O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
Archiwum
O autorze

  Statystyki
stat4u

poniedziałek, 15 stycznia 2018

Trzeba przyznać, ze to się PISOwi udało.

Od czasu, jak się dorwali do koryta i zaczęli siać anty-Owsiakową propagandę, wyniki styczniowych zbiórek WOŚP poszybowały w niebo. Skok co roku o 20, 30 milionów to jest jakiś kosmos!

Dziękuję, Pisie drogi. Zrobiliście kawał fantastycznej roboty, wkurzając ludzi i mobilizując ich do działania. Krzycząc, ze tu państwo dokłada mnóstwo, telewizja państwowa, służby....  I co? I bez kurwizji też się da, bez wsparcia wojska, policji, ambasad, bez tych wszystkich, którym byliście w stanie zabronić, wyniki przebijają wszystko, co można było sobie wyobrazić.

Dzięki, kochani. Jeszcze tylko zmobilizujcie naród, żeby się tak samo wkurzył w czasie wyborów......

Piotrek znowu gubi zęby. 

Wymienia trzonowce, czwórki, piątki, coś tam z tyłu.

Tylko czy koniecznie trzy naraz? Wróżka Zębuszka zbankrutuje.... :) 

wtorek, 09 stycznia 2018

W ramach umartwiania postanowiłam obejrzeć sobie skecz kabaretu Hrabi. 

Zaparłam się i zmęczyłam całość. Coś o egzaminie było.

Oglądałam, oglądałam i jej Bohu nie byłam w stanie zrozumieć, czego ten naród zgromadzony na widowni tak kwiczy. Durne to było do nieprzytomności, prostackie aż zęby bolały. 

Czy to ja jestem nienormalna, nie rozumiem dowcipów i w ogóle odbiło mi, czy jednak naprawdę te kabarety są tak idiotyczne?

Wracam z Grześkiem z przedszkola.

- Mamo, ożeniłem się  dzisiaj z Nikolą!

- Hm, gratulacje. Szkoda tylko, że nas nie zaprosiłeś.

- A Nikola ożeniła się ze mną i z Jasiem!

Nie skomentowałam, zatkało mnie. Zwłaszcza, ze jakoś nigdy nie było u nas tematu narzeczonych przedszkolnych, ja nie ćwiczyłam tego, Piotrek też nie...

Tymczasem Grzechot kontynuował wątek.:

- Mamo, a skąd się biorą dzieci?

- Mama ma takie jajko, trochę mniejsze niż kurze, a tata daje jej nasionko. I jak się połączą, to jajko zaczyna rosnąć, rosnąć i w końcu staje się takim małym Grzesiem, który może już się urodzić.

- Aha, to ja zrobię tak Nikoli! - oznajmił mi Syn Drugorodny.

- Byle nie za wcześnie - mruknęła pod nosem matka, zastanawiając się, czy rwać włosy z głowy, czy parsknąć śmiechem w rękaw. Ostatecznie wybrała wyniosłe milczenie, jako że ręce były jej potrzebne do trzymania kierownicy, jednakowoż do wieczora ta rozmowa odbijała się jej lekką czkawką. kto wie, co jeszcze przyniesie z Przybytku Edukacji kochany syneczek.....

 

poniedziałek, 01 stycznia 2018

Gwizdnęłam od Babci Bez Mohera. 

 

Słoik już stoi i czeka na wrzutki.

sobota, 30 grudnia 2017

Prawie Mickiewiczem zaleciało, za rok będzie już całkiem.

Odchorowałam czterdziestkę, po roku przestało boleć :), więc jest ok

W związku z powyższym, a także faktem, ze jutro na 8 rano idę do roboty i to do tego na długą szychtę - oficjalnie 24 h, ale już był telefon z prośbą o 34, stanęło na tym, że zostanę ile dam radę, ale jednak nie tak długo - idziemy zaraz szaleć.

Konkretnie na trampoliny do Hangaru :).

Bawcie się dobrze bez nas :)

środa, 27 grudnia 2017

Wczoraj udało mi się wreszcie pójść na świąteczne spotkanie u Dziadków - ze względu na choroby Grześka przez ostatnie parę lat nie byłam w stanie, więc tym bardziej mi zależało. 

