|
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Tu zaglądam
|
wtorek, 14 lutego 2012
Pyton idzie spać. Kręci sie w łóżku, gada, przytula, wygłupia. - Piotrek, pora spać. Zamykamy oczka i dziób. - A ja nie zamknę oczu wcale. - Pyton, koniec brykania, zamykamy otwory twarzoczaszki. - zobaczysz mama, nie zamknę. - Tak? No to proszę bardzo, będzie po twojemu. Nie zamykasz oczu aż do rana. Pamiętaj, że nie wolno ci zasnąć, nawet na moment. Ale ie wolno przez ten czas sie bawić ani brykać, leżysz z otwartymi oczami. Tu już sie zaczął łamać. - mama, ale tak całkiem do rana to ja nie dam rady... nie ma sprawy, mogę okazać wielkoduszność. - No dobrze. Ale przez najbliższe pół godziny masz wytrzymać. ja wychodzę, bo jak tu będę siedzieć to będzie ci za łatwo. Jak przyjdę za 30 minut, masz mieć otwarte oczka. - Dobrze. I potem już będę je tak powoli zamykał (tu pokazuje, jak to sie będzie odbywało). Pocałowałam w nos i wyszłam. Nastawiłam minutnik w komórce (ah, jaka to użyteczna rzecz) na 30 minut i zajęłam sie swoimi sprawami. Jak zadzwonilo, poszłam do pokoju obok obejrzeć te otwarte oczka. Oczyiście były już dawno zamknięte, młody spał zwinięty w kłębuszek. Dostał jeszcze jednego całuska, poprawiłam kołdrę, zgasilam lampkę solną i dziecko jest z głowy!!! Pobite własną bronią. Sam sie przechytrzył :). Był kot w butach, to czemu nie pies. A wszystko dzięki znajomej - kupiła swojej psicy butki, ale były o numer za małe, więc przejęła je Agrusia. Ja sie już do takich butków przymierzałam w zeszłym roku, ale poraziła mnie cena tych, które akurat zobaczyłam. Niewykluczone, że były ze skóry karibu, ręcznie haftowane przez buddyjskie mniszki i wysadzane diamentami, bo kosztowały jak za zboże. Odpuściłam temat, a tu okazało się, że wystarczy dycha za nogę :) Na początku chodziła prześmiesznie, jak kaczka, majtając łapkami na boki. Nie była do końca zachwycona, ale już opanowała technikę i dobrze jest. Tyko po powrocie ze spaceru patrzy na mnie wymownie: "no zdejmij mi wreszcie to dziwne coś z łapek!!! No już, pospiesz sie!!!" W samą porę, jak jutro ma sypnąć śniegiem, to dozorca w odwecie sypnie solą - a tego zwierzęce łapki nie lubią... Oznacza to również kolejny tydzień (co najmniej) wykłócania sie z kotem na temat spacerków. Czort nie wychodzi już ponad tydzień od czasu jak sobie solidnie skaleczył lewą przednią. Smaruję mu maścią, czego kot ma już absolutnie dość, ale nie protestuje i nie wyrywa mi sie - nie mam ani jednego śladu po drapnięciu. Widać dokładnie, że uznaje moje prawo do wszelkich - nawet tych nieprzyjemnych - działań na kocie. Nie ma to jak dobrze wychowany zwierz. A mówią, że kota wychować sie nie da. Da się, da, tylko trzeba sie a to od razu zabrać.
PS. Wpisu walentynkowego nie będzie. Przekorna jestem, nie lubię tego święta - bo co to a święto, jeśli komuś trzeba przypominać odgórnie, że kogoś kocha i miło by było dać temu jakoś wyraz. Nie uznaję wyznawania uczuć na gwizdek. Ten dzień kojarzy mi sie z czymś zupełnie innym - 6 lat temu powiedziałam Skorupiakowi, że jesteśmy już we trójkę :). I to jest ważne.
poniedziałek, 13 lutego 2012
Dzięki za wsparcie. Wszystko przez to, że całkiem niespodziewanie miałam rozmowę o pracę. Poszłam dowiedzieć sie czegoś o sześciolatkach w szkole i przypadkiem właściwej osobie we właściwym momencie zadałam właściwe pytanie. Decyzja będzie w czwartek, im sie spieszy a ja mogę zacząć sie wciągać od zaraz. Na oko oceniam szanse na jakieś 80 %. Siedzę jak na szpilkach.....
niedziela, 12 lutego 2012
sobota, 11 lutego 2012
Leżymy już w łóżku i - prawdę mówiąc - mamy lekką głupawkę. W pewnym momencie Skorupiak zaczyna grymasić: - Przytuliłabyś się... - Toż się przytulam... - Ale ja chciałem na łyżeczkę! - A ja wolę plecami... Chwilę się mości, potem zaczyna znowu: - poproszę jakąś łapkę! - nie da się, jedna jest podpórką, a druga pod główką! Chwila ciszy. Wyraźnie trwa przetwarzanie, i po chwili słychać lekko zdumiony głos: - Dobra, co to jest główka to wiem, ale co to jest pórka, to nie mam pojęcia!
