O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
Archiwum
O autorze

  Statystyki
stat4u

niedziela, 15 lipca 2018

Piotrek wymiotował w czwartek i jęczał, żeby go zabić, bo tak bolała głowa i gardło też dawało o sobie znać. W sobotę robił to samo Grzesiek. Dzisiaj Skorupiak, a mnie już zaczyna boleć gardło....

 

W tym tygodniu zawodowo siedzę w szpitalu i nie bardzo mam jak zorganizować zastępstwo. Na dworze leje jak z cebra i będzie lało przez następne dni, więc dzieciaki nawet jak wyzdrowieją, to będą siedzieć i marudzić.

 

Życie jest wyjątkowo złośliwe ostatnio.

 

No, to sobie ponarzekałam. Idę do roboty.

piątek, 13 lipca 2018

Zbierałam się do tego wpisu od dawna, ale jak zwykle brakuje czasu.

 

Skorupiak ostatnio podrzucił mi do czytania (na szczęście w ebooku, inaczej nie miałabym szans) prawnicza serię modnego ostatnio (o czym się dowiedziałam później) Remigiusza Mroza z Mecenas Joanną Chyłką w roli głównej.

 

Czytało się świetnie, od razu powiem. Wartka akcja, bohaterowie z charakterem plus pewna porcja delikatnych aluzji pokazujących, co autor myśli o "dobrej zmianie" niszczącej obecnie Polskę

Natomiast moja główna refleksja po tym cyklu jest raczej smętna. Nie, nie ze względu na walory książek, w żadnym wypadku. Raczej nie podoba mi się obraz świata. Przede wszystkim dlatego, że jest tak cholernie prawdziwy. Jako fikcja literacka nie przeszkadzałby mi specjalnie, nie takie rzeczy ludzie wymyślają. Jednak to nie jest fikcja....

Korporacyjny młyn, wyciskający bezlitośnie każdego. Pozbawiający złudzeń, odzierający z godności sposób traktowania przez przełożonych. Wymaganie wykonania zadań w czasie nierealnym, co niejako wymusza wspomaganie się amfetaminą i innymi świństwami. Picie, palenie, układy, mafia rządzi światem. 

I druga strona medalu, świat prawniczy. Po przeczytaniu tych książek stwierdziłam, że są genialnym argumentem dla tych, którzy chcą iść na studia na prawo. Żeby tego jednak nie robili.

Pokazują, jak w majestacie prawa robieni są w balona wszyscy, ze szczególnym uwzględnieniem prawników, jeśli tylko trafią na przeciwnika bezwzględnego i mającego pieniądze. I jak bardzo bezradny jest system wobec takich ludzi. W jak wielu przypadkach instytucje mające strzec prawa i porządku (nie wspominając o sprawiedliwości) robią wszystko, żeby nie robić tego, co powinny, bo ktoś odpowiednio wysoko postawiony wydał inne polecenie albo po prostu zapłacił odpowiednio dużo.

Raczej nie będę wracać do tych książek, chociaż chętnie przeczytam następne. Jednak nie będą to moi przyjaciele na lata, z którymi chętnie się spotykam. 

Ten świat jest po prostu zbyt przygnębiający, żebym chciała do niego wracać. Wolę zająć się poprawianiem chociaż maleńkiego kawałka wokół siebie. Żeby przynajmniej skrawek nie wyglądał  tak ponuro i nieprzyjaźnie.

 

 

Zderzenie z rzeczywistością bywa bolesne.
1. Płacę w kasie pewnego urzędu sponsorowanego przez państwo. Żadna tam prywata, jak najbardziej publiczne pieniądze są tam pakowane. Abym mogła zapłacić, należało
- ściągnąć z głębi Ważnego Urzędu kogoś do kasy, która oficjalnie była czynna (standard, nigdy nie ma kasjera),
- przejrzeć wydrukowane listy płatności,
- zaznaczyć na kartkach, które z pozycji na liście zostały uregulowane,
- spisać kwoty na świstku,
- zsumować na kalkulatorku,
- wbić ręcznie w najstarszy chyba na świecie model kasy fiskalnej,
- wydrukować paragony, osobny dla każdej płatności.

Na biurku stoi zupełnie porządny laptop, na którym można było to wszystko obsłużyć trzema kliknięciami.....

