|
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Tu zaglądam
|
sobota, 28 stycznia 2012
Szafa na mnie czekała. Kusiła, przywoływała... W końcu sie poddałam. Wywaliliśmy ze Skorupiakiem całość pościeli i ręczników i zaczęliśmy robić w tym porządki. Co oznacza przede wszystkim furę prasowania - starannie kupuję pościel z kory, która nie wymaga prasowania za każdym razem, ale od czasu do czasu dobrze jej robi. Przy okazji Małżonek jedyny podjął wreszcie bohaterską decyzję o rozstaniu sie z ulubioną albą z czasów młodości, kiedy to pętał sie w okolicach ołtarza. od tamtej pory jednak nieco urósł (w różnych kierunkach) i alba jest za krótka o jakieś 15 cm. Co najmniej. Odetchnęłam z ulgą, gdyż co prawda ma bardzo ładny krój, ale tę zaletę niweczy potężna wada - prasuje sie ją wyjątkowo parszywie. Uprasowałam ją po raz ostatni, dołożyłam jeszcze jedną - też przykusą i jutro oddamy dominikanom. Tam pewnie znajdą kogoś, komu sie przyda - tych chłopaków ze służby liturgicznej jest tam sporo, a ja już nigdy nie będę musiała jej prasować!!!!!!!!!
czwartek, 26 stycznia 2012
Dziecko nasze jedyne po raz kolejny powaliło nas na kolana. Zaczęło się niewinnie, podczas kolacji młody złapał mój kubek, wypił sporą porcję, po czym popatrzył krytycznie i stwierdził: - Wypiłem ci jedną czwartą picia. Oczywiście zgodnym chórem zapytaliśmy go, czy wie, ile to jest jedna czwarta (zwłaszcza, ze ubytek płynu faktycznie określił dość precyzyjnie). Tu już było troszkę gorzej, ale wspólnymi silami doszliśmy do jakiejś sensownej a nieskomplikowanej definicji. Ugruntowaliśmy jeszcze wiedzę na rzodkiewkach i mogliśmy sie dalej zająć konsumpcją. Żeby jednak nie było za łatwo, młody po chwili znów zaczął liczyć. Już nawet nie pamiętam co, w każdym razie w efekcie tego jego liczenia Skorupiak zapytał go, czy wie, ile to będzie, x+3=6. ile wtedy wyniesie x i jak go w ogóle wyliczyć. Wiedział, co spowodowało bębnienie szczęką po stole. Przy okazji zeszło na liczby ujemne - szanowny pięciolatek nie miał specjalnie klopotów ze zrozumieniem, że 9-1=8 , ale 1-9=-8. Po czym poszedl myć zęby podśpiewując pod nosem kanony po łacinie. Całkiem prawidłowo i z nienajgorszą wymową. I cześciowo rozumiejąc tekst... Nie wiem, co będzie w szkole, ale już sie boję.
wtorek, 24 stycznia 2012
Wróciło mi sie jakoś ostatnio do Harrego Potera. Nie wiem czemu, tak jakoś. A równocześnie w ręce mi wpadła książka Haliny Bortnowskiej - "Co to to nie". A tam - między innymi felieton właśnie o tych książkach. Wielokrotnie wściekałam się słysząc o podejściu niektórych osób duchownych do tej młodzieżowej, bardzo popularnej serii przygód młodego czarodzieja. Zakazy, gromkie okrzyki o satanizmie, czarach, magii, odciąganiu od Boga, uczeniu, że wystarczy wypowiedzieć zaklęcie i mieć - nie pamiętam, co tam jeszcze było, w kazdym razie miałam poczucie, że chyba rozmawiamy o zupełnie różnych książkach. Tu wreszcie znalazłam zrozumienie - więcej, tam było napisane dokładnie to, co mi chodziło po głowie, tylko znacznie dokładniej, mądrzej, piękniej. Od razu mi ulżyło, bo skoro ktoś taki, jak Halina Bortnowska ne uważa, żeby HP był samym złem, to chyba nie jestem tak całkiem głupia i w poprzek nauczania kościelnego. Może tylko troche po skosie... Ten skos wychodzi mi najczęściej tam gdzie zaczynam samodzielnie myśleć, co samo w sobie jest bolesne, bo trudno mi pogodzić sie z tym, że boscy urzednicy mówią o wolnej woli, rozumie, ale jak ktoś ośmieli sie z nich skorzystać, to natychmiast dostaje po łbie. Wracając do Harrego Pottera i zakazywania przez katechetów czytania / ogądania jego przygód, od dawna sie zastanawiam, jak to się dzieje, że nikt z nich nie wpadł na to, jak wykorzystać tę popularną książkę do przekazania wartości, o które katechetom