O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
Archiwum
O autorze

  Statystyki
stat4u

piątek, 04 maja 2018

Ależ owszem, olet!!!!

 Któryś z (....-cenzura) kocurów nasikał mi do torby. Na szczęście płóciennej, więc poleciała do pralki. Gorzej z portfelem, skórzanym. 

No i w kwestii prania brudnych pieniędzy władze mają jakieś dziwne poglądy, z jakiegoś powodu nie lubią, jak się komuś na higienę zbierze.

I co ja mam zrobić, jak mi forsa śmierdzi?

 

Idę wydawać!

poniedziałek, 23 kwietnia 2018

W piątek porzuciłam wszystkich moich facetów i godnym krokiem oddaliłam się w  stronę dworca PKP. 

 Oczywiście wszystko przez Skorupiaka - wysłał mailem bilety na pociąg i zapowiedział, ze mam spadać i nie wracać przed końcem weekendu. 

Brzmi paskudnie, prawda? Cieszyłam  się jak prosię w deszcz i do tej pory jestem mu bardzo wdzięczna. Dogadał z przyjaciółmi, ze mnie przygarną i od paru miesięcy usiłowali skleić dogodny termin. Wreszcie się udało.

Udało się tym bardziej, ze pogoda była piękna, a M wreszcie skończył pisać  książkę, o którą go długo piłowałam i mogłam  wreszcie przeczytać. Co prawda drukarnia nie zdążyła, ale od czego Kindle? Przeczytałam dwa razy ciurkiem, powzruszałam się, pochichotałam. Przegadaliśmy cały weekend, włócząc się po Krakowie i okolicach i było cudownie.  

Muszę częściej powtarzać takie wyskoki, są znacznie lepsze niż wyjazd do SPA (co byłoby straszne).

poniedziałek, 09 kwietnia 2018

Garda odeszła dziś za Tęczowy Most.

Dziś pojechałam z nią na usg - i nie było już żadnych wątpliwości. Przerzuty do wątroby, śledziona też cała ze zmianami, powiększona, płyn w jamie brzusznej, temperatura, która nie dawała się zbić po kroplówce....

Do zobaczenia, Czarna Kuro. Biegaj tam razem z Czortem i Agrą....

 

 

niedziela, 08 kwietnia 2018

...nie beret co prawda ale szal. Piękny, w intensywnych kolorach, czerwono-pomarańczowy. Dostałam w prezencie :)

A wszystko dlatego, że Starszyzna Plemienna wypuściła się na wycieczkę do Wilna. 

W związku z powyższym oczywiście Garda - ich pies - miał trafic do nas. Nie trafił, bo Gardzielec - starsza pani, schorowana i po operacjach, znowu zaczęła wywijać numery zdrowotne i to takie, ze  w piątek wszyscy byli przekonani, że trzeba będzie ją uśpić. 

Udało się babę wyciągnąć, ale musiałam siedzieć przy niej, niańczyć i robić kroplówki. Mam od tego całkiem  płaski tyłek, nie lubię siedzieć na podłodze, a musiałam jednak ją trochę pilnować, żeby nie wylizywała wenflonu. oprócz tego kontrola weterynaryjna naszych kotletów, odstawienie rodziców na lotnisko w sobotę o świcie, pozbieranie ich stamtąd chwilę później, bo im odwołano lot i przesunięto na parę godzin później, zakupy, odstawienie ich na lotnisko ponownie, pozbieranie po powrocie..... 

W sumie w domu byłam krótko, większość czasu spędziłam albo u weterynarza albo bawiąc się w pomocnika tegoż i lecząc psa. 

Warto było, choćby po to, zęby zobaczyć szczęśliwy, choć zmęczony pyszczek Mi :). 

Zawinęłam się teraz w szal i mi dobrze....

wtorek, 03 kwietnia 2018

- Kocham was, ale musze zjeść kolację!- wygłosił Grzesiek, po czym zniknął w kuchni.

Widać, co jest ważne.

niedziela, 25 marca 2018

Wczoraj podczas zakupów trafiłam na kolejną perełkę do kolekcji Cudacznych Nazw Spożywczych.

Ser żółty Hipokryta blok.

Nawet dobry ten hipokryta, z orzeszkami...

NIe sądziłam, ze kiedykolwiek będę chwalić hipokrytę :))))

sobota, 24 marca 2018

Bardzo sobie chwalę to chińskie allegro.

