O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych
Archiwum
O autorze

  Statystyki
stat4u

poniedziałek, 14 stycznia 2019

Brak mi słów.

To, co się stało jest niewyobrażalne, a z drugiej strony... od dawna obawiałam się, ze coś takiego się stanie. Co gorsza, zaraz się zacznie polowanie na winnych, oskarżanie przeciwnika, że to jego wina. W obu kierunkach. Zamiast refleksji, poszukania błędu w sobie. Widzisz źdźbło w oku bliźniego swego...

 

Do tego jeszcze w pracy od jednej z podopiecznych usłyszałam tekst, który mnie kompletnie zmroził. Jeszcze przed informacją o śmierci Prezydenta Adamowicza, rozmowa zeszła nam na te wydarzenia. Okazało się, że ona w ogóle nie zorientowała się, ze to był dzień Finału WOŚP (jak się ogląda Kurwizję to tak jest...), nie wiedziała o ataku. I ten jej komentarz: dobrze, żeby go szlag trafił. Normalnie zagotowałam się. Potem, jak już się dowiedziałyśmy, to mętnie tłumaczyła, że to był tylko żart.

I właśnie ten poziom żartów i sposób myślenia wyborców PIS mnie przeraża. Bo jedni tak żartują, inni biorą to na serio, a kolejni lecą z nożem. 

Panie Prezydencie, był Pan wielkim człowiekiem. Nie zapomnimy.

poniedziałek, 07 stycznia 2019

Czasem przyklei się fragment melodii. Nawet lubianej, ba,  ulubionej. Chodzi za człowiekiem. Nucisz w kółko i nie możesz się odczepić. 

Przestaje to być ulubiona melodia, po paru godzinach wkurza jak nie wiem co. Ale nucisz dalej.

Kiedyś łaził tak za mną jakiś fragment melodii liturgicznych ze środka mszy. Nie mogłam przestawić się na nic innego, normalnie jak rzep.  Dzisiaj Grześ zafundował mi Arkę Noego, przyniósł z przedszkola. Nigdy ich nie lubiłam za tę pawio wrzaskliwą estetykę akustyczną, a teraz siedzi mi w głowie.

Ratunku, jak się id tego uwolnić?

sobota, 05 stycznia 2019

Na początku grudnia tata pojechał do mojego brata na północ na parę dni i zostawił nam Grandę.

Po powrocie zgłosił pretensje, że zdemoralizowaliśmy mu psa. 

Przed wizytą u nas Granda była dobrze wychowanym psem, który nie właził na łóżka. U nas koty łażą gdzie chcą, na łóżka też, więc wzięła  z nich przykład i też wlazła.

I tak jej zostało.

Teraz jaj tata wychodzi do pracy to panienka zwija się u niego na poduszce wkopując pod koc i jest jej dobrze.

A tata? Cóż miał zrobić, pogodził się :)

poniedziałek, 31 grudnia 2018
piątek, 28 grudnia 2018

Święta były trudne, z wiadomych względów. Kulinarnie najmniej problematyczne, bo nigdy nie mielismy zwyczaju szykowania tony żarcia, z którym potem nie wiadomo co zrobić, ale jednak trochę roboty było.

Między innymi moje ukochane pierogi z kapustą i grzybami.

Ulepiłam setkę, stwierdzając, że będzie na święta i potem też trochę obiadowo. Zamroziłam.

Przed Wigilią zawiozłam do taty, razem z paroma innymi rzeczami i oddalam bratu, żeby się zajął, po czym poleciałam do pracy.

Okazało się, że należało jednak udzielić bardziej szczegółowych instrukcji. Postawił garnek z wodą, po czym wrzucił tam całą torbę pierogów. Nie przyszło mu do głowy, że powinny mieć miejsce, dużo wody, a w ogóle to cała porcja to zwyczajnie za dużo na naszą niewielką gromadkę.

W rezultacie był wielki kapeć . Łazanki z kapustą. 

A wydawało mi się, że braciszek kuchennie jest całkiem ogarnięty....

niedziela, 16 grudnia 2018

Wczoraj zawołałam towarzystwo na obiad.

Węże pojawiły się od razu - jak to Węże. Skorupiak kończył jakąś robotę, zdaje się, że wieszanie firanek. 

Nałożyłam na talerze nie czekając na niego, bo z doświadczenia wiem, że można by tak czekać godzinę. Faktycznie, zdążyliśmy zjeść, zanim dotarł. Zostawiłam mu na patelni pięć kawałków smażonej rybki starannie przykrytych pokrywką, jakieś ziemniaki, kapustę kiszoną, takie tam.