chodzi. Bo one tam są. I to w dużych ilościach, bym powiedziała. Mam poczucie, że spokojnie dałoby sie przygotować cykl katechez zbudowanych właśnie wokół tej książki (a właściwie książek). Można by poruszyć takie tematy jak wierność zasadom, uczciwość, wartość rzetelnej pracy, bez której nie ma nic darmo - w końcu czarodzieje nie machali różdżkami ot tak sobie, oni musieli najpierw solidnie wkuwać, zdawać egzaminy roczne, sumy, owutemy, egzamin na prawo teleportacji - całkiem, jak prawo jazdy, byli oceniani; różnica pomiędzy charakterami poszczególnych Domów i ich mieszkańców... Miłość bliźniego, przyjaźń, troska o innych, - przecież to są kwestie uniwersalne, chrześcijaństwo, a tym bardziej katolicyzm nie mają monopolu na bycie dobrym człowiekiem. Można spokojnie pokazać uniwersalność tego, co najważniejsze w chrześcijaństwie - i innych religiach. Zrobić lekcje, które przyciągną również uczniów niewierzących czy niezainteresowanych Bogiem. A to już potem daje podstawę do dialogu.... Nie mówiąc już o tym prozaicznym szczególe, że owoc zakazany zawsze kusi i najlepszą metodą na to, żeby dzieciaki przeczytały HP jest zabronienie im tego. Co widać genialnie na przykładzie całej historii z zakazem dla księdza Bonieckiego - jego książka rozeszła sie natychmiast, na spotkania z nim walą tłumy - ludzie, którzy wcześniej czasem nawet nie wiedzieli o jego istnieniu teraz słuchają i zastanawiają się nad tym, co ma do powiedzenia. A wszystko za sprawą zakazu wydanego przez księdza Naumowicza....
Dzieciom zdarzają sie wypadki. Różne, większe (rzadziej) i mniejsze (całkiem często). W przypadku tych ostatnich delikwent przychodzi do mamy, podtyka pod nos stosowną uszkodzoną część ciała i prosi: - Mama, boli, pocałuj. Całuję grzecznie, Pyton stwierdza, ze wszystko już w porządku i pędzi szaleć dalej.
A ja za każdym razem chichoczę sobie pod nosem. Bo mi sie przypomina kawał następujący:
Siedzi sobie młodzian z damą serca swego na ławeczce w parku. Dama omdlewającym głosem co chwila wysuwa postulaty wypisz wymaluj - te same, co Piotrek: - Paluszek boli... Pocałuj... - młodzian posłusznie wykonuje polecenie. - czółko boli... Pocałuj... - cmok. - Uszko boli... - Kolanko boli... I w ten deseń dłuższa chwilę. W końcu z sąsiedniej ławeczki odzywa sie staruszek wygrzewający kości na słoneczku: - A hemoroidy też pan leczy?
piątek, 20 stycznia 2012
W związku z rewelacjami dotyczącymi Pytonich uszu w przedszkolu chyba się nieco zagotowało. Następnego dnia po badaniu trafilam na panią dyrektor. Ona akurat miala wtedy dyżur w pietruszkowej grupie, zapytala, jak wyniki - to jej powiedziałam. I skorzystałam z okazji, żeby przekazać swój komentarz co do całej sytuacji. Oczywiście bardzo spokojniei uprzejmie, ale nie ukrywając, że jestem delikatnie mówiąc, niezadowolona. A niezadowolna jestem, gdyż cała ta sprawa ujrzała światło dzienne zupełnym przypadkiem wynikającym z mojej zawodowej ciekawości. Otóż jakiś czas temu postanowiłam umówić sie na spotkanie z panią psycholog, która opiekuje sie przedszkolem, i dowiedzieć czegoś o wynikach potomka. Ciekawość ludzka rzecz, matczyna, normalna. Spotkanie odbyło sie 28 grudnia. I byłoby wszystko w porządku, gdyby nie to, że pani psych w swoich notatkach znalazła własną informację, iż Piotrka dobrze by było skonsultować logopedycznie. Informację z września, dodam. Informację, która do mnie nigdy w żadnej formie nie dotarła. jak również zdaje sie, że nie dotarła do przedszkolnej pani logopedy. Albo też tamta stwierdzła, że jest wszystko w porządku. Aczkolwiek chyba nie jest, skoro innny logopeda na podstawie sposobu wymawiania niektórych dźwięków zaczął węszyć głębiej i znalazł. Mogłabym przyjąć i zrozumieć, gdybym dostała komunikat, że z Pytonem wprawdzie trzeba