Ostatnio podobno po fb ktoś się pultał, że to dla buraków, cebulaków czy innych warzyw, bo chińskie badziewie i takie tam, ale mam to w nosie. Po pierwsze, nic nikomu do tego, co i gdzie  kupuję, dopóki sa to legalne produkty legalnie kupowane. A po drugie - masa przedmiotów, które mogę kupić w Polsce też pochodzi dokładnie z tego samego źródła, tylko dochodzi jeszcze pośrednik, albo i kilku. Tyle różnicy.

Ostatnio zakupiłam tam większą paczkę łat do naprasowania na spodnie. W pasmanterii kosztują 7 zł za parę, a ja kupiłam za 3 dolary z kawałkiem zestaw 4 par łat w różnych kolorach. Zamówilam sobie trzy takie zestawy i na jakiś czas będę miała spokój....

Dopadłam tam również kamienie, zwane różnie - szmaragdem Nilu, nocą Szanghaju, zielonym piaskiem pustyni... 1/3 polskiej ceny, a sznury dokładnie takie same, identyczne 37 kulek na sznurku.... 

Oczywiście, ze czasem trafi się badziewie, ale sumarycznie  - bardzo warto.

Wracam do szycie łat na Grześkowych spodniach....

Żeby nie było za lekko, oprócz chorego Piotrka kaszleć i przyduszać się zaczął też Bramsel. Skorzystałam z okazji, że moi rodzice byli ze swoim psem u weterynarza i pojechałam do nich - doszłam w końcu do wniosku, że pora na zmianę nadwornego weta. 

Nowa pani dr rzeczywiście robi bardzo dobre wrażenie, staranna, dokładna, od razu trzasnęła rtg kiciusiowi  I po wszelkich badaniach stwierdziła, że ma zapalenie oskrzeli ale podłożem prawdopodobnie jest astma. I zaleciła kotu nebulizacje...

No niech ja na księżyc nie polecę, następny w kolejce!!! Astmę po mamusi odziedziczył zapewne (czyli po mnie, jakby ktoś nie skumał), nebulizator chodzi już prawie 24h na dobę, cztery osoby w kolejce, z czego Grzesiek dwa razy dziennie po dwa leki. To jeszcze będzie do tego kot.

I zastrzyki znowu w kocie futerko będę trzaskać... 

Nie nudzę się przed świętami, oj nie.

Dzieci znowu zastanawiają się, czy się rozchorować. Grzesiek się trzyma, chociaż po południu (zwłaszcza po przedszkolu) mówi basem, ale Piotrek padł całkiem. 

I na niego jestem zła.

Tłumaczyłam jak chłop krowie w rowie, żeby nosił czapke na głowie a nie w kieszeni, żeby wkładał kurtkę... Nic z tego.

Wiem, że to taki wiek i wszystkie dzieciaki przechodzą przez tą głupią fazę, ale szlag mnie trafia.

Howgh!

Zrobiłam sobie wakacje, bo już naprawdę musiałam odpocząć.

Wyjechałam na jedną noc do rodziców. (na drugi koniec Ursynowa, całe 4,5 k, od domu).

Na dłuższy urlop raczej  się nie zapowiada.

poniedziałek, 19 marca 2018

Sklep w Kropki co roku ogłasza konkurs na książeczkę dla dzieci. W zeszłym roku wysłałam kilka historyjek i nawet przeszłam przez pierwsze sito (czyli mój tekst znalazł się wśród 100 wybranych z paru tysięcy do kolejnego etapu). Oczywiście na tym się skończyło, nagroda jest jedna i nie ja ją wygrałam.  Nie szkodzi.

Teraz postanowiłam spróbować raz jeszcze, wykopałam stare historyjki  i zaczęłam je sobie czytać. I jestem pełna podziwu dla samej siebie, że się tak nieskromnie poklepie po plecach! nawet nie pamiętałam, że to było takie fajne. Aż się zastanawiam, czy pchać się na konkurs Sklepu w Kropki, czy może spróbować to po prostu wysłać do jakiegoś wydawnictwa? Chociaż w sumie mogę zrobić jedno i drugie, jeśli nie wyjdzie w konkursie to podać dalej. A przez ten czas jeszcze trochę dopisać. 

Fajnie jest znowu pisać. Dawno nie miałam okazji stworzyć żadnego dłuższego opowiadania i ze zdumieniem odkryłam, że trochę mi tego brakuje. Większość z moich pomysłów nigdy nie wyszła poza ramy wyobraźni, jak tylko miałam klawiaturę albo zeszyt pod ręką, to uciekały, jakby je gonił co najmniej poborca podatkowy. Ale może uda mi się wrócić i jednak stworzyć coś ciekawego?