czwartek, 09 lutego 2012
W poprzednim wpisie napomknęłam o klatce Schodowa, więc wypadałoby wytłumaczyć. Star dowcipy na temat wszelkich odkryć dokonanych przez naród bratni pewnie jeszcze większość pamięta - przynajmniej ci, którzy sie urodzili przed rokiem powiedzmy 78 czy 80. Młodsi mogą mieć problem. I takiż właśnie problem zaczął mieć Piotrek, gdy przy jakiejś okazji któreś z nas - już nie pamiętam, Skorupiak czy ja nieważne - poprawiło odruchowo sformułowanie "Przy klatce schodowej" na "przy klatce Schodowa". Pech polegał na tym, że obecny był przy tym Pyton. I zaczął pytać... Ponieważ przy różnych okazjach już miał okazję usłyszeć to i owo na temat historii Polski, zwłaszcza okresu zaboru sowieckiego, więc dodaliśmy kolejną cegiełkę - tym razem dotyczącą właśnie kawałów typu 69 ( i nie miaŁo to nic, ale to nic wspólnego z pozycją seksualną, jak sie to zapewne większości teraz kojarzy), kabaretów, piosenek i ogólnie obśmiewania reżimu. Opowiedzieliśmy mu o wielkich odkryciach dokonywanych przez - no jakżeby inaczej - przedstawicieli wielkiego narodu radzieckiego, takich jak właśnie Schodow, który wynalazł klatkę Schodowa, Popowie, który wynalazł radio (u Marconiego na strychu), o wielkim matematyku Pietii Gorasie, Żarówkowie i jeszcze paru innych. Słowem - o najweselszym baraku w całym obozie. Przy okazji wyszło o tym, jak można śmiechem walczyć z przeciwnikiem, najeźdźcą i wszelakim ciemiężycielem. Ciekawa jestem, ile z tego Piotrek będzie pamiętał, ale na razie widzę, że go to interesuje, dopytuje o szczegóły, wraca. Gdzieś tam w małym łebku to wszystko sie jakoś układa...
PS. Zapomniałam jeszcze o trzech Iwanach - Iwan Wielki, Iwan Groźny, Iwan Gogh! Biję sie w piersi i dopisuję :)
PPS. I oczywiście wielki podróżnik i odkrywca - Wasia Da Gama!
wtorek, 07 lutego 2012
...sprawiła sobie kota. Koteczek jest zwierzem wychodzącym, o czym ju wielokrotnie pisałam. Zwiększa mu to znacząco komfort życia (przypuszczam, że długość również), ale jest nierozerwalnie związane z odnoszonymi co jakiś czas obrażeniami różnej natury. Bywało tego trochę, wracał z poszarpanymi uszami, kiedyś nawet dziurą w jednym z nich, kłem wbitym w bark powyrywanymi kępkami sierści... I oczywiście urazy i skaleczenia łap. Tym razem też. W takie mrozy kotek wychodzi na krótko - końcu ma sie te prawie dwanaście lat. jesli nas nie będzie w domu, tak żeby można było jaśnie pana wpuścić natychmiast, jak mu ogon zmarznie - to nie wychodzi, co jest zwykle przyczyną solidnej awantury. Dziś pozwoliłam mu pójść po powrocie z porannych jazd (sadło dla gawronów sie mamie skończyło, trzeba było uzupełnic zapasy - poważna sprawa). Zwykle wraca przez okno w kuchni, dlatego nieco sie zdziwiłam widząc kota przed drzwiami klatki schodowej (albo Schodowa, ale to następna notka), jak wychodziłam po Piotrka do przedszkola. Na wszelki wypadek przyjrzałam mu sie dokładniej. I słusznie, okaząło sie, ze idzie jakoś nierówno, więc zawrócilam, poczekałam, aż wskoczy w kuchni na swój kawałek blatu i obejrzałam końcówki. I w jednej z łapek znalazłam taką sobie dziurę obok poduszeczki... Nie było to jeoś bardzo dramatyczne - widywałam już większe uszkodzenia mojego kotka bojowego, ale jednak nieładne. Całe szczęście, ze do przedszkola jest bliziutko - odebrałam Piotrka, wytłumaczyłam mu, dlaczego nie pójdziey na górkę z jabłuszkiem, tylko do weterynarza. Przejął sie bardzo. Zresztą niczego innego sie nie spodziewałam, oni z kotem sie bardzo kochają. jeszcze tylko kurs do piwnicy po koci transporter, wizyta w bankomacie - jak na złość w portfelu zostały mi tylko żółte blaszki - i jazda. Pan doktor stwierdził, że Czortowi da zastrzyk z antybiotykiem na pierwszy raz a potem będę sama smarować maścią. Wolę taką wersję, kot nie musi być kłuty, ja nie muszę z nim jeździć i taniej wychodzi. A ja z nim mogę zrobić wszystko. Kocie kochany - spróbuj jakoś ostrożniej łazić, bo jak na razie - masz szlaban przynajmniej do piątku.
sobota, 04 lutego 2012
Skorupiak poszedł wczoraj na piwo z kolegą. Od dawna go namawiałam, umawiali się parę razy, ale stale coś wyskakiwało - na przykład memu ślubnemu już się nie chcialo ruszyć po pracy, bo był zmordowany i zmarznięty, ale wreszcie się udało. Siedzą sobie panowie nad piwem, a tu nagle telefon. Godzina 21, piątek, a tu szefowa głowę zawraca. Przegięcie lekkie, ale Skorupiak grzecznie odebrał. - P, mam problem informatyczny. - A co sie stało? - No bo mam nowego laptopa i nie wiem, jak sie go otwiera.... Całe szczeście, że udało mu sie powstrzymać i ryknąć śmiechem dopiero po zakończeniu rozmowy.... Swoją drogą to już nie pierwszy taki telefon z durnym pytaniem...