Fajnie było jak zwykle, pcheł pod nogami całe stado plus dwjka najmłodszych - miesięczne i dwumiesięczne, kuzyni - w sumie 39 osób. Niewiele ponad połowę pełnego składu.

Wkurzył mnie tylko niemiłosiernie jeden z kuzynów. Drań pochwalił się, że prosto od Dziadków jedzie na lotnisko, skąd leci do Chorwacji na rejs sylwestrowy.11 dni na morzu, do tego za zupełnie nieduże pieniądze.  

Muszę pokombinować i następnym razem zabrać się z nim.

wtorek, 26 grudnia 2017

Skoro dzieci zdrowe, to COŚ musiało się wydarzyć, bo u nas normalnie to nie bywa.

W drugi dzień świąt, cudownie leniwy. zaczęłam szykować śniadanie gdzieś koło 20 rano, gdy nagle usłyszałam wrzask Skorupiaka.

Wrzask dobiegał z łazienki, więc rączo pognałam w tamtą stronę, by ujrzeć powiększającą się kałużę  u jego stóp. 

Na wypadek, jakby komuś złośliwemu przyszło do głowy, nie były to problemy z nietrzymaniem moczu, zresztą Skorupiak musiałby mieć chyba pęcherz słonia, żeby taką ilość cieczy z siebie wylać. Ciekło z łazienki. Wlewało się do pokoju Grześka, do salonu, pod szafkę z butami... Szybka reakcja  była jak najbardziej wskazana.

Małżonek ruszył zbadać przyczyny owego potopu, a ja wywaliłam z szafy stertę ręczników i zaczęłam budować wały przeciwpowodziowe, żęby nie zalało nam całego mieszkania, po czym zabrałam się za zbieranie wody. 

Przyczyną okazała się niesprawna spłuczka klozetowa, która nie zawsze odbija, w połączeniu z Potomkiem Młodszym, który wrzucił nieco za dużo do sedesu. Zatkało się, a równocześnie stale dolewało. Katastrofa murowana.

Ogarnęliśmy w miarę szybko, dziękując niebiosom , żę mamy dwa przybytki - bo oczywiście kreta w żelu mieliśmy resztki, które nie wystarczyły na przegryzienie się przez korek. Kupię jutro i będzie dobrze.

 

Takich świątecznych rozrywek to zapewne mało kto doświadczył!

Potem już było normalnie, spotkanie rodzinne, niewielkie, tylko 39 osób. reszta powyjeżdżała, więc usprawiedliwieni. Dwa nowonarodzone maluchy, których jeszcze nie widziałam - Pan Ignacy, który  ma coś około miesiąca, i Panna Natalia dwa, więc już prawie dorosła :). I stado pcheł kłębiących się pod nogami. Klasyka, którą bardzo lubię.

poniedziałek, 18 grudnia 2017

Drodzy Czytacze ��, 

pytanie mam do Was. 

Idą święta, nieprawdaż. Co to oznacza a Herpetarium? Uważni Czytelnicy z pewnością wychwycą prawidłowość pojawiającą się z wdziękiem i regularnością jakiegoś cholernego bumerangu.

Zwycięzcę konkursu zapraszam na kawę albo inne ciastko - jeśli uda się zgrać terminy, rzecz jasna, bo to trudne bardzo. W Warszawie oczywiście, ale nie zwracam kosztów przejazdu��.

Jak w tytule. 

Po latach siedzenia w domu nagle zaczęłam wychodzić. Dla samej siebie, dla przyjemności. Coś niewidzianego od niepamiętnych czasów.

 

Od początku grudnia byłam na śpiewankach, koncercie, filmie, warsztatach. A dziś jest dopiero 18, co oznacza jedno wyjście co 4-5 dni.

Co więcej, udało nam się wyjść we dwójkę, BEZ DZIECI!!!!!

Podoba mi się to.

niedziela, 17 grudnia 2017

Zakupy w Lidlu. Jak zwykle w czwartek wybrałyśmy się z mamą - raz w tygodniu całkowicie wystarczy, jeśli chodzi o bieganie po sklepach, żadna z nas nie jest fanką tej rozrywki, no ale jeść czasem trzeba.