Zobaczymy!

niedziela, 11 marca 2018

Co jakiś czas pojawiają się komentarze  z zaproszeniami na blogi. 

Rozumiem chęć znalezienia czytelników, ale jakoś tak... nieswojo się czuję, gdy widzę tylko zapraszam na bloga [adres]. ani cześć, ani me, ani be, ani kukuryku, po prostu wpadł, wrzucił reklamę i uciekł. 

Może ja jestem dziwadło (nie, nie może, na pewno ), ale jednak oczekiwałabym jakiegoś słowa komentarza, dlaczego akurat u mnie takie zaproszenie - bo ktoś do mnie zagląda, czyta, spodobało mu się to, co piszę i myśli, że może spodoba mi się to, co znajdę u niego. A tak... mam poczucie, jakby ktoś mi wrzucił do skrzynki ulotkę reklamową. Niechcianą, niepotrzebną, mimo naklejki, żeby nie wrzucać reklam.

I prawdę mówiąc w takiej sytuacji zazwyczaj tam nie zaglądam. 

Zazwyczaj po prostu pomijam go milczeniem - jeśli faceci doceniają i szanują kobiety tylko przez jeden dzień w roku, to w ogóle szkoda komentować.

Tym razem nie mogę nie docenić Węża Starszego.

Majorek poszalał. Posprzątał swój pokój i kuchnię, zamiótł całe mieszkanie  (czego nie znosi), umył podłogę w kuchni i korytarzu, sprzątnął toaletę, wyniósł śmieci, puścił zmywarkę, poskładał pranie,  wymienił zawartość  i umył kocią kuwetę, ugotował zupę i kupił mi śliczne kwiaty.

Sam z siebie, bez żadnych sugestii z zewnątrz.

dziękuję, synku. Dobra robota, kochanie :)

poniedziałek, 05 marca 2018

Zmieniłam pracę. generalnie robię to samo, co wcześniej, ale teraz na umowę o pracę a ni na zlecenie.

W związku z tym kazano mi zrobić badania pracownicze - normalka. Rtg płucek - a proszę bardzo, morfologia - też się przyda sprawdzić od czasu do czasu, i tajemniczo brzmiące nosicielstwo. Nie wiedziałam z początku, co mianowicie miałabym nosić albo nie nosić, (okazało się, że salmonellę), i zaniepokoiło mnie tłumaczenie w firmie, że to badanie robi się raz na całe życie, więc płacę za to sama, bo mi się przyda i w innych firmach w przyszłości.

Pogrzebałam w przepisach, wspomagana przez Skorupiaka i wyszło mi, że nie ma siły, pracodawca sobie życzy, pracodawca płaci. Ja bez tych badań żyłam długo i szczęśliwie, nie są mi do niczego potrzebne, to oni wymagają. Panie w firmie najpierw tłumaczyły, że nie, firma płaci za lekarza medycyny pracy a za to nie, ależ skądże znowu i w ogóle wcale że nie. Uzbroiłam się zatem w stosowne przepisy i  interpretacje prawników i pokazałam co trzeba. Paniom miny nieci zrzedły, ale w końcu zgodziły się ze mną i stwierdziły, że jak przyniosę fakturę na firmę za badanie, to dostanę zwrot. Zapewne miały nadzieję, że już oddałam próbki i zapłaciłam nie biorąc faktury, ale nic z tego! Fakturę wzięłam, a właściwie wziął ją nieoceniony Skorupiak, który robił w tej kwestii za listonosza i firma się nie wykręci.

Rozumiem, że dla nich to dodatkowy koszt, ale sorry Gregory, ja tego nie potrzebuję, przepisy są jasne. Jak ktoś mnie próbuje robić w balona, to się najeżam i nie lubię. 

Piotrkowi zęby lecą jeden po drugim. Co chwila przychodzi z informacją, że kolejny trzonowy się kiwa, po czym następnego dnia kładzie mi na biurku. Już chyba ze cztery albo pięć ostatnio poleciało.

Wróżka Zębuszka ogłasza kryzys finansowy!!!!

niedziela, 04 marca 2018

Grzechot ma zdecydowane poglądy na temat wieczornej lektury.

Po pierwsze - ma być. Jej brak jest najcięższą z możliwych kar.

