnieć! - odpalił tata.

- To teraz moja kolej!!!! - odbił piłkę Piotrek.

Gem, set i mecz.

niedziela, 10 stycznia 2010

Młody sie poprawia.

przez caly dzień miał ponad 39 stopni, żaden nurofen ani panadol nie pomagał. I poza tym kompletnie nic. Ponieważ objawy były nieco dziwne ( a raczej dziwny był ich brak), to zaczęłiśmy kombinowac. I wyszło nam, ze to może jednak być wczorajszy basen - tylko nietypowo. To znaczy, Piotrek sie nie przeziębił, tylko połączenie wysiłku z wodą dezynfekowaną podchlorynem czegoś tam go przytruło. Rodzinna paczka detektywów przypomniała sobie, ze po poprzedniej wyprawie na basen też było coś takiego - skok temperatury i nic wiecej. przeszło po 24 godzinach.

I teraz pytanie - czy w związku z tym na basen przestać chodzić, czy odwrotnie, chodzić często, żeby sie przyzwyczaił??????

Na ktoś jakiś pomysł?

Chyba coś jednak było z tymi ruchomymi kosteczkami i bólem głowy. gdy kładliśmy sie spać, jak zawsze pogłaskałam Pietruszka połebku i stwierdziłam, że jest stanowczo za ciepły. Popłakiwał przez sen, obudził sie, poprosił o picie. Dostał Nurofen - żeby mógł spać, i zabrałam  go do naszego łóżka - znając życie i tak by tam wlazł w ciągu najdalej dziesięciu minut.

Rano młody znów był juz nagrzany - nurofen przestal działać. ZMierzyłam - 39,1, a nie mam pewności, czy nie podskoczyłoby jeszcze dalej.

I ciągle sie zastanawiam, skąd sie to wzięło, i co mu właściwie jest???? Nie kaszle, nie ma kataru, nie kicha. Jedyne co jest, to wysoka gorączka.  Nie chcę go wlec do lekarza na dyżur dzisiaj, bo lekarz nie wróżka i przy takich objawach nie wymyśli wiele więcej niż ja - dużo pić, ewentualnie zbijać tempreaturę, jeśli bedzie nadal około 39. I tyle.

Może to nadmiar wrażeń wczoraj? Basen, spacer i wieczorne saneczkowanie?  NIe powinno dać takiego efektu, w końcu i na sankach i na basenie Piotrek już bywał. Na przeziębienie nie wygląda, raczej bym podejrzewała jakiś wirus, z którym dzielnie walczy.  W każdym razie martwie sie o niego i zastanawiam, jak dalej to rozgrywać - jesli nie pójdzie do przedszkola, trzeba zorganizować obstawę - ja nie bardzo mogę wziąć zwolnienie, pacjentów mam pozapisywanych prawie do końca stycznia, terminów brakuje - a jest parę takich osób, które są naprawde w kiepskiej formie..... Do tego w sobotę zapowiada sie fajne spotkanie rodzinne, na które bardzo chcemy pojechać, a tu zobaczymy...  Nic to, jeszcze tydzień, mam nadzieję, zę Piotrek wróci do pionu.

Na razie trzeba było odwołać tylko dzisiejsze sotkanie z Pietruszkową chrzestną,  - niby pracujemy razem, a stale nie ma kiedy poplotkowac.  Ale po południu to on będzie pewnie całkiem marniutki - w końcu około 17 zwykle jest skok gorączki, wiec chćę mu zaewnić spokój. A goście z tym sie nie komponują jakoś.

 

 

sobota, 09 stycznia 2010

Piotrek idzie spać.