Pod wieczór coś zesżła rozmowa na tę rybę i pytam, czy mu smakowała.

- Jaka ryba? Jadłem same ziemniaki z kefirem, uznałem że wam tak smakowała, że zjedliście wszystko.

Okazało się, że jakimś cudem kocury wydłubały rybkę nie zostawiając śladów.

Cóż, było się nie spóźniać na obiad....

niedziela, 09 grudnia 2018

Tata wyciągnął mnie dziś na film "Dobra zmiana" Konrada Szołajskiego.

Film w ramach festiwalu Watch Docs  - Prawa Człowieka w Filmie.

Warto było. Nie będę spojlerować, ale to jest film dokumentalny o dwóch stronach sporu politycznego, z którego obie strony mogą być zadowolone. Nie szuka wad, szuka zalet. Pokazuje sposób myślenia. 

I najważniejsze chyba podsumowanie tego filmu streścić można w tym, co powiedział po seansie reżyser. Jeden z drugoplanowych bohaterów po obejrzeniu filmu ze zdumieniem stwierdził, że po tej drugiej stronie też są ludzie, a nie potwory. Ludzie, którzy maja inny pomysł na takie czy inne aspekty funkcjonowania Polski niż on, ale chcą dla tej Polski dobrze. Ludzie, z którymi da się rozmawiać, można rozmawiać i trzeba rozmawiać.

I to jest wielka wartość i przesłanie, które powinno pójść w świat. Trzeba rozmawiać. Usiąść przy piwie, herbacie, precelkach, co kto lubi -  i z ciekawością, z otwartością posłuchać tego, co ci z "drugiej strony muru" mają do powiedzenia. Tylko wtedy uda się zasypać rów dzielący Polskę na pół i zaleczyć blizny.

Dziękuję tato.

środa, 05 grudnia 2018

Na jutro miałam zaplanowany intensywnie biegany dzień. Rano Grzechotka odstawić do przedszkola, zabrać od taty Grandę i na 9 zawieźć ją do weta na sterylizację, potem galopem do Instytutu Hematoligii i Transfuzjologii załatwiać podopiecznemu citową konsultację przed przyjęciem do szpitala, odebrać psa, odebrać Grześka z piłki po przedszkolu.

Skorupiak rano na roraty, wieczorem też coś tam ma, wróci późno.

I nic z tego, wali się wszystko.

Grzesiek ma 39 stopni. Do przedszkola nie pójdzie, ktoś musi z nim zostać. Do tego u weta coś pokiełbasili i przed chwilą dowiedziałam się, ze jest łapanka na lekarza, który zoperuje Grandę, bo pani, która miała to jutro zrobić, nie ma dyżuru. A tata dostosował plany do operacji jutro i nie chce się zgodzić na kolejna zmianę terminu. 

Jedna moja podopieczna chyba by apopleksji dostała, gdybym znowu poszła na zwolnienie. Jej syn już się rzucał o moje nieobecności, ale ona zdaje sobie sprawę, ze jak zażąda zmiany opiekunki to może trafić dużo gorzej.

O jejku, jejku, jak ja mam to ogarnąć? W takich momentach dochodzę do wniosku, ze praca w moim przypadku jest co najmniej kłopotliwa, bo Grzesiek jest za mały, żeby go zostawić samego. Finansowo różnica niewielka, a przynajmniej nie musiałabym się tak teraz spinać, jak to ogarnąć i jak go dostarczyć do naszego doktorka w godzinach jego pracy a nie wtedy, kiedy ja mogę.

niedziela, 02 grudnia 2018

Grzesiek ma paskudny zwyczaj przyłażenia do nas od łóżka w środku nocy. Wmeldowuje się pomiędzy nas, rozpycha, jeśli trzeba, żeby się zmieścić, nabijając nam przy tym kolejne siniaki i śpi słodko do rana. My zazwyczaj już nie bardzo.

Walczymy z tym, bo po takiej nocy oboje ze Skorupiakiem jesteśmy nie do użycia.

Dzisiaj syneczek kochany też przylazł. Docenić należy, bo nie o trzeciej w nocy tylko o ósmej rano. Wlazł na łóżko i scenicznym szeptem oznajmił:

- Mama, muszę ci coś powiedzieć na uszko.

Mama twardo spała, a przynajmniej sprawiała takie wrażenie. Niestety Wąż nie dal się zbyć. Powtórzył jeszcze ze dwa razy, aż w końcu osiągnął sukces - matka otworzyła jedno oko.

- Czemu mnie budzisz, gadzie jeden?