Tym razem było inaczej. 

W pewnym momencie mamie przeleciało przed nosem COŚ. Duże COŚ. Mama - rasowy biolog, obejrzała dokładnie i wezwała wsparcie - słuchaj, trzeba go stąd zabrać, bo tu nie ma szans.

Zostawiłam ją na posterunku, żeby pilnowała zbiega, bo jak się przeniesie gdzie indziej, to szukaj wiatru w polu, i pognałam wykombinować opakowanie transportowe. Udało się. 

Równocześnie pojawił się jeden z pracowników ze słoikiem w garści - okazało się, że on również zauważył COSIA i chciał go złapać.

Chwilę porozmawialiśmy, pan z zaniepokojeniem zapytał, czy nie planujemy znaleziska przeznaczyć na karmę dla węży (moje Węże takich rzeczy nie jedzą) i w ogóle co zamierzamy z nim zrobić. Odetchnął, jak usłyszał, że zadbamy, żeby nikt mu kapciem nie przyłożył.

Następnym punktem programu było znalezienie informacji, co to za jeden i jak go traktować. 

I tu z pomocą przyszedł Facebook. Jest tam taki profil "Naturalnie w Warszawie, czyli nie samą weterynarią człowiek żyje". Wariaci, porządni ludzie, którzy kochają zwierzaki i chce im się robić więcej, niż muszą. Skontaktowałam się, zawiozłam COSIA, a dziś dostałam odpowiedź, co to za jeden. 

Otóż zwierz zowie się Anacridium aegyptium. Szarańczak, co wiedziałyśmy same, ale dalej ni w ząb. A wygląda tak oto:

 

wtorek, 12 grudnia 2017

The Work.

Film w ramach festiwalu filmów dokumentalnych Watch Docs.

Film niezwykły, poruszający. Surowy, bez ozdóbek w rodzaju podkładu muzycznego czy ładnych widoczków. 

Nakręcony w więzieniu czterodniowy program terapeutyczny.

Oczywiście za zgodą osób biorących udział, to był dokument a nie aktorskie odtworzenie prawdziwych wydarzeń. Porażające dla mnie było zaufanie tych facetów - siedzących w pudle o zaostrzonym rygorze, czyli nie za wyrwanie nastolatkowi telefonu. Każdy z wieloletnim wyrokiem, niektórzy z   dożywociem. 

Emocje, schodzenie w głąb siebie, szukanie tego, co ukryte głęboko we wnętrzu i jeszcze przywalone kupą kamieni, żeby nie wylazło. Ból, krzyk, ciężka praca. Faceci, którzy normalnie nie pozwalają sobie na okazanie żadnych emocji - jeden z nich mówił, że nauczył się płakać "po męsku" - nie opuszczając głowy, bezdźwięcznie - tylko łzy płyną po twarzy. 

Gdy mówili o najdelikatniejszych uczuciach, najstraszniejszych swoich lękach, byciu zdradzonym - to było niezwykłe. Faceci - twardziele, wydziarani, z muskulaturą jak u kulturystów,  na pierwszy rzut oka widać, że to nie są bezpieczni, mili chłopcy. A jednak mogli  - płakać po śmierci siostry, cierpieć, gdy ojciec odrzucał pomoc kilkuletniego syna.... Wyłaziła cała masa spraw z przeszłości, które w sumie wpłynęły na to, ze znaleźli się w tym miejscu - więzieniu o zaostrzonym rygorze..

Siła tego programu jest wielka - według statystyk 80 % tych, którzy wyjdą z więzienia, wrócą w ciągu kilku lat. Z tych, którzy przeszli przez ten program terapeutyczny - w ciągu 17 lat 40 osób - nie wrócił nikt.