Po drugie - wybiera, co czytamy danego dnia. Ma swoje ulubione książki, które męczy codziennie tygodniami, aż lektor ma serdecznie dosyć. Ma to co prawda ten plus, że można się nauczyć na pamięć i równolegle grać w diamenty, ale...

Ostatnio najukochańszą książką jest niewielkie dziełko, które Wąż przyniósł z przedszkola, traktujące o segregowaniu śmieci.

Cel szczytny, obrazki mogą być, ale sam tekst.... Rymy toporne do nieprzytomności, pisane okołojedenastozgłoskowcem - około, bo czasem jest dziesięć, czasem dwanaście. Zwierzęta z zoo, podpowiadają, gdzie ktoś popełnia jakieś błędy związane z segregacją śmieci, a dwójka rodzeństwa mądrzy się i poucza każdego, kogo dopadnie. A na zakończenie, cytuję "zabrzmiał piękny głos pawia", bo wszystkie dzieci we Wrocławiu wiedzą, które śmieci gdzie wrzucać. 

Nie wiem, czy autor tego dzieła kiedykolwiek słyszał głos pawia, ale jeśli dla niego/niej jest to piękny dźwięk, to ja dziękuję. Skręca mnie za każdym razem, jak to czytam, ale z drugiej strony Grzesiek zapamiętuje, pyta, zaczął dopytywać o słowa, których nie rozumie, a w tej książce jest ich sporo - kolejna krecha, bo nie każdy dzieciak jest uczony że ma pytać. 

Generalnie lektura ze smrodkiem dydaktycznym, potrzebny temat, ale wykonanie - porażka....

sobota, 24 lutego 2018

Jak się nic nie dzieje, to się nie dzieje. Jak zacznie, to wszystko naraz.

Zadzwoniła koleżanka, czy wezmę dwie noce opieki nad jej podopiecznym, bo ona nie wyrabia na zakrętach i fizycznie i czasowo.

Wezmę, kasa potrzebna. 

Miało być z soboty na niedzielę i z niedzieli na poniedziałek, ale w ostatniej chwili okazało się, że potrzebna jestem jeszcze z piątku na sobotę. 

W rezultacie jak wstałam w piątek o 6.30,tak położyłam się spać w sobotę o 15.

W piątek normalne bieganie plus chore Węże. Do pracy na 18. Do 7.30 w szpitalu, nie było jak zasnąć na dłużej niż 20 minut. Rano galopem do domu, umyć się, zjeść, przebrać, odstawić zoo do rodziców i na pogrzeb. Oczywiście jakbym na niego nie poszła, to  nikt by mi złego słowa nie powiedział (ba, nawet by nie zauważył tego faktu), ale zależało mi. 

Odbiór zoo, ogarnięcie konfliktu między syneczkami, obiad i jak padłam tak do 20 nie istniałam. Trzy godziny później nadal jestem nieprzytomna i zaraz idę spać.

Byłam dziś na pogrzebie dalekiego kuzyna. I jak zwykle po pogrzebach naszło mnie na rozmyślania najróżniejsze a ponure.

Tego pogrzebu nie powinno być jeszcze przez co najmniej trzydzieści lat. K był takim człowiekiem, że po prostu trudno sobie wyobrazić w bezruchu. Król życia - to określenie przewijało się dzisiaj co chwila. człowiek, który robił mnóstwo rzeczy, miał wszędzie przyjaciół, pomagał wielu i wszyscy go kochali. Ja go spotkałam dwa razy, a też mi zapadł w pamięć.

Wypadek samochodowy nagle to wszystko zakończył.

Takich tłumów na pogrzebie kogoś, kto nie był postacią publiczną to chyba jeszcze nie widziałam. 

I tylko tak sobie pomyślałam, czy na moim pogrzebie będzie choć dziesięć procent tego, co dziś widziałam - przyjaciół, rodziny, ludzi, dla których Zmarły był ważny. 

Jakoś tego nie widzę, co nie jest pretensją do otoczenia, tylko smętną konstatacją odnośnie własnych zasług i  walorów. K. był dusza otoczenia, ja raczej jestem tłem. I tyle.

poniedziałek, 19 lutego 2018

Pierwszy dzień w nowej pracy nie wygląda tak, jak to sobie wyobrażałam, wcale a wcale. 

Wygląda za to całkiem podobnie za to do standardowego dnia z chorymi dziećmi w domu.

Popatrzmy.