2. Musze dostarczyć do pewnej Placówki Medycznej w Centrum Stolicy (przez litość pominę, której...) kartkę z prośbą o receptę na stałe leki. Nie po drodze mi to bardzo, więc dzwonię z pytaniem, czy mogę im to wysłać mailem. Otóż nie, muszę w zębach dowieźć wyświechtany karteluszek, bo z maila to oni nie umieją chyba.... I Pani Doktor będzie musiała to przepisać ręcznie (zazwyczaj, w jej przypadku z błędami), zamiast zrobić ctrl-c, ctrl-v i puścić na drukarkę. Zajmie jej to więcej czasu, zrobi co najmniej jeden błąd, ale co tam, to przecież nieważne, prawda?

Potem się wszyscy dziwią, że nie ma na nic pieniędzy w tych Urzędach i Placówkach Medycznych... A skąd mają być, jeśli tam takie marnotrawstwo środków i czasu pracowników odchodzi????

Wrrrr.



poniedziałek, 02 lipca 2018

Wracaliśmy już z ogniska dla rodziców w trakcie Piotrkowego obozu, gdy stęskniony syneczek zadzwonił. Nie ma co się dziwić, w końcu nie widział nas już cale półtorej godziny....

- Mama, wiesz, że ksiądz Rydzyk dostał Nobla? - usłyszałam poprzez trzaski zestawu samochodowego.

- Yyyy??? - zatchnęło mnie cokolwiek, co przy maksymalnej prędkości dopuszczalnej na autostradzie w Polsce (bo przecież nie powiem, że jechałam szybciej...) nie było najzdrowsze.

- Tak, za odkrycie ciemnej masy sterowanej falami radiowymi!

Masa, materia, jeden pies. Kwiczeliśmy przez następne kilkadziesiąt kilometrów.

niedziela, 01 lipca 2018

Tyle rzeczy chciałam napisać... Notki kłębiły mi się w głowie jedna przez drugą. O książkach, o Wężach, o kotach, o życiu i jego przejawach... 

I jak już mam chwilę, to wszystko ucieka. 

Może zacznę nagrywać na dyktafon...

poniedziałek, 25 czerwca 2018

jak to dobrze mieć w głębokim poważaniu Mundial i spoconych facetów biegających za piłką. O ileż stresów mniej....

- Wiecie jak fajnie było na koniach? Był nawet plac zabaw!- wygłosił Wąż Młodszy po powrocie z wycieczki.


Biedne konie, dobrze że nie było basenu....

sobota, 23 czerwca 2018

 

To już było...

Teraz pozostało tylko ładnie zapakować i wysłać do fundacji zbierającej włosuy na peruki dla dzieci chorych na raka. 

Synku, jestem z ciebie bardzo dumna!

czwartek, 24 maja 2018

Postanowiłam się wziąć za siebie. I (po raz kolejny) schudnąć. 

Ponieważ najskuteczniejsza w moim przypadku kuracja* już nie wchodzi w rachubę, musiałam poszukać pomysłów bardziej tradycyjnych - i jednak zmodyfikować dietę, mówiąc elegancko. Przestać tyle żreć, tłumacząc na nasze.

ZMotywowała mnie kuzynka, młodsza o dychę, nieco niższa, ale chyba sporo cięższa, z dziewczyny została połowa i bardzo ładnie wygląda. Jak ona może to i ja.

Jak dotąd poleciało prawie 4 kg (od 4 maja), a ja nie chodzę wkurzona i głodna :). Teraz tylko będzie trudny weekend, bo Grzesiek ma imieniny i nieopatrznie zaprosiłam stadko gości ze stadkiem dzieci i przecież nie mogę im dać tylko mojej paszy dla królików. Ale co tam, wytrzymam. Zwłaszcza, że za tydzień jest rodzinny ślub, a ja bym chciała przeskoczyć kolejną granicę wagową - ustawiłam je sobie co 2,5 kg, żeby było co świętować motywacyjnie. No i jeszcze to wesele... Chyba będę musiała duuuużo tańczyć, zęby to spalić**.

 

* - Ta najskuteczniejsza kuracja odchudzająca to ciąża. Zawsze chudłam, w drugiej przytyłam więcej - całe pół kilo w stosunku do wagi wyjściowej :)

 

** - Ja nie umiem tańczyć... Ale Skorupiak tańczy bardzo dobrze, najwyżej będzie miał większe stopy niż dotychczas :)

 - Kocham miód - oznajmił Wąż Młodszy. - To moja ulubiona przyprawa do spaghetti!

 

Ja bym nie wpadła na takie połączenie, ale jestem konserwa...

Wróciłam z pracy, a tu Wąż Starszy z miną niczym chmura gradowa.

- Co się stało, synu pierwotny? - zainteresowałam się jak przystało na troskliwą rodzicielkę.