troche popracować, ale jego zaburzenia są niewielkie, zwłaszcza na tle innych dzieci w przedszkolu i ona po prostu nie da rady obrobić wszystkich, więc pracuje z tymi z najpoważniejszymi dysfunkcjami. Ludzka rzecz, wiadomo, ze się kobieta nie rozdwoi. Ale ja komunikatu nie dostałam żadnego. Za to dziś Skorupiak, który odbierał Pytona z przedszkola dostał karteczkę z zaproszeniem na spotkanie z panią logopedą. I jakieś średnio zrozumiałe informacje, z których wynikało, że to badanie pamięci słuchowej to takie jakby mało istotne? że ktoś tam tak też ma i z tym można żyć? Kurczę, wiem, że można żyć, bo sama to też mam - ale mądra jestem, że sobie teraz taką diagnozę postawiłam. Całe życie miałam problemy z zapamiętaniem słowa mówionego, jeśli nie robiłam notatek, to mogłam równie dobrze nie być na wykładzie czy innych zajęciach, bo w momencie zamykania za soba drzwi nie pamiętałam ani słowa. Przelatywało mi między uszami, nawet jak bardzo sie starałam skupić i zapamiętać. tak że świetnie zdaję sobie sprawę, że żyć sie z tym da. I równie dobrze wiem, jak cholernie to komplikuje i utrudnia proces edukacyjny. I chcę tego oszczędzić własnemu dziecku - zawłaszcza, że to sie daje mocno podstymulowac odpowiednią terapią. tylko trzeba o tym wiedzieć i mieć czas na manewry. Nic to, pójdę sobie na to spotkanie i posłucham, co pani L. ma do powiedzenia. Musiała sie już mocno tłumaczyć na dzisiejszym zebraniu zespołu, więc teraz może na wszelki wypadek doszukiwać sie wszystkiego, żeby nie było, że coś pominęła. Zobaczymy...
czwartek, 19 stycznia 2012
Skorupiaka naszło dziś na mortadelę w cieście. Zdarza się. Postanowił ją zrobić. Zapytał o instrukcje - a ponieważ jest jednostką obytą w kuchni uznałam, ze nie musze mu podawać ze szczegółową gramaturą, tylko normalnie. Oznaczało to miedzy innymi "odrobine drożdży" rozrobioną w "niedużej ilości" ciepłego mleka. Po jakimś czasie słysze pytanie: - słuchaj, czy tak jest dobrze? bo nie wiem, czy nie za dużo drożdży wziąłem. - A ile wziąłeś? - tak z jedną trzecią paczki. Osłabłam. To była taka standardowa stugramowa kostka. Czyli wrzucił 30 g... Do tego rozrobil to w prawie szklance mleka. Po chwili mnie tknęło, obejrzałam kostkę. Brakuje połowy, a nie jednej trzeciej. - A bo ja wrzucilem do mleka 1/3, resztę zjadłem. - co????? - no, z mlekiem, na witamine B. - ale do picia to sie je zalewa wrzątkiem, żeby zabić drożdże... Chyba, zę chcesz mieć drożdżycę.... - Ups... nie wiedziałem... Popatrz, ile będzie tego ciasta? - Dużo. Weź największy garnek. Popatrzył na mnie podejrzliwie. - Ty sobie robisz jaja, prawda? A w ogóle, to nie za rzadkie to ciasto? - Nie robię jaj. I owszem, za rzadkie. Dosyp trochę mąki, tylko niedużo. Dosypał, zamieszał w skupieniu. - Dobrze teraz? - Hm... Mówilam, niedużo. Mogło byc mniej.... W tym momencie biedny Skorupiak już nie wytrzymał i wylecial z kwikiem z kuchni. Po chwili wrócił. - Kiedy mam zacząć smażyć? - Zacznij już, bo ciasto rośnie. Jak odłożysz do jutra, to będziesz mial całą wannę.
Usmażył. Całą mortadelę. Kilka parówek. Ciasta starczyło jeszcze na ananasa. A ja jestem na diecie.
środa, 18 stycznia 2012
Od poniedziałku - czyli odkąd spadł wreszcie śnieg - procedura po wyjściu z przedszkola jest stała: Piotrek wskakuje w spodnie ortalionowe, łapie jabłuszko zwane też czasem dupoślizgiem i pędzi na pobliską górkę. Do towarzystwa ma paru kolegów - w tym najlepszego przyjaciela z grupy przedszkolnej. I sie zaczyna. Zjazdy na sankach , jabłuszku, czasem na pupie bez podkładki, ktoś sie sturla przy podchodzeniu - a potem regularna bitwa na śnieżki. Dorośli, dzieciaki - wszyscy, jak leci. Wszyscy wygladają jak bałwanki, pisk, śmiechy, chichoty, wrzucanie śniegu za kołnierz - słowem pełnia szczęścia. Taka zima może być.
