O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
Archiwum
O autorze

  Statystyki
stat4u

poniedziałek, 17 września 2018

Już drugi raz zeżarło mi notkę. Wrrrr.

 

Wąż Młodszy ostatnio zamęcza ł nas pytaniami o angielską terminologię z zakresu ogólnowojskowego, ze szczególnym uwzględnieniem czołgów.

To go zapisaliśmy na angielski, niech męczy kogo innego.

Obok nas jest szkółka językowa, Piotrek chodzi tam już od paru lat. Jak trochę pogadałam, to okazało się, że mają grupę i dla Grześka, dokładnie w tym samym czasie, kiedy chodzi Piotrek - zaczynają w odstępie pięciu minut!

Jestem zachwycona, odprowadzać i przyprowadzać będzie Pyton, kto inny będzie musiał wiedzieć, jak jest rakietnica po angielski oraz  gąsienice od czołgu - żyć nie umierać!

Radość z jazd to jedno, ale pozostałe barwy tego szczęścia są... bardziej kolorowe. Konkretnie to takie sino-błękitno-fioletowo-żółte.

Jak jechałam pierwszego dnia, to w pewnym miejscu okazało się, że kostka na Drodze Dla Rowerów jest nieco krzywa - i kółko zaczęło mi uciekać spod nóg, tak prosto na ulicę pod samochody. Jedyną metodą jest wtedy zeskoczyć, co też uczyniłam - kółeczko padło na kostkę nie tocząc się zbyt daleko, a ja zostałam w pionie. 

Żeby jednak nie było za wesoło, to zanim padło, przywaliło  mi skrzydełkiem w łydkę. 

No i teraz mam siniaka. Spłynął już z łydki na stopę, jest duży, piękny, wielobarwny. Na szczęście już prawie nie boli.

A ja i tak będę dalej jeździć!

środa, 12 września 2018

Potomek WIększy:

- Wiesz, marzy mi się, żeby była brzydka pogoda, żebym mógł siedzieć na fotelu zawinięty w koc, z kotem na kolanach, dobrą książką i patrzeć na deszcz....

- Cóż za pech, synu. Nie ma brzydkiej pogody. i nie zapowiada się w najbliższej przyszłości...

- Ano, pech... - westchnął Maiorek….

No to dzisiaj udała mi się rzecz wielka. 

Pojechałam do pracy na kółeczku. I na kółeczku wróciłam. Cała (no dobra, z jednym siniakiem na łydce), bez ofiar w ludziach i mieniu.

Wszystko dzięki tacie, który nie dość, ze sprezentował mi kółko, nękał, żebym ćwiczyła, to jeszcze pożyczył teraz na trochę takie nieco łatwiejsze - z podwójnym kołem, które się nie wywraca tak łatwo. 

Jestem z siebie dumna, bałam się okropnie, że się wywalę jak zezowaty słoń na Chińskim Murze, ale dojechałam do celu. 

Oczywiście na razie to do poziomu Piotrka to mi brakuje baaardzo dużo, on jest mistrzem, a ja stawiam pierwsze kroki... no, pierwsze kółka. Ale jednak jest to postęp w domu i zagrodzie. 

Pożytków z tego mnóstwo, i nie zasmradzam okolicy samochodem (dobra, wcześniej też nie zasmradzałam, tylko chodziłam na piechotę),  i szybciej, i ćwiczy mięśnie pleców i stóp (o tych ostatnich nie wiedziałam nawet, że je mam) oraz równowagę, łatwo parkować - zmieści się pod biurkiem, szybko ładuje....

Możecie gratulować!!!!

poniedziałek, 10 września 2018

Wczoraj koło mieszkania rodziców zobaczyliśmy ze Skorupiakiem srokę. Młode to było, niewypierzone jeszcze do końca. Leżało na trawniku dziobem w grunt i się nie ruszało za bardzo. Obok leżały piórka z ogonka i trochę puchu.

Oddychała. Ale nie zareagowała na wzięcie w rękę, a lewe skrzydło miała jakoś dziwnie odwiedzione, nie umiała go normalnie złożyć.

Ściągnęliśmy mamę, jako dyżurnego Speca Od Wszelkiej Żywizny, zabraliśmy srokę do domu. Skorupiak zorganizował szybko pudełko po butach, ptaszora do środka i jazda do Ptasiego Azylu do Zoo.

