|
Blog > Komentarze do wpisu
FilipZainspirowana notką Krogulca postanowiłam wrócić do czasów dawnych, kiedy to byłam jeszcze piękna, młoda i nie marzłam tak potwornie. Było to dwa dni po moich 18 urodzinach, 1 stycznia. Wybraliśmy sie z tatą i bratem do Łazienek na karmienie sikorek. Ptaszyska jedzą tam z ręki (wiewórki też, ale z racji pory roku nie bylo co na to liczyć). Stałam juz dłuższą chwilę karmiąc ten drób (a żarte były potężnie, czemu nie ma sie co dziwić - zimno było okropnie, co najmniej tak jak dzisiaj, albo jeszcze gorzej, na pewno - 15 co najmniej). W pewnym momencie podeszła do mnie jakaś kobieta i powiedziała, ze znalazła jeża. Pewnie sie wybudził, bo zmarzł, ale ona jest spoza Warszawy, za parę godzin ma pociąg - czy mogłabym sie zwierzakiem zająć? Mogłabym, przecież go nie zostawię, zęby zamarzł na śniegu. Zabraliśy go do domu. Tam pierwszą rzeczą była kąpiel - kiedyś z jakiegoś programu Gucwińskich zapamiętałam, że jeże są strasznie zapchlone - w sumie nic dziwnego, bo niby jak mają się pozbyć pcheł?. Micha ustawiona skosem (żeby sie do pyszczka nie lało), jeżyk zostal obficie podlany ciepłymi mydlinami - i woda zrobiła sie czarna, błotnista i pełna pływających pcheł. Następnym punktem programu był telefon do Zoo. Na szczęście akurat wtedy miałam znajomą w Dziale Hodowlanym, więc ją przepytałam, co dalej. Okazało się, ż oni nie bardzo mają warunki, bo mogą wpuścić zwierzaka najwyżej do pomieszczenia, gdzie jeży jest już kilkanaście - a to przecież samotniki. A latem wypuszczą w Lesie Kabackim. Czyli tam, gdzie i ja bym go wypuściła, bo najbliżej. I ogólnie, jeśli mogę, to lepiej mu będzie u mnie w domu. jeszcze tylko szczegółowe instrukcje dotyczące karmienia i innych takich - i decyzja jest. Jeż zostaje. Ponieważ zwierzak jest pod całkowitą ochroną, trzeba było teraz załatwić zgodę konserwatora przyrody na trzymanie go w domu - też poszło bez klopotów. Jeż dostał wklinowy kosz z dużą ilością suchej trawy i ciepłymi szmatkami, miseczki - i imię. Filip. nazwisko wyklarowało sie później - Sracz. Niestety, szanowny pan nie zwracał uwagi na takie drobiazgi jak porządek i pozostawiał ślady tam, gdzie go akurat przypiliło. nasze podłogi bardzo to odczuły, mimo różnych zabezpieczeń na stałych trasach. Zwierzyna na początku była prawie niewidzialna i niesłyszalna, ale to szybko minęło. W niedługim czasie doszło do tego, ze o godzinie 22, kiedy to Filip wstawał, niezależnie od tego, co robiłam (mogłam kuć do matury, nie miało znaczenia), jeśli nie było jedzenia w miseczkach, szanowny pan zaczynał biegać nerwowo, sprawdzając ze wszystkich stron, czy coś sie jednak nie znajdzie. I wtedy byłam odrywana od zajęć z hasłem - Twoje dziecko jest głodne!!!!! Nie było siły, szłam przygotować michę. W końcu należała się i tyle. Z naszym psem relacje zostały ustalone szybko. Bromba, jako istota towarzyska i ciekawa chciała zawrzeć bliższą znajomość z tym dziwnym szarym kolczastym czymś, ale Filip umiał skakać w różnych kierunkach, ze szczególnym uwzględnieniem strony, z której zbliżał sie psi nos. Po jednej czy dwóch próbach pies przestał dostrzegać nowego lokatora. Jeż się szybko oswoił - pozwalał się brać na ręce, zwłaszcza wtedy, kiedy trzeba było go wyciągnąć z jakichś zakamarów - na przykład z mojej półki ze swetrami. Chciałam włożyć ciepły sweter, a tu okazywało się, ze juz był zamieszkany... Rodzina została powiadomiona, że skończyłam 18 lat i wrócilam do domu z synem, Filipem. Zabawa byla przednia, bo niektórzy mieli bardzo gęste miny - w końcu matury jeszcze nie miałam, o mężu nie słychać, ne wiadomo, gratulować, czy wręcz przeciwnie... Wiosną Filipek został wypuszczony na terenie ogródków działkowych niedaleko lasu. Jeże tam bywały, ślimaczków dużo, zagrożeń w postaci lisów brak. mam nadzieję, ze mu dobrze było....
poniedziałek, 30 stycznia 2012, agra1
TrackBack
|