środa, 01 lutego 2012
Teoria Inteligentnego Lenia była mi znana od zawsze. Autorem jest mój tata - zawsze twierdził, ze jest osobnikiem leniwym, dlatego szybko robił to, co miał do zrobienia - na przykład odrabiał lekcje, a potem już mógł sie spokojnie lenić. Na przykład na przystani. Albo w górach. Na basenie. Albo gdziekolwiek indziej, bo nikt mu nie zawracał głowy, że przecież jeszcze ma zrobić to czy tamto. No, to hołd ojcu tudzież prawom autorskim oddany, teraz można przejść do meritum. Teoria ta wydaje mi sie fantastyczną podstawą do wychowania samodzielnego dziecka. Sprawa jest prosta. Na początku swej kariery życiowej dziecko będzie wszystko wykonywało powoli, niedokładnie i ogólnie w sposób nie spełniający surowych kryteriów Idealnej Pani Domu. Normalna sprawa, jak nigdy wcześniej tego nie ćwiczyło, koordynacja jeszcze szwankuje, to jak ma byc inaczej. Idealna Pani Domu (IPD) ma tutaj dwie możliwości. Pierwsza - zapewne częściej wybierana przez IPD, gdyż nie zaburza ich potrzeby perfekcji. Po stwierdzeniu, że dziecko nie umie (a czasem od razu, bez próby, tylko założenie, że nie umie - skądinąd słuszne), robi sama. Sama sprząta, ściele łóżko, ubiera delikwenta, karmi, wyciera rozlane soczki - co tam kto jeszcze chce. Delikwent oczywiście nie jest idiotą - skoro ktoś robi za niego, znaczy że tak ma być i nie należy przekonywać IPD, że jest inaczej. Jeszcze by kazała słać łóżko, i to perfekcyjnie od razu... Gdzieś tak około 15 roku życia potomka IPD zaczyna mieć dość robienia wszystkiego samodzielnie. Dochodzi do wniosku, że dziecię jest już na tyle wyrośnięte, ze powinno, zmobilizowane przykładem rodzicielki, wziąć na swe barki część obowiązków domowych (nie wspominając już o samoobsłudze, jak np. robienie sobie kanapek do szkoły). Ale tu sie zaczynają schody. Dziecię jest bowiem niemile zaskoczone nagłą i niczym nieusprawiedliwioną zmianą reguł gry obowiązujących przez całe jego życie. Wszak IPD zawsze sprzątała, prała, gotowała i jakoś było dobrze? To dlaczego dobrze być nagle przestało? O co tej kobiecie chodzi? I mamy konflikt. Drakę. Wojnę. Druga droga wymaga od IPD wielkiej odporności psychicznej. Samozaparcia. Tolerowania rozgrzebania roboty, spowolnienia, poprawiania po dziecku jakiś milion razy. Powtarzania instrukcji do znudzenia. Do tego bez krzyku narzekania, mędzenia, że niedokładnie i w ogóle do kitu, sama bym zrobiła trzy razy szybciej. Otóż dziecia należy zachęcać. Taki trzylatek uwielbia wręcz robić to, co mamusia. Być potrzebny. Samodzielny. Oczywiście większość zadań mu nie wyjdzie - czyli trzeba najpierw pokazać. Potem poczekać, aż sam spróbuje. Pochwalić za ten fragment który sie udało (bo część zrobi sam i ta część będzie sie powiększać). A następnie posprzątać i zrobić resztę. Jeśłi coś sie rozleje - nie pędzić osobiście w celu wypolerowania zbrukanej powierzchni. Wręczyć ściereczkę i spokojnie powiedzieć, że jak sie rozlało, to trzeba teraz zetrzeć i nie ma problemu. Potem juz sie nie wręcza, rozlewca sam wie, gdzie jest i co trzeba z nią zrobić. To wszystko zajmuje mnóstwo czasu. I jest to czas świetnie zainwestowany. Po jakimś czasie taki osobnik zrobi któregoś dnia mamie niespodziankę i rano sam sie ubierze. Docenić, docenić, zamiast wydziwiać, że czerwona koszulka nijak nie pasuje do pomarańczowej bluzy i wściekle zielonych rajstop!!!!! Koniecznie pochwalić, zę sam, bez żadnej pomocy ani poganiania sie ubrał. posłał łóżko i co tam jeszcze zrobił. Zacznie pomagać w kuchni - na początku może rozkładać sztućce (ze szczególnym uwzględnieniem łyżek). Podawać po jednym ziemniaki do obierania. Za jakiś czas - obudzisz się w niedzielny poranek i zobaczysz roześmianą mordkę kompletnie ubraną, meldującą, żę śniadanie jest gotowe i tylko czeka, aż najukochańsi rodzice (w tym IPD) raczą pojawić się w kuchni. A ty będziesz mogła dłużej pospać. Wypięknić sie w łazience. I jedyne zadanie, jakie pozostanie dla Ciebie, to zaciśnięcie zębów tak, by nikt, ale to nikt nie mógł dostrzec grymasu bólu na widok umytych przez potomka talerzy - na których nadal wyraźnie widać resztki wczorajszego obiadu. Wstawisz je spokojnie do szafki. Umyjesz później. Jeszcze kilka prób i talerzom nie będzie można nic zarzucić, a dzieć będzie miał nawyk sprzątania i ogólnie uczestnictwa w pracach domowych. Bez bólu i krzyków. Będziesz mogła go poprosić o przyniesienie czegoś do picia. jabłka. Kanapki. Dyskusje o słanie łóżka też nie będą trwały wiecznie.