 

I jeszcze jedna rzecz, która na koniec mnie poruszyła, chociaż zupełnie inaczej. Rozmowa dwóch dziewczyn po seansie, które chyba nic nie zrozumiały. Albo może po prostu nie miały nigdy kontaktu  z procesem terapeutycznym.  Uznały, ze to ściema, faceci idą na te zajęcia tylko po to, żeby wyjść z więzienia. Nie zauważyły, że chodzą tam ludzie, którzy nie wyjdą z pudła nigdy, że niektórzy są tam już któryś raz (program ma miejsce dwa razy do roku). Że taka praca na emocjach może odbywać się albo w pełni dobrowolnie, albo wcale. Nie da się tego udawać, to są za głębokie rzeczy. Ech...

Dzień naładowany emocjami.

Ileś godzin w Centrum Onkologii - nie, nie ja i nikt z moich bliskich. Zawodowo tam byłam, ale i tak było niełatwo. Patrzenie na twarze ludzi przestraszonych, pozbawionych nadziei, albo przeciwnie - wierzących, że się uda. Fragmenty różnych rozmów zasłyszanych na korytarzu, o chemii, o naświetlaniach, o perspektywach, o konieczności pożegnania....

Potem film. 

Sam film to temat na osobną notkę, powiem tylko, że to było PRZEŻYCIE. Płakałam przez większość czasu.



wtorek, 05 grudnia 2017

W swoim pędzie do przerabiania świata (a przynajmniej Polski) na Jedyną Słuszną Modłę różni tacy usiłują rozszerzyć maksymalnie klauzulę sumienia. Bo kto myśli inaczej niż JA ten na pewno nie ma racji i po prostu świat musi funkcjonować po mojemu.

Celem jest definitywne i całkowite zablokowanie wszelkich działań związanych z płodnością, planowaniem rodziny itp.

Samą możliwość odmowy w wykonaniu aborcji rozumiem i szanuję. Ja też bym nie chciała tego robić - mam prawo. Nie mam jednak prawa ustawiać życia komuś innemu, podejmować w imieniu jego sumienia istotnych życiowych decyzji. Oprócz praw lekarza/pielęgniarki do postępowania zgodnie z sumieniem, w całej tej sprawie istnieje i druga strona. Osoba, która się na taki krok zdecydowała. Nie czuję się powołana do oceny jej postępowania, nie ja ją będę z tego rozliczać. Czasem jest to jedyne, co rodzice są w stanie dać swojemu dziecku - skrócenie cierpienia do minimum. Wymagający ogromnej odwagi wyraz miłości. Oczywiście nie zawsze, ale bywa i tak.

Zazwyczaj niestety wygląda to tak, że dopóki kobieta nie urodzi - dziecka, którego z jakichś powodów nie czuła się na siłach urodzić i wychowywać - to jest wokół niej tabun ludzi, każdy z gębą pełną obietnic. Gdy już urodzi okazuje się, że obietnice zaopatrzone były w dopisek małym druczkiem, zawierający szereg warunków unieważniających. W efekcie rodzina zostaje bez wsparcia, bez pieniędzy na leczenie i rehabilitację dziecka, bez możliwości pracy - sama. Bo nie oszukujmy się, te nędzne grosze na opiekę to na waciki nie wystarczą, o pieluchach, lekach, rehabilitacji i tysiącu innych rzeczy nie wspominając. Jak się dołoży do tego zakaz dorabiania przez opiekunów (tak, mamy i takie kuriozum w całym morzu idiotycznych przepisów), brak ubezpieczenia, to nic tylko się powiesić. Aborcja odłożona w czasie, bo to dziecko i tak nie będzie miało jak przeżyć. Jego rodzice również.

Ale nie o tym miało być.

Klauzulę sumienia chcą rozszerzyć na aptekarzy, żeby nie musieli sprzedawać ani mieć na stanie magazynowym środków antykoncepcyjnych. Ciekawe, czy prezerwatywy również usuną z rynku, jako niecne narzędzie szatana. Taki drobiazg, że zarówno leki najczęściej stosowane jako antykoncepcja, jak i prezerwatywy mogą być wykorzystane inaczej, już nie ma znaczenia. Tabletki - niektóre przy różnych zaburzeniach hormonalnych. Prezerwatywy - awaryjnie zamiast jednorazowej rękawiczki np. w razie wypadku, żeby jednak zabezpieczyć się przed kontaktem z krwią.

