O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
O autorze

  Statystyki
stat4u

sobota, 24 stycznia 2009

Dialog Małża z Potomkiem:

- Piotrusiu, nie wyspałem się dzisiaj, ktoś się strasznie rozpychał w łóżku. NIe wiesz przypadkiem , kto?

- Gusia - odpowiada dumnhie malec, który w środku nocy wpakował się nam do łóżka. (Agra, zwana Grusią, to nasza psica)...

 

Zwierzaki są po to, żby mieć winnego pod ręką...

piątek, 23 stycznia 2009

Robiłam pomoidorówkę. Ukochana zupa moich chłopaków, jak jest, to mogę już nie gotować drugiego. Otworzyłam słoik z koncentratem, a tu zonk! pleśń. Sprawdziłąm datę przydatności - jeszcze ho ho i kangury. No to się zjeżyłam i napisałam maila z reklamacją do porducenta, niech sobie nie myślą. A co. Trzeba przyznać, skontaktowali się błyskawicznie, pan bardzo miło przeprosił i powiedział, że chciałby w ramach rekompensaty podrzucić parę drobiazgów...

Parę drobiazgów oznaczało:

kalendarz -notes

kalendarz ścienny

blok na biurko do mazania notatek, z przeznaczeniem dla naszego dziecia - usłyszał go w tle, jak rozmawiałam

10 puszek warzyw konserwowych różnych

musztardy różne - też kilka rodzajów

sok pomiodorowy

koncentrat pomidorowy

keczap

ogórki konserwowe

paprykę w słoiku

i coś tam jeszcze, nie pamiętam. W sumie jak wrzucał kolejne słoiki do siaty, to mi się oczy robiły coraz większe.... tyle tego, że sama nie byłam w stanie dygnąć torby - też dostaliśmy, porządna zakupowa.

Trzeba przyznać, że firma się zachowała. A ja mam musztardy na pół roku....

 

czwartek, 22 stycznia 2009

Świt. Zadzwonił budzik. Zgasiłam go szybciutko, zanim się dzieć obudzi, i poczłapałam do łazienki. Chlapię się radośnie pod prysznicem,  a tu nagle jakieś podejrzane dźwięki słychać. Jakby... chrobotanie klucza w zamku? Wychynęłam z kabiny, sprawdzam klamkę. Zamknięte na głucho...

Co sie okazało. Potomek sie obudził. Wlazł do łazienki i wyciągnął z szafki dyżurny klucz. Wyszedł, zamknął za sobą drzwi - fajnie, że zapamiętał, od jakiegoś czasu usiłuję go tego nauczyć. A potem zamknął drzwi dokładniej, na klucz. A ja w środku, goła i mokra. Małż śpi snem sprawiedliwego. Ja muszę lecieć do pacjentów... No to sugestia do synka - obudź tatę. Już po chwili rozlegają się radosne okrzyki: Kakuś, kakuś!!!. I gniewny pomruk spod poduszki. Jak się przyłączyłam do  synka, to małżonek nieco oprzytomniał. Poprosiłam ładnie, żeby mnie wypuścił...

A wszystko przez to, że nasz zamek w drzwiach do łazienki lubi stroić fochy i zdarza mu sie samoistnie zatrzasnąć. Więc stąd klucz w szafce, żeby ofiara mogła sie wydostać o własnych siłach bez demolowania mieszkania.

I co ja mam zrobić? Jak miał 20 miesięcy, zamknął nas na balkonie. Teraz ma dwa lata i trzy miesiące - zamknął mnie w łazience. Całe szczęście, że nie mieszkamy z zamku wyposażonym w lochy, bo mogłabym osiwieć, zanim by mnie ktoś znalazł...

niedziela, 18 stycznia 2009

Jakoś tak mi sie zbiera co jakiś czas. Powspominam sobie, a co mi tam.

Jak pod koniec ciąży (na dwa tygodnie pred porodem) pojechałam na ślub kuzyna gdzieś na śląsk - z torbą szpitalną w bagażniku na wszelki wypadek, w eleganckiej jedwabnej kiecce (mojej mamy) i w domowych klapkach. Inne buty nie wchodziły w grę, miałam za bardzo spuchnięte stopy. Dojechaliśmy do tegoLublińca, lekko spóźnieni, dopadamy kościoła... A tam widok pod ołtarzem jakby nie pasujący,  więc szybkie pytanie do kogoś przy drzwiach - czy to Agata i Adam? nie!!!

no to szukamy właściwego kościoła...  W końcu znaleźliśmy, sympatycznie było. Ja z brzuchem wystającym na metr do przodu przynajmniej nie miałam problemu w kolejce - co kto zobaczył, to się odsuwał i zaczynał uważać, zeby łokciem nie przywalić...