Małż mu czyta wieczorną porcję ksiedza Twardowskiego i Pratchetta (o ile mnie słuch nie mylił). Ja w tym czasie zajęłam sie znienawidzoną czynnością - szyciem. Konkretnie kieszeni w mężowskim płaszczu, ale to akurat mało istotne. Nagle przytuptał do mnie Piotrek - z a pokoju słychać fuknięcie taty na temat wyłażenia z łóżka. Młody stwierdza, że boli go głowa. Sprawdziłam czółko, ale temperatura w porządku, a Pietruszek melduje, że boli czoło, bo mu sie ruszają tam kosteczki. Przyjęłam to spokojnie, Małż nieco mniej - nerwowo przyleciał z pokoju. Piotrek poprosil o zimny okład na te ruszające sie kosteczki, więc małż ruszył do lodówki, a my poszlismy w kierunku łóżka.

Piotrek już z okładem zakopał sie pod kodrą, a ja usiłuję dojść, o co biega z tymi kosteczkami - jako żywo nic mu się tam nie rusza, zresztą, jakby kości czaszki miał w stanie ruchomym, to byśmy z nim tak spokojnie nie rozmawiali, tylko byłby w drodze na blok operacyjny przecież.

Pietruch pracowicie tłumaczy niekumającym rodzicom:

- bo jak jest ciepło, to te kosteczki sie ruszają, i dlatego mnie boli.

I w tym momencie Małż zawył boleściwie, po czym huknął szczęką o najbliższą płaska powierzchnię. Otóz niedawno panowie rozmawiali o różnych stanach skupienia, o tym, jak to cząsteczki sie ruszają, jeśli im ciepło,  i wtedy powstaje para (zaczęło sie od mgły, śniegu i lodu), a jak im zimno, to siedzą sobie rządkiem i się nie wiercą.

I młody to zapamiętał, przetworzył, a ponieważ było mu ciepło, to uznał, że tam też sie kosteczki (podobnie brzmi, nieprawdaż?) ruszają.

Jeszcze sie okaże, że mój syn będzie fizykiem. Na pewno nie po mnie to ma, ja z fizyki głupia byłam, jestem i pozostanę zapewne do śmierci.


Taka to może być. Ja generalnie nie lubię ziny - zmarzlak jstem, a do tego z różnych powodów odpadają mi sporty zimowe typu narty, łyżwy itp. Więc z rozrywek nici, to po cholerę mam sie telepać z zimna.

Poszliśmy sobie na spacer w dziesięć nóg plus sanki.

Pies szalał, co jakiś czas sobie przypominał, ze mu zimno i usiłował wymusić wzięcie na ręce, ale znamy już te numery. Jak ją wtedy spuszczałam ze smyczy (mogłam - w okolicy nie było żywego ducha, ani żadnego psa), to zaczynała szaleć w kopnym śniegu niczym pociąg ekspresowy. tylko sie za nią kurzyło. I zapominała kompletnie, że przecież ma zmarznięte łapki i koniecznie trzeba ją nieść. I dobrze - 12 kilo wiercącego sie psa to nie było to, co miałam ochotę dźwigać....

Młody piszczał z radości, zwłaszcza, jak sie wywalał w śnieg. Zjazd z osiedlowej górki to szczyt radości. A zrobienie aniołka na śniegu - to przecież taka frajda...

Dzieci sa po to, żeby przypomnieć rodzicom takie zwykłe, drobne powody do radości....

Siedzimy przy obiadolacji*. Młody wyżarł z talerza makaron i odrobinę ogórka kiszonego, wzgardzil rybą i popędzil dalej. Po chwili wraca i pyta, kiedy wychodzimy na obiecany spacer.

- Jak powiesze pranie - mówi tata. - Możesz mi pomóc, to będzie szybciej.

- Nie dzisiaj - stwierdził rezolutnie mały leniwiec.

- To chyba nie pójdziemy na spacer, jeśli nie chesz pomóc.

- No dobrze, to tylko troszeczkę...

Leniwy facet. Ma w genach.

A przesunięcie posiłków wyszło dlatego, ze w porze obiadu pływaliśmy sobie w basenie - Piotrek całkiem ładnie zasuwał już kawałkami zupełnie sam, a czasem uczepiony jak małpka ojcowskich pleców. Ale przepłynął samodzielnie tam i z powrotem całą długość basenu!!!!!!

* obiadolacja to obiad jedzony  na kolację.