Byliśmy dziś z Pytonem na badaniu uwagi słuchowej. I nie jest dobrze. Prawe ucho ok, natomiast z lewym jest.... delikatnie mówiąc średnio na jeża. On jest leworęczny, czyli prawdopodobnie oznacza to skrzyżowaną lateralizację (badanie trzeba będzie jeszcze powtórzyć, bo w poradni warunki są takie sobie). W każdym razie mamy sie zgłosić na konsultacje do ośrodka w Kajetanach. I pewnie terapia. Do bani. Jestem zła.
wtorek, 17 stycznia 2012
Późno w tym roku bardzo, ale jednak nastąpiło: Niniejszym ogłaszam, że gawronia stołówka została otwarta! W sobotę (a może to była niedziela, skleroza, w kazdym razie jak spadł śnieg) na drzewie koło rodziców było czarno. Siedzialy. Wyczekiwały. Cierpliwe. I głodne. Póki była trawa - nie interesowały sie, załatwiały aprowiację we własnym zakresie. Spadł śnieg - są. Wyszłam wyrzucić talerz pokrojonego sadła - nawet przez sekundę się nie zawahały. Nie przeszkadzała im moja obecność, one po prostu wiedziały, że nie zrobię im krzywdy, bo wyszłam wyrzucić im jedzenie. Rozległo sie wokół - kraa, kraa, kraa!!! - potężne, triumfalne wezwanie tych mniej zorientowanych - rzucili!!!! Spadły z drzewa zanim zdążylam zejść z wału. Uwielbiam ten widok i ten dźwięk. Kto czyta mojego bloga dłużej, ten zna moją milość do gawronów. Obciążenie dziedziczne, nie ma co. To sa wspaniałe ptaki...
czwartek, 12 stycznia 2012
Młody ściele łóżko przed wyjściem do przedszkola. I śpiewa. Z pokoju obok dobiega (nieco fałszywie): "A mury runą, runą, runą, i pogrzebią stary świat...". Wczoraj było "A może tak, a morze nie, morze faluje zawsze tak, jak chce". I jeszcze "Jeżeli wierzysz w Boga - pamiętaj, zę prawda jest jedna" - Czyli Jacek Kowalski, Homilia św. Jacka. Heksametrem. wiadomo już, czego słuchają rodzice.
środa, 11 stycznia 2012
Wieczorny rytuał obejmuje między innymi przytulanie. Kładę sie koło Pytona, przytulam, pogadujemy troszkę i jest miło i przyjemnie. Czasem zbyt miło i przyjemnie, bo dzieć nie chce mnie puścić. Ale na kazdego znajdzie sie sposób. Otóż wystarczy dziecia uprzejmie poprosić o chwilowe uwolnienie, gdyż rodzicielka bardzo potrzebuje udać sie do toalety. Potrzeba ludzka jest, zrozumiała dla potomka całkowicie, wiec zgodę wydaje, tylko się upewnia, że rodzicielka powróci do obowiązków. Oczywiście dostaje solenną obietnicę. I w tym momencie można udać sie juz spokojnie do wyżej wzmiankowanego pomieszczenia - najlepiej z ciekawą książką. Należy posiedzieć tam trochę, tak z 10-15 minut. Można dłużej, zwałszcza, jeśli książka dobra. Po wyjściu oczywiście trzeba dotrzymać obietnicy - słowo się rzekło, kobyłka u płotu. Ale... I tu jest właśnie najpiękniejszy element tej kombinacji. Potomek już śpi. Dostaje jeszcze całuska w czółko na dobranoc, można pogłaskać po pyszczku - i matka ma wolne!!!!
poniedziałek, 09 stycznia 2012
Ostatnio po raz kolejny jakoś wróciłam do tematu samodzielności i odpowiedzialności dzieci.
niedziela, 08 stycznia 2012
Żona mojego brata spodziewa sie dziecka. Oczywiście jedną z podstawowych kwestii interesujących wszystkich jest płeć malucha. Mama - osoba bardzo racjonalna, twardo stąpająca po ziemi i zawsze patrząca na metodologie badań ma sposób na sprawdzenie - znacznie wcześniej, niż jakiekolwiek USG może cokolwiek wykryć. I nie chodzi tu o oklepane majtanie obrączką. Sprawdza od dawna - głównie po to, żeby przekonać sie, iż metoda jest nieskuteczna, no bo przecież, do jasnej cholery, to nie ma prawa działać!!!! Jest nieracjonalne, niczym nieuzasadnione, no po prostu bez sensu. Nie pomyliła sie jak dotąd ani razu, Piotrka tez mi przepowiedziała - tak gdzieś około 9 tygodnia ciąży. Bratowej powiedziała, że będzie panienka - i wszyscy z niecierpliwością czekaliśmy na USG. Potwierdziło. Oczywiście wszystko sie jeszcze może zdarzyć, znamy ludzi, którym przez całą ciążę po każdym badaniu mówili, zę chłopak, i co? Chłopak ma na imię Ania. Ciekawa jestem jak norka, czy miała rację. Statystyka przemawia na jej korzyść - jak dotąd 100% trafnych. Ale do ciężkiej cholery, jak to działa, skoro nie ma prawa działać?????????