Na miejscu pan strażnik przy bramie przejął pudełko, wydzwonił szybko dyżurnego z Azylu, który powiedział, że pani doktor za chwilę ją zbada i zobaczymy, co dalej.

Na pewno, jeśli ma mieć szansę, to tam. przypuszczam, że mogła być nieco ogłuszona, nie wiem, jak z tym skrzydłem, ale jeśli z Zoo jej pomogą, to wypuszczą, gdyby leżała dalej na trawniku - skończyłaby jako karma dla kota.

Dobrze, że jest takie miejsce, jak Ptasi Azyl. Gorzej, że wiosną często tam ludzie zanoszą podloty, które uczą się latać i po prostu mają chwile przerwy, siedza na chodniku, ale za chwilę sobie dadzą radę. A właściwie, dałyby radę, gdyby ktoś nie postanowił im "pomóc".  Tak żez warto popatrzeć i się zastanowić, czy ptak naprawdę wymaga wsparcia.

Wczorajsza sroka zdecydowanie wymagała. Mam nadzieję, że jeszcze poleci.

piątek, 07 września 2018

Węże po zabawie poszły do kuchni. 

Słucham z przyjemnością odgłosów dobiegających zza ściany - szykowania kanapek, stukania kubków i sztućców, które Piotrek zmywa, i ich rozmowy.

Wąż Starszy opowiada Młodszemu o Bitwie o Anglię, historię Dywizjonu 303, o początku II Wojny Światowej i inne takie drobiazgi. Tłumaczy po kolei co i jak, a Grzesiek słucha uważnie i co chwila zadaje kolejne pytania.

Lubię takie braterskie wieczory - jak już przestaną się tłuc poduszkami za moimi plecami :)

Tagi: bracia
20:24, agra1 , bracia
Link Komentarze (1) »

Obiad. jemy sobie w spokoju ze Skorupiakiem gołąbki w sosie pomidorowym.

Zza ściany dobiega jednostajny szum.

Odkurzacz pełza po podłodze i sam sprząta.

Bajka....

wtorek, 04 września 2018

Znalazłam dziś artykuł, który mną wstrząsnął.

O opiece nad osobami starszymi i niesamodzielnymi. Nie tej państwowej czy prywatnej, w jakikolwiek sposób zinstytucjonalizowanej, profesjonalnej. Tej wymuszonej przez życie, obarczonej wyrzutami sumienia, morzem trudnych emocji, bez przerwy, urlopu, chwili na oddech i perspektyw odpoczynku innych niż śmierć bliskiego.

Nie dlatego, że opisywana w nim rzeczywistość mnie zaskoczyła. Przeciwnie, znam ją bardzo dobrze. 

Nie dlatego również, że czuję się winna - wręcz przeciwnie, działam w tej branży i robię co mogę. I to dobrze robię. 

Poruszył mnie fragment opisujący stan psychiczny opiekunów. Ich nieumiejętność zadbania o siebie, odczuwania radości, cieszenia się drobiazgami, szukania przyjemności, przyznawania sobie prawa do emocji, do zmęczenia, do wypalenia.

Wstrząsnęło mną dlatego, że ja to wszystko widzę u siebie na gruncie domowym. 

Nie zajmuję się przecież w domu nikim chorym. Nie mam osób niesprawnych. Przeciwnie, mam dwójkę zdrowych, inteligentnych, piekielnie sprawnych dzieci, męża, który nie siedzi cały dzień przed telewizorem żądając obiadu, piwa  i nieprzeszkadzania w oglądaniu meczu.  I dwa kochane koty, które pakują się na kolana i wypędzają demony.

A jednak czuję się właśnie tak. 

Nie wiem, co mnie cieszy. Nie umiem zadbać o siebie, jak już wymyślę, że mogłabym pójść na pedicure, to zanim dojdę, minie pół roku. Bo stale jest jakieś ale, coś ważniejszego. Czyjeś inne potrzeby, problemy... Moje odsuwam na koniec, bo muszę tu pomóc, tam załatwić, bo zebranie, bo plac zabaw, bo mamo przytul... 

I nawet, jak Skorupiak zabierze chłopaków zostawiając mi czas i przestrzeń, żebym mogła coś zrobić dla siebie - kończy się na zmywaniu garów, łataniu spodni i nadrabianiu zaległości domowych...

Jedyna frajdą, jaką umiem sobie wymyślić i zrealizować bez problemu jest jedzenie. Widać to po mnie, próbowałam się odchudzać już nieraz, ale dopóki nie nauczę się sprawiać sobie przyjemności w inny sposób niż żarciem, to nie schudnę.