- Mama, ja dziś nie przyszedłem do was do łóżka w nocy!!!!!!

I poszedł sobie.

 

No naprawdę nie byłam tego świadoma!!!!

wtorek, 27 listopada 2018

Postanowiłam zrobić coś z moja siwizną, która ostatnio nie wiedzieć czemu zaczęła mi błyszczeć na głowie coraz obficiej. 

Wygarnęłam więc z szafki wieki temu kupiona farbę do pierza w kolorze miedzianym - kiedyś już sobie miedziankę na głowie strzeliłam i było nieźle.

Niestety wyraźnie był to inny odcień miedzi i inna firma.

Wyglądam jak kapral Marchewa.

Idę jutro do Rossmana albo innego Osła po farbę w jakimś normalniejszym odcieniu, bo tak to się nie mogę ludziom na oczy pokazać. I tak będę musiała iść do lekarza, to przy okazji apteki załatwię zmianę barw na jakieś zdatne do użycia. 

I odtąd będę się farbować starym systemem na maksymalnie zbliżone do własnego. 

I czytać opisy na pudełkach...

… kwadratowe i podłużne.

Ogólnie jestem zdechła, charczę niczym gruźlik, nos zatkany - wirusówa pełną gębą.

obdzwoniłam moich podopiecznych z informacją, że nie przyjdę jutro, nie chcę ich zarażać - zwłaszcza, ze niektórzy z nich dziarskim krokiem zbliżają się do setki. W tym wieku odporność z definicji spada i przywleczenie im czegoś może być zabójcze. Całkiem dosłownie.

I co?

I ci, którzy mojej pomocy potrzebują najbardziej, są rzeczywiście bezradni, martwią się o mnie, żebym dbała o siebie i tak dalej, a osoba, dla której to jest głównie zapewnienie rozrywki  i latanie po ciuchlandach, ma pretensje. Jak ja śmiałam się rozchorować i nie przyjść, ZNOWU!!!!!

Wkurzyłam się.

 

EIDT: Dzisiaj zadzwonił do mnie syn tej pani co miała pretensje. i kapcie spadły mi już dokładnie. Zwolnienie mam do piątku. Otóż ów pan poinformował mnie, ze już załatwił w mojej firmie zastępstwo za mnie na przyszły tydzień. Nie wiem, jak mam to rozumieć, czy to oznacza że chcą zmiany przydziału? jak na mnie proszę bardzo, ale może inaczej się to ząłatwia….

 

czwartek, 22 listopada 2018

Skorupiak wraca dziś z Grzesiem z przedszkola. Jadą metrem  a Wężyk zaczyna narzekać:

- Nóżki mnie bolą, ogonek mi ciąży...

Skorupiak się zapluł, dziewczyna siedząca obok też się zapłakała z radości.

 

A wszystko dlatego, ze jakiś czas temu nieopatrzeni opowiedziałam przy dzieciach kawał:

Wychodzi facet z baru z krokodylem na smyczy. Idą, a zwierzak marudzi:

- Nóżki mnie bolą, ogonek mi ciąży!

- Oj tam, nie marudź, idziemy.

Krokodyl nadal swoje:

- Nóżki mnie bolą, ogonek mi ciąży!

- Cicho bądź, nie narzekaj tyle, idziemy!

Krokodyl nie przestaje jęczeć, w końcu facet nie wytrzymał, poszedł na postój taksówek, wziął gada na ręce, zapakował do środka. Jadą, a ten znowu swoje:

- Nóżki mnie bolą, ogonek mi ciąży!

- Cicho bądź, bydlę jedno, bo jak wytrzeźwieję to znikniesz!!!!

wtorek, 20 listopada 2018

To już miesiąc od najgorszej wiadomości w moim życiu.

Nadal nie dotarło. Nadal czekam na telefon. Albo sama chce dzwonić. 

Mi, brakuje Cię coraz bardziej. 

Grzesiek mówi, ze teraz sadzisz niebieskie kwiatki. A ja posadzę Twoje amarylisy, te, które dostałaś ode mnie na urodziny. W końcu udało się znaleźć żółtego, takiego jak chciałaś.I już nie zdążyłaś zobaczyć, jak kwitną...  

To Ty posadzisz niebieskie, a ja zółte.

poniedziałek, 19 listopada 2018

Nie zauważyłam, że już przeleciało mi dziesięć lat blogowania.

Wydawało mi się, że to niemożliwe, ale blox nieubłaganie pokazuje, że tak właśnie jest.

