O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
Archiwum
O autorze

  Statystyki
stat4u

wtorek, 30 października 2018

Zaczęło się dobrze, 19.10 urodziło się trzecie dziecko jednego z moich licznych kuzynów.

Potem było coraz gorzej.

Następnego dnia umarła Mi.

Noworodek nie chciał jeść, mlasnął dwa razy i zasypiał. Waga stoi w miejscu z poprawkami na stan po jedzeniu (sondą) i po kupie. Generalnie stoi w miejscu.

W poniedziałek, w dniu pogrzebu Mi, C. - mama noworodka musiała przejść jeszcze jakiś zabieg w znieczuleniu ogólnym. Jak się wybudziła, dowiedziała się, że właśnie umarł jej tata. Na pogrzeb nie pojedzie - jutro, a do tego na drugim końcu Europy. 

Maluch nie bardzo nadaje się do przewiezienia do CZD, gdzie będzie dalszy ciąg leczenia. W domu czeka na niego dwójka starszego rodzeństwa. 

Jak bardzo takie zdarzenia zmieniają perspektywę. Myślałam, ze nam jest ciężko po stracie Mi, ale jej jest jeszcze trudniej.

Trzymajcie się, kochani. I pamiętajcie, ze macie rodzinę, na którą możecie liczyć. Sprawdziłam ostatnio osobiście.

czwartek, 25 października 2018

Dostałam właśnie wiadomość, ze jutro w godzinach takich-to-a-takich kurier dostarczy przesyłkę.

I mam gulę w gardle.

Zamówiłam sadzonki róż, kilka do mojego ogródka pod balkonem i jedną – najważniejszą, z jej powodu było całe zamówienie – New Dawn, ukochaną różę mamy.  Rosła zawsze na naszym rodzinnym grobie, ale w tym roku uschła. I jakoś tak niedawno zaczęliśmy z tatą rozmawiać ze trzeba by ją wykopać i posadzić nową, czy mogłabym poszukać, to mama się ucieszy, jak wyjdzie ze szpitala.

Znalazłam, zamówiłam.

Nie przypuszczałam, że sadzić będę na jej grobie.



wtorek, 23 października 2018

Bardzo trudno. Nie dociera, nie rozumiem. Nie wiem, jak mamy dalej żyć. Przecież się nie da bez powietrza!!!!

niedziela, 21 października 2018

Mi nie żyje.

środa, 17 października 2018

Z mamą lepiej. Oddycha już przez wąsy tlenowe, zdjęli nawet maseczkę. I dzisiaj powiedziała coć, i dało się to po chwili zrozumieć! Problemy komunikacyjne nie wynikały z urazów mózgu po niedotlenieniu, tylko z koszmarnego wysuszenia paszczy - maska tlenowa wysusza, a po intubacji ma pyszczek poraniony od środka. Poprosiła o herbatę!.

Niestety nie mogła jej dostać, ale pozwolono mi przynieść butelkę wody i trochę pokapać. Kontaktuje już porządnie, nieco wierzgnęła nogą na prośbę pani doktor, jest w stanie się uśmiechnąć, reaguje. Możliwości poruszania się ma ogólnie bardzo ograniczone, zwłaszcza, ze ma założony port  z wkłuciem do żyły czy tętnicy na szyi, ale rękami i nogami zaczyna poruszać.

I zdecydowanie rozumie to, co się mówi do niej.

Walczymy dalej, ale teraz z dużo większą nadzieją, że to się naprawdę uda doprowadzić do stanu poprzedniego, a nawet lepiej, bo z sercem jest zrobiony kawał świetnej roboty.

 

Węże nocowały u moich rodziców. Czyli u taty, bo Mi, jak wiadomo, cudzołoży ostatnio i nie sypia u siebie tylko szlaja po jakichś szpitalach.

Dzisiaj przed szóstą Grzechot poszedł do taty i zaczął się intensywnie dopytywać, czy jeszcze jest noc. Intensywność tę zrozumie każdy rodzic kilkulatka...

W końcu poszedł do siebie do pokoju. Ubrał się, popędził do kuchni. Zrobił śniadanie, zjadł.

Po czym tatę wyrwał z przyjemnej sennej mgły brzęczyk furtki. Gdy dopadł drzwi balkonowych, okazało się, że ani Grześka, ani jego hulajnogi w domu nie ma. ( Była godzina 6.45).

Tatę obudziło niczym strażaka na dyżurze, wyskoczył przed blok i cóż ujrzał?