Przykład z cyklu "Dialogi z potomkiem" na ten temt: - Piotrek, świetnie wiesz, że to łóżko i tak pościelesz. Możesz to zrobić od razu i bez bólu, albo poawanturować sie jeszcze trochę, ale i tak to zrobisz. Wybierz sobie opcję i daj mi znać, co zdecydowałeś. A ja sobie poczytam przez ten czas. Po czym wtykam nos w książkę, albo zajmuję sie czymkolwiek innym. A młody całkiem spokojnie idzie słać łóżko...
Teoria Inteligentnego Lenia daje świetne efekty wychowawcze. Nauczyłam Piotrka mnóstwa rzeczy tylko dlatego, że mi sie nie chciało czegoś robić. Nie chciało mi sie nie w danej chwili, tylko w perspektywie robienia tego latami ZA dziecko. Mniej bolało zrobienie od razu - pokazanie, pomoc w opanowaniu umiejętności, z perspektywą świętego spokoju za rok, dwa. I teraz często w przedszkolu patrzę, jak Piotrek ubiera sie sam, a rodzice jego koleżanek i kolegów starannie nadziewają kolejne fragmenty garderoby na małe, sztywne manekiny. I słucham, jak młody opowiada, ze on całkiem sam w niedzielę przygotował śniadanie dla rodziców. Łącznie z mamy ukochanym twarożkiem z rzodkiewką - oczywiście osobiście pokrojoną, nie jakiś tam gotowiec, który trzeba tylko wyjąć z opakowania. Rodzice innych dzieci patrzą i słuchają z zazdrością. A ja się mogę lenić...
PS. Dziś rano Piotrek sam sie obudził, ubrał, posłał łóżko i przygotował śniadanie. Ja nie musiałam nawet nic powiedzieć, że nie wspomnę o zrobieniu. To sie nazywa życie :)
poniedziałek, 30 stycznia 2012
Zainspirowana notką Krogulca postanowiłam wrócić do czasów dawnych, kiedy to byłam jeszcze piękna, młoda i nie marzłam tak potwornie. Było to dwa dni po moich 18 urodzinach, 1 stycznia. Wybraliśmy sie z tatą i bratem do Łazienek na karmienie sikorek. Ptaszyska jedzą tam z ręki (wiewórki też, ale z racji pory roku nie bylo co na to liczyć). Stałam juz dłuższą chwilę karmiąc ten drób (a żarte były potężnie, czemu nie ma sie co dziwić - zimno było okropnie, co najmniej tak jak dzisiaj, albo jeszcze gorzej, na pewno - 15 co najmniej). W pewnym momencie podeszła do mnie jakaś kobieta i powiedziała, ze znalazła jeża. Pewnie sie wybudził, bo zmarzł, ale ona jest spoza Warszawy, za parę godzin ma pociąg - czy mogłabym sie zwierzakiem zająć? Mogłabym, przecież go nie zostawię, zęby zamarzł na śniegu. Zabraliśy go do domu. Tam pierwszą rzeczą była kąpiel - kiedyś z jakiegoś programu Gucwińskich zapamiętałam, że jeże są strasznie zapchlone - w sumie nic dziwnego, bo niby jak mają się pozbyć pcheł?. Micha ustawiona skosem (żeby sie do pyszczka nie lało), jeżyk zostal obficie podlany ciepłymi mydlinami - i woda zrobiła sie czarna, błotnista i pełna pływających pcheł. Następnym punktem programu był telefon do Zoo. Na szczęście akurat wtedy miałam znajomą w Dziale Hodowlanym, więc ją przepytałam, co dalej. Okazało się, ż oni nie bardzo mają warunki, bo mogą wpuścić zwierzaka najwyżej do pomieszczenia, gdzie jeży jest już kilkanaście - a to przecież samotniki. A latem wypuszczą w Lesie Kabackim. Czyli tam, gdzie i ja bym go wypuściła, bo najbliżej. I ogólnie, jeśli mogę, to lepiej mu będzie u mnie w domu. jeszcze tylko szczegółowe instrukcje dotyczące karmienia i innych takich - i decyzja jest. Jeż zostaje. Ponieważ zwierzak jest pod całkowitą ochroną, trzeba było teraz załatwić zgodę konserwatora przyrody na trzymanie go w domu - też poszło bez klopotów. Jeż dostał wklinowy kosz z dużą ilością suchej trawy i ciepłymi szmatkami, miseczki - i imię. Filip. nazwisko wyklarowało sie później - Sracz. Niestety, szanowny pan nie zwracał uwagi na takie drobiazgi jak porządek i pozostawiał ślady tam, gdzie go akurat przypiliło. nasze podłogi bardzo to odczuły, mimo różnych zabezpieczeń na stałych trasach. Zwierzyna na początku była prawie niewidzialna i niesłyszalna, ale to szybko minęło. W niedługim czasie doszło do tego, ze o godzinie 22, kiedy to Filip wstawał, niezależnie od tego, co robiłam (mogłam kuć do matury, nie miało znaczenia), jeśli nie było jedzenia w miseczkach, szanowny pan zaczynał biegać nerwowo, sprawdzając ze wszystkich stron, czy coś sie jednak nie znajdzie. I wtedy byłam odrywana od zajęć z hasłem - Twoje dziecko jest głodne!!!!! Nie było siły, szłam przygotować michę. W końcu należała się i tyle. Z naszym psem relacje zostały ustalone szybko. Bromba, jako istota towarzyska i ciekawa chciała zawrzeć bliższą znajomość z tym dziwnym szarym kolczastym czymś, ale Filip umiał skakać w różnych kierunkach, ze szczególnym uwzględnieniem strony, z której zbliżał sie psi nos. Po jednej czy dwóch próbach pies przestał dostrzegać nowego lokatora. Jeż się szybko oswoił - pozwalał się brać na ręce, zwłaszcza wtedy, kiedy trzeba było go wyciągnąć z jakichś zakamarów - na przykład z mojej półki ze swetrami. Chciałam włożyć ciepły sweter, a tu okazywało się, ze juz był zamieszkany... Rodzina została powiadomiona, że skończyłam 18 lat i wrócilam do domu z synem, Filipem. Zabawa byla przednia, bo niektórzy mieli bardzo gęste miny - w końcu matury jeszcze nie miałam, o mężu nie słychać, ne wiadomo, gratulować, czy wręcz przeciwnie... Wiosną Filipek został wypuszczony na terenie ogródków działkowych niedaleko lasu. Jeże tam bywały, ślimaczków dużo, zagrożeń w postaci lisów brak. mam nadzieję, ze mu dobrze było....