Albo jak w dniu, na który miałam wyliczony termin, poszłam sobie na koncert Jacka Kowalskiego ... Wbrew pozorom nie był to aż taki idiotyzm, jak wygląda. Torba - w bagażniku. Obstawa - była, moi rodzice też się wybrali, małż zrezygnował, bo go strasznie głowa bolała. A w ogóle to dwa dni potem miałam umówioną cesarkę, a szpital był trzy ulice dalej, więc jakby co, to wiedziałam, że mnie przyjmą. (gwoli wyjaśnienia, cesarka ze wskazań, a nie z powodu moich fanaberii). KOncert fajny, przed był jeszcze jakiś kawałek artystyczny, więc siedzimy sobie z Jackiem i rodzicami i gadamy, i w pewnym momencie on się uprzejmie pyta, na kiedy mam termin. "na dziś" odpowiedziałam z radosnym uśmiechem. Lekko zzieleniał, ale go uspokoiłam, żę w razie czego po prostu szybko wyjdziemy, więc jakby z boku było jakies zamieszanie, to spokojnie, ja tylko rodzę...

A w ogóle, to co pomyślę o następnej ciąży, to mi jakoś bliźniaki nie chcą się odczepić... ciekawe, czy to ma być proroctwo? jak tak, to poproszę dwie dziewczynki!

środa, 14 stycznia 2009

chorujemy wszyscy. Młody najzdrowszy. nie mam siły sie z nim bawić, zajmować się, karmić, zmieniać pieluchy. NIepedagogicznie włączyłam mu telewizor, jak poprosił to jeszcze puściłam z dvd sceny z życia smoków i oddycham z ulgą, jak nie zawraca mi głowy.

sobota, 10 stycznia 2009

Ano właśnie.

Zaczęło sie od tego, że dzieć jest znowu chory, szlag by to jasny. Pogadałm z koleżanką, ktróra zasugerowała postawienie facecikowi baniek, dodając , żę może mi pożyczyć zestaw bezogniowych. Bo ogniowe posiadam, ale młody jeszcze nie miał stawianych i może sie wystraszyć. Ok, pognałam do koleżanki po bańki. Truchtem dopadam do wejścia do klatki schodowej, jakaś pani wchodzi przede mną i uprzejmie przytrzymuje mi drzwi. Uprzejmie podziękowałam, po czym popatrzyłam i trochę mnie zatkało. Ją zresztą też. to była ex mojego M. Kiedyś się ... przyjaźniłytśmy to za mocne słowo, powiedzmy, ze z nią i jeszcze dwiema dziewczynami tworzyłyśmy paczkę na studiach. Ona potem zerwała z facetem, każąc mu sie wynosić i nie wracać, i pech polegął na tym, zę on to wziął na serio. Jak sie okazało, ona nie. Niedługo po ich zerwaniu zaczęłam z nim chodzić (nie zerwali ze względu na mnie, jakby się kto pytał, ja sie pojawiłam później w tym równianiu). natomiast zanim oni sie rozstali obiecałam dziewczynom, zę mogę zorganizować latem metę w Paryżu, na dwa tygodnie - jak pojedziemy autobusem i weźmiemy żarcie to będzie w sam raz na studencką kieszeń. Potem się wszystko poplątało, ona zerwała, ja zaczęłam chodzić, przed wakacjami facet zdążył mi sie oświadczyć... Myślałam, że ona nie pojedzie. Jak się okazało, byłam w błędzie, pojechała. Nie odezwała się do mnie słowem przez całe dwa tygodnie. Przestała się odzywać gruntownie i na amen.

Czas mijał, z owym facetem jesteśmy prawie 10 lat po ślubie, mamy dziecko... I wczoraj się na nią nadziałam tak nos w nos. W pierwszym odruchu zachichotałam złośliwie, a potem zrobiło mi sie jej żal. Jak ktoś się tak zapieka w nienawiści, że po 10 latach nadal nie może odpowiedzieć na "cześć", choćby cedząc przez zęby, to jest bardzo smutne. Jej nie jest łatwo, ale do licha, sama sobie utrudnia... przywiązanie do nienawiści jest szkodliwe, to ona na tym cierpi, nie ja.

 

czwartek, 08 stycznia 2009

Chyba tak. Mowa oczywiście o moim dziecku, bo jakże by inaczej. Z małżem zastanawialiśmy się, co robimy dalej teraz - po jego powrocie z pracy. Małż optował za wyjściem jeszcze na sanki, ja twierdziłam, że za późno (po 19) i trzeba młodego już kłaść spać. Jak wyjdziemy, to przed 21 się go nie ulula.