Grzesiek ma od piątku wieczorem 38,5 lub więcej (z przerwami, kiedy działa nurofen). I wysypkę. Zróżnicowaną, już ze trzy różne wzorki zaliczyliśmy, normalnie Projektant Wzornictwa Chorobowego mi rośnie. W związku z tym nie mam najbledszego pojęcia, co to może być, bo co zacznę mieć jakiś trop, to wzorek się zmienia na całkiem niepasujący. 

Żeby nie było, że leczę dr Guglem, pediatra też nie wiedziała i wysłała do dermatologa. Numerek na jutro, bo na dziś nie było miejsc. Pani doktor powiedziała tylko, że co najmniej do końca tygodnia siedzimy w domu. Ratunku!!!!!

Piotrek też niewyraźny, w żołądku mu się przelewa, słaby, z bólem głowy co jakiś czas, i skłonnościami do haftu. Bynajmniej nie Richelieu ani krzyżyki, nienienie. 

W rezultacie siedzą obaj w domu a ja z nimi. Zgrzytając zębami, które mi się kruszą - w czwartek ułamał mi się kawałek, w piątek następny tego samego zęba. Ząb zatruty, pod koniec tygodnia kolejna randka z fotelem dentystycznym. 

Do tego Skorupiak biega, dziś cały dzień, jutro większość, jeszcze gdzieś w tym tygodniu wyjazd do Poznania - jednodniówka, ale zanim wróci to będzie noc. 

A miało być tak pięknie, nowa robota, umowa o pracę, tylko Ursynów, dzieci w placówkach a mama na rowerze przemieszczająca się pomiędzy podopiecznymi....

niedziela, 18 lutego 2018

W piątek  rano zadzwoniła koleżanka z informacją, ze w pewnej firmie szukają opiekunów do pracy na Ursynowie. Pognałam oczywiście, dogadałam wszystko - umowa o pracę a nie zlecenie, więc złapałam natychmiast. Ułożono mi grafik, zaczynam od poniedziałku. Pięknie. 

Wieczorem złamał mi się kolejny kawałek ściany zęba, który trzasnął dzień wcześniej. Dyżur NFZ, łatanie, wróciłam późno. Grzesiek miał jakąś wysypkę na plecach - jakby alergiczną. Niewielką, nic poza tym - spadaj spać, synu, popatrzymy jutro.

 

Jutro było nieco gorzej, bo rano Minorek miał już 38 stopni, ale za to wysypki nie było. Taki trochę marudzący. No nie wygląda to dobrze, zawiadomiłam firmę, że w poniedziałek to mnie jednak nie będzie.  

Wieczorem, jak go kładliśmy już spać, wysypka objawiła się w całej okazałości. Łapki, plecy, noga... Temperatura też. Wsadzilam go do samochodu i na dyżur. Zanim stamtąd wyszliśmy, przejechaliśmy przez aptek, to była północ. A w domu Wąż Starszy, który też dzisiaj od rana jakiś niewyraźny, narzekał, zę go wszystko boli, wymiotować mu się chce. Teraz się obudzil, to trochę pogadał, po czym zwrócil wszystko, co dziś zjadł.

I weź tu człowieku zacznij nową pracę..... Mam nadzieję, zę mnie z niej nie wywalą, zanim zacznę na dobre.

sobota, 10 lutego 2018

Dostaliśmy kiedyś butelkę nalewki wiśniowej, mocnej jak nie wiem co. Zdecydowanie za mocnej dla nas. 

Stała sobie i czekała, aż ktoś będzie miał na nią jakiś pomysł.

Niedawno dostaliśmy butelkę soku wiśniowego domowej produkcji. PO otwarciu jednak okazało się, że sok już jakby zaczął winnieć albo co.

Rada w radę postanowiliśmy sprawdzić, co wyniknie ze zmieszania obu cieczy. Niewielka próbka dała efekt zupełnie interesujący, moc swoją ma nadal, ale na poziomie pasującym dla nas.  

I w ten sposób mamy niezłą nalewkę wiśniową, zamiast dwóch butelek zajmujących miejsce przez wieczność będzie jedna duża całkiem użytkowa.

Niech żyje kreatywność kulinarna :)

sobota, 03 lutego 2018

...działań durnych i do tego przeciwskutecznych. 

No tak mam, wkurza mnie niemiłosiernie jak ktoś chcąc osiągnąć cel A działa w sposób temu celowi szkodzący. Nawet, jeśli sam cel jest dla mnie idiotyczny, głupi, bezsensowny czy co tam jeszcze. 