sobota, 07 stycznia 2012
Wieczorem siedliśmy sobie ze Skorupiakiem na kanapie. Wtuliłam sie w niego, cisza, spokój, lampki na choince sie świecą - całkiem milo i romantycznie. - Małżowinko moja... - Słucham???? - No jesteś moja małżowinka. Może byc uszna. W końcu jak ja jestem Skorupiak, czyli małż, to ty małżowinka. Zagotowałam sie lekko. - Jaka małżowinka??? Najwyżej perła... - nie zdążyłam skończyć zdania, bo sie wciął: - A niby czemu perła?? - No jak, przecież perły powstają w objęciach skorupiaków, nie? - A, to dlatego. Nie, jednak nie perła. Co najwyżej perliczka.
Bezczelny facet.
środa, 04 stycznia 2012
No nie mogłam sie opanować. Znalazłam w głębinach dysku i musiałam wrzucić. The European Union commissioners have announced that agreement has been reached to adopt English as the preferred language for European
Na fali - upraszczamy i polski...
Biorąc pod uwagę rosnący problem dysleksji i dysortografii (Gazeta Wyborcza podała kiedyś, że 50% uczniów sopockich szkół średnich miało stosowne zaświadczenia - to nie żart), Rząd Rzeczypospolitej postanowił wprowadzić pięcioletni plan uproszczenia pisowni.
wtorek, 03 stycznia 2012
Umówiłam sie na jutro w przedszkolu na czytanie dzieciakom. Jest u nas tak, że jak ktoś ma czas i wenę, to może po ustaleniu terminu przyjść - panie to bardzo chętnie widzą, bo po pierwsze - mają chwilę spokoju kiedy kto inny zabawia towarzystwo, a poza tym, zawsze jest to dopływ nowej lektury. Tym razem może nie był to mój autorski pomysł - pani Hania mnie złapała i zapytała, czy bym przyszła, bo zgłosiła sie inna mama, ale jej dziecko zachorowało i nie będzie mogła, a dzieciarnia już wie i sie cieszy. Mogłabym, czemu nie, zwłaszcza że do przedszkola mam rzut beretem. Wieczorem z Pytonem zaczęliśmy rozmawiać o tym, którą książkę wezmę. Piotrek miał propozycję: - Mama, weź tę książkę o aniołkach (czyli księdza Malińskiego, jest kilka świetnych książeczek - "O diabełku, który odważył sie śmiać", "O aniołku, który chcial nawrócić piekło", "O zaletach i wadach komputeryzacji piekła"). Zastanowiłam sie nad pomysłem i zapytałam, czy wszystkie dzieci chodzą na religię. Okazuje sie że nie, są takie, które nie chodzą. - To wiesz Piotrek, to nie będzie najlepszy pomysł. Pamiętasz, mówilam ci kiedyś, że nie wszyscy ludzie wierzą w Boga w ten sam sposób. - Pamiętam. I tu mu pokrótce opowiedziałam o tym, że są trzy wielkie religie na świecie. Chrześcijaństwo jest jedną z nich. Ale teżz nie jest jednorodne bo jest wiele odłamów (usiłowałam policzyć sobie przy pisaniu tej notki korzystając z Wiki, ale zgubiłam sie w połowie trzeciej setki kościołów chrześcijańskich...). A jeszcze są inne religie i ludzie, który po prostu nie wierzą w żadnego boga, niezależnie od tego, jakie imię by mu nadać. I rodzice mogliby być niezadowoleni, gdyby w przedszkolu - jakby nie było publicznym a nie wyznaniowym ktoś im indoktrynował dziecko wbrew temu, w co sami wierzą (bądź nie wierzą). I dlatego wezmę jutro Bolka i Lolka. Skorzystałam z okazji, żeby mu powiedzieć jeszcze, że nie mia wiary lepszej czy gorszej. Bo nikt z nas nie ma telefonu "na górę" i nie może zadzwonić z pytaniem "hej, Szefie, to jak właściwie z tym jest?". (Czasem mam wrażenie, że niektórzy jednak są przekonani, że oni taki kontakt telefoniczny mają a w niektórych przypadkach, że Bóg ustala z nimi swoje decyzje. Ale to inna sprawa.) I dlatego nie można sie śmiać czy kpić z niczyjej wiary - bo tak naprawde nikt z nas nie wie, jak jest. Bóg jest większy, niż człowiek może to sobie wyobrazić, wiec próbujemy - dość nieporadnie. Ale żadne wyobrażenie nie jest ani lepsze, ani gorsze od mojego. A ludzie, który z nie wierzą - też mają do tego prawo. Bo