- Yyyyy, wiesz, mam kłopot.- zamilkł, drań jeden.

-A jakiż to kłopot, dziecię drogie?

- No bo wiesz, spotkałem dziś w szkole panią L. i ona mi powiedziała... - znowu się zawiesił.

- Synu, fioletowa się robię. Jak przestanę oddychać, to już nie będę zainteresowana twoimi problemami. Ani niczyimi innymi, dla ścisłości.

- No bo wiesz.... Są już wyniki świetlika... I mam nagrodę, drugi wynik w szkole!!!! - wrzasnął triumfalnie.

 

Czegoś w tym guście się spodziewałam, on zawsze w taki sposób obwieszcza sukcesy. Inna sprawa, że musiałam się ostro nagadać, zęby wystartował, a konkurs jak szyty pod niego. Zdaje się, zę poszedł na kompletną pałę....

Wężyku Starszy, jestem z Ciebie dumna!

 

 

 

piątek, 04 maja 2018

Ależ owszem, olet!!!!

 Któryś z (....-cenzura) kocurów nasikał mi do torby. Na szczęście płóciennej, więc poleciała do pralki. Gorzej z portfelem, skórzanym. 

No i w kwestii prania brudnych pieniędzy władze mają jakieś dziwne poglądy, z jakiegoś powodu nie lubią, jak się komuś na higienę zbierze.

I co ja mam zrobić, jak mi forsa śmierdzi?

 

Idę wydawać!

poniedziałek, 23 kwietnia 2018

W piątek porzuciłam wszystkich moich facetów i godnym krokiem oddaliłam się w  stronę dworca PKP. 

 Oczywiście wszystko przez Skorupiaka - wysłał mailem bilety na pociąg i zapowiedział, ze mam spadać i nie wracać przed końcem weekendu. 

Brzmi paskudnie, prawda? Cieszyłam  się jak prosię w deszcz i do tej pory jestem mu bardzo wdzięczna. Dogadał z przyjaciółmi, ze mnie przygarną i od paru miesięcy usiłowali skleić dogodny termin. Wreszcie się udało.

Udało się tym bardziej, ze pogoda była piękna, a M wreszcie skończył pisać  książkę, o którą go długo piłowałam i mogłam  wreszcie przeczytać. Co prawda drukarnia nie zdążyła, ale od czego Kindle? Przeczytałam dwa razy ciurkiem, powzruszałam się, pochichotałam. Przegadaliśmy cały weekend, włócząc się po Krakowie i okolicach i było cudownie.  

Muszę częściej powtarzać takie wyskoki, są znacznie lepsze niż wyjazd do SPA (co byłoby straszne).

poniedziałek, 09 kwietnia 2018

Garda odeszła dziś za Tęczowy Most.

Dziś pojechałam z nią na usg - i nie było już żadnych wątpliwości. Przerzuty do wątroby, śledziona też cała ze zmianami, powiększona, płyn w jamie brzusznej, temperatura, która nie dawała się zbić po kroplówce....

Do zobaczenia, Czarna Kuro. Biegaj tam razem z Czortem i Agrą....

 

 

niedziela, 08 kwietnia 2018

...nie beret co prawda ale szal. Piękny, w intensywnych kolorach, czerwono-pomarańczowy. Dostałam w prezencie :)

A wszystko dlatego, że Starszyzna Plemienna wypuściła się na wycieczkę do Wilna. 

W związku z powyższym oczywiście Garda - ich pies - miał trafic do nas. Nie trafił, bo Gardzielec - starsza pani, schorowana i po operacjach, znowu zaczęła wywijać numery zdrowotne i to takie, ze  w piątek wszyscy byli przekonani, że trzeba będzie ją uśpić. 

Udało się babę wyciągnąć, ale musiałam siedzieć przy niej, niańczyć i robić kroplówki. Mam od tego całkiem  płaski tyłek, nie lubię siedzieć na podłodze, a musiałam jednak ją trochę pilnować, żeby nie wylizywała wenflonu. oprócz tego kontrola weterynaryjna naszych kotletów, odstawienie rodziców na lotnisko w sobotę o świcie, pozbieranie ich stamtąd chwilę później, bo im odwołano lot i przesunięto na parę godzin później, zakupy, odstawienie ich na lotnisko ponownie, pozbieranie po powrocie..... 

W sumie w domu byłam krótko, większość czasu spędziłam albo u weterynarza albo bawiąc się w pomocnika tegoż i lecząc psa. 

Warto było, choćby po to, zęby zobaczyć szczęśliwy, choć zmęczony pyszczek Mi :). 