Obserwuję działania naszej Władzy Ludowej i opada mi dosłownie wszystko, szczękę mam obitą od ciągłego spadania na podłogę. Już chyba nawet przestałam jej szukać, gdy czytam kolejne wieści ze sfer rządowych bo jak sobie tam chwilkę poleży to jej się nic nie stanie, z podłogi już niżej nie spadnie. 

Zamieszanie z terminologią dotycząca obozów zrobiło się potężne, awantura na cały świat. Oczywiście nasi geniusze parlamentarno-rządowi chcieli dobrze, bronić dobrego imienia Polski przed niesłusznymi oskarżeniami, tak żeby broń Boże nikt nawet nie ośmielił się pomyśleć, że w czasie wojny choć jeden Polak mógł podnieść rękę na drugiego człowieka. Nienienie, my jesteśmy wspaniali, idealni, uczciwi, i co tam jeszcze. Że to niemożliwe, bo w żadnej grupie społecznej nie ma wyłącznie jednostek idealnych, to pikuś. Że zwyczajnie nieprawda - a co tam, jak fakty nie pasują do teorii, to tym gorzej dla faktów. Nierząd będzie trąbił teraz, jak to nie wolno mówić o polskich o.k. (celowo nie chce używać pełnej frazy, żeby nie zwiększać wyników wyszukiwarek), a już na pewno o tym, że wśród Polaków mogła się znaleźć jakaś świnia i zwyczajnie bandyta. Nie no, skądże znowu.

I nie dociera do tych zakutych łbów stara, prosta prawda psychologiczna, jak o czymś dużo gadasz, nawet zaprzeczając, to na końcu i tak w społecznej świadomości zostanie sam fakt (polskie o. k., antysemityzm i zbrodnie dokonane przez Polaków), a komentarze do tego – czyli wszelkie zaprzeczenia, ozdobniki i inne takie – nie.

Tak więc niestety musimy się pogodzić ze smutnym faktem, że dzięki działaniom nierządu poszedł w świat przekaz, którego chcieli uniknąć.

Nie pierwszy raz, i obawiam się, że nie ostatni.

Proszę, Rodacy, obudźcie się i wymieńmy tę bandę nieudaczników. Gorszej ekipy już chyba nie będziemy mieć, bo trudno uwierzyć, że to jeszcze możliwe.

 



środa, 31 stycznia 2018

Miałam już sobie dać spokój z tematem wyprawy Tomka Mackiewicza i Elisabeth Revol, bo ile można, ale dołożę jeszcze jeden drobiazg. Znalezione w sieci, komentarz do wpisu na blogu teklak.pl.

Dokładnie to, co pisałam i mówiłam od początku, tylko tym razem autorstwa kogoś, kto to przeżył - syna himalaisty, który zginął.

Wklejam jak jest, bez cenzury, mimo, że normalnie bym wywaliła wszystkie wulgaryzmy. Tym razem zostawiam je z pełną świadomością, pokazują, jak wiele trudnych emocji buzuje nawet po latach.

 