sobota, 28 stycznia 2012
Szafa na mnie czekała. Kusiła, przywoływała... W końcu sie poddałam. Wywaliliśmy ze Skorupiakiem całość pościeli i ręczników i zaczęliśmy robić w tym porządki. Co oznacza przede wszystkim furę prasowania - starannie kupuję pościel z kory, która nie wymaga prasowania za każdym razem, ale od czasu do czasu dobrze jej robi. Przy okazji Małżonek jedyny podjął wreszcie bohaterską decyzję o rozstaniu sie z ulubioną albą z czasów młodości, kiedy to pętał sie w okolicach ołtarza. od tamtej pory jednak nieco urósł (w różnych kierunkach) i alba jest za krótka o jakieś 15 cm. Co najmniej. Odetchnęłam z ulgą, gdyż co prawda ma bardzo ładny krój, ale tę zaletę niweczy potężna wada - prasuje sie ją wyjątkowo parszywie. Uprasowałam ją po raz ostatni, dołożyłam jeszcze jedną - też przykusą i jutro oddamy dominikanom. Tam pewnie znajdą kogoś, komu sie przyda - tych chłopaków ze służby liturgicznej jest tam sporo, a ja już nigdy nie będę musiała jej prasować!!!!!!!!!
czwartek, 26 stycznia 2012
Dziecko nasze jedyne po raz kolejny powaliło nas na kolana. Zaczęło się niewinnie, podczas kolacji młody złapał mój kubek, wypił sporą porcję, po czym popatrzył krytycznie i stwierdził: - Wypiłem ci jedną czwartą picia. Oczywiście zgodnym chórem zapytaliśmy go, czy wie, ile to jest jedna czwarta (zwłaszcza, ze ubytek płynu faktycznie określił dość precyzyjnie). Tu już było troszkę gorzej, ale wspólnymi silami doszliśmy do jakiejś sensownej a nieskomplikowanej definicji. Ugruntowaliśmy jeszcze wiedzę na rzodkiewkach i mogliśmy sie dalej zająć konsumpcją. Żeby jednak nie było za łatwo, młody po chwili znów zaczął liczyć. Już nawet nie pamiętam co, w każdym razie w efekcie tego jego liczenia Skorupiak zapytał go, czy wie, ile to będzie, x+3=6. ile wtedy wyniesie x i jak go w ogóle wyliczyć. Wiedział, co spowodowało bębnienie szczęką po stole. Przy okazji zeszło na liczby ujemne - szanowny pięciolatek nie miał specjalnie klopotów ze zrozumieniem, że 9-1=8 , ale 1-9=-8. Po czym poszedl myć zęby podśpiewując pod nosem kanony po łacinie. Całkiem prawidłowo i z nienajgorszą wymową. I cześciowo rozumiejąc tekst... Nie wiem, co będzie w szkole, ale już sie boję.