A ja  w związku z tym proponuję klauzulę sumienia w wersji max. Tak, żeby każdy mógł odmówić wykonania usługi/sprzedaży towaru  osobie, która ma odmienne poglądy, bądź nie podziela głównych wartości usługodawcy. Dla przykładu tych, którzy - moim zdaniem - szkodzą Polsce , destabilizują prawo, rozwalają trójpodział władzy, Konstytucję wyrzucają do kosza i jeszcze do tego wycinają w pień Puszczę Białowieską.

taksówkarze - nie wożą. Może pan iść na piechotę.

Kierowcy autobusów -  podobnie.

Sprzedawcy czegokolwiek - nie sprzedają swoich towarów.

Fryzjerzy - nie strzygą.

Nauczyciele - nie uczą ich dzieci.

Budowlańcy - nie budują/remontują ich mieszkań.

Weterynarze - nie leczą ich zwierząt.

I tak dalej...

Bo przecież każde z tych działań, mimo, że pozornie niezwiązane z demolką Polski, jednak wpływa na jej stan.

Taki poseł jeden z drugim, jak będzie musiał tłuc się do Sejmu autobusem lub na piechotę - dojedzie później, mniej ustaw zdąży przepchnąć.  

 

Jak będzie musiał szukać odpowiednio politycznie nastawionego sklepu, to też mu na to trochę czasu zejdzie, a jak zgłodnieje po drodze, to może lepiej zrozumie tych, którym tylko podnoszą podatki, żeby było na płacenie za comiesięczny cyrk na Krakowskim Przedmieściu.

Dzieci takiego Wielepa (co to Wie Lepiej od wszystkich, jak powinna wyglądać Polska) jak będą musiały same poszukać informacji nie odbiegających od tatusiowego (lub mamusiowego) światopoglądu niekoniecznie zgodnego z wiedza naukową nie będą robić wody z mózgu innym kolegom. 

Czas potrzebny na wyleczenie kotka znowu będzie oznaczał kolejne minuty, kiedy delikwent NIE DEMOLUJE Polski.

 

W podobny sposób przecież uzasadnia się klauzulę sumienia dla aptekarzy - że nie chcą przykładać ręki do czegoś, co jest sprzeczne z ich światopoglądem.  Więc może taki weterynarz też będzie mógł odmówić z tego samego powodu? Związek jest podobnie odległy, więc czemu nie.

To co, wprowadzamy?

poniedziałek, 04 grudnia 2017

Świt. Piąta z minutami, pierwsze poranne metro.

W wagonie nietypowo dużo ludzi, prawie wszystkie miejsca siedzące zajęte.

Metro Służew - większość wysiadła. Wysiadła, popatrzyła po sobie na peronie i wybuchnęła śmiechem. Całe towarzystwo równym krokiem ruszyło na przystanek, ale jak okazało się, że najbliższy autobus za dziesięć minut - poszli pieszo. Nadal w tym samym kierunku, podśpiewując cichutko Rorate celi (szybko przekształcone na Roraty w celi - wiadomo, poranna głupawka).

Po chwili pojawił się radiowóz i marszowym tempem jechał wzdłuż Wałbrzyskiej razem z wesołą gromadą. Skręcili w Dominikańską. Nawet na parking klasztoru wjechali, żeby sprawdzić, co to zwariowane towarzystwo robi o tak dziwnej porze.

Zwariowane towarzystwo weszło po schodach do kościoła, przed drzwiami się odwrócili   i razem pomachali policjantom. 

Roraty czas zacząć :).

niedziela, 03 grudnia 2017

Jestem przerażona.

Wczoraj trafiłam na informację o kobiecie, którą sponiewierali kontrolerzy biletów w autobusie. Bykowaty facet usiadł na niej i wykręcił rękę, wyzywając od czarnuchów. Dzisiaj - kolejny, pani w restauracji do czarnoskórego anglojęzycznego klienta wyjechała z tekstem, że tu jest Polska i ma mówić po polsku, po czym wykonała gest sugerujący wymioty.

Parę dni temu starsze panie (!) pobiły w autobusie pana tylko za to, ze czytał niewłaściwą prasę.