Romeo z hulajnogą stał pod balkonem koleżanki z przedszkola mieszkającej w sąsiednim budynku i smętnie zawodził:

- Magda.... Magda..... Magda.....

wtorek, 16 października 2018

Ciut lepiej. Wyjęli rurę do intubacji, która sprawiała mamie dużo bólu, teraz oddycha przez maseczke tlenową. A już się przymierzali do tracheotomii... Na szczęście nie było trzeba.

sobota, 13 października 2018

Z mamą nadal marnie.

To znaczy poprawia się, ale ta poprawa jest koszmarnie powolna. Nadal kontakt z nią jest ograniczony do mrugnięcia i ewentualnie - jak się ma szczęście - do minimalnego kiwnięcia głową. Zaintubowana, co ogranicza znacznie możliwości konwersacyjne. Podpięta do kilometrów rurek i kabelków.

Ale lekarze twierdzą, że choć powoli, to jednak idzie we właściwym kierunku. 

 

Mamo, proszę. Walcz, jesteś dla nas jak powietrze. Bardziej niż niezbędna.

Dwukrotnie zeżarło mi już wpis o urodzinach Piotrka. Szlag by to.

W obecnych realiach nie miałam kompletnie głowy do zapraszania kogokolwiek poza tatą, pieczenie i jakies wielkie imprezy, więc miałam niezłego zgryza, jak to ogarnąć żeby nie czuł się zapomniany, a równocześnie nie zwariować. 

I wymyśliłam.

Zamiast spędy kolegów - może sobie pójść gdzie chce z Tomkiem - najlepszym kumplem. Nie wnikam, czy to będzie bulder, park linowy, kino czy cokolwiek. Dostają kasę na to i mają czas dla siebie. Tort kupiłam - na szczęście w budynku, w którym pracuję są trzy piekarnie i takie rzeczy tam są stale, więc nie miałam daleko i wiedziałam, że świeże.

Prezent zamówiliśmy już dawno i szczerze mówiąc kompletnie o nim zapomniałam,. Dobrze, że Skorupiak miał lepsza pamięć.

W sumie Piotrek wrócił dziś szczęśliwy. Przeleźli przez wysoką tradę w parku linowym, trochę poplątali się po mieście, wpadli na jakieś niezdrowe żarcie. Słowem, było to, co potrzebne, bez obciachowych i nielubianych dodatków w stylu śpiewnia "Sto lat".

A ja tylko nie wiem, kiedy to poleciało. Niedawno miałam na ręku takiego niedużego facecika, co łypał na mnie okiem spod piersi - teraz za chwilę zacznie patrzeć z góry...

Dużo szczęścia, Wężu Starszy!!!!

wtorek, 09 października 2018

Ledwo na oczy widzę, ale może ktoś czeka na wiadomości, wiec skrobnę dwa słowa.

Mama już po operacji - spędziła jakieś 12 godzin na stole. Z przetaczaniem krwi i reanimacją w trakcie.

Stabilna, wprowadzili ją teraz w śpiączkę farmakologiczną na parę dni.

Generalni - aż się boję napisać - chyba idzie ku dobremu.

DObranoc. Idę spać, bo już padam na dziób.

poniedziałek, 08 października 2018

to już chyba ósma czy dziewiąta godzina operacji.....

niedziela, 07 października 2018

 

Mam wreszcie zdjęcie na kółku - voila!!!

 

Wczoraj Grzesiek jak zwykle ostatnio wlazł nam do łóżka o jakiejś dzikiej porze. A następnie zaczął domagać się  pobudki wszystkich obecnych w okolicy, bo przecież on chciałby się pobawić, a w ogóle to jest głodny. Jeść!!!!!

Usłyszał krótki komunikat ogólnożołnierski i propozycję, żeby sobie śniadanie zrobil sam. 

Po jakimś czasie zaintrygowani ciszą zajrzeliśmy ze Skorupiakiem do kuchni i naszym oczętom ukazał się taki oto obrazek:

 

 

 

Nie ma siły, książkoza pełnowymiarowa i nieuleczalna. 

No dobra. 

Operacja chyba jednak jutro, o ile w nocy nic się nie zmieni. 

Przegadali co mieli, badania porobili, chociaż zajęło im to dwa i pół tygodnia - jakby co jakiś czas się coś komuś przypominało, że może warto jeszcze to sprawdzić. NIech im tam.

Teraz można już tylko czekać. Zaciskając ze strachu zęby i udając przed dziećmi, że wszystko jest w porządku, operacja na pewno się uda i Mi wyjdzie ze szpitala świeżutka jak młody szczypiorek na wiosnę.

Mieć nadzieję, że nic się nie zmieni w nocy, Mi niczego nie odwinie im na stole, po otwarciu nie znajdą jeszcze jakichś niespodzianek... Możliwości jest mnóstwo,  a jakoś nie potrafię przestać o nich myśleć.