Prawdomowny, 28 stycznia 2018, 22:42
"Zbiórka zbiórką, Kasa kasą – chuj mi do tego kto, ile i na co daje. Napiszę z innej perspektywy. Jestem synem człowieka, który na niejeden ośmiotysięcznik wchodził – na jeden wszedł i zginął. Chodziłem wtedy do podstawówki. I nie będę pisał o żadnym bohaterstwie mojego ojca. Wystarczająco nasłuchałem się tych wszystkich bredni na ulicy, w szkole, od urzędników, którzy widzieli moje nazwisko i z odmętów pamięci przypomnieli sobie o moim ojcu – chcąc mi sypnąć komplementem – słyszałem tysiące razy jakim to był wielkim bohaterem i jaką potężną miał odwagę. Chuja miał – nie odwagę. Chujem był a nie bohaterem. BOHATEREM była moja matka! Dopóki nas nie było na świecie razem wspinali się tu tu to tam. Obietnica była jedna – przychodzi dziecko na świat – odstępujemy od tego sportu w wymiarze ekstremalnym. I przychodzę na świat. Jest siermiężny PRL. Po co bawić się w kartki i kolejki, po co użerać się z bachorami, na chuj z tym wszystkim. I spierdolił. Mój ojciec był tchórzem ponad tchórze. Zostawił nas z tym wszystkim. Zostawił nas z traumą o której nawet głośno nie można powiedzieć – bo przecież był bohaterem! W imię czego bohaterem? W imię własnych ambicji które były ważniejsze niż dzieci? Na co szedł hajs? Na książki, zeszyty, ubrania, jedzenie? Zwykle pierdolenie – chodziłem w szmatach do szkoły, żarłem mortadele na która matka ledwo zarobiła biegając od jednej roboty do drugiej, z drugiej o trzeciej (i byłem szczęśliwy dzięki miłości matki). A on kartki sprzedawał by mieć na sprzęt. W dupie miał wszystko. Po co to piszę? Mackiewicz zostawił dzieci. Będą żyły z tym samym piętnem z którym ja i moje rodzeństwo borykaliśmy się tyle lat. I niech to będzie komentarz do jego bohaterstwa. Kocham góry ponad wszystko – ale kocham je mądrze i ta miłość to miłość przekazana dzięki matce. Wspinam się, ale nigdy nie narażę swojego życia w imię czczego bohaterstwa, w zapomnieniu dla rodziny i wartości, które powinny być nadrzędne dla każdego rozsądnego człowieka. Wychować dziecko – to jest bohaterstwo, odpowiedzialność to jest bohaterstwo – a nie wpierdolenie się na 7 tysięcy bez tlenu. Samobójstwo w imię dwóch zdań na wikipedii i jakiejś płaskorzeźby w bliżej nieokreślonej lokalizacji, w imię szyby wkutej w bloku mieszkalnym, w imię nazwy szkoły, której młodzież ma w dupie kim był patron, w imię jakiejś nazwy ulicy i bestialsko pojebanej gloryfikacji. I teraz walka z mitem – po co wchodzą na ośmiotysięczniki? Po co akurat tam? Dla pokonania własnych słabości, walki z ograniczeniami? Ściema kurwa. Ja Wam powiem po co mój ojciec to robił. By zaistnieć, by zapisać się na „kartach historii”, z nonszalancji, chujowo rozumianego splendoru, bo zwyczajnie w innych dziedzinach był zerem. Palił, pił – sportowiec. Przecież można wchodzić na o wiele mniejsze góry – nadal niebezpieczne – ale? No własnie nikt się takim wejściem nie interesuje. Na Mont Blanc wchodzą tabuny Januszów jak po browara w Biedronce. I tam „chwały” nie będzie. No chyba ze wszedłby boso. Mocarz bez tlenu wchodzi na Nanga Parbat i zostawia dzieci – i ja a takie bohaterstwo podziękuję."

Źródło - komentarz do artykułu: "
Dlaczego nie byli ubezpieczeni" na teklak.pl



poniedziałek, 29 stycznia 2018

W mediach przetacza się fala tekstów o akcji ratunkowej pod Nanga Parbat. Dwójka himalaistów chciała zdobyć szczyt (podobno nawet im się to udało, jakby to miało w obecnej sytuacji jakiekolwiek znaczenie), ale zaczęły się problemy i w rezultacie ratunku, niech nam ktoś pomoże. I wrzask o tych wstrętnych Pakistańczykach, którzy ośmielili się żądać najpierw gwarancji finansowych zanim poderwali do akcji helikoptery.

A ja się tak zastanawiam.

To była samodzielna decyzja dwojga dorosłych ludzi. Którzy do tego doskonale znali warunki panujące tam, gdzie się wybrali – nie była to ich pierwsza próba. Wiedzieli, jakie jest ryzyko, koszty, możliwości. I zamiast się do tego odpowiednio przygotować – poszli sobie tak po prostu.

Ja rozumiem, że koszty wypraw  tego typu są ogromne. I zakontraktowanie na miejscu helikoptera, który  by był gotów do startu w razie problemów, do tego z odpowiednio przeszkoloną załogą gotową pójść w ścianę i zbierać delikwentów od razu podniosłoby te koszty wielokrotnie, ale cóż, podobno życie ludzkie jest najważniejsze, to chyba nie ma co oszczędzać?

Oczywiście, znacznie łatwiej jest przerzucić te koszty na kogo innego – na przykład na społeczeństwo, niech szuka na tempo sposobów, pieniędzy itp. Na innych wspinaczy, którzy akurat przypadkiem byli „niedaleko” i pognali na pomoc ryzykując własnym życiem.