wtorek, 24 stycznia 2012
Wróciło mi sie jakoś ostatnio do Harrego Potera. Nie wiem czemu, tak jakoś. A równocześnie w ręce mi wpadła książka Haliny Bortnowskiej - "Co to to nie". A tam - między innymi felieton właśnie o tych książkach. Wielokrotnie wściekałam się słysząc o podejściu niektórych osób duchownych do tej młodzieżowej, bardzo popularnej serii przygód młodego czarodzieja. Zakazy, gromkie okrzyki o satanizmie, czarach, magii, odciąganiu od Boga, uczeniu, że wystarczy wypowiedzieć zaklęcie i mieć - nie pamiętam, co tam jeszcze było, w kazdym razie miałam poczucie, że chyba rozmawiamy o zupełnie różnych książkach. Tu wreszcie znalazłam zrozumienie - więcej, tam było napisane dokładnie to, co mi chodziło po głowie, tylko znacznie dokładniej, mądrzej, piękniej. Od razu mi ulżyło, bo skoro ktoś taki, jak Halina Bortnowska ne uważa, żeby HP był samym złem, to chyba nie jestem tak całkiem głupia i w poprzek nauczania kościelnego. Może tylko troche po skosie... Ten skos wychodzi mi najczęściej tam gdzie zaczynam samodzielnie myśleć, co samo w sobie jest bolesne, bo trudno mi pogodzić sie z tym, że boscy urzednicy mówią o wolnej woli, rozumie, ale jak ktoś ośmieli sie z nich skorzystać, to natychmiast dostaje po łbie. Wracając do Harrego Pottera i zakazywania przez katechetów czytania / ogądania jego przygód, od dawna sie zastanawiam, jak to się dzieje, że nikt z nich nie wpadł na to, jak wykorzystać tę popularną książkę do przekazania wartości, o które katechetom chodzi. Bo one tam są. I to w dużych ilościach, bym powiedziała. Mam poczucie, że spokojnie dałoby sie przygotować cykl katechez zbudowanych właśnie wokół tej książki (a właściwie książek). Można by poruszyć takie tematy jak wierność zasadom, uczciwość, wartość rzetelnej pracy, bez której nie ma nic darmo - w końcu czarodzieje nie machali różdżkami ot tak sobie, oni musieli najpierw solidnie wkuwać, zdawać egzaminy roczne, sumy, owutemy, egzamin na prawo teleportacji - całkiem, jak prawo jazdy, byli oceniani; różnica pomiędzy charakterami poszczególnych Domów i ich mieszkańców... Miłość bliźniego, przyjaźń, troska o innych, - przecież to są kwestie uniwersalne, chrześcijaństwo, a tym bardziej katolicyzm nie mają monopolu na bycie dobrym człowiekiem. Można spokojnie pokazać uniwersalność tego, co najważniejsze w chrześcijaństwie - i innych religiach. Zrobić lekcje, które przyciągną również uczniów niewierzących czy niezainteresowanych Bogiem. A to już potem daje podstawę do dialogu.... Nie mówiąc już o tym prozaicznym szczególe, że owoc zakazany zawsze kusi i najlepszą metodą na to, żeby dzieciaki przeczytały HP jest zabronienie im tego. Co widać genialnie na przykładzie całej historii z zakazem dla księdza Bonieckiego - jego książka rozeszła sie natychmiast, na spotkania z nim walą tłumy - ludzie, którzy wcześniej czasem nawet nie wiedzieli o jego istnieniu teraz słuchają i zastanawiają się nad tym, co ma do powiedzenia. A wszystko za sprawą zakazu wydanego przez księdza Naumowicza....
Dzieciom zdarzają sie wypadki. Różne, większe (rzadziej) i mniejsze (całkiem często). W przypadku tych ostatnich delikwent przychodzi do mamy, podtyka pod nos stosowną uszkodzoną część ciała i prosi: - Mama, boli, pocałuj. Całuję grzecznie, Pyton stwierdza, ze wszystko już w porządku i pędzi szaleć dalej.
A ja za każdym razem chichoczę sobie pod nosem. Bo mi sie przypomina kawał następujący:
Siedzi sobie młodzian z damą serca swego na ławeczce w parku. Dama omdlewającym głosem co chwila wysuwa postulaty wypisz wymaluj - te same, co Piotrek: - Paluszek boli... Pocałuj... - młodzian posłusznie wykonuje polecenie. - czółko boli... Pocałuj... - cmok. - Uszko boli... - Kolanko boli... I w ten deseń dłuższa chwilę. W końcu z sąsiedniej ławeczki odzywa sie staruszek wygrzewający kości na słoneczku: - A hemoroidy też pan leczy?
piątek, 20 stycznia 2012
W związku z rewelacjami dotyczącymi Pytonich uszu w przedszkolu chyba się nieco zagotowało. Następnego dnia po badaniu trafilam na panią dyrektor. Ona akurat miala wtedy dyżur w pietruszkowej grupie, zapytala, jak wyniki - to jej powiedziałam. I skorzystałam z okazji, żeby przekazać swój komentarz co do całej sytuacji. Oczywiście bardzo spokojniei uprzejmie, ale nie ukrywając, że jestem delikatnie mówiąc, niezadowolona. A niezadowolna jestem, gdyż cała ta sprawa ujrzała światło dzienne zupełnym przypadkiem wynikającym z mojej zawodowej ciekawości. Otóż jakiś czas temu postanowiłam umówić sie na spotkanie z panią psycholog, która opiekuje sie przedszkolem, i dowiedzieć czegoś o wynikach potomka. Ciekawość ludzka rzecz, matczyna, normalna. Spotkanie odbyło sie 28 grudnia. I byłoby wszystko w porządku, gdyby nie to, że pani psych w swoich notatkach znalazła własną informację, iż Piotrka dobrze by było skonsultować logopedycznie. Informację z września, dodam. Informację, która do mnie nigdy w żadnej formie nie dotarła. jak również zdaje sie, że nie dotarła do przedszkolnej pani logopedy. Albo też tamta stwierdzła, że jest wszystko w porządku. Aczkolwiek chyba nie jest, skoro innny logopeda na podstawie sposobu wymawiania niektórych dźwięków zaczął węszyć głębiej i znalazł. Mogłabym przyjąć i zrozumieć, gdybym dostała komunikat, że z Pytonem wprawdzie trzeba troche popracować, ale jego zaburzenia są niewielkie, zwłaszcza na tle innych dzieci w przedszkolu i ona po prostu nie da rady obrobić wszystkich, więc pracuje z tymi z najpoważniejszymi dysfunkcjami. Ludzka rzecz, wiadomo, ze się kobieta nie rozdwoi. Ale ja komunikatu nie dostałam żadnego. Za to dziś Skorupiak, który odbierał Pytona z przedszkola dostał karteczkę z zaproszeniem na spotkanie z panią logopedą. I jakieś średnio zrozumiałe informacje, z których wynikało, że to badanie pamięci słuchowej to takie jakby mało istotne? że ktoś tam tak też ma i z tym można żyć? Kurczę, wiem, że można żyć, bo sama to też mam - ale mądra jestem, że sobie teraz taką diagnozę postawiłam. Całe życie miałam problemy z zapamiętaniem słowa mówionego, jeśli nie robiłam notatek, to mogłam równie dobrze nie być na wykładzie czy innych zajęciach, bo w momencie zamykania za soba drzwi nie pamiętałam ani słowa. Przelatywało mi między uszami, nawet jak bardzo sie starałam skupić i zapamiętać. tak że świetnie zdaję sobie sprawę, że żyć sie z tym da. I równie dobrze wiem, jak cholernie to komplikuje i utrudnia proces edukacyjny. I chcę tego oszczędzić własnemu dziecku - zawłaszcza, że to sie daje mocno podstymulowac odpowiednią terapią. tylko trzeba o tym wiedzieć i mieć czas na manewry. Nic to, pójdę sobie na to spotkanie i posłucham, co pani L. ma do powiedzenia. Musiała sie już mocno tłumaczyć na dzisiejszym zebraniu zespołu, więc teraz może na wszelki wypadek doszukiwać sie wszystkiego, żeby nie było, że coś pominęła. Zobaczymy...