Boję się.

piątek, 05 października 2018

Stan na dziś jest taki, że operacja będzie w poniedziałek. I tylko bypassy. Okazało się, zę mama ma zbyt kruche naczynia, by ryzykować założenie klemy na tętnicy mózgowej - mogłaby się rozsypać. Klema, nie tętnica.

Zastawkę zrobią za parę miesięcy.

Z jednej strony dobrze, ze to zauważyli (Rafał, dzięki, zę zwróciłeś uwagę na ten aspekt), z drugiej - ileż można czekać i przesuwać??? Ponad dwa tygodnie zapuszczania korzonków na kardiologii na bezdurno, jakby nie dało się tych badań zrobić od razu. Ale NFZ płacze, zę nie ma pieniędzy....

Udało mi się zaszczepić Grzesia na grypę.

Został zdyskwalifikowany w pierwszym podejściu, ale wczoraj poszło.

Wrzasku narobił na pół przychodni, aż przyleciała pani pielęgniarka z drugiego końca, sprawdzić, kogo obdzierają ze skóry.

A dzisiaj moje kochane dziecko zapytało mnie:

- Czy będę mógł jeszcze jedną szczepionkę?

Matka zastygła w stuporze, prędzej spodziewała się znaleźć skrzynię szmaragdów pod własna wanną niż usłyszeć coś takiego.

- Eeee, co takiego? - wystękała elokwentnie, sprawdzając równocześnie gorączkowo, czy dziecina nie ma objawów zapalenia mózgu lub innych NOPów, tak ostatnio modnych.

- No bo jak był wczoraj berek na piłce, to powiedziałem, ze miałem szczepionkę i nie wolno było mnie uderzyć w ramię, i było mnie trudniej złapać! - zakrzyknął Wąż Sprytny.

Matka odetchnęła. To nie jakiś dziwnie pokręcony  NOP tylko wrodzone cwaniactwo.

środa, 03 października 2018

NO więc stanęło na przeszkodzie, operacja przesunięta na piątek.

Tym razem przynajmniej powód jest z sensem, uznali, że zrobią jeszcze jakieś badania, żeby mieć lepszy obraz sytuacji. Chwali im się, ale naprawdę nie mogli tego zrobić w ciągu tych dwóch tygodni, które Mi już spędziła na państwowym wikcie (bez opierunku)?

Generalnie jak nie obgryzałam paznokci ze strachu przed samą operacją, to już zaczynam obgryzać w kwestii - przesuną znowu czy nie.

poniedziałek, 01 października 2018

Tym razem operacja planowana jest na czwartek. Zobaczymy, czy znowu coś nie stanie na przeszkodzie - dla odmiany święto Ziemniaka?

sobota, 29 września 2018

Po telefonie Mi opadły mi witki, kapcie, szczęka i wszystko, co mogło opaść. Załomotało na stole, rąbnęło niżej na podłogę i tam już pozostało.

Operacja miała być we wtorek.

Otóż najpewniej jej nie będzie, gdyż  w szpitalu jest... Dzień Krasnala. Czyli wszyscy (jak rozumiem personel, bo raczej nie wyobrażam sobie pacjentów, zwłaszcza tych leżących), przebierają się za krasnale i w wesołym korowodzie pląsają po korytarzach.

Oprócz wesołych gier i zabaw ludu polskiego pracownicy zostaną zapewne zaszczyceni wizytacją różnych wysokich szych, z którymi NALEŻY się spotkać, a przy okazji może uda się coś wydębić dla szpitala, co jest pomysłem słusznym i ze wszech miar zalecanym. Jednakowoż cała ta impreza skutkuje odwołaniem różnych planów uczynionych na ten dzień - między innymi operacji Mi.

Przeniesiona na nie wiadomo (na razie) kiedy.

Czy ktoś z Was, Szanowni czytelnicy, byłby w stanie wymyślić głupszy powód zmiany terminu pilnej operacji???? Bo jakby nie było, to nie jest kwestia wrośniętego paznokcia, tylko bypassy, plus do tego zastawka, operacja na otwartym (i zatrzymanym w biegu) sercu i w ogóle skomplikowana sprawa, proszę Państwa.

Bo moją wyobraźnię takie zadanie przerosło całkowicie.

czwartek, 27 września 2018

Operacja Mi we wtorek.

środa, 26 września 2018

- Mama jest mięciutka - zabrzmiała pieśń pochwalna w ustach Węża Młodszego.

No i jakoś mi tak dziwnie....

 

 

poniedziałek, 24 września 2018

Najnowsze wieści są takie, że dopiero w czwartek będzie narada lekarzy dotycząca zakresu operacji  - chodzi o to, czy robić tylko bypassy, czy również zoperować mamie zastawkę, którą ma już solidnie zwapniałą i trzeba by ją poprawić i tak w ciągu najbliższych dwóch-trzech lat.