Sama nie dam rady. Brakuje mi kogoś, z kim mogłabym pogadać, o odchudzaniu i nie tylko - o wszystkim, po prostu dziób otworzyć. A nie bardzo jest do kogo. Moja najlepsza przyjaciółka jest istotą bardzo nietypową, prowadzącą nocny tryb życia (nie dlatego, ze baluje, wręcz przeciwnie - nornica pustelnica, nosa z domu nie wysuwa jak nie musi, pracuje na komputerze) - odpada, jak ona żyje to ja śpię i odwrotnie. Parę innych koleżanek - mają własne życie, dzieci, pracę, trudno oczekiwać, że będą dzwonić i mnie niańczyć. Zresztą obecnie ludzie coraz rzadziej to robią, jak ja dzwonię, to często spotykam się z entuzjastycznym podziwem, że ja tak pamiętam o innych, podtrzymuję te kontakty...  A ja po prostu szukam rozpaczliwie kogoś, kto poświęci mi chwilę.

Nie wiem, co mogłabym zrobić dla siebie. nie chcę marudzić innym o tym, jak bardzo samotnie się czuję, na wyjazdy na różne turnusy tematyczne mnie nie stać - finansowo, czasowo i logistycznie. Jak się raz na kwartal znajdą jakieś zajęcia czy inne spotkanie, na które bym poszła to zwykle jest kolizja terminowa z czymś innym, albo po pracy jestem tak padnięta, ze po prostu idę spać.

W ogóle najchętniej bym spała dzień i noc. NIe budziła się, nie wracała do rzeczywistości, została w świecie ułudy, marzeń sennych, daleko od tego wszystkiego, co boli, zniechęca.

A potem znowu dzwoni budzik. 6.30, pora wstawać.

poniedziałek, 03 września 2018

Wakacje definitywnie dobiegły końca. 

Ja oddycham z ulgą, Potomek Starszy wręcz przeciwnie.

Na razie wieści nie są złe, wychowawczynią jest matematyczka - plus, podobno zupełnie dorzeczna - drugi plus. Plan mają w miarę, to znaczy nie w środku dnia tylko od rana - do przodu.

Minusem jest to, że jeden koleś, który miał być zabrany przez mamę do innej szkoły jednak został - mimo, że na wszelki wypadek jeszcze poszło do dyrekcji pismo z prośbą, aby umieścić go w klasie równoległej, żeby rozbić bandę łobuzów i pozbawić ją przywódcy. Nic, będziemy działać, w czwartek rozmowa z dyrekcją.

Ogólnie nie jest źle, Piotrek czeka na fizykę i chemię - zobaczymy, jak mu się spodoba.

Czyli - witaj, szkoło!

wtorek, 28 sierpnia 2018

Ostatni tydzień w pracy przypominał trzęsienie ziemi.

W poniedziałek zmarła mi podopieczna, prawie mi na rękach. Wezwałam karetkę, reanimacja, przywrócenie akcji serca. Zabrali ją na gwizdkach, ale zanim z jej krewną dojechałyśmy do szpitala lekarze stwierdzili zgon.

Potem inna podopieczna odwinęła mi numer wszechczasów po którym zażądałam w firmie natychmiastowej zmiany przydziału - i ją bez żadnych dyskusji dostałam. Generalnie dwa dni stresów tłumaczenia, rycia po przepisach, nieprzyjemnych rozmów. I na koniec oskarżenie o kradzież karty, z telefonem godzinę później, że się znalazła, bo wypadła na dywan...

W sobotę rano - mail od kuzynki z Australii, że jej mama jest na OIT, bardzo z nią już źle i chyba to koniec. Pogadałyśmy chwilę, ale z tej odległości nic więcej  nie mogę zrobić.

Odsypiałam potem to wszystko do 16 - mięśnie miałam powiązane w jeden ciasny supełek, bolało mnie wszystko. Na szczęście obecne przydziały mam fajne, przyjemne, z sympatycznymi ludźmi - chociaż wcale nie znaczy to, że nie ma nic do roboty, ale nie praca mi przeszkadza, tylko postawa niektórych ludzi. Tu jest ok.

 

I tak się zastanawiam, czy ja naprawdę muszę trafiać na takie dziwaczne historie? Dlaczego jak   zdarza się coś pokręconego, to właśnie mnie????

Przychodzi do mnie Grzesiek.