czwartek, 19 stycznia 2012
Skorupiaka naszło dziś na mortadelę w cieście. Zdarza się. Postanowił ją zrobić. Zapytał o instrukcje - a ponieważ jest jednostką obytą w kuchni uznałam, ze nie musze mu podawać ze szczegółową gramaturą, tylko normalnie. Oznaczało to miedzy innymi "odrobine drożdży" rozrobioną w "niedużej ilości" ciepłego mleka. Po jakimś czasie słysze pytanie: - słuchaj, czy tak jest dobrze? bo nie wiem, czy nie za dużo drożdży wziąłem. - A ile wziąłeś? - tak z jedną trzecią paczki. Osłabłam. To była taka standardowa stugramowa kostka. Czyli wrzucił 30 g... Do tego rozrobil to w prawie szklance mleka. Po chwili mnie tknęło, obejrzałam kostkę. Brakuje połowy, a nie jednej trzeciej. - A bo ja wrzucilem do mleka 1/3, resztę zjadłem. - co????? - no, z mlekiem, na witamine B. - ale do picia to sie je zalewa wrzątkiem, żeby zabić drożdże... Chyba, zę chcesz mieć drożdżycę.... - Ups... nie wiedziałem... Popatrz, ile będzie tego ciasta? - Dużo. Weź największy garnek. Popatrzył na mnie podejrzliwie. - Ty sobie robisz jaja, prawda? A w ogóle, to nie za rzadkie to ciasto? - Nie robię jaj. I owszem, za rzadkie. Dosyp trochę mąki, tylko niedużo. Dosypał, zamieszał w skupieniu. - Dobrze teraz? - Hm... Mówilam, niedużo. Mogło byc mniej.... W tym momencie biedny Skorupiak już nie wytrzymał i wylecial z kwikiem z kuchni. Po chwili wrócił. - Kiedy mam zacząć smażyć? - Zacznij już, bo ciasto rośnie. Jak odłożysz do jutra, to będziesz mial całą wannę.
Usmażył. Całą mortadelę. Kilka parówek. Ciasta starczyło jeszcze na ananasa. A ja jestem na diecie.
środa, 18 stycznia 2012
Od poniedziałku - czyli odkąd spadł wreszcie śnieg - procedura po wyjściu z przedszkola jest stała: Piotrek wskakuje w spodnie ortalionowe, łapie jabłuszko zwane też czasem dupoślizgiem i pędzi na pobliską górkę. Do towarzystwa ma paru kolegów - w tym najlepszego przyjaciela z grupy przedszkolnej. I sie zaczyna. Zjazdy na sankach , jabłuszku, czasem na pupie bez podkładki, ktoś sie sturla przy podchodzeniu - a potem regularna bitwa na śnieżki. Dorośli, dzieciaki - wszyscy, jak leci. Wszyscy wygladają jak bałwanki, pisk, śmiechy, chichoty, wrzucanie śniegu za kołnierz - słowem pełnia szczęścia. Taka zima może być.
Byliśmy dziś z Pytonem na badaniu uwagi słuchowej. I nie jest dobrze. Prawe ucho ok, natomiast z lewym jest.... delikatnie mówiąc średnio na jeża. On jest leworęczny, czyli prawdopodobnie oznacza to skrzyżowaną lateralizację (badanie trzeba będzie jeszcze powtórzyć, bo w poradni warunki są takie sobie). W każdym razie mamy sie zgłosić na konsultacje do ośrodka w Kajetanach. I pewnie terapia. Do bani. Jestem zła.