Z jednej strony rozszerzanie zakresu jest zwiększeniem ryzyka, z drugiej reoperacja serca zawsze jest trudniejsza. Ale już samo to, ze się nad tym zastanawiają, jest dobrym znakiem, bo gdyby ryzyko było bardzo wysokie, to by nie brali tego wcale pod uwagę, tylko zrobili stenty i wdrożyli leczenie paliatywne. Tak że operacja najwcześniej w piątek, a realnie patrząc pewnie  w przyszłym tygodniu.

Nie będziemy się nudzić tej jesieni....

 



Chciałam dziś zrobić Grześkowi badanie moczu. 

Ponieważ do stania w kolejce sam Grzegorz nie jest potrzebny a ja się rano spieszyłam, poinformowałam Skorupiaka, że stawiam pudełko koło mikrofali i żeby to załatwił sam i pognałam.

Po powrocie zapytałam, czy pamiętał.

A ten się zdziwił, bo opakowania nigdzie nie widział.

Okazało się, ze przepadło. No nie ma , diabeł ogonem nakrył. Przeszukałam całą kuchnię, łazienkę i wszystkie miejsca, które przyszły mi do głowy - nic.

Tak czy inaczej Grzesiek musi nasiusiać od nowa, ale gdzie to zniknęło??? Koty wzięły do zabawy, czy co???

 

Po paru godzinach znalazłam. Ktoś wstawił do lodówki....

sobota, 22 września 2018

No żesz motyla noga, kolejny raz zeżarło mi gotową notkę!!!!!!!

Połowa września minęła, czyli początkowoszkolny młyniec powinien się już uspokoić. Liczyłam na to, że w trzeciej dekadzie września będzie już w miarę spokojnie, plany lekcji stabilne, zajęcia dodatkowe zaczęte, koleiny poprzecierane i w ogóle wszystko się turla jak powinno.

Nie mogłam się bardziej mylić.

Stan na dziś jest następujący: 

Jedna sztuka smarcząca coraz bardziej, głupi stan - na zdrowego za chory, na chorego za zdrowy. Rozhula się w ciągu kliku dni zapewne.

Jedna sztuka w szpitalu. Czeka na operację, bypassy. Długo czekać nie będzie, na stół idzie w poniedziałek, najdalej wtorek.

Reszta obgryza paznokcie i usiłuje ogarnąć rzeczywistość.

Smarczący oczywiście Grzesiek. NIe zdążyłam go zaszczepić na grypę i teraz to pewnie długo się nie uda.

W szpitalu oczywiście mama, bo któż inny w tej okolicy miewa takie pomysły? No przecież nikt, reszta wiem zę to nietaktowne i ogólnie niezbyt zabawne.

W środę w czasie dializ zameldowała, że ją boli serce. No to zrobili ekg, enzymy, i doszli do wniosku, ze jakieś zmiany są, ale delikatne, sam początek. I przymknęli, bo tę koronarografię co miała mieć planowo za miesiąc (to znaczy w poniedziałek, ale przełożyli) to już zrobią od razu, jak mają pacjentkę pod ręką. I potem się zaczęło. Okazało się, że naczynia pozatykane, zaawansowana wieńcówka, wystarczy byle malutki farfocel, żeby zakorkować naczynia i masywny zawał pewny.

W rezultacie rodzicielka kwitnie teraz na Intensywnej Opiece kardiologicznej, poprzypinana kabelkami niczym pies na smyczy.

A ja się tylko zastanawiam, czy te siostry muszą tak brać z siebie przykład? Ze trzy tygodnie temu dostałam info, że jej stryjeczna siostra mieszkająca w Australii jest na Intensywnej kardiologii i w ogóle czarno to wygląda. Teraz mama. Nie mają lepszych pomysłów????

poniedziałek, 17 września 2018

Już drugi raz zeżarło mi notkę. Wrrrr.

 

Wąż Młodszy ostatnio zamęcza ł nas pytaniami o angielską terminologię z zakresu ogólnowojskowego, ze szczególnym uwzględnieniem czołgów.

To go zapisaliśmy na angielski, niech męczy kogo innego.

Obok nas jest szkółka językowa, Piotrek chodzi tam już od paru lat. Jak trochę pogadałam, to okazało się, że mają grupę i dla Grześka, dokładnie w tym samym czasie, kiedy chodzi Piotrek - zaczynają w odstępie pięciu minut!

Jestem zachwycona, odprowadzać i przyprowadzać będzie Pyton, kto inny będzie musiał wiedzieć, jak jest rakietnica po angielski oraz  gąsienice od czołgu - żyć nie umierać!

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 91