Równocześnie pojawiają się opowieści o przekraczaniu siebie, o tym  jak   Tomasz Mackiewicz kochał tę górę… A ja się zastanawiam, czy tak samo mocno jak górę, kochał swoje dzieci, których miał trójkę. I jak się będą te dzieci czuć, wiedząc, że dla tatusia ważniejsza niż one była jakaś góra. Jakie będzie życie tych dzieciaków – z których najstarsze ma  9 lat – bez ojca, za to ze świadomością, że nie były wystarczająco kochane, by dla nich zadbał o własne bezpieczeństwo.

Tomek Mackiewicz sam mówił, że był wcześniej uzależniony od heroiny, ale udało mu się wyrwać z uzależnienia.

Nieprawda, on się z żadnego uzależnienia nie uwolnił. Zamienił tylko jedną śmiertelnie niebezpieczną używkę na inną. I ta druga go zabiła. Jasne, że bardziej romantycznie brzmi, że  został na górze, którą kochał, niż że został pod mostem, pod którym ćpał, ale w ostatecznym rozrachunku wychodzi na to samo.

Jeszcze jedna rzecz, która mnie zirytowała. Już widziałam w necie apele o zbiórkę pieniędzy na utrzymanie jego dzieci , bo sam nie miał ubezpieczenia na życie i ogólnie będzie ciężko. Wiem, że będzie ciężko, i głęboko im współczuję, ale jednak żeby przy takim hobby nie pomyśleć nawet o jakiejś polisie rentowej dla dzieciaków – to już jest nieodpowiedzialność do entej potęgi. I dlatego wolę dorzucić się do zbiórki na leczenie chorego dziecka, gdzie ta potrzeba nie wynika z niczyjej winy czy działań, dla ludzi, który  ciężko walczą każdego dnia, niż tutaj – przy całym moim szacunku dla ich nieszczęścia i postawy żony Tomka, która w tym dramatycznym dla nich momencie umiała zachować klasę, podziękować i nie oskarżać innych, że podjęli decyzję o zakończeniu akcji ratunkowej.

Edit: instruktor alpinizmu PZA, biegły sądowy ds. BHP i wspinaczki oraz były szef Komisji Bezpieczeństwa PZA (cały czas ten sam człowiek, mimo wielu funkcji ;) po przeanalizowaniu całości też doszedł do wniosku, że wyprawa była organizowana po łebkach. Brak odpowiedniej aklimatyzacji, ubezpieczenia obejmującego akcję ratowniczą  zużyciem helikopterów, wyjście we dwójkę bez wsparcia - jak się coś spieprzy, to nie ma komu ratować, i parę innych drobiazgów.

sarmacki hurraoptymizm i jakoś to będzie. No to jest.



czwartek, 25 stycznia 2018

Mam takie marzenie, wieloletnie już bardzo. 

Chciałabym śpiewać w chórze. Nie jakimś takim na rodzinne występy, nie w scholi, tylko w porządnym prawdziwym chórze.

Głos mam, jak się rozśpiewam to całkiem, całkiem. Podobno kontralt. Skalę zacną. I po prostu lubię to.

Nawet znalazłam chór, który spełnia wszystkie moje kryteria - Ursynowski Chór Iuvenis. Który do tego prowadzi nabory - najbliższa okazja 5 i 12 lutego.

Jest jednak parę problemów.

Po pierwsze, obawiam się, że spełniane kryteriów może być cokolwiek jednostronne - nie mam żadnego przygotowania muzycznego, nuty czytam tyle, ile się nauczyłam w podstawówce, i to na początku tejże. czyli bardzo dawno. 

Po drugie - kwestia czasu. Zwyczajnie nie bardzo mogę sobie  pozwolić na tak czasochłonne hobby, obejmujące wyjazdy zagraniczne, weekendowe kursy i tak dalej. Chłopaki i kasa.

Po trzecie - niestety mam tendencje do infekcji górnych dróg oddechowych i regularnie chodzę zachrypnięta. To trochę utrudnia karierę wokalną, nieprawdaż?

W Iuvenisie nawet już rok temu byłam na przesłuchaniach, ale  - z resztkami zarazy, co było zdecydowanie słychać, ograniczało mi możliwości mocno. Stanęło na tym, ze mam się pojawić, jak będę zdrowsza. 

Zdrowsza może i będę, ale bilans czasowy jest cały czas do bani, a jeśli jeszcze chciałabym w przyszłym roku pójść na studia podyplomowe, to już całkiem czarno to widzę. 

No i chyba w te sposób marzenie pozostanie marzeniem.....

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 89