Zawinęłam się teraz w szal i mi dobrze....

wtorek, 03 kwietnia 2018

- Kocham was, ale musze zjeść kolację!- wygłosił Grzesiek, po czym zniknął w kuchni.

Widać, co jest ważne.

niedziela, 25 marca 2018

Wczoraj podczas zakupów trafiłam na kolejną perełkę do kolekcji Cudacznych Nazw Spożywczych.

Ser żółty Hipokryta blok.

Nawet dobry ten hipokryta, z orzeszkami...

NIe sądziłam, ze kiedykolwiek będę chwalić hipokrytę :))))

sobota, 24 marca 2018

Bardzo sobie chwalę to chińskie allegro.

Ostatnio podobno po fb ktoś się pultał, że to dla buraków, cebulaków czy innych warzyw, bo chińskie badziewie i takie tam, ale mam to w nosie. Po pierwsze, nic nikomu do tego, co i gdzie  kupuję, dopóki sa to legalne produkty legalnie kupowane. A po drugie - masa przedmiotów, które mogę kupić w Polsce też pochodzi dokładnie z tego samego źródła, tylko dochodzi jeszcze pośrednik, albo i kilku. Tyle różnicy.

Ostatnio zakupiłam tam większą paczkę łat do naprasowania na spodnie. W pasmanterii kosztują 7 zł za parę, a ja kupiłam za 3 dolary z kawałkiem zestaw 4 par łat w różnych kolorach. Zamówilam sobie trzy takie zestawy i na jakiś czas będę miała spokój....

Dopadłam tam również kamienie, zwane różnie - szmaragdem Nilu, nocą Szanghaju, zielonym piaskiem pustyni... 1/3 polskiej ceny, a sznury dokładnie takie same, identyczne 37 kulek na sznurku.... 

Oczywiście, ze czasem trafi się badziewie, ale sumarycznie  - bardzo warto.

Wracam do szycie łat na Grześkowych spodniach....

Żeby nie było za lekko, oprócz chorego Piotrka kaszleć i przyduszać się zaczął też Bramsel. Skorzystałam z okazji, że moi rodzice byli ze swoim psem u weterynarza i pojechałam do nich - doszłam w końcu do wniosku, że pora na zmianę nadwornego weta. 

Nowa pani dr rzeczywiście robi bardzo dobre wrażenie, staranna, dokładna, od razu trzasnęła rtg kiciusiowi  I po wszelkich badaniach stwierdziła, że ma zapalenie oskrzeli ale podłożem prawdopodobnie jest astma. I zaleciła kotu nebulizacje...

No niech ja na księżyc nie polecę, następny w kolejce!!! Astmę po mamusi odziedziczył zapewne (czyli po mnie, jakby ktoś nie skumał), nebulizator chodzi już prawie 24h na dobę, cztery osoby w kolejce, z czego Grzesiek dwa razy dziennie po dwa leki. To jeszcze będzie do tego kot.

I zastrzyki znowu w kocie futerko będę trzaskać... 

Nie nudzę się przed świętami, oj nie.

Dzieci znowu zastanawiają się, czy się rozchorować. Grzesiek się trzyma, chociaż po południu (zwłaszcza po przedszkolu) mówi basem, ale Piotrek padł całkiem. 

I na niego jestem zła.

Tłumaczyłam jak chłop krowie w rowie, żeby nosił czapke na głowie a nie w kieszeni, żeby wkładał kurtkę... Nic z tego.

Wiem, że to taki wiek i wszystkie dzieciaki przechodzą przez tą głupią fazę, ale szlag mnie trafia.

Howgh!

Zrobiłam sobie wakacje, bo już naprawdę musiałam odpocząć.

Wyjechałam na jedną noc do rodziców. (na drugi koniec Ursynowa, całe 4,5 k, od domu).

Na dłuższy urlop raczej  się nie zapowiada.

poniedziałek, 19 marca 2018

Sklep w Kropki co roku ogłasza konkurs na książeczkę dla dzieci. W zeszłym roku wysłałam kilka historyjek i nawet przeszłam przez pierwsze sito (czyli mój tekst znalazł się wśród 100 wybranych z paru tysięcy do kolejnego etapu). Oczywiście na tym się skończyło, nagroda jest jedna i nie ja ją wygrałam.  Nie szkodzi.