Zaczynając pisać nie sądziłam, że to potrwa tak długo. Ani że da mi okazję poznania kilku ciekawych osób, w tym Niedoszłej Kuzynki :). Bez bloga i naszych kotów pewnie nigdy byśmy się nie spotkały, a tak wiele łączy nas  i łączyło nasze rodziny w przeszłości .

Ale dzisiaj o blogu myślę przede wszystkim w kontekście Mi.  Ona lubiła to zaglądać. I przede wszystkim dla Niej będę pisać dalej.



sobota, 17 listopada 2018

Coraz częściej wyłażą mi z zakamarków pamięci różne rzeczy, na które umawiałyśmy się z Mi, które jej obiecałam. I nie zdążyłyśmy tego razem zrobić. Nie dotrzymałam słowa…

Miałyśmy razem pójść do ogrodów na dachu BUW. Nie pójdziemy.

Obiecałam, że znajdę jej rejs przyrodniczy po Wiśle, taki z podglądaniem zwierzyny. Odkładałam, zapominałam… Już nie popłyniesz. A tak bardzo CI na tym zależało.

Umawiałyśmy się, ze pójdziemy razem na Kler. Jeszcze w szpitalu planowałyśmy, zastanawiała się, czy będą to grać, jak ona wyjdzie.

Miałyśmy razem iść do zoo. Lubiła te wycieczki z moimi Wężami.

Planowałyśmy wspólną wyprawę na ciuchy. Będę musiała iść sama.

Było jeszcze parę książek, które chciałyśmy obgadać. Zdjęcia, z których miałam zrobić odbitki. Rzeczy, które chciałam Ci powiedzieć. 

Nie zdążyłam.







wtorek, 30 października 2018

Zaczęło się dobrze, 19.10 urodziło się trzecie dziecko jednego z moich licznych kuzynów.

Potem było coraz gorzej.

Następnego dnia umarła Mi.

Noworodek nie chciał jeść, mlasnął dwa razy i zasypiał. Waga stoi w miejscu z poprawkami na stan po jedzeniu (sondą) i po kupie. Generalnie stoi w miejscu.

W poniedziałek, w dniu pogrzebu Mi, C. - mama noworodka musiała przejść jeszcze jakiś zabieg w znieczuleniu ogólnym. Jak się wybudziła, dowiedziała się, że właśnie umarł jej tata. Na pogrzeb nie pojedzie - jutro, a do tego na drugim końcu Europy. 

Maluch nie bardzo nadaje się do przewiezienia do CZD, gdzie będzie dalszy ciąg leczenia. W domu czeka na niego dwójka starszego rodzeństwa. 

Jak bardzo takie zdarzenia zmieniają perspektywę. Myślałam, ze nam jest ciężko po stracie Mi, ale jej jest jeszcze trudniej.

Trzymajcie się, kochani. I pamiętajcie, ze macie rodzinę, na którą możecie liczyć. Sprawdziłam ostatnio osobiście.

czwartek, 25 października 2018

Dostałam właśnie wiadomość, ze jutro w godzinach takich-to-a-takich kurier dostarczy przesyłkę.

I mam gulę w gardle.

Zamówiłam sadzonki róż, kilka do mojego ogródka pod balkonem i jedną – najważniejszą, z jej powodu było całe zamówienie – New Dawn, ukochaną różę mamy.  Rosła zawsze na naszym rodzinnym grobie, ale w tym roku uschła. I jakoś tak niedawno zaczęliśmy z tatą rozmawiać ze trzeba by ją wykopać i posadzić nową, czy mogłabym poszukać, to mama się ucieszy, jak wyjdzie ze szpitala.

Znalazłam, zamówiłam.

Nie przypuszczałam, że sadzić będę na jej grobie.



wtorek, 23 października 2018

Bardzo trudno. Nie dociera, nie rozumiem. Nie wiem, jak mamy dalej żyć. Przecież się nie da bez powietrza!!!!

niedziela, 21 października 2018

Mi nie żyje.

środa, 17 października 2018

Z mamą lepiej. Oddycha już przez wąsy tlenowe, zdjęli nawet maseczkę. I dzisiaj powiedziała coć, i dało się to po chwili zrozumieć! Problemy komunikacyjne nie wynikały z urazów mózgu po niedotlenieniu, tylko z koszmarnego wysuszenia paszczy - maska tlenowa wysusza, a po intubacji ma pyszczek poraniony od środka. Poprosiła o herbatę!.