Liczne przypadki napaści w komunikacji miejskiej na osoby  o innym kolorze skóry bądź rozmawiające w innym języku.

Rasistowskie hasła podczas marszu ironicznie chyba zwanego Marszem Niepodległości. 

Napady na kebabownie i inne  punkty gastronomiczne, gdzie serwowana jest kuchnia z rejonów zamieszkanych głównie przez muzułmanów.

i tak dalej, i tak dalej....

 

Ale w Polsce nie ma rasizmu, za to jest wszechobecny katolicyzm, którego głównym przesłaniem jest przykazanie miłości. I dlatego tylu Polaków nie chce pomóc ludziom uciekającym przed koszmarem wojny, opowiada dyrdymały o robakach, pasożytach i gwałtach - bo jak wiadomo, gwałt jest nierozerwalnie związany z islamem, za to żadnemu katolikowi się to nigdy nie zdarzyło, wszak u nas szanują kobiety. (Gryząca ironia, jakby się kto nie zorientował. Mam nadzieję, że wśród Czytelników mojego bloga takich osób nie ma, ale w dzisiejszych czasach licho wie...). A przypadki takie jak radny Piasecki z Bydgoszczy, senator Bonkowski z Kościerzyny (tak, celowo z nazwiskami, żeby nie było, że wymyślam) to lewacka prowokacja.

Od dwóch lat żyjemy w kraju, w którym większość rządząca w jednej ręce trzyma transparent z hasłem "My chcemy Boga", a w drugiej szubienicę ze zdjęciem polityków opcji przeciwnej.

Jezus by tu nie miał co szukać miejsca w gospodzie, wszak był Żydem, uchodźcą, lewakiem.  

Brawo, naśladowcy Chrystusa.

Blox ostatnio robił mi złośliwe numery i kilkukrotnie zjadł notkę zamiast ją opublikować. Klikałam Publikuj wpis  a ten drań przerzucał mi na widok mojego bloga, ale bez notki. 

dziś napisałam tę samą po raz trzeci i wzięłam się  na sposób, skopiowałam ją do worda zanim wysłałam w blogosferę. 

I co? 

I grzecznie opublikował bez żadnych kawałów.

Złośliwiec.

Po raz trzeci ta sama notka, bo coś blox szwankuje i mi wyrzuca. Może uznał za niecenzuralną, ale jak pragnę zakwitnąć, nie mam pojęcia, co może być niewłaściwego w notce o zupie.

Barszcz ukraiński uwielbiam. Kocham miłością wielką, zawsze, jak tylko miałam możliwość we wszelkich barach, knajpach i innych stołówkach, to brałam właśnie to. 

Równocześnie nigdy go nie robiłam - miałam jakieś poczucie, ze to potworna ilość roboty, trudne i w ogóle na pewno się nie uda.

W końcu się zebrałam i zrobiłam. Znalazłam przepis, sprawdziłam składniki, żeby nie było w połowie, że czegoś brakuje,  i ugotowałam. Powiem Wam - niebo w gębie. Wyszło dużo, bo buraki kupiłam gotowane - pół kilo, fasolka w puszce - też poszła cała. Kapustę znalazłam małą, wrzuciłam pół, a reszta składników proporcjonalnie  i nagle okazało się, że jest na pułk wojska. Albo na dwa dni dla czteroosobowej rodziny.

Wczoraj na obiad poszedł jeden garnek - normalnie jak robię w nim zupę, to wystarcza na dwa dni, a czasem nawet na trzeci  zostanie troszeczkę. 

faktem jest, że najbardziej pracochłonne kawałki produkcji barszczu udało mi się ominąć. Buraki kupiłam ugotowane, fasolę w puszce, a warzywa siekane w słupki stanowią dla mnie podstawę istnienia, kupuję mrożonkę i mam gotowca, zamiast się dziubdziać w siekanie tego wszystkiego. 

Grunt to zidentyfikować wąskie gardła produkcji i znaleźć rozwiązanie problemów, wtedy od razu sprawa/zupa idzie do przodu!!!!