z wiarą jest tak jak z jedzeniem szpinaku. Ja szpinak uwielbiam, mogę go jeść 6 razy na tydzień. Uważam, że jest zdrowy, smaczny i co tam kto jeszcze chce. Ale nie wolno mi zmuszać innych do jedzenia szpinaku. Nie chcą, nie lubią - ich prawo. Mogę im opowiedzieć, jaki ten szpinak jest dobry, ale to oni sami zadecydują. I tak samo nie mogę zmuszać nikogo do wiary. Zechce - może zachęcony moim przykładem - to uwierzy. Nie - jego wola. A co do szpinaku - udało mi sie przekonać kiedyś koleżankę, że to jest jednak jadalne. A bura breja podawana pod tą samą nazwą w przedszkolu z porządnym szpinakiem nie miała wiele wspólnego - mdła, bez odrobiny czosnku, nieprzyprawiona. Następnego dnia po naszej rozmowie dostałam smsa - "z wielkim zdumieniem, ale i ze smakiem dołączam do wielbicieli szpinaku! dziękuję :).
poniedziałek, 02 stycznia 2012
Dopadło mnie. Od jakiegoś czasu nie chce mi sie pisać, wena jakby w zaniku. czasem tylko coś skrobnę, jak Piotrek palnie jakimś wyjątkowo urokliwym tekstem. Zapewne spowodowane jest to przygnębieniem wynikającym z atakujących mnie ze wszystkich stron informacjach o ciążach koleżanek. Nie, żebym im żałowała, niech mają nawet trojaczki, ale ja też chcę!!!! A tu cisza w eterze, tylko te 4 brzuchy w okolicy. Jak i przejdzie, to zacznę pisać częściej, ale na razie mi sie zwyczajnie nie chce. I tyle.
piątek, 30 grudnia 2011
no i kolejne urodziny... Tym razem w zupełnie innym nastroju niż rok temu. Tak sie namierzałam na tamte, od dawna planowałam, że jak nigdy - zrobie imprezę pod hasłem 'osiemnasta rocznica moich osiemnastych urodzin'. I nic z tego nie wyszło. To był jeden z najgorszych okresów w moim życiu - właśnie pożegnałam tak długo wyczekiwane drugie Jajko. Odeszło w samą Wigilię... A teraz? wszystko sie jakoś turla. Oczywiście, nie jest idealnie, szukam pracy, o Skorupim szefie nie umiem już sie wyrażać w sposób parlamentarny. Ale z drugiej strony Piotrek rośnie jak szalony, co chwila nas zaskakuje czymś nowym, jest kochany, dobry i troskliwy. Tata zdrowieje, dziś go zawiozłam na skrócenie gipsu - będzie wygodniej, może wreszcie zgiąć nogę w kolanie. Wygląda na to, żę wreszcie zmierza w dobrą stronę. Jajko też jest. Niestety nie u nas - ale blisko. Żona mojego brata jest w ciąży. Piotrek już sie bardzo cieszy, że będzie miał cioteczną siostrę. Pyton mnie znowu zachwycił. Przed Świętami sam, bez żadnej mojej podpowiedzi wymyślił, jaki prezent chciałby kupić tacie. Śrubokręt. Wie, że Skorupiak ma ich sporo różnych, używa, wiec postanowił ofiarować coś potrzebnego, co sprawi frajdę. Do tego uparł sie, że on sam a to zapłaci, z własnych pieniędzy. Wynegocjowałam tylko, że zakup załatwię ja - jeżdżę do sklepu zwykle wtedy, kiedy on jest w przedszkolu, luźniej i wygodniej. Młody starannie rozliczył ze mną prezent (niecałe dwa złote, wiec mogłam sie zgodzić :). Dzisiaj z kolei okazało się, że i dla mnie prezent wykombinował bardzo sensowny i przemyślany - suszarkę do włosów. Nasza stara już strajkowała, coś jej się z kablem stało i działała tylko wtedy, gdy był zwinięty i trzymany w pewien określony sposób, inaczej ogłaszała strajk. Za każdym razem bałam się, że zdechnie całkowicie, a ja zostanę z mokrymi długimi włosami. A nie są to temperatury sprzyjające suszeniu włosów na słoneczku... Pytonik w ogóle lubi sprawiać innym przyjemność. Cieszę się, bo udało mi sie chyba osiągnąć to, na czym bardzo mi zależało - zobaczył, że dawanie sprawia ogromną radość, jeszcze większą niż dostawanie. I lubi dawać. Stara się, żeby to było dopasowane do potrzeb i upodobań obdarowanego. A to jest duża sztuka, obca wielu dorosłym.... Ciekawe, jaki będzie ten nowy rok - trzydziesty ósmy rok mojego życia...