A cały wic polega na tym, że dzieć cwany jest już okropnie, więc wyżej wzmiankowaną dyskusję toczyliśmy in english, aby nie kłócić się potem z dwulatkiem, który będzie koniecznie chciał na dwór, jeśli tylko usłyszy, że istnieje taka opcja.

Nie pomogło. Mały przyniósł buty i poinformował, że on chce iść....

Przecież to dziecko NIE UCZYŁO SIĘ angielskiego!!!!!!! nie należę do nawiedzonych mamusiek, które muszą angielski w pieluchach, a w ogóle już w ciąży mają zaplanowaną ścieżkę kariery dla potomka aż do habilitacji.  I nie rozmawiamy z małżem w tym języku codziennie, zwłaszcza, że nasza znajpomość jest raczej skromna, więc filozoficznych dyskusji to nie damy rady...

Jeśli wyglądałam na równie przerażoną  jak małżon, to znaczy, że obłęd w oku i wytrzeszcz ogólny był wyraźny...

wtorek, 06 stycznia 2009

Rura pękłą. Ale jest zimno. (Dlatego pękłą). W związku z temperaturą wodociągowcy nie będą na razie rozkopywać skamieniałego gruntu i naprawiać usterki, tylko poczekają, aż się zrobi cieplej. Zwłaszcza, zę to mała usterka, mają większe. I teraz pytanie: czy ja mam wypuszczać z wanny ten zapas wody, czy go trzymać, aaż zakwitnie (i aż wyłączą wodę z zaskoczenia)? Do tego już wiemy, że jak wyłączą wodę, zęby naprawiać, to wyłąćzą też ogrzewanie. Zimno mi na samą myśł.

Wracam wczoraj do domu po stażu.  W tramwaju zauważyłąm, zę dostałam jakiegoś dziwnego smsa od małża. No to dzwonię wyjaśni9ć, o co chodzi. W tak zwanym miuędzyczasie zeszłam do metra, czekam aż odbierze. Zgłasza sie poczta, więc próbuję drugi raz. Udało sie, pytam o co chodzi, bo ja już jadę do domu, jestem w metrze na wilanowskiej. I słyszę w odpowiedzi: na wilanowskiej? poczekaj, ja też, tylko wysiądę z pociągu!!!! Jechał pociągiem w przeciwnym kierunku i jeszcze zdążył wyskoczyc...

Wniosek z tego płynie, że najłatwiej spotkać się w komunikacji miejskiej albo w centrum handlowym. TAm też spotykam sporo osób, zwłaszcza takich od lat niewidzianych....

 

niedziela, 04 stycznia 2009

Pojechaliśmy na rodzinne multi-urodziny. W sumie trójka jubilatów, spęd rodzinny średniej wielkości, jakieś 27 osób, jeśli dobrze policzyłam.  Ogólnie sympatycznie, Piotrek pobawił sie ze starszym kuzynem, pogadaliśmy.

Wracamy do domu - na wejściu do klatki schodowej w sąsiednim bloku podejrzana karteczka. Na parkingu samochód wodociągowców. Uj, niedobrze to wygląda. Najgorsze obawy się potwierdzają - u nas taka sama kartka wisi i nie chce przestać. Jutro nie będzie wody, od 8 rano, przewidywany czas naprawy 16 godzin. Tyle dobrego, że mały będzie w żłobku - o ile tam też jakaś rura nie walnie... Ja na stażu, małż w robocie. Pozostaje pytanie, czy na pewno naprawią, rury pękają jak głupie i może się okazać, że nie wyrabiają z robotą. A zostać na parę dni bez wody, to ja dziękuję przy takiej temperaturze. A jeśli jeszcze padnie ogrzewanie, to będzie dramat.... Ja jestem zmarzlak i NIE CIERPIĘ ZIMY!!!!!!!

sobota, 03 stycznia 2009

Uduszę młodego. Powinien dawno słodko spać, wtulony w ukochanego misia. A gadzina jedna stale wyłazi - mama, skarpetki, siusiu, kupka, tata poczytaj, mama stań na głowie. Cholera jasna, o tej porze dzieć ma spać i kropka!!!!

piątek, 02 stycznia 2009

...to zajęcie Szanownego Małżonka. Zwaliłam na niego tę radosną fuchę na etapie odcycowania - mnie by sie nie udało wytłumaczyć, że bar zamknięty, a u taty baru po prostu nie ma i po temacie. A poza tym, panowie mają mało czasu dla siebie, bo M dużo pracuje, więc te pół godziny jest tylko ich. Zawsze znajdę jakieś wytłumaczenie, prawda? A dzięki temu ja sobie spokojnie stukam w klawiaturę i nie muszę tłumaczyć malcowi, że pora spać.