wtorek, 17 stycznia 2012
Późno w tym roku bardzo, ale jednak nastąpiło: Niniejszym ogłaszam, że gawronia stołówka została otwarta! W sobotę (a może to była niedziela, skleroza, w kazdym razie jak spadł śnieg) na drzewie koło rodziców było czarno. Siedzialy. Wyczekiwały. Cierpliwe. I głodne. Póki była trawa - nie interesowały sie, załatwiały aprowiację we własnym zakresie. Spadł śnieg - są. Wyszłam wyrzucić talerz pokrojonego sadła - nawet przez sekundę się nie zawahały. Nie przeszkadzała im moja obecność, one po prostu wiedziały, że nie zrobię im krzywdy, bo wyszłam wyrzucić im jedzenie. Rozległo sie wokół - kraa, kraa, kraa!!! - potężne, triumfalne wezwanie tych mniej zorientowanych - rzucili!!!! Spadły z drzewa zanim zdążylam zejść z wału. Uwielbiam ten widok i ten dźwięk. Kto czyta mojego bloga dłużej, ten zna moją milość do gawronów. Obciążenie dziedziczne, nie ma co. To sa wspaniałe ptaki...
czwartek, 12 stycznia 2012
Młody ściele łóżko przed wyjściem do przedszkola. I śpiewa. Z pokoju obok dobiega (nieco fałszywie): "A mury runą, runą, runą, i pogrzebią stary świat...". Wczoraj było "A może tak, a morze nie, morze faluje zawsze tak, jak chce". I jeszcze "Jeżeli wierzysz w Boga - pamiętaj, zę prawda jest jedna" - Czyli Jacek Kowalski, Homilia św. Jacka. Heksametrem. wiadomo już, czego słuchają rodzice.
środa, 11 stycznia 2012
Wieczorny rytuał obejmuje między innymi przytulanie. Kładę sie koło Pytona, przytulam, pogadujemy troszkę i jest miło i przyjemnie. Czasem zbyt miło i przyjemnie, bo dzieć nie chce mnie puścić. Ale na kazdego znajdzie sie sposób. Otóż wystarczy dziecia uprzejmie poprosić o chwilowe uwolnienie, gdyż rodzicielka bardzo potrzebuje udać sie do toalety. Potrzeba ludzka jest, zrozumiała dla potomka całkowicie, wiec zgodę wydaje, tylko się upewnia, że rodzicielka powróci do obowiązków. Oczywiście dostaje solenną obietnicę. I w tym momencie można udać sie juz spokojnie do wyżej wzmiankowanego pomieszczenia - najlepiej z ciekawą książką. Należy posiedzieć tam trochę, tak z 10-15 minut. Można dłużej, zwałszcza, jeśli książka dobra. Po wyjściu oczywiście trzeba dotrzymać obietnicy - słowo się rzekło, kobyłka u płotu. Ale... I tu jest właśnie najpiękniejszy element tej kombinacji. Potomek już śpi. Dostaje jeszcze całuska w czółko na dobranoc, można pogłaskać po pyszczku - i matka ma wolne!!!!
poniedziałek, 09 stycznia 2012
Ostatnio po raz kolejny jakoś wróciłam do tematu samodzielności i odpowiedzialności dzieci.
niedziela, 08 stycznia 2012
Żona mojego brata spodziewa sie dziecka. Oczywiście jedną z podstawowych kwestii interesujących wszystkich jest płeć malucha. Mama - osoba bardzo racjonalna, twardo stąpająca po ziemi i zawsze patrząca na metodologie badań ma sposób na sprawdzenie - znacznie wcześniej, niż jakiekolwiek USG może cokolwiek wykryć. I nie chodzi tu o oklepane majtanie obrączką. Sprawdza od dawna - głównie po to, żeby przekonać sie, iż metoda jest nieskuteczna, no bo przecież, do jasnej cholery, to nie ma prawa działać!!!! Jest nieracjonalne, niczym nieuzasadnione, no po prostu bez sensu. Nie pomyliła sie jak dotąd ani razu, Piotrka tez mi przepowiedziała - tak gdzieś około 9 tygodnia ciąży. Bratowej powiedziała, że będzie panienka - i wszyscy z niecierpliwością czekaliśmy na USG. Potwierdziło. Oczywiście wszystko sie jeszcze może zdarzyć, znamy ludzi, którym przez całą ciążę po każdym badaniu mówili, zę chłopak, i co? Chłopak ma na imię Ania. Ciekawa jestem jak norka, czy miała rację. Statystyka przemawia na jej korzyść - jak dotąd 100% trafnych. Ale do ciężkiej cholery, jak to działa, skoro nie ma prawa działać?????????
sobota, 07 stycznia 2012
Wieczorem siedliśmy sobie ze Skorupiakiem na kanapie. Wtuliłam sie w niego, cisza, spokój, lampki na choince sie świecą - całkiem milo i romantycznie. - Małżowinko moja... - Słucham???? - No jesteś moja małżowinka. Może byc uszna. W końcu jak ja jestem Skorupiak, czyli małż, to ty małżowinka. Zagotowałam sie lekko. - Jaka małżowinka??? Najwyżej perła... - nie zdążyłam skończyć zdania, bo sie wciął: - A niby czemu perła?? - No jak, przecież perły powstają w objęciach skorupiaków, nie? - A, to dlatego. Nie, jednak nie perła. Co najwyżej perliczka.
Bezczelny facet.
środa, 04 stycznia 2012
No nie mogłam sie opanować. Znalazłam w głębinach dysku i musiałam wrzucić. The European Union commissioners have announced that agreement has been reached to adopt English as the preferred language for European
Na fali - upraszczamy i polski...
Biorąc pod uwagę rosnący problem dysleksji i dysortografii (Gazeta Wyborcza podała kiedyś, że 50% uczniów sopockich szkół średnich miało stosowne zaświadczenia - to nie żart), Rząd Rzeczypospolitej postanowił wprowadzić pięcioletni plan uproszczenia pisowni.
|