O życiu i jego przejawach - z Piotrkiem i Grześkiem w rolach głównych

  Statystyki
stat4u

Blog > Komentarze do wpisu

prawa dziecka po mojemu

Zadumałam sie ostatnio (prawie jak Stirlitz, spodobało mi się, więc zadumałam się jeszcze raz).

I z tego dumania poszło mi  - jak to u mnie - myślenie łańcuchowe. Od praw dziecka - szlachetna idea, nieprawdaż? Przez szkołę - gdzie od nauczycieli wymaga się coraz więcej, odbierając im jednocześnie kolejne narzędzia w postaci możliwości karania ucznia za niewłaściwe postępowanie. Dalej poszło po rodzicach, którzy (jak jedna moja ciotka) są uszczęśliwiani przez potomstwo informacją, że NIE MAJĄ PRAWA zaglądać dziecku do szuflad. I doszłam do szwedzkiego modelu, gdzie zdarza się, że dzieciaki jak chcą coś od rodziców wydębić, to ordynarnie szantażują, że nakablują na policji, że tatuś czy mamusia je uderzyło. Co wcale nie musiało być prawdą, ale i tak na początku rzeczony tauś czy mamusia zostaną zapuszkowani, a zanim sprawa się wyjaśni, to smrodu będzie tyle, że rodzic woli się ugiąć.

Generalnie wnioski były różne, między innymi taki, że mnóstwo się u nas ględzi o wszelakich prawach jednostki małej i dużej, ale jakoś nie słyszę zbyt wiele o obowiązkach tejże. W szkole widać to chyba najlepiej - uczeń ma prawo do poszanowania godności, wolności, takich tam różnych, ale o tym, że ma obowiązek się uczyć regularnie, odrabiać lekcje, słuchać nauczycieli, samemu szukać informacji i ogólnie MYŚLEĆ - to cisza. Że do uczniowskich obowiązków należy również szacunek dla innych ludzi, zachowanie powszechnie uznawane za kulturalne,  - mało, a nawet, jak się gdzieś przemknie, to bez żadnych sankcji za niewywiązanie się z powinności. Czyli  - jak w przypadku wielu przepisów w tym kraju prosta zachęta, żeby je olewać. Taki jeden z drugim może się radośnie wyszczerzyć i zadać treściwe - i słuszne z jego punktu widzenia pytanie - "i co mi zrobisz?"

W ogóle mamy tendencje do przedobrzania. Chcąc chronić te biedne, katowane przez psychopatycznych rodziców maleństwa twórcy takich dokumentów zapominają chyba, że każdy kij ma dwa końce. I że człowiek, któremu wszystko uchodzi na sucho pod hasłem "mam prawo" nie nauczy się, że życie ma swoje ograniczenia. I że nie wszystko mu wolno. Mimo, że ma ochotę, to na przykład nie ma prawa mi napluć na głowę z pierwszego piętra.  Taki łepek będzie widział tylko, że to ja bezczelnie ograniczam jego wolność. A nie zrozumie, że jego wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się moja. A że na tej planecie ludu jest sporo, to i miejsca na wolność każdego z nas nie za wiele....

I w ten sposób, chcąc pomóc robi się kolosalną krzywdę. Bo prędzej czy później taki osobnik trafi na przeciwnika, który będzie większy, silniejszy, lepiej ustawiony - i który spuści mu łomot w ramach nieograniczania własnej wolności. I będzie kolejna makabryczna sprawa gdzie młodzież polska jako uzasadnienie znęcania się nad kimś poda "bo chciałem zobaczyć, jak to jest".

Kwestia grzebania w szufladach - autentyczna. W szkole dziecku powiedziano, że rodzice nie mają prawa. I dobrze, zasadniczo się zgadzam z tym, że moje nastoletnie (w przyszłości)dziecko ma prawo do prywatności. Ale....

Jesli zacznę podejrzewać, że taki osobnik na przykład zaczął ćpać, albo że córka ma zaburzenia odżywiania i zamiast jeść chowa jedzenie po kątach a za to szprycuje się  środkami wymiotnymi - bez cienia wyrzutów sumienia sprawdzę co ma pochowane, i to dokładnie.

Zgadzam się, że dzieci nie należy bić, bo to uczy tylko, że rację ma silniejszy, poniża, i tak dalej. Ale równocześnie uważam, że są jednak sytuacje, kiedy tylko rozwiązanie siłowe ma sens. Przy mnie - i z moją pełną aprobatą - moja mama  szarpnęła Piotrkiem tak, że poleciał na ziemię. Brzmi tak, że pewnie niejeden "obrońca praw dziecka" zacznie  od razu pisać doniesienie do prokuratury, prawda? tylko najpierw proponuję doczytać do końca. To był jedyny sposób, żeby zatrzymać małego gada, który zwiał i za półtora metra znalazłby się na ruchliwej ulicy. Zamiast wylądować pod samochodem, wylądował nosem na glebie - ale na chodniku. Bezpieczny.

I czy ktoś mi powie, że miałam w tej sytuacji tłumaczyć dziecku, jak należy się zachowywać na ulicy? Tłumaczyłam wcześniej, tłumaczyłam później. I generalnie Piotrek teraz umie się odpowiednio zachowywać, nie wyrywa się, nie włazi pod samochód, wie do czego służy sygnalizacja świetlna. Ale wtedy  miał dwa lata i po prostu biegł nie słuchając.

Podobne przykłady można mnożyć, tylko mi się nie chce.

W sumie chodzi mi o to, że próbując chronić tych najsłabszych być może zrobiliśmy im straszną krzywdę. Bo dajemy im narzędzia szantażu, przekonanie, że "mnie się należy", "mam prawo".  A nie uczymy stawiania i respektowania granic.

A to się odbije czkawką  - jest to jedna z niewielu pewnych rzeczy. Powiedziałabym, że tak samo pewna, jak śmierć i podatki.

W związku z tym wszystkim - apel do szanownych rodaków.

LUDZIE, MYŚLCIE. TO NIE BOLI.

poniedziałek, 13 grudnia 2010, agra1

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack URL wpisu:
Komentarze
2010/12/13 23:59:37
Bardzo fajny wpis. Agra - gratuluję zdrowego rozsądku!
-
2010/12/14 12:25:48
Agra, w pełni się z Tobą zgadzam. Prawa bez obowiązków nie mają sensu. Każdy przywilej pociąga za sobą jakąś odpowiedzialność. A obowiązki bez sankcji są martwe - to jedna z pierwszych rzeczy jakich uczą na studiach prawniczych.

Pozostaje tylko pamietać o tym przy wychowywaniu naszych maluchow.