Mam ochotę powydawać pieniądze. Co jakiś czas tak mi się zbiwera i poszłabym na ciuchy, kosmetyki, albo do księgarni, wszystko jedno. Nawet spożywczy może być. Ale się nie da..... W takim nastroju lepiej siedzieć w domu.

czwartek, 01 stycznia 2009

Przetrwaliśmy sylwestra. To najważniejsza informacja. Pies, jak co roku na prochach - naćpany równo, ale i tak się trząsł jak świńskie nogi w galarecie. kot nieco spokojniej, ułożył sie na swoim ulubionym kawałku podłogi przy drzwiach i generalnie miał pod ogonem wszystkie hałasy. Dzieć - najpierw na spacerze się wystraszył. Spacer był niezbędny, bo trzeba było wyjść z psem, zanim zaczną strzelać na dobre i wynieść śmieci. Potomek na początku marudził i się bał, ale jak mu wytłumaczyłam, że te śliczne iskierki na niebie są nieodłącznie związane z bumbumami, to zaakceptował - zażyczył sobie wzięcia na ręce i z bezpiecznej kryjówki maminych ramion rozglądał się za iskierkami. Doszło do tego, że musiałam mu obiecać, że go obudzę o północy, bo wtedy będzie dużo iskierek.... W tym celu M nastawił budzik - padłam jak pies Pluto, jedna lampka grzańca spowodowała, że zachrapałam niczym starszy sierżant sztabowy. Ekonomiczna jestem, odrobina alkoholu wystarczy, żeby mnie uśpić. Wracając do tematu - budzika też nie usłyszałam, rozczmuchałam się, jak panowie stali w oknie i podziwiali iskierki. Mały tak sie cieszył... Kto by pomyślał, że kilka godzin wcześniej tak bardzo sie bał.

Kolejny raz widać, że wiele problemów wychowawczych można rozwiązać zupełnie łatwo, tylko trzeba reagować od razu i inteligentnie. (ach, jaka ja jestem genialna, nieprawdaż?)

Poklepałam sie po plecach, ale stale dochodzę do wniosku, że proste sposoby mogą niezmiernie ułatwić wychowywanie dziecka - tylko trzeba najpierw trochę pomyśleć, a potem chcieć poświęcić maluchowi odrobinę uwagi i serca. Ileż problemów "ryczących" rozwiązałam pytając Piotrka - ok, stary, o co ci chodzi? nie chcesz tej czapki? Proszę bardzo, możesz włożyć tę drugą. I wrzask, który pierwotnie był na temat - nie chcę żadnej czapki, odpowiednio skanalizowany tracił impet. Bo mnie naprawdę wszystko jedno, którą czapkę on włoży, byle włożył. A jak mógł wybrać, to czuł, że od niego coś zależy, ktoś się z nim liczy i w ogóle jest ważny.  Bo jest ważny. Dla mnie najważniejszy na świecie. Ale to nie znaczy, że pozwolę mu na wszystko. Wręcz przeciwnie, z miłości będę go uczyć, że są granice, pewnych rzeczy się nie robi, i trzeba zwracać uwagę na innych,a nie tylko na czubek własnego nosa.

Jak co roku, rzucam bluzgami pod adresem jednego sąsiada. Bydlak głupi odpalił parę lat temu petardę pod nosem naszemu psu. Dowcip przedni, nieprawdaż? I suczydło kochane, które się wcale nie bało huków, teraz ze strachu by wlazło pod wannę (nie da się), albo przynajmniej za szafę (jak wyżej). I co roku, żeby jej ułatwić przetrwanie tej nocy, muszę ją szprycować ogłupiaczem. Mam wyrzuty sumienia, jak widzę, jak jej się łąpy plączą, ale bez tego to byłoby jej jeszcze trudniej...

Summa summarum, okres świąteczny za nami, obżarstwo sie skończyło. I dobrze, i tak jest mnie o 1,5 kg więcej niż przed świętami. Mogło być gorzej. Teraz wracamy do normalnych zwyczajów żywieniowych. Bilans otwarcia roku wynosi ...8,2 kg. Pierwszej cyfry nie zdradzę, pozostanie moją słodką tajemnicą. I tak jest to o dychę mniej niż przed ciążą.  W ten sposób będę miała zanotowany stan z początku roku  i wreszcie nie zgubię kartki z tą cenną informacją... Jakoś zawsze mi znikają. Freudowskie czynności omyłkowe, czy co?...