Niestety nie mogła jej dostać, ale pozwolono mi przynieść butelkę wody i trochę pokapać. Kontaktuje już porządnie, nieco wierzgnęła nogą na prośbę pani doktor, jest w stanie się uśmiechnąć, reaguje. Możliwości poruszania się ma ogólnie bardzo ograniczone, zwłaszcza, ze ma założony port  z wkłuciem do żyły czy tętnicy na szyi, ale rękami i nogami zaczyna poruszać.

I zdecydowanie rozumie to, co się mówi do niej.

Walczymy dalej, ale teraz z dużo większą nadzieją, że to się naprawdę uda doprowadzić do stanu poprzedniego, a nawet lepiej, bo z sercem jest zrobiony kawał świetnej roboty.

 

Węże nocowały u moich rodziców. Czyli u taty, bo Mi, jak wiadomo, cudzołoży ostatnio i nie sypia u siebie tylko szlaja po jakichś szpitalach.

Dzisiaj przed szóstą Grzechot poszedł do taty i zaczął się intensywnie dopytywać, czy jeszcze jest noc. Intensywność tę zrozumie każdy rodzic kilkulatka...

W końcu poszedł do siebie do pokoju. Ubrał się, popędził do kuchni. Zrobił śniadanie, zjadł.

Po czym tatę wyrwał z przyjemnej sennej mgły brzęczyk furtki. Gdy dopadł drzwi balkonowych, okazało się, że ani Grześka, ani jego hulajnogi w domu nie ma. ( Była godzina 6.45).

Tatę obudziło niczym strażaka na dyżurze, wyskoczył przed blok i cóż ujrzał?

Romeo z hulajnogą stał pod balkonem koleżanki z przedszkola mieszkającej w sąsiednim budynku i smętnie zawodził:

- Magda.... Magda..... Magda.....

wtorek, 16 października 2018

Ciut lepiej. Wyjęli rurę do intubacji, która sprawiała mamie dużo bólu, teraz oddycha przez maseczke tlenową. A już się przymierzali do tracheotomii... Na szczęście nie było trzeba.

sobota, 13 października 2018

Z mamą nadal marnie.

To znaczy poprawia się, ale ta poprawa jest koszmarnie powolna. Nadal kontakt z nią jest ograniczony do mrugnięcia i ewentualnie - jak się ma szczęście - do minimalnego kiwnięcia głową. Zaintubowana, co ogranicza znacznie możliwości konwersacyjne. Podpięta do kilometrów rurek i kabelków.

Ale lekarze twierdzą, że choć powoli, to jednak idzie we właściwym kierunku. 

 

Mamo, proszę. Walcz, jesteś dla nas jak powietrze. Bardziej niż niezbędna.

Dwukrotnie zeżarło mi już wpis o urodzinach Piotrka. Szlag by to.

W obecnych realiach nie miałam kompletnie głowy do zapraszania kogokolwiek poza tatą, pieczenie i jakies wielkie imprezy, więc miałam niezłego zgryza, jak to ogarnąć żeby nie czuł się zapomniany, a równocześnie nie zwariować. 

I wymyśliłam.

Zamiast spędy kolegów - może sobie pójść gdzie chce z Tomkiem - najlepszym kumplem. Nie wnikam, czy to będzie bulder, park linowy, kino czy cokolwiek. Dostają kasę na to i mają czas dla siebie. Tort kupiłam - na szczęście w budynku, w którym pracuję są trzy piekarnie i takie rzeczy tam są stale, więc nie miałam daleko i wiedziałam, że świeże.

Prezent zamówiliśmy już dawno i szczerze mówiąc kompletnie o nim zapomniałam,. Dobrze, że Skorupiak miał lepsza pamięć.

W sumie Piotrek wrócił dziś szczęśliwy. Przeleźli przez wysoką tradę w parku linowym, trochę poplątali się po mieście, wpadli na jakieś niezdrowe żarcie. Słowem, było to, co potrzebne, bez obciachowych i nielubianych dodatków w stylu śpiewnia "Sto lat".

A ja tylko nie wiem, kiedy to poleciało. Niedawno miałam na ręku takiego niedużego facecika, co łypał na mnie okiem spod piersi - teraz za chwilę zacznie patrzeć z góry...

Dużo szczęścia, Wężu Starszy!!!!

wtorek, 09 października 2018

Ledwo na oczy widzę, ale może ktoś czeka na wiadomości, wiec skrobnę dwa słowa.

Mama już po operacji - spędziła jakieś 12 godzin na stole. Z przetaczaniem krwi i reanimacją w trakcie.

Stabilna, wprowadzili ją teraz w śpiączkę farmakologiczną na parę dni.

Generalni - aż się boję napisać - chyba idzie ku dobremu.

DObranoc. Idę spać, bo już padam na dziób.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 92