 

Tak czy siak, ukraińca będę teraz gotować często. Na zmianę z pomidorówką, którą chłopaki kochają od zawsze.

czwartek, 30 listopada 2017
Rozmowa z Grzechotem:
- Z kim się bawiłeś dziś w przedszkolu?
- Z Jasiem. On mnie gonił a ja byłem uciekarzystą.
Polska język trudna jest :)



wtorek, 21 listopada 2017

W ramach treningu z dbania o siebie i pozwalania sobie na marzenia (oj, ciężka sprawa, bardzo ciężka), kupiłam bilety na koncert Domu o Zielonych Progach. 

Cieszę się jak kto głupi, bardzo ich lubię, te piosenki często się pojawiają na moich ulubionych śpiewankach i w ogóle fajne są.

W ten sposób mam kilka przyjemności za jednym zamachem:

  1. Wyjście z domu BEZ dzieci (już zagospodarowane, zanocują u moich rodziców - dzięki przeogromne!!!!).
  2. Wyjście ze Skorupiakiem.
  3. Koncert ulubionego zespołu.
  4. Okazja do pośpiewania.
  5. Prezent (prawie)imieninowy. No, z lekkim poślizgiem, ale co tam.
W ogóle ostatnio jakoś udaje mi się częściej zrobić coś dla siebie po prostu dlatego, że mam na to ochotę. Zjawisko niewidziane od piętnastu lat co najmniej.
Jeszcze trochę  i będę prawie normalna :)

 

środa, 15 listopada 2017

Wrrrrr.

W poniedziałek Piotrek wrócił ze szkoły lekko zielonkawy, a do wieczora miał 39,5.

Obaj siedzą w domu, już w lepszej formie.

 

Ale za to z jaką przyjemnością dziś o 6 rano zamiast wstawać do pracy przewróciłam się na drugi bok!

sobota, 11 listopada 2017

Blog jest jednym z niewielu pewnych miejsc, gdzie mogę wrzucić wszystko i mi nie zginie. Przepis na dobre ciasto również. Bo kartki z zapiskami już dziś szukałam długo, więc na wszelki wypadek :)

Murzynek z jabłkiem i żurawiną

1 margaryna

2 łyżki kakao

1 cukier wanilinowy

1 1/3 szkl. cukru

9 łyżek wody

 

Powyższe składniki zagotować, rozpuścić cukier, zostawić do wystygnięcia.

Po ostygnięciu dodać 3 żółtka, wymieszać.  Odlać 3 łyżki masy, dodać do nich 1 czekoladę i trochę mleka, zagrzać do rozpuszczenia czekolady.

 

Do pozostałej masy dodać 1,5 szkl. mąki, 2 płaskie łyżki proszku do pieczenia i miksować 3 minuty. Dodać pianę z 3 białek. 

3 duże jabłka obrać i pokroić w kostkę, dodać garść suszonej żurawiny, połączyć z masą. 

 

Piec ok 40 minut w 180 stopniach. Po przestygnięciu polać masa czekoladową.

 

piątek, 10 listopada 2017

No ja nie mogę, naprawdę.

Tydzień temu Grzesiek miał zapalenie spojówek. 

Dziś panie z przedszkola wydzwoniły mnie z pracy z informacją, że młody człowiek ma ponad 38 stopni, jest marudny, płacze że różne kawałki go bolą. Zdążyliśmy jeszcze dopaść naszego doktorka, zanim wyszedł z pracy.

Diagnoza - prosta droga w kierunku anginy. Sam początek, bo przecież rano młody był jeszcze świeżuteńki jak szczypiorek.

Nosz cholera jasna.

 

Edit: Wieczorem miał "tylko" 39,9....

środa, 08 listopada 2017

Ból się rzuca na najsłabsze miejsce w człowieku.

Że boli mnie głowa, to poniekąd rozumiem, ale czemu jeszcze stopa?

niedziela, 05 listopada 2017

...bo zamorduję oba Węże. 

Hałasują, kłócą się, naparzają, co chwila któryś przylatuje "mamoratuj", pyskują.

Nie wytrzymuję tych decybeli.

Niech oni już pójdą do placówek edukacyjnych, a ja sobie spokojnie popracuję.

 

Nienawidzę weekendów.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 88