- Mamo, ile ty masz lat?

-  A bo co synku - pytam podejrzliwie, znając możliwości Potomków.

- Chodzi o to, ile trzeba świeczek na torcie.

Ucieszyłam się, że kochane dzieci o mnie myślą, uznałam, że odpowiedź nie grozi żadnymi wstrząsami.

- czterdzieści cztery na najbliższy tort.

- Tak mało?  - zdziwił się Wąż.

 

No i nie wiem teraz, czy mam się cieszyć, że uznał, że jestem taka młoda, czy wręcz przeciwnie - wyglądam na dwa razy więcej....

czwartek, 09 sierpnia 2018

Grzechotnik chodzi teraz do przedszkola zastępczego tuż pod naszym oknem. Tego, do którego chodził Piotrek.

Parę dni temu przyszedł do mnie zaaferowany i zapytał z poważną miną:

- Mama, a czy będę mógł jutro SAM pójść do przedszkola?

- Będziesz, synu - oświadczyłam uroczyście.

Młodzieniec rozpromienił się niczym słoneczko i pognał do kuchni na śniadanie. Od tego czasu skończyły się dyskusje o wstawanie, ubieranie i tak dalej. Rano przychodzi ubrany zanim otworzę pierwsze oko, nie pcha się do nas do łóżka, nie krzyczy. I wędruje samodzielnie.

Szkoda, ze jeszcze tylko dziś i jutro....

Skorupiak i Wąż Starszy grają w coś na komputerze.

- Tata, zmieniasz strony jak kobieta strój! - skrytykował Potomek Przodka.

Skąd on taki doświadczony, ja się nie przebieram trzy razy dziennie, a i szykowanie na Wielką Galę zajmuje mi maksymalnie pół godziny z fryzurą i makijażem...

środa, 25 lipca 2018

Grzesiek ostatnio daje nam w kość.

Póki Skorupiak nic do mnie nie mówi, to Grzesiek może się bawić sam, ale jak tylko coś powie, to Wężyk natychmiast wtrąca się z jakimś swoim tematem. Do tego próbuje wymuszać wrzaskiem, krótko mówiąc robi awantury co chwilę.

Bardzo trudno jest nie przywalić w końcu w kuper po pół godzinie wrzasku o pietruszkę, bez żadnego sensu i uzasadnienia. 

Próbowaliśmy już wielu rzeczy, logiki, przeczekania, rozmowy, zagadania tematu... Nie działa, każde słowo do Grześka, gdy wrzeszczy powodowało eskalację.

Ostatnio zaczęłam zadawać pytanie, które o dziwo - skutkuje. A mianowicie - "Co takiego chciałeś mi przekazać tym krzykiem?". I Grzesiek cichnie, zaczyna spokojnie mówić, o co mu chodziło, gdzie leży problem - który najczęściej daje się zupełnie łatwo rozwiązać. 

Może jeszcze uda nam się go ucywilizować, zanim go zamordujemy....

Dzisiaj nastał wreszcie wielki dzień.

U rodziców zamieszkała Granda.

Po 2,5 miesiąca bez żadnego psa przyjechało kolejne futerko. 

Procedury schroniskowe, trzy spacery, dokładny wywiad i casting na rodzinę adopcyjną  trwały parę dni, bo tego samego psa chciała wziąć jeszcze jedna rodzina. W końcu opiekun psa zadecydował, że  jednak akurat tej suni będzie lepiej u nas.

A najpiękniejsze jest to, że Granda wygląda jak mała Mora - pies, którego prawie 30 lat temu wzięliśmy z tego samego schroniska Na Paluchu. Identyczny pyszczek, futerko - tylko sporo  mniejsza. Po prostu w sam raz.

Na razie panienka się oswaja, ale widać, że z godziny na godzinę czuje się coraz lepiej. Węże są zakochane w niej, zwłaszcza Piotrek, który pojechał z Dużym ja odebrać, żeby było komu ją przytulić w samochodzie. Grzesiek, który jest narwany i szybkobieżny oraz hałaśliwy też zachowywał się idealnie, cicho, spokojnie, poczekał aż Granda podejdzie i zaczął drapać pod bródką.