Teraz postanowiłam spróbować raz jeszcze, wykopałam stare historyjki  i zaczęłam je sobie czytać. I jestem pełna podziwu dla samej siebie, że się tak nieskromnie poklepie po plecach! nawet nie pamiętałam, że to było takie fajne. Aż się zastanawiam, czy pchać się na konkurs Sklepu w Kropki, czy może spróbować to po prostu wysłać do jakiegoś wydawnictwa? Chociaż w sumie mogę zrobić jedno i drugie, jeśli nie wyjdzie w konkursie to podać dalej. A przez ten czas jeszcze trochę dopisać. 

Fajnie jest znowu pisać. Dawno nie miałam okazji stworzyć żadnego dłuższego opowiadania i ze zdumieniem odkryłam, że trochę mi tego brakuje. Większość z moich pomysłów nigdy nie wyszła poza ramy wyobraźni, jak tylko miałam klawiaturę albo zeszyt pod ręką, to uciekały, jakby je gonił co najmniej poborca podatkowy. Ale może uda mi się wrócić i jednak stworzyć coś ciekawego?

Zobaczymy!

niedziela, 11 marca 2018

Co jakiś czas pojawiają się komentarze  z zaproszeniami na blogi. 

Rozumiem chęć znalezienia czytelników, ale jakoś tak... nieswojo się czuję, gdy widzę tylko zapraszam na bloga [adres]. ani cześć, ani me, ani be, ani kukuryku, po prostu wpadł, wrzucił reklamę i uciekł. 

Może ja jestem dziwadło (nie, nie może, na pewno ), ale jednak oczekiwałabym jakiegoś słowa komentarza, dlaczego akurat u mnie takie zaproszenie - bo ktoś do mnie zagląda, czyta, spodobało mu się to, co piszę i myśli, że może spodoba mi się to, co znajdę u niego. A tak... mam poczucie, jakby ktoś mi wrzucił do skrzynki ulotkę reklamową. Niechcianą, niepotrzebną, mimo naklejki, żeby nie wrzucać reklam.

I prawdę mówiąc w takiej sytuacji zazwyczaj tam nie zaglądam. 

Zazwyczaj po prostu pomijam go milczeniem - jeśli faceci doceniają i szanują kobiety tylko przez jeden dzień w roku, to w ogóle szkoda komentować.

Tym razem nie mogę nie docenić Węża Starszego.

Majorek poszalał. Posprzątał swój pokój i kuchnię, zamiótł całe mieszkanie  (czego nie znosi), umył podłogę w kuchni i korytarzu, sprzątnął toaletę, wyniósł śmieci, puścił zmywarkę, poskładał pranie,  wymienił zawartość  i umył kocią kuwetę, ugotował zupę i kupił mi śliczne kwiaty.

Sam z siebie, bez żadnych sugestii z zewnątrz.

dziękuję, synku. Dobra robota, kochanie :)

poniedziałek, 05 marca 2018

Zmieniłam pracę. generalnie robię to samo, co wcześniej, ale teraz na umowę o pracę a ni na zlecenie.

W związku z tym kazano mi zrobić badania pracownicze - normalka. Rtg płucek - a proszę bardzo, morfologia - też się przyda sprawdzić od czasu do czasu, i tajemniczo brzmiące nosicielstwo. Nie wiedziałam z początku, co mianowicie miałabym nosić albo nie nosić, (okazało się, że salmonellę), i zaniepokoiło mnie tłumaczenie w firmie, że to badanie robi się raz na całe życie, więc płacę za to sama, bo mi się przyda i w innych firmach w przyszłości.

Pogrzebałam w przepisach, wspomagana przez Skorupiaka i wyszło mi, że nie ma siły, pracodawca sobie życzy, pracodawca płaci. Ja bez tych badań żyłam długo i szczęśliwie, nie są mi do niczego potrzebne, to oni wymagają. Panie w firmie najpierw tłumaczyły, że nie, firma płaci za lekarza medycyny pracy a za to nie, ależ skądże znowu i w ogóle wcale że nie. Uzbroiłam się zatem w stosowne przepisy i  interpretacje prawników i pokazałam co trzeba. Paniom miny nieci zrzedły, ale w końcu zgodziły się ze mną i stwierdziły, że jak przyniosę fakturę na firmę za badanie, to dostanę zwrot. Zapewne miały nadzieję, że już oddałam próbki i zapłaciłam nie biorąc faktury, ale nic z tego! Fakturę wzięłam, a właściwie wziął ją nieoceniony Skorupiak, który robił w tej kwestii za listonosza i firma się nie wykręci.

Rozumiem, że dla nich to dodatkowy koszt, ale sorry Gregory, ja tego nie potrzebuję, przepisy są jasne. Jak ktoś mnie próbuje robić w balona, to się najeżam i nie lubię. 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 90