środa, 28 grudnia 2011
Umówiłam się na dziś na spotkanie z panią psycholog opiekującą się piotrkowym przedszkolem Chciałam z nią pogadać o Pytonie, dowiedzieć się, co jej tam w testach wyszło bardziej szczegółowo - takie tam. Owszem dowiedziałam się, zastrzeżeń rozwojowych żadnych, miała gdzieś tyko notkę, żeby go skonsultować logopedycznie - ale notka z września, mogła dotyczyć wymowy r - która w ostatnich miesiącach jakoś gwałtownie się poprawiła. Dobra, umówiłam się na konsultację - zwłaszcza że w bloku obok i bezpłatna w poradni. A potem padło pytanie, do którego powinnam być w sumie przyzwyczajona, bo słyszałam je wielokrotnie, w najdziwniejszych okolicznościach, ale za każdym razem mnie zaskakuje: - Czy pani nie ma czegoś wspólnego z państwem (nazwisko - moje własne) z ulicy x? Owszem, mam. To moi dziadkowie. Okazało się, że matka pani psycholog chodziła do jednej szkoły z moją babcią. Ona sama była w jakiejś grupie z jednym z moich dalszych stryjów, jej córka - z moją kuzynką, a jej syn - z moimi dalszymi kuzynami. Moja koleżanka, której to potem opowiedziałam, podsumowała krótko: - Strach lodówkę otworzyć, bo tam też jakiś (nazwisko) siedzi :)
Rodzinna mafia oplata świat.
poniedziałek, 26 grudnia 2011
Młody ma sie kłaść spać. Marudzi, narzeka, zrzędzi - normalnie, szlag mnie zaraz trafi. Dyskutuje, czy ma sie myć, czy może od razu przebierać się w piżamkę - ale u matka jest nieubłagana, miał labę wczoraj, to dzisiaj do wanny. No to potomek wymyslił inny sposób na wymiksowanie sie z kawałka obowiązków własnych: - mama, pościelesz mi łóżkooooo?... - Nie, synku, sam sie chwilę temu wściekałeś, że cię traktuję jak dzidzię. Tylko małe dzidzie nie umieją same posłac łóżka. - Ale ja ci pozwalam.... - Dziękuję, nie skorzystam z zezwolenia. Ścielesz sam. - Nie lubię cięęęęęę!!!!.....
Zezwolenie mnie kopnęło, niech to licho... Niech on juz pójdzie spać, bo naprawdę nie wytrzymam.
sobota, 24 grudnia 2011
Piotrek popatrzył na choinke i stwiedził: - Mama, szkoda, że Pan Jezus nie mógł sie wykluć u nas na czubku choinki.... Dlaczego wykluć???? - zastanawiała sie skołowana matka wyobrażając sobie niezbyt ortodoksyjnie Kwokę - Maryję siedzącą na gnieździe i zajętą wysiadywaniem.... przepraszam wszystkich urażonych tą wizją. Nie ja wymyśliłam koncepcje wylęgu Pańskiego, ale jak usłyszałam, to mnie powaliło na kolana.
piątek, 23 grudnia 2011
chyba wyciągnę z półki książkę "przez śniegi i wody Kanady". Inaczej oba3iam się, że o śniegu mogę zapomnieć.