I tylko jeden cierń w tym wszystkim tkwi gdzieś tam głęboko i nic nie da się na niego poradzić. Ten pies wygrał na loterii, będzie mu dobrze. Ale w schronisku czeka jeszcze na swój dom 700 innych i mnóstwo kotów....

niedziela, 15 lipca 2018

Piotrek wymiotował w czwartek i jęczał, żeby go zabić, bo tak bolała głowa i gardło też dawało o sobie znać. W sobotę robił to samo Grzesiek. Dzisiaj Skorupiak, a mnie już zaczyna boleć gardło....

 

W tym tygodniu zawodowo siedzę w szpitalu i nie bardzo mam jak zorganizować zastępstwo. Na dworze leje jak z cebra i będzie lało przez następne dni, więc dzieciaki nawet jak wyzdrowieją, to będą siedzieć i marudzić.

 

Życie jest wyjątkowo złośliwe ostatnio.

 

No, to sobie ponarzekałam. Idę do roboty.

piątek, 13 lipca 2018

Zbierałam się do tego wpisu od dawna, ale jak zwykle brakuje czasu.

 

Skorupiak ostatnio podrzucił mi do czytania (na szczęście w ebooku, inaczej nie miałabym szans) prawnicza serię modnego ostatnio (o czym się dowiedziałam później) Remigiusza Mroza z Mecenas Joanną Chyłką w roli głównej.

 

Czytało się świetnie, od razu powiem. Wartka akcja, bohaterowie z charakterem plus pewna porcja delikatnych aluzji pokazujących, co autor myśli o "dobrej zmianie" niszczącej obecnie Polskę

Natomiast moja główna refleksja po tym cyklu jest raczej smętna. Nie, nie ze względu na walory książek, w żadnym wypadku. Raczej nie podoba mi się obraz świata. Przede wszystkim dlatego, że jest tak cholernie prawdziwy. Jako fikcja literacka nie przeszkadzałby mi specjalnie, nie takie rzeczy ludzie wymyślają. Jednak to nie jest fikcja....

Korporacyjny młyn, wyciskający bezlitośnie każdego. Pozbawiający złudzeń, odzierający z godności sposób traktowania przez przełożonych. Wymaganie wykonania zadań w czasie nierealnym, co niejako wymusza wspomaganie się amfetaminą i innymi świństwami. Picie, palenie, układy, mafia rządzi światem. 

I druga strona medalu, świat prawniczy. Po przeczytaniu tych książek stwierdziłam, że są genialnym argumentem dla tych, którzy chcą iść na studia na prawo. Żeby tego jednak nie robili.

Pokazują, jak w majestacie prawa robieni są w balona wszyscy, ze szczególnym uwzględnieniem prawników, jeśli tylko trafią na przeciwnika bezwzględnego i mającego pieniądze. I jak bardzo bezradny jest system wobec takich ludzi. W jak wielu przypadkach instytucje mające strzec prawa i porządku (nie wspominając o sprawiedliwości) robią wszystko, żeby nie robić tego, co powinny, bo ktoś odpowiednio wysoko postawiony wydał inne polecenie albo po prostu zapłacił odpowiednio dużo.

Raczej nie będę wracać do tych książek, chociaż chętnie przeczytam następne. Jednak nie będą to moi przyjaciele na lata, z którymi chętnie się spotykam. 

Ten świat jest po prostu zbyt przygnębiający, żebym chciała do niego wracać. Wolę zająć się poprawianiem chociaż maleńkiego kawałka wokół siebie. Żeby przynajmniej skrawek nie wyglądał  tak ponuro i nieprzyjaźnie.

 

 

Zderzenie z rzeczywistością bywa bolesne.
1. Płacę w kasie pewnego urzędu sponsorowanego przez państwo. Żadna tam prywata, jak najbardziej publiczne pieniądze są tam pakowane. Abym mogła zapłacić, należało
- ściągnąć z głębi Ważnego Urzędu kogoś do kasy, która oficjalnie była czynna (standard, nigdy nie ma kasjera),
- przejrzeć wydrukowane listy płatności,
- zaznaczyć na kartkach, które z pozycji na liście zostały uregulowane,
- spisać kwoty na świstku,
- zsumować na kalkulatorku,
- wbić ręcznie w najstarszy chyba na świecie model kasy fiskalnej,
- wydrukować paragony, osobny dla każdej płatności.

Na biurku stoi zupełnie porządny laptop, na którym można było to wszystko obsłużyć trzema kliknięciami.....

2. Musze dostarczyć do pewnej Placówki Medycznej w Centrum Stolicy (przez litość pominę, której...) kartkę z prośbą o receptę na stałe leki. Nie po drodze mi to bardzo, więc dzwonię z pytaniem, czy mogę im to wysłać mailem. Otóż nie, muszę w zębach dowieźć wyświechtany karteluszek, bo z maila to oni nie umieją chyba.... I Pani Doktor będzie musiała to przepisać ręcznie (zazwyczaj, w jej przypadku z błędami), zamiast zrobić ctrl-c, ctrl-v i puścić na drukarkę. Zajmie jej to więcej czasu, zrobi co najmniej jeden błąd, ale co tam, to przecież nieważne, prawda?

Potem się wszyscy dziwią, że nie ma na nic pieniędzy w tych Urzędach i Placówkach Medycznych... A skąd mają być, jeśli tam takie marnotrawstwo środków i czasu pracowników odchodzi????

Wrrrr.



poniedziałek, 02 lipca 2018

Wracaliśmy już z ogniska dla rodziców w trakcie Piotrkowego obozu, gdy stęskniony syneczek zadzwonił. Nie ma co się dziwić, w końcu nie widział nas już cale półtorej godziny....

- Mama, wiesz, że ksiądz Rydzyk dostał Nobla? - usłyszałam poprzez trzaski zestawu samochodowego.

- Yyyy??? - zatchnęło mnie cokolwiek, co przy maksymalnej prędkości dopuszczalnej na autostradzie w Polsce (bo przecież nie powiem, że jechałam szybciej...) nie było najzdrowsze.

- Tak, za odkrycie ciemnej masy sterowanej falami radiowymi!

Masa, materia, jeden pies. Kwiczeliśmy przez następne kilkadziesiąt kilometrów.

niedziela, 01 lipca 2018

Tyle rzeczy chciałam napisać... Notki kłębiły mi się w głowie jedna przez drugą. O książkach, o Wężach, o kotach, o życiu i jego przejawach... 

I jak już mam chwilę, to wszystko ucieka. 

Może zacznę nagrywać na dyktafon...

poniedziałek, 25 czerwca 2018

jak to dobrze mieć w głębokim poważaniu Mundial i spoconych facetów biegających za piłką. O ileż stresów mniej....

- Wiecie jak fajnie było na koniach? Był nawet plac zabaw!- wygłosił Wąż Młodszy po powrocie z wycieczki.


Biedne konie, dobrze że nie było basenu....

sobota, 23 czerwca 2018

 

To już było...

Teraz pozostało tylko ładnie zapakować i wysłać do fundacji zbierającej włosuy na peruki dla dzieci chorych na raka. 

Synku, jestem z ciebie bardzo dumna!

czwartek, 24 maja 2018

Postanowiłam się wziąć za siebie. I (po raz kolejny) schudnąć. 

Ponieważ najskuteczniejsza w moim przypadku kuracja* już nie wchodzi w rachubę, musiałam poszukać pomysłów bardziej tradycyjnych - i jednak zmodyfikować dietę, mówiąc elegancko. Przestać tyle żreć, tłumacząc na nasze.

ZMotywowała mnie kuzynka, młodsza o dychę, nieco niższa, ale chyba sporo cięższa, z dziewczyny została połowa i bardzo ładnie wygląda. Jak ona może to i ja.

Jak dotąd poleciało prawie 4 kg (od 4 maja), a ja nie chodzę wkurzona i głodna :). Teraz tylko będzie trudny weekend, bo Grzesiek ma imieniny i nieopatrznie zaprosiłam stadko gości ze stadkiem dzieci i przecież nie mogę im dać tylko mojej paszy dla królików. Ale co tam, wytrzymam. Zwłaszcza, że za tydzień jest rodzinny ślub, a ja bym chciała przeskoczyć kolejną granicę wagową - ustawiłam je sobie co 2,5 kg, żeby było co świętować motywacyjnie. No i jeszcze to wesele... Chyba będę musiała duuuużo tańczyć, zęby to spalić**.

 

* - Ta najskuteczniejsza kuracja odchudzająca to ciąża. Zawsze chudłam, w drugiej przytyłam więcej - całe pół kilo w stosunku do wagi wyjściowej :)

 

** - Ja nie umiem tańczyć... Ale Skorupiak tańczy bardzo dobrze, najwyżej będzie miał większe stopy niż dotychczas :)

 - Kocham miód - oznajmił Wąż Młodszy. - To moja ulubiona przyprawa do spaghetti!

 

Ja bym nie wpadła na takie połączenie, ale jestem konserwa...

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 90