niedziela, 18 grudnia 2011
W ramach porządków przedswiątecznych Skorupiak postanowił umyć okna. Ja o tej porze roku odmawiam tak bohaterskich wyczynów, nie mam ochoty na świąteczne zapalenie płuc. Zimno mi i tyle. Dzisiaj przyszła kolej na pokój Pytona. W związku z koniecznością dostania sie w okolice okna - i juz jednym cięgiem - myciem podłogi - młody usłyszał, że ma zrobić porządek w swoich zabawkach. Bez układania w pudełkach, po prostu pochowac do pudełek i szuflad wszystko, co sie wala po wierzchu. I u sie zaczęło. Potomek najpierw bardzo dziarsko wywlókł wszystko zawalając pół salonu, ze szczególnym uwzględnieniem okolic drzwi, skutkiem czego wejscie lub wyjście z pokoju stało sie czynnościa karkołomną. Po czym odechciało mu sie dokładnie. Zaczął pokrzykiwac, że on przeciez nie lubi sprzątania, nie wie, jak ma to zxrobić i tym podobne. Skutkiem czego, pi pierwszym wścieku, kiedy juz włączyłam z powrotem myślenie, zasiadłam na krześle i po kolei pokazywałam mu co ma sprzątać: - Kredki. - Samochodziki. - Uszy. - Radiotelefony. - Do czego potrzebujesz tych plastikowych kubeczków po serku? - Klocki. I tak dalej.... Słowo daję, mniej by sie urobiła, gdybym zrobiła to sama, nawet rozkładając wszystko na miejsce. Nie mówię już o wariancie typowym, jak młody odmawia zbyt długo udziału w pracach domowych - szczotka i wór. A niby siedziałam sobie tylko wygodnie na krześle i gadałam..... Dzisiaj w czasie mszy młody popatrzył na mnie poważnie i stwierdził: - mamo, ja sie muszę zabić. Zmartwiałam, zupełnie mnie zatkało. Szum w głowie, co sie takiego stało, ze pięciolatek dochodzi do tak dramatycznych wniosków???? Próbuję ostrożnie: - A dlaczego Piotrusiu? - Bo ja wtedy będę mógł zobaczyć Pana Boga. Tego nie przewidziałam. I jak mu teraz wytłumaczyć?
Pomocy!!!!!
czwartek, 15 grudnia 2011
Zacznijmy od tego, ze od tygodnia Piotrek siedzi w domu. jakbym sie uparła, to mógłby chodzić do przedszkola - w sumie można powiedzieć, ze jest w standardowym stanie przedszkolnym, adekwatnym do pory roku - trochę smarcze, koszmarnie kaszle w nocy, jak mu spływa do gardła. Ponieważ jednak w niedzielę oprócz tego miał lekkie stany podgorączkowe i pokłdał się równo - w sumie przeleżał cały dzień - to go zawlokłam do medycyny. kto zna moje dziecko, ten wie, że trzeba naprawde solidnego osłabienia, żeby Pyton zległ, zamiast biegać i szaleć. Pan dr zatwierdził moje leczenie, dołożył jeszcze jeden syropek i kazał przetrzymać gada w domu przez tyddzień - głównie w celu przerwania kontaktu z przedszkolną wylęgarnią wirusów. Wszystko pięknie, tylko akurat te tydzień miałam wyjątkowo "nadziewany" i było mi to cholernie nie na rękę. No ale trudno, jakoś sie udało. Dziś dodatkowo mieliśmy w planie (od jakichś trzech miesięcy, bo tak działa nasz "wspaniały" NFZ) umówioną wizytę u immunologa w Centrum Zdrowia Dziecka. Immunolog dlatego, ze młodemu wyszły trochę dziwne wyniki, coś tam dość wysoko, co by sugerowało podłoże alergiczne, gdyby coś innego tez było wysoko, ale nie jest. Do tego częste (w tej chwili codzienne) bóle brzuszka. M już polegliśmy przy szukaniu zależności, niech sie lekarze męczą. W CZD nawet nie tak tragicznie, w sumie czekaliśmy krócej, niż sie spodziewałam. Jeszcze tylko potem laboratorium - pani dr uznała, ze należy sprawedzić, czy te wyniki nie są takie dzikie, bo coś sknocili przy oznaczaniu, kolejka do zapisu do gastrologa - i do domu. Od razu pochwalę dziecia - bał się, ale był bardzo dzielny, nie wrzeszczał, nie uciekał, podał ładnie łapkę. Niewątpliwie na dzielność wpłynęła propozycja porównania ilości utoczonej krwi u niego i u mojego taty - tacie ostatnio pobrali AŻ 9 probówek, wiec młody miał za zadanie zliczenie, ile wezmą od niego, policzenie różnicy - i cieszenie sie, ze od niego mniej. Za to jak wychodziliśmy z budynku to młody aż otworzył dziób ze zdumienia. Tuż przed naszymi nosami stał sobie wóz transmisyjny TVN. Nie wiem, po co, mało mnie to interesuje - panowie akurat na coś czekali i sie nieco nudzili, wiec jak zobaczyli, żę młody tam stoi i sie przygląda z otwartymi oczkami, to zademonstrowali pełnię możliwości sprzętu. Piotrek obejrzał starannie kilometry kabli, zapasy herbatki, dziesiątki ekranów, pstryczków, przełączników i czort wie, czego jeszcze, a potem - i to było clou programu - sam podniósł przy pomocy pilota antenę satelitarną umieszczoną na dachu pojazdu! Oczywiście przy takich atrakcjach pobieranie krwi